Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Nowy Jork’ Category

Nowy Jork przez wielu jest postrzegany jako „ciało obce w zdrowym ciele Ameryki” – liberalne i kosmpolityczne miasto, w którym wszystko wolno i które z wyboru odcina się od tradycyjnego systemu amerykańskich wartości. Wielu Amerykanów z innych stanów, złośliwie określanych czasem jako fly-over states (nie radzę jednak używać tego wyrażenia w rozmowie z miejscowymi, jeśli nie chce się oberwać po pysku), z Nowym Jorkiem nie ma – i nie chce mieć –  nic wspólnego, poza wizytą turystyczną raz na 15 lat. Niewątpliwie sam fakt mieszkania w Nowym Jorku, a nie gdzieś w małym miasteczku na prowincji, powoduje, że inaczej patrzy się na pewne sprawy.

Rzeczy, które tutaj są na porządku dziennym, w wielu innych miejscach w USA są nie do pomyślenia, i vice versa.  Może dlatego mocno zaskoczył mnie opublikowany wczoraj przez serwis CNN.com artykuł na temat pierwszej zintegrowanej zabawy na zakończenie szkoły średniej (prom) w pewnym miasteczku w Georgii: Students attend school’s first integrated prom. Tekst radośnie informuje o tym, że w tym roku szkoła średnia w Ashburn  (160 mil od Atlanty) po raz pierwszy w swojej historii zorganizowała imprezę, na której razem bawili się uczniowie biali i kolorowi.

Co w tym dziwnego? Ano chociażby to, że do tej pory rodzice uczniów w tym miasteczku organizowali dwie osobne prywatne imprezy – jedną dla białych, drugą dla czarnoskórych (w artykule nie ma mowy o tym, czy na którąś z nich zapraszano Latynosów). „Biali zawsze bawią się na jednej imprezie, a czarni na drugiej” – mówi Lacey Adkinson, uczennica szkoły, w której Afro-Amerykanie stanowią 55% spośród ponad 450 uczniów. „W naszej szkole zawsze były osobne zabawy – tak było jeszcze w czasach, kiedy chodził do niej mój tato. Ale w tym roku postanowiliśmy spróbować czegoś nowego” – dodaje. Jej starsza siostra uczestniczyła w „białej” imprezie w 2001 r: „Nie przypominam sobie, aby byli na niej kolorowi uczniowie. Tak u nas po prostu jest i to wcale nie jest rasizm.”

Okazuje się jednak, że mimo zorganizowania wspólnej zabawy w szkole biali uczniowie i tak jak co roku mieli swoją prywatną, która odbyła się tydzień wcześniej, bo tak zażyczyli sobie niektórzy rodzice. Podkreślam, że rzecz działa się w południowej Georgii, a jak wiadomo opinie na temat na spraw związanych z kolorem skóry na południe od linii Masona-Dixona są nieco inne niż na północy.

Również na południu USA – w Durham w Karolinie Północnej – kilka tygodni temu miał swój finał proces, w którym trzech białych studentów prestiżowego Duke University zostało oskarżonych o gwałt zbiorowy na czarnoskórej striptizerce. Sprawa nosiła wszelkie znamiona zarówno dramatu klasowo-obyczajowego, jak i bajki z morałem, nic zatem dziwnego, że niemal obsesyjnie śledziły ją wszystkie większe gazety, nie wyłączając dziennika The New York Times, który w tym przypadku zdecydowanie nie popisał się obiektywizmem. (Autor bloga Durham in Wonderland dużo miejsca poświęca zagadnieniu, jak sprawa została przedstawiona w mediach.) Według początkowych doniesień prasowych, trzej zawodnicy uniwersyteckiej drużyny lacrosse – wszyscy trzej z zamożnych uprzywilejowanych rodzin – wykorzystując swoją pozycję i poczucie bezkarności zgwałcili czarną dziewczynę, która pracowała jako tancerka erotyczna, aby zapewnić utrzymanie dwójce dzieci (pełną chronologię wydarzeń można znalezć na stronach Newsweeka A Troubled Spring at Duke i That Night at Duke).

