Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Warszawa’ Category

Potrzebna nowa miotla
Mój tekst na temat marszu „Obudź się Polsko” musiał rozbudzić silne emocje czytelników, bo przez email przyszedł komentarz, który cytuję poniżej. Wiadomość była podpisana imieniem i nazwiskiem i opatrzona adresem email, ale te zachowam dla siebie. Autorką jest pani – powiedzmy – J.D., która napisała to, co następuje:
(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Może nie aż tak, jak obgryzające indycze udko towarzystwo na jutubce poniżej, ale owszem, Święto Dziękczynienia miałam jak najbardziej udane. W tym roku znów ominęło mnie związane z czwartym czwartkiem listopada kulinarno-zakupowe amerykańskie szaleństwo, bo ostatnie półtora tygodnia spędziłam w Polsce, skąd właśnie wczoraj wróciłam. Do Polski w listopadzie? W sumie czemu nie, takie rozwiązanie ma pewne zalety, w postaci dużo tańszych biletów chociażby, bo w listopadzie z Nowego Jorku do Warszawy leci się za „jedyne” 800 dolarów. Oczywiście można by tutaj podyskutować, czy jest to dużo, czy też mało, ale z całą pewnością mniej niż 1300, które musiałam wybulić jeszcze w czerwcu.
(więcej…)

Read Full Post »

Minął właśnie pierwszy tydzień mojego urlopu w Polsce, więc czas coś na ten temat napisać. Pozostawiam w spokoju temat świńskiej grypy, braku szczepionek i edukacyjnych pogadanek pani minister zdrowia, bo kilka dni spędzonych na ojczyzny łonie oraz lektura kilku blogów promujących spiskową teorię dziejów (słyszeliście, że pod Krakowem coś rozpylają z samolotów, pewnie wirusa?) przekonało mnie, że nie należy przesadzać z zachwalaniem osiągnięć współczesnej medycyny podczas gdy miód i czosnek przecież też swoje robią. No i niech tak zostanie.
(więcej…)

Read Full Post »

Po spędzeniu dziewięciu godzin na pokładzie PLL LOT gdzieś pomiędzy straszliwie zakatarzoną i kaszlającą bez umiaru nastoletnią Rosjanką a parą płaczących maluchów bez większych przygód wylądowałam w Warszawie. Mój bagaż na szczęście też. Lot LOT-em w sumie nie był najgorszy (wylot o czasie i przylot o czasie), choć długo zastanawiałam się, jakiego rodzaju wirusa mogłam złapać ze względu na wyżej opisane sąsiedztwo – zwykły katar czy też swine flu?
(więcej…)

Read Full Post »

Mija pierwszy tydzień mojego urlopu w Polsce, czas więc na krótkie podsumowanie. Dzisiaj kilka słów na temat Warszawy widzianej „od kuchni”. W stolicy najbardziej brakuje mi niedrogich knajpek, w których można by zjeść przyzwoite śniadanie wcześnie rano, np. o siódmej. W Nowym Jorku prawie na każdym rogu jest mała knajpka, sklepik w stylu bodega czy choćby przenośna budka, gdzie od szóstej rano można kupić kawę, bułkę (najczęściej bagel z masłem, dżemem lub serkiem) albo jakieś śniadaniowe ciastko, za sumę nie wyższą niż 2-3 dol., do 5 w przypadku bardziej konkretnych śniadań złożonych z jajek serwowanych na dowolny sposób, kiełbasek, etc.

Akurat jeśli chodzi o śniadania na mieście, w Warszawie wybór jest niestety bardzo skromny. Oczywiście zawsze można wykupić śniadanie w hotelu, w którym się człowiek zatrzymał, za „jedyne” 15 euro, ale sama z reguły z tej opcji nie korzystam, bo po pierwsze – nie lubię jadać w hotelach, po drugie – 15 euro za śniadanie wydaje mi się ceną mocno wygórowaną, a po trzecie – lubię rano wyjść z hotelu i obserwować, jak żyje miasto. Poza śniadaniem hotelowym istnieją opcje takie, jak Dworzec Centralny (odpada z wiadomych względów), piekarnie (odpada, bo jak się tę bułkę już kupi, wypadałoby ją też czymś popić oraz gdzieś przysiąść, żeby ją zjeść), sieć MacDonalds czy Coffee Heaven oraz restauracje, które serwują śniadania od ósmej rano.

