„Guzik” Lymphoma Research Foundation pojawil sie na tym blogu kilka dni temu i pomyslalam, ze jestem Wam winna wyjasnienie, o co w tym wszystkim chodzi. Lymphoma Research Foundation jest organizacja charytatywna zajmujaca sie pomoca ludziom chorym na nowotwory ukladu limfatycznego – chloniaki (Hodgkin’s i Non-Hodgkin’s Lymphoma). LRF organizuje w tym roku w Nowym Jorku lymphomathon (nie mylic z maratonem!) czyli 5-kilometrowy marsz z udzialem pacjentow, bylych pacjentow, ich rodzin i przyjaciol. Uczestnicy zobowiazuja sie do wspierania imprezy przez propagowanie jej wsrod znajomych i przyjaciol oraz przez zbieranie funduszy – kazdy uczestnik wyznacza sobie jakis cel finansowy (cala suma jest oczywiscie przeznaczona na rzecz Fundacji). (więcej…)
Archive for the ‘Życie w USA’ Category
Historia pewnego guzika
Posted in Salon, Życie w USA on 2008/03/27| 5 Komentarzy »
To i owo
Posted in Salon, Życie w USA on 2008/03/20| 2 Komentarze »
Z mojego ostatniego tekstu mozna by wywnioskowac, ze w malowniczym stanie Utah porwaly mnie lotne piaski albo lawina. Ani jedno, ani drugie, chyba po prostu typowy objaw czegos, co czasem okresla sie przy pomocy wyrazenia „organ nieuzywany zanika” – czyli im mniej pisze, tym mniej chce mi sie pisac. „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było…” (więcej…)
O eutanazji – prywatnie
Posted in Salon, Życie w USA on 2008/03/02| 5 Komentarzy »
Nad sprawa eutanazji zastanawiam sie od paru dobrych lat, a dokladniej od momentu, kiedy uswiadomilam sobie, ze sprawa dotyczy takze mnie, niezaleznie od gorliwosci, z jaka chcialabym schowac glowe w piasek. Pierwszy moment zastanowienia nastapil, kiedy piec lat temu (czas leci, nie da sie ukryc) znalazlam sie na oddziale onkologicznym pewnego nowojorskiego szpitala i w drugim dniu mojego szpitalnego „urlopu” zapytano mnie, czy mam przy sobie kopie swojego Health Care Proxy. (więcej…)
Zasypało
Posted in Nowy Jork, Salon, Życie w USA, tagged Manhattan, Rockefeller Center, zima w Nowym Jorku on 2008/02/22| 7 Komentarzy »
Zawsze fascynowała mnie konsekwencja, z jaką nowojorczycy upierają się przy noszeniu parasolek w czasie zamieci, tym bardziej, że większość tych parasolek to tanie druciane szkieleciki oklejone kawałkiem niby-nieprzemakalnego materiału made in china, które przekręcają się na lewą stronę przy każdym silniejszym podmuchu wiatru. Po większym deszczu nowojorskie chodniki są usłane smutnymi szczątkami tego, co kiedyś było parasolką kupioną za całe trzy albo i cztery dolary u Murzyna na rogu.
Dzień taki sobie
Posted in Salon, Życie w USA on 2008/02/22| 3 Komentarze »
Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale co robić, jak podwyżka jest poniżej stopy inflacji, która w ubiegłym roku była w Stanach dość wysoka, bo wyniosła aż 4,1 procent? Nie omieszkałam przypomnieć o tym szefowi, dając delikatnie do zrozumienia, że w związku z taką marną podwyżką nie tylko nie czuję się bogatsza, ale wręcz uboższa – o rożnicę między procentem podwyżki a inflacją. Niewiele to pomogło, bo w wielkich firmach zatrudniających tysiące pracowników nie istnieje nic takiego, jak negocjacje po fakcie, a proces przyznawania podwyżek i promocji jest sztywny i sformalizowany. Podwyżka przychodzi z pierwszą marcową wypłatą, natomiast następna szansa – równo za rok. I koniec kropka.
Głupi, głupszy, Amerykanin?
Posted in Kultura, Salon, Życie w USA on 2008/02/18| 1 Comment »
Gdyby polegać na niektórych europejskich źródłach, stopniowanie przymiotnika „głupi” wyglądałoby tak, jak w powyższym tytule, z uwzględnieniem odpowiedniej wersji językowej oczywiście. W Europie od pewnego czasu panuje moda na pisanie o amerykańskiej głupocie, analfabetyzmie wtórnym, braku zainteresowania czymkolwiek, itd. Wynikałoby z tego, że przeciętny Amerykanin – to nie tylko osobnik nie umiejący czytać ani pisać i nie będący w stanie wypełnić formularza na prawo jazdy, ale także hałaśliwy, opychający się hamburgerami i ogólnie obleśny.