Po dokładniejszym zbadaniu dowodów okazało się jednak, że cała historia ma co prawda morał, ale nie taki, jakiego powszechnie się spodziewano. Wszystkie oskarżenia wobec studentów zostały wycofane, a sprawa umorzona, bo po pierwsze – ofiara rzekomego gwałtu zmieniła zeznania kilka razy, po drugie – nie było żadnych konkretnych dowodów winy, np. w postaci DNA, a  po trzecie – prokurator okręgowy Mike Nifong przezornie zataił wiele niewygodnych faktów w celu zaprezentowania wydarzeń w odpowiednim świetle i zwiększenia swojego poparcia w złożonym głównie z Afro-Amerykanów okręgu wyborczym. Morał historii jest taki, że amerykańska mozaika rasowa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Amerykanie zrobili się czujni. Dyskretnie przyglądają się w pociągu facetom o arabskim wyglądzie i w za dużych kurtkach, bo przecież nie wiadomo, co facet może pod taką kurtką ukrywać. Przy wejściu do metra grzecznie oddają policjantom do kontroli teczki, torby i torebki, zgodnie z wprowadzonym w Nowym Jorku  przepisem o kontroli policyjnej większych pakunków w metrze.

If you see something, say something.Plakaty na stacjach (If you see something, say something) konsekwentnie sugerują, że nic złego się nie zdarzy, o ile tylko będziemy się wszyscy bardzo starać i uważać – na potencjalnych terrorystów i pozostawione bez nadzoru podejrzane pakunki.

I cóż z tej czujności, skoro chłopak, który zastrzelił wczoraj w Wirginii 32 osoby z pewnością nie należał do Al-Kaidy, nie był nazistą, a w Stanach mieszkał od dziecka. Zgodnie z powszechnym wyobrażeniem, nie powinien nawet mieć broni, bo kto kiedy słyszał o Koreańczyku biorącym udział w strzelaninie? Koreańczycy i Chińczycy w Stanach mają reputację pracoholików zajętych od świtu do zmierzchu prowadzeniem swoich drobnych biznesów – pralni, restauracji i sklepów z warzywami – i ciułających każdy grosz po to, aby swoje dzieci wysłać do najlepszych szkół po solidny zawód lekarza albo prawnika. Ich dzieci natomiast zakuwają godzinami, wygrywają konkursy matematyczne, zaś w wolnych chwilach uczą się tenisa albo gry na fortepianie – taki przynajmniej jest popularny stereotyp.

To, co stało się wczoraj w Wirginii, mocno ten sielski obrazek komplikuje. Zapewne w najbliższych dniach pojawi się wiele teorii, dlaczego tak się stało. Dyskutanci z jednej strony barykady powiedzą, że wszystko przez Hestona i NRA i że takich tragedii dałoby się uniknąć, gdyby w Stanach ograniczono dostęp do broni palnej. Ich oponenci odpowiedzą argumentami o wolności osobistej i znaczeniu drugiej poprawki do Konstytucji, po czym zrzucą winę na Hollywood, gry komputerowe i rap.

Ja natomiast myślę, że granica między normą a szaleństwem jest w człowkieu płynna i tak naprawdę tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Ponieważ jednak nie w każdym kraju broń można kupić w supermarkecie (tak jak ma to miejsce w niektórych stanach na południu USA), takie rzeczy będą się w Stanach zdarzać częściej niż gdziekolwiek indziej – nadal będą strzelaniny na pocztach, uniwersytetach i farmach Amiszów.  I nie zanosi się, aby coś się miało pod tym względem zmienić, skoro sam prezydent w jednym zdaniu składa kondolencje rodzinom ofiar, a w następnym zapewnia obywateli, że prawo do posiadania broni to rzecz święta, w myśl zasady, że to nie broń nie zabija, tylko ludzie  (guns don’t kill people, people kill people).