W tym roku skończyło się na śniadaniu w Atrio (Jana Pawła II 23) ze względu na bliskość hotelu, w którym się zatrzymałam. Restauracja jest otwierana o ósmej rano i oferuje spory wybór zestawów śniadaniowych, takich jak śniadanie polskie, amerykańskie, czy angielskie w cenie od 17 do 26 PLN (kawa lub herbata dodatkowo). Wybrałam śniadanie polskie (twarożek, bułki i jajecznica) i słusznie, bo wszystko było smaczne, świeże, a porcja taka w sam raz. Przy poprzednich wizytach w Warszawie zdarzało mi się jeść śniadania w kawiarni Szparka przy Placu Trzech Krzyży oraz u Bliklego.

Jak człowiek to śniadanie już gdzieś zje, to oczywiście później nie ma już problemu z innymi posiłkami, bo wybór jest naprawdę duży. W tym roku odwiedziłam moją ulubioną Pierogarnię na Bednarskiej, gdzie przepyszne pierogi razem z zupą i surówką można zjeść za jedyne 14 PLN (wybrałam pierogi diavolo – na ostro, z mięsem), restaurację Pod Samsonem na Freta (świetne dania kuchni polskiej i żydowskiej, miła obsługa oraz bardzo niewygórowane jak na tę część miasta ceny), oferującą doskonałe dania kuchni greckiej restaurację Meltemi na Drawskiej oraz jedno nowe miejsce – Bierhalle w galerii Arkadia przy Jana Pawła II.

Do Bierhalle wybraliśmy ze znajomymi w poniedziałek, a w poniedziałki Bierhalle oferuje tanie piwo – 5 PLN za 0,4 l, zamiast normalnej ceny 7 PLN. Wybraliśmy się tam co prawda nie ze względu na tanie piwo, ale po prostu żeby coś zjeść, natomiast już na miejscu okazało się, że 90% klientów przychodzi tam ze względu na piwo właśnie. Miejsce trudno nazwać kameralnym, jest dość głośno i dym papierosowy wciska się wszędzie, ale plusy jednak biorą górę nad minusami. W Bierhalle jest duży wybór piwa warzonego na miejscu, dania – tradycyjna kuchnia polsko-niemiecka, a porcje – ogromne.

Przed wizytą w Bierhalle najlepiej się dobrze przegłodzić, inaczej można mieć poważne problemy z pochłonięciem oferowanych przez restaurację porcji golonki czy kiełbasy z rusztu. Ja zdecydowałam się na tortillę z kurczakiem, choć zamawianie nad Wisłą dań kuchni meksykańskiej bywa loterią, raz się uda, raz nie. Tortilla była OK, nie przesadzono w niej z przyprawami, jednak pewne wątpliwości wzbudziła obecność na talerzu przecieru pomidorowego (nie sosu, ale właśnie przecieru). Moim zdaniem Bierhalle to fajne miejsce przede wszystkim ze względu na dobre piwo i atmosferę, ale jeśli ktoś zdecyduje się tam coś zjeść, a nie jest wegetarianinem, też nie pożałuje.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Każda wizyta w Polsce przypomina mi o dwóch sprawach – dlaczego czasem brakuje mi Polski aż do bólu oraz dlaczego bywają momenty, kiedy z prawdziwą ulgą oddycham, że piętnaście lat temu zamieniłam bruk warszawski na nowojorski. Teraz od kilku dni jestem w Polsce i dostęp do komputera mam jedynie od przypadku do przypadku, tak więc przez najbliższy czas będę pisać tutaj trochę mniej regularnie. Póki co czas na podsumowanie pierwszego tygodnia po drugiej stronie Oceanu.