(więcej…)
Na niedźwiedzia z bratem
Posted in Emigracja, Salon, Życie w USA on 2008/02/09| 3 Komentarze »
„Na zająca idź ze szwagrem, ale na niedźwiedzia z bratem” – trójka Polaków z New Jersey (w tym dwóch braci) najwidoczniej wzięła sobie to przysłowie do serca, bo jak informuje prasa lokalna, właśnie dosięgła ich ręka sprawiedliwości za nielegalny odstrzał dzikiej zwierzyny na terenie Garden State. Dzisiejszy „Nowy Dziennik” donosi co następuje:
Polacy z New Jersey ukarani za kłusownictwo
Za zabicie bez pozwolenia jelenia i niedźwiedzia trzej mężczyźni muszą zapłacić łączną karę w wysokości 6310 dolarów. Trzej Polacy z West Milford w New Jersey – 25-letni Piotr S., jego 27-letni brat Vincenty oraz 29-letni kuzyn Dariusz B. – stanęli w konsekwencji przed sądem i przyznali się do winy.
Płacz w sprawie płaczu
Posted in Polityka, Salon, Życie w USA on 2008/02/08| 5 Komentarzy »
Chłop to ma jednak dobrze – w pewnych okolicznościach ma prawo płakać i nikt nie będzie się go czepiał, że udaje. Facet może sobie śmiało łzy ronić nie tylko wtedy, kiedy ktoś bliski zejdzie mu z tego świata, ale także wtedy, kiedy się upije na smutno (może być codziennie), kiedy żona lub narzeczona przyprawi mu rogi oraz jeśli jest kibicem Wisły-Kraków, a Kamil Kosowski właśnie odszedł z drużyny. Płacz faceta to sprawa poważna i we wszystkich wyżej wymienionych okolicznościach jak najbardziej usprawiedliwiona, a kto wie – może wręcz wskazana ze względu na działanie terapeutyczne i oczyszczające.
(więcej…)
Przedświątecznie
Posted in Nowy Jork, Salon, Życie w USA on 2007/11/29| 3 Komentarze »
O zbliżających się świętach przypomina chociażby to, że na choince przed Rockefeller Center zapalono wczoraj światełka. Uroczyście i z wielkim hukiem, przy udziale większych (Celine Dion) i mniejszych (Ashley Tisdale – kto to w ogóle jest?) gwiazd, i wbrew temu, co polskie gazety wypisywały już tydzień temu. To, że kilka dni temu przed Rockefeller Center choinka już stała, to jest fakt niezaprzeczalny, ale samo sprowadzenie choinki tutaj tak naprawdę nikogo to nie obchodzi, bo dopiero uroczystość zapalenia śiatełek jest oficjalnym początkiem holiday season, w Nowym Jorku znanego również jako shopping season.
Wczoraj z tej okazji w okolicach Piątej Alei zebrało się coś koło 100 tys. ludzi i tylko cudem udalo mi się dopchać do stacji metra przy 50. Ulicy i uniknąć stratowania. Wszyscy – ze stacji metra prosto „pod choinkę”, a ja – w przeciwną stronę, byle dalej od choinki, byle do domu, na Queens, do świętego spokoju, do moich psiaków spragnionych kolacji i wieczornych drapanek. Co prawda przez krótką chwilę miałam nawet ochotę pójść do Rockefeller Center i może pstryknąć zdjęcie czy dwa, ale na widok rozwydrzonego tłumu turystów i innych przyjezdnych ten pomysł szybko wywietrzał mi z głowy.
Po co z własnej i nieprzymuszonej woli narażać się na atak paniki, i to w sytuacji, kiedy do weekendu pozostały jeszcze całe dwa dni i trza „robić robotę”? Skrypty się same nie napiszą, niestety.
Na pociechę – zdjęcia z ubiegłego roku. Zapewniam, że w tym roku najsłynniejsza na świecie choinka wygląda dokładnie tak samo, ale jak ktoś nie wierzy, obiecuję, że w najbliższych dniach zamieszczę zdjęcia tegoroczne.


A tak poza tym – ostatnio jestem mocno przywalona pracą. Wszyscy albo chorzy, albo na urlopach, albo w trakcie przeprowadzek. Tylko ja jedna świeżo po urlopie w słonecznej listopadowej Polsce, bez zamiaru przenoszenia się z miejsca „A” do miejsca „B”, zdrowa jak ryba i bez najskromniejszej nawet wymówki, aby nie przyjść do pracy.