A może rzeczywiście „kwiecień to najokrutniejszy miesiąc”, jak pisał Eliot? Tragedia w Waco też wydarzyła się w kwietniu, podobnie jak zamach w Oklahoma City i masakra w Columbine High School. Te dwie ostatnie daty nie były zresztą przypadkowe, bo zamachowiec z Oklahomy chciał przypomnieć światu właśnie o Waco, a Harris i Klebold masakrą w szkole w Columbine chcieli „uczcić” rocznicę urodzin Hitlera. Virginia Tech to kolejna okrutna kwietniowa data.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Moje psy mają swoje ulubione i od dawna wydeptane dróżki. To, czy dróżka zalicza się do ulubionych, zależy przede wszystkim od miękkości trawy oraz liczby drzew i zardzewiałych hydrantów ulicznych. Po wyjściu z domu najpierw idziemy tą samą ulicą z trawnikiem idealnie nadającym się do obsikania, po czym w zależności od pogody i nastroju – bardziej mojego niż psiego, choć zdarzają się dni, że pozwalam psom wybrać trasę  – skręcamy albo w lewo, albo w prawo. Drogi na wprost nie wybieramy prawie nigdy, bo Joey – mniejszy i bardziej wrażliwy – nie lubi hałasu, skrzyżowań i ruchliwych ulic.

Droga w prawo oznacza spacer krótszy i trochę mniej urozmaicony, ale za to bardziej refleksyjny: jesienią – sterty opadłych liści ze stuletnich drzew i wydrążone dynie na progach domów, wiosną – kwitnące azalie i magnolie. To właśnie tutaj  od czasu do czasu zamieniam kilka słów ze starszym panem, którego „babusia przyjechała od Polski,” i który jak dziecko cieszy się tym, że ma okazję powiedzieć parę słów po polsku, choćby o pogodzie lub wyższości polskiej kiełbasy nad amerykańskim sausage.

Droga w lewo – to więcej atrakcji, choćby takich, jak dobrze z nami zaprzyjazniony duży czarny pies za wysokim płotem, zza którego od czasu do czasu próbuje nas obsikać, a także szkoła i plac zabaw. Właśnie na tamtej ulicy parę tygodni temu zobaczyłam przyczepione do drzewa ogłoszenie:

Zaginął kot. Stary i chory. Jeśli ktoś go znalazł, proszę zadzwonić pod numer 718-xxx-xxxx.

Ogłoszeń tego typu widzę każdego roku co najmniej kilkanaście – prawie zawsze wydrukowane w kilkunastu egzemplarzach na kolorowej drukarce, z dołączonym zeskanowanym zdjęciem zaginionego zwierzaka.  To o starym chorym kocie przyciągnęło moja uwagę chyba jedynie dlatego, że było jakby z zupełnie innej epoki – napisane drżącą ręką na wydartej z zeszytu w kratkę kartce, każdy egzemplarz nie skopiowany, a starannie przepisany. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do glowy było to, że właściciel (lub właścicielka) tego starego i chorego kota sam jest w niewiele lepszym stanie. Ale cóż, w Nowym Jorku każdego miesiąca zwierzaków giną setki – zle zapięta obróżka, nie domknięta brama, wypuszczona z ręki smycz i nieszczęście gotowe.  Smutne historie, które rzadko kończą się happy endem.

Wszystko to działo się parę tygodni temu, i o historii zaginionego kota z sąsiedztwa prawie już zapomniałam. Do dzisiaj. Dzisiaj zupełnie przypadkiem otworzyłam lokalną gazetkę The Queens Courier, którą czytam nie częściej niż raz lub dwa razy w roku, i natrafiłam tam na list o następującej treści:

W niedzielę 18 marca zabrałam swoją starą i bardzo chorą kotkę do weterynarza przy Woodhaven Blvd. Bałam się, że trzeba ją będzie uśpić, ale doktor postanowił dać jej antybiotyki, w nadziei, że da się ją jeszcze uratować. Po wizycie zawinęłam ją w koc, aby było jej wygodnie, włożyłam do klatki, a klatkę położyłam na wózek, aby przyciągnąć go do domu.