W Warszawie coraz więcej świetnych knajp i barów z miłą obsługą i bogatym menu. Moje kulinarne odkrycie tego lata to Oberża pod Czerwonym Wieprzem na Żelaznej, może znana wielu tubylcom, ale dla mnie nowość. Knajpa konsekwetnie realizuje swój image komunistycznego przybytku z czasów PRL-u – ściany zdobią plakaty z traktorzystkami z lat pięćdziesiątych, a z głośników płynie muzyka z czasów późnego Gomułki lub wczesnego Gierka. Samo menu przypomina swoim formatem dawną „Trybunę Ludu”, a lista dań podzielona została na dwie części – dania „dla proletariatu” (tańsze) oraz „dla burżujów” (droższe). Nie mogłam sobie odmówić przyjemności sprawdzenia menu dla burżujów i przy pierwszej wizycie zamówiłam sznycel z dzika, a przy drugiej – „placek Kadara z gulaszem”, do tego beczkowy Żywiec i zestaw surówek. Wszystko było doskonałe, łącznie ze złożoną ze smalcu i ogórków przekąską. Może warto wspomnieć, że niektóre restauracje w stolicy (w tym „Wieprz”) wprowadziły zwyczaj automatycznego doliczania 10% za serwis, warto więc zatem rzucić okiem na rachunek, jeśli chce się uniknąć płacenia podwójnego napiwku.

Warszawa pięknieje z dnia na dzień. Dużo się buduje i remontuje i wreszcie zajęto się renowacją Krakowskiego Przedmieścia. Póki co spora część Traktu Królewskiego jest rozkopana, ale jak remont się skończy, na pewno wyjdzie on warszawiakom na zdrowie. Jest dużo miejsc, gdzie można miło spędzić czas, oczywiście jeśli ma się w kieszeni parę złotych. Tanio na pewno nie jest, ale podobno Warszawa jest najdroższym miastem wśród stolic tzw. Nowej Europy – przed Budapesztem czy Pragą.

Teraz o rzeczach, które mnie denerwują. Na Okęciu co prawda już dobrych parę lat temu zlikwidowano mafię taksówkarską, ale niektórzy kierowcy z firm obsługujących lotnisko nadal nie pozbyli się starych nawyków. Znajoma, która z dzieckiem przyleciała do Warszawy mniej więcej w tym samym czasie co ja, została dowieziona z lotniska do centrum przez taksówkarza Sawy, który pojechał z wyłączonym licznikiem, a potem zainkasował 60 PLN, czyli o jakieś 20 PLN więcej niż powinien. Znajoma niestety bywa w Warszawie dużo rzadziej niż ja, więc nawet nie pisnęła słówka.

Mam też wrażenie, że minął okres super-uprzejmości polskich sprzedawców sprzed kilku czy kilkunastu lat czyli z początków kapitalistycznej handlowej ekspansji. Teraz znów jakby częściej słyszy się mało uprzejme odburkiwanie albo wręcz wciskanie kitu. „Buty na panią za duże? Nie ma mniejszego numeru, ale włoży pani wkładkę i będą jak ulał. Buty za małe? Na pewno się rozchodzą, a pani ma szerokie stopy, więc i tak pani nie dobierze”. Podejrzewam, że uprzejmość osób obsługujących jest odwrotnie proporcjonalna do liczby ofert pracy, a tych ostatnio dużo więcej, dlatego chyba niektórzy mniej się starają.

Zaczynam się też poważnie zastanawiać, czy nie zostawiając suchej nitki na różnych amerykańskich urzędach nie popełniłam ciężkiego grzechu. Niektóre polskie urzędy to prawdziwe twierdze zgorzkniałych i wściekłych na cały świat urzędasów, a załatwienie czegokolwiek wymaga dużej dozy cierpliwości oraz umiejętności negocjatorskich. Miałam okazję się o tym przekonać przy zasięganiu informacji na temat wymiany dowodu osobistego. Zamiast udzielić mi rzeczowych informacji urzędniczka poinstruowała mnie, że powinnam… natychmiast wymeldować się ze swojego miejsca zamieszkania w Polsce (niestety, popełniłam ten błąd i wspomniałam, że w tej chwili przebywam za granicą).