Do następnego razu!
Agnieszka
Lecim panie tym LOT-em
Posted in Podróże, Polska, Salon, Życie w USA on 2007/11/24| 12 Komentarzy »
Morze atramentu wylano pisząc o pokonywaniu Atlantyku na pokładzie Polskich Linii Lotniczych LOT, ale niech i ja dołożę tutaj swoją kropelkę, żeby nie powiedzieć – niech i ja dołożę LOT-owi. Głęboki uraz psychiczny wywołany moją ostatnią podróżą z WAW do JFK na początku tego miesiąca zaczął się już z lekka powłóczyć mgiełką zapomnienia, aż tu dzisiaj The New York Times opublikował ten oto obrazek, sypiąc sól na świeże rany;)

Czy podać państwu siano czy słomę?
© The New York Times
Tekst w NYT pt. Class Conflict jest co prawda nie na temat LOT-u, tylko ogólnie o podróżowaniu samolotem w tzw. klasie ekonomicznej, ale pasuje jak ulał do moich ostatnich obserwacji związanych z przyjemnościami podróżowania PLL LOT.
Jak już kiedyś wspominałam, do Polski latam często i z uporem godnym lepszej sprawy, a z braku innej rozrywki obserwuję sobie rozwój akcji na pokładzie LOT-owskich samolotów. Nie da się ukryć – emocje są mocniejsze niż na spokojnym i nudnie przewidywalnym Finnairze czy innym Air France, o ile akurat nie ma tam strajku.
Czy dla pasażerów powyżej rzędu 30. wystarczy kurczaka? A jak będzie z winem – czy nieszczęśnicy usadzeni w rzędzie 35. będą skazani jedynie na piwo Zywiec tudzież wódkę z sokiem pomidorowym, bo wina już zabrakło? Czy jakaś rosła i przystojna Rosjanka będzie próbowała się włamywać do toalety, w której właśnie zabarykadował się ktoś w gorącej potrzebie? Czy w duty-free shop wystarczy żubrówki oraz „sobieskiej”? Czy będzie działała pokładowa telewizja, czy też z powodu awarii elektroniki jedyną dostępną rozrywką będzie lektura Gazety Wybiórczej, której zresztą też wystarczy co najwyżej do 15. rzędu?
Moje wrażenia z ostatniej podróży były – mówiąc oględnie – mieszane. Kurczaka niestety zabrakło, i w moim 37. rzędzie podano dość paskudny makaron posypany rozdrobnionymi na papkę szczątkami bliżej niezidentyfikowanego zwierzaka-nieptaka koloru szarego (wołowina? wieprzowina? kocina?), ale za to Bogu dzięki wystarczyło wina, i to w obydwu radosnych kolorach. Rosjan było co prawda na pokładzie niewielu, lecz podobnie rzecz się miała z butelkami żubrówki – jedynie w teorii do nabycia w sklepie duty-free. Telewizja pokładowa działała OK, czego natomiast nie dało się powiedzieć o sygnalizacji świetlnej toalet.
Ale są i dobre wieści – kolejka na lotnisku Okęcie tym razem szła szybko i sprawnie, tak więc bagaż oddałam już po jakichś po 20 minutach. Nie wiem, czy LOT poszedł wreszcie po rozum do głowy i dodał dodatkowe stanowiska odprawy, czy może teraz nie wszystkie samoloty na trasach transatlantyckich (Nowy Jork, Chicago, Toronto) odlatują z Warszawy dokładnie o tej samej godzinie, ale wyglądało to zdecydowanie lepiej niż jeszcze przed rokiem.
Wróciłam do Nowego Jorku 11. listopada czyli w Święto Niepodległości – kolejna transatlantycka podróż przy akompaniamencie warkotu odrzutowego silnika i spuszczanej w toalecie wody oraz aromatu LOT-owskiego żarcia. Ponieważ od pewnego czasu wyjazdy planuję w ostatniej chwili (albo raczej w ogóle nie planuję), najczęściej siedzę „na kole” czyli w ogonie samolotu, a to ma swoje konsewkencje.
Tak mam już wbite do głowy, że wszystkie swoje amerykańskie urlopy spędzam w Polsce, a nie na przykład w Meksyku, na Karaibach czy innym miejscu, które jest ciepłe w listopadzie i gdzie dolar jest jeszcze coś wart. Więc chyba sama sobie jestem winna.
Do następnego razu!
Agnieszka