Niestety, klatka nie była dobrze zamknięta i nie zauważyłam, kiedy moja kotka z niej wypadła. Byłam zrozpaczona, głośno wołałam jej imię, wróciłam tą samą drogą i przez kilka godzin zaglądałam pod każdy zaparkowany samochód. Niestety, bezskutecznie. Nie pozostało mi nic innego, jak powiesić ogłoszenia na drzewach w nadziei, że może ktoś ją znalazł.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie pani Julia i powiedziała mi, że znalazła moją kotkę i że zabrała ją do szpitala weterynaryjnego na leczenie. A potem zobaczyła moje ogłoszenie na drzewie i w ten oto sposób moja staruszka wróciła do mnie! Pani Julia nie chciała nawet zwrotu pieniędzy, które wydała na weterynarza. Są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie.

Kotka jest z powrotem u mnie, ciągle chora, ale jest pod dobrą opieką i dzięki pomocy tej szlachetnej osoby ma szansę przeżyć.

Myrna

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Powiem krótko – nie dziwi mnie wcale, że ktoś za polskimi świętami nie tęskni. Każdy, kto wyjechał z Polski do Stanów, Irlandii, Anglii czy jakiegokolwiek innego kraju, zrobił to, bo miał ku temu powody. I wcale nie jest istotne, czy powodem była ciekawość świata, chęć nauki języka, brak pieniędzy, zmęczenie brakiem perspektyw i dobijaniem się do zamurowanych drzwi w Polsce, czy może jeszcze coś zupełnie innego. Wiem jedno – decyzja o emigracji nie należy do łatwych i często podejmuje się ją bardziej „pomimo” niż „dla”.

DSC02978
Polska święconka w kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Ozone Park, NY. Mimo że kościól jest amerykański, dwie trzecie osób obecnych na wielkanocnym święceniu pokarmów – to Polacy.

DSC02981
Kościół św. Stanisława Biskupa i Męczennika  – Ozone Park, NY

DSC02963
Staropolski Market, Greenpoint, NY

DSC02972
„Tatar” kusi, nawet w Wielkanoc i pomimo choroby wściekłych krów! Staropolski Market, Greenpoint, NY

Emigrujemy, a potem okazuje się, że cały czas wleczemy za sobą tę Polskę. Zawsze w święta najbardziej odczuwamy to, że nie jesteśmy u siebie – narzekamy na atroficzną amerykańską Wielkanoc, na skomercjalizowane Boże Narodzenie i mamy jeszcze jeden pretekst, aby upić się na smutno słuchając „Budki Suflera”, „Ich Troje” albo innej muzyki znanej jedynie w dorzeczu Wisły i Warty. Dlaczego więc odcięcie polskiej pępowiny, które przejawia się chociażby w wakacjach spędzonych w Meksyku czy Paryżu zamiast w Sieradzu czy Krakowie oraz w obchodzeniu polskich świąt „po amerykańsku” czy „po irlandzku”, miałoby być aż takie złe?

A jak się upijać, to jednak lepiej na wesoło.

Do następnego razu!
Agnieszka

P.S. Zdjęcia robiłam dzisiaj rano (Wielka Sobota anno domini 2007) na Greenpoincie i Ozone Park w Nowym Jorku.

Read Full Post »

Nie ma lepszej Wielkanocy niż w Nowym Jorku. Jak powszechnie wiadomo, miasto nasze jest znane na świecie jako Wielkie Jajko i tylko osoby niedoinformowane nazywają je Wielkim Jabłkiem, co przecież nie ma nic wspólnego ani z Wielkanocą, ani w ogóle z niczym sensownym. Wielkanoc w Nowym Jorku zaczyna się już w niedzielę rano, a kończy dopiero w niedzielę wieczorem, tak więc na obżeranie się jajami na twardo, szynką od Kiszki i makowcem z Rzeszowskiej na Greenpoincie mamy caluteńki dzień.