C.d.n.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Warszawie jest tak wiele ciekawych pubów i barów, że każdy odwiedzający stolicę naprawdę ma w czym wybierać. Ponieważ byłam w Warszawie krótko i przejazdem, a od czasów, kiedy mieszkałam w stolicy, wiele wody upłynęło w Wiśle, przeprowadziłam wśród znajomych małą sondę na temat ciekawych miejsc, gdzie można przyjemnie spędzić czas. Jedyny warunek – miejsce miało być oryginalne i w centrum.

Nasz wybór padł na restaurację-bar Republica Latina przy Placu Trzech Krzyży. Wystrój zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie –  urządzone w ciepłych latynoskich barwach wnętrze, na ścianach – kilimy i stylizowane wielkie lustra, a nad prowadzącymi na piętro drewnianymi schodami przykuwający wzrok ogromny kryształowy żyrandol (nawet jesli czepialscy stwierdzą, że w nijak się on nie ma do latynoskiej tematyki lokalu). Na parterze nie było miejsc, bo okazało się, że w piątkowe wieczory wcześniejsze zrobienie rezerwacji jest bardzo wskazane. Skierowano nas zatem do sali na piętrze, gdzie były co prawda wolne stoliki, ale jak nam powiedziano, te również czekały na gości z wcześniejszą rezerwacją.

Usiadłyśmy więc przy gigantycznym barze zajmującym sporą część przestronnej sali na piętrze i na pocieszenie mogłyśmy się dokładniej przyjrzeć oferowanym trunkom, gustownie wystawionym w podświetlanych witrynach. Nasz wybór padł na martini extra dry (dla mnie) i koktajl bezalkoholowy (dla Moniki), do tego gorące przekąski: taco czyli tortilla z farszem z czarnej fasoli i avocado oraz jalapeno chicken wings – skrzydełka kurczaka w pikantnym sosie, jako że Republica specjalizuje się w kuchni latynoamerykańskiej, a dokładniej Tex-Mex.

Drinki pojawiły się bardzo szybko i jak się łatwo domyślić zniknęły też raczej szybko. Natomiast przekąski – o, to już zupełnie inna para kaloszy. Po mniej więcej 20 minutach oczekiwania zapytałyśmy barmana, czy nastąpił jakiś postęp w realizacji naszego zamówienia. Pan barman – lekko tylko zmieszany – pobiegł do kuchni sprawdzić, po czym oznajmił, że dzisiaj potrwa to trochę dłużej, bo w kuchni urzęduje… sam szef. Ha! Rozumiem, że szefowi raczej nie zależało na szybkiej obsłudze, może w myśl zasady, że im dłużej klient czeka na jedzenie, tym więcej kasy pozostawi w barze? Tak się na pewno stało w naszym przypadku, bo szybko zamówiłyśmy następną kolejkę (niestety, tym razem moje martini pojawiło się bez oliwki – czyżby w Republice przysługiwała tylko jedna na klienta?)

W międzyczasie nowy barman zastąpił pierwszego, zarezerwowane stoliki świeciły pustkami, a nasze zamówienie nadal się nie materializowało. Po kolejnych 20 minutach oczekiwania postanowiłyśmy wtajemniczyć w sytuację nowego barmana, który po kolejnym sprawdzeniu w kuchni oznajmił, że „dania już idą” (sądząc po tempie, w jakim się to odbywało, miały biedactwa za sobą długą droge, a przed sobą – jeszcze dłuższą). W koncu – porządnie juz wygłodniałe i po 50 minutach czekania – dostałyśmy nasze taco i skrzydełka. I dzięki Bogu, warto było tyle czekać, bo dania były naprawdę pyszne – chrupiące pikantne skrzydełka podane z aromatycznym dipem serowym, a taco  zadowoliłoby największego konesera kuchni latynoskiej.

Werdykt? Na pewno warto wybrać się do Republica Latina, ale pod warunkiem, że ma się dużo (albo jeszcze lepiej bardzo dużo) czasu, bo tempo, z jakim serwuje się tu dania, pozostawia sporo do życzenia. Oprócz tego pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego godzinami trzyma się rezerwację stolika dla klienta, który się nie pojawił – w czasie naszego ponad dwugodzinnego pobytu w lokalu co najmniej dwa stoliki cały czas stały puste, ale za to z kartką „Rezerwacja”.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Older Posts »