Jajek nie musimy wcale malować ani obgotowywać w burakach, łupinach cebuli ani innych niszczących manicure odpadkach, bo wystarczy nabyć drogą kupna plastikowe „koszulki” we wzorki za jedyne 3 dolary za komplet. Koszulkę taką naciąga się na ugotowane jajko, jajko kładzie się na łyżkę, zanurza na 5 sekund we wrzątku i voilà – mamy pisanki, jakich najstarsza góralka nie wyprodukuje nawet gdyby cały mendel obgotowała w wywarze buraczanym i pazurami drapała wzorki od samego Wielkiego Czwartku.

Nie ma także potrzeby robienia świątecznych porządków. Ponieważ Święta Wielkanocne trwają tutaj jeden dzień, możemy sobie to niewdzięczne zajęcie z czystym sumieniem odpuścić. Zamiast sprzątania możemy sobie usiąść wygodnie przed telewizorem i obejrzeć powtórkę z programu American Idol, który jak wiadomo jest najlepszym rozrywkowym show na całej kuli ziemskiej (może z wyjątkiem Iranu i Korei Południowej, ale ich opinią nie będziemy się przejmować).

No i najważniejsza sprawa – w poniedziałek możemy wyjść na ulicę bez obawy, że jakiś dowcipniś wyleje nam na głowę z II piętra wiadro wody i zniszczy ubranie dry clean only z Saks Fifth Ave.  O lanym poniedziałku i Dyngusie przeciętny Amerykanin nie słyszał, może z wyjątkiem tych, ktorzy w jakiś poniedziałek wielkanocny zapuścili się wieczorową porą na ulice Greenpointu.

A do napisania powyższych herezji natchnął mnie Jan Latus, który w swoim ostatnim artykule  pt. „Jakie tu Święta…” napisał tak:

(…) Już od kilkunastu lat obserwuję swoiste podejście Polaków w Ameryce do dwóch najważniejszych świąt w chrześcijaństwie: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia. Te religijne przeżycia są – i to zawsze! – łączone z naszą polskością, wspomnieniami rodzinnymi, a nawet – towarzyszącymi obchodom kiedyś w kraju okolicznościowymi programami telewizyjnymi.

Idą święta i zawsze słyszę: – Ech, co tutaj za święta. W ogóle się nie czuje tych świąt! Święta to były w Polsce. Tam była atmosfera.  (…)

No cóż, Wielkanoc to okazja świętowania tylko dla tych ludzi, którzy wierzą, że Chrystus zmartwychwstał. Kto w tym wielokulturowym społeczeństwie nie podziela tej wiary, obchodzi inne święta. Nie łączy się więc Wielkanoc, jak w Polsce, z pospolitym ruszeniem wszystkich bez wyjątku Polaków do kościoła, ze święconką, do spowiedzi, na mszę. Polaków zjednoczonych tymi samymi jajami na twardo, szynką na śniadanie i Loską na ekranie.

Tak, do pewnego stopnia jesteśmy w świętowaniu osamotnieni, to znaczy świętujących nie jest 300, ale, powiedzmy, 50 milionów. Moim zdaniem to dużo.

Nie pozostaje więc nic innego, jak uszanować jedyny ważny, a więc – religijny aspekt świat. Nikt nam nie broni pościć, wyłączać muzyki, wyspowiadać się, a na śniadanie – zjeść to, co nakazuje nasza, przywieziona tu tradycja.

Wszystkim, którzy tutaj od czasu do czasu zaglądają, życzę więc Wesołych Świąt Wielkanocnych – obchodzonych tradycyjnie po polsku czy po „ichniemu” czyli po amerykańsku. Aby były zdrowe i szczęśliwe!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W poprzednim komentarzu na temat spraw finansowych ustaliliśmy z grubsza, że przeciętny biedak amerykański rzadko staje przed dylematem, czy stać go na zjedzenie hamburgera, jako że w porównaniu z Europą żywność w Stanach Zjednoczonych jest tania, a nawet bardzo tania. Liczę się z protestami, ale mimo to upieram się przy powyższym stwierdzeniu i zaznaczam, że chodzi mi  o podstawowe artykuły spożywcze dostępne w pierwszym lepszym supersamie, czyli pomidory za 1,99 dol. za funt (a w chińskim sklepie na rogu jeszcze taniej), a nie te organiczne z sieci Whole Foods, które kosztują trzy razy więcej, i o kurczaka Perdue, a nie homary z farszem z krabów.  Problem, co włożyć do garnka, jest w Stanach zjawiskiem marginalnym i dotyczy bardzo niewielkiej grupy ludzi.

Podobnie rzecz się ma z inną sprawą z poprzednio zacytowanej przeze mnie (na pewno tendencyjnej, ale mimo to chyba poprawnej statystycznie) „listy osiągnięć” amerykańskiego biedaka, czyli dostępnością dachu nad głową. Rzadko słyszy się tu o sytuacjach, gdzie sześciosobowa rodzina musiałaby mieszkać w jednym pokoju z kuchnią i wychodkiem na podwórku, co w Polsce nadal jeszcze się zdarza, zwłaszcza na wsi. Inna rzecz, że wyrażenia „własny dom” można użyć także w odniesieniu do baraku usytuowanego w trailer park w którymś ze stanów o łagodniejszym klimacie, takich jak np. Floryda.

Czy jednak to, że w Stanach Zjednoczonych brak dachu nad głową albo głód fizyczny dotyczy bardzo niewielkiego procenta mieszkańców, oznacza, że większości Amerykanów powodzi się doskonale? Dla zachowania balansu w opisie amerykańskich realiów, tutaj kolejna porcja danych statystycznych, z których wyłania się nieco inny obraz:

  • Ustalony przez rząd USA próg ubóstwa na 2007 r. wynosi od $10.210 rocznego dochodu brutto dla jednej osoby, do $20.650 dla 4-osobowej rodziny (Hawaje i Alaska mają nieco wyższe limity).
  • W 2005 r. poniżej tego federalnie ustalonego progu ubóstwa żyło w USA 12,6% mieszkańców, czyli 37 mln osób. W przypadku dzieci poniżej 18. roku życia wskaznik ten był sporo wyższy i wynosił aż 17,6%.
  • W 2005 r. 15,9% mieszkańców USA (ponad 46 mln osób) nie miało ubezpieczenia zdrowotnego. (U.S. Census Bureau)

Teraz zastanówmy się nad tym, jak się ma federalny prog ubóstwa do tzw. living wage czyli kwoty potrzebnej na normalne (nie za bardzo rozrzutne, ale wystarczające) utrzymanie w różnych częściach Stanów Zjednoczonych. Skorzystałam z kalkulatora living wage dla dzielnicy, w której mieszkam (Queens, NY)  i oto wyniki:

1 osoba dorosła 1 osoba dorosła,
1 dziecko
2 osoby dorosłe 2 osoby dorosłe,
1 dziecko
2 osoby dorosłe,
2 dzieci
Miesięczne koszty utrzymania
Jedzenie $156 $273 $335 $452 $570
Opieka nad dzieckiem (Child Care) $0 $411 $0 $411 $823
Medyczne $86 $225 $225 $266 $307
Mieszkanie $940 $1.133 $1.003 $1.133 $1.133
Transport $127 $127 $127 $127 $127
Inne wydatki $414 $531 $505 $599 $643
Wymagany dochód mies. (netto) $1.723 $2.701 $2.196 $2.989 $3.603
Wymagany dochód roczny (netto) $20.675 $32.414 $26.351 $35.866 $43.232
Podatki
Payroll tax $1.932 $3.029 $2.463 $3.352 $4.040
Podatek stanowy $933 $1.463 $1.189 $1.619 $1.951
Podatek federalny $1.718 $2.693 $2.189 $2.979 $3.591
Wymagany dochód roczny (brutto – Gross Annual Income) $25.258 $39,599 $32.192 $43.816 $52.814

Jednym słowem twierdzenie, że bieda w USA zaczyna się przy dochodach poniżej 10 tys. dolarów dochodu brutto (w przypadku jednej osoby) można spokojnie między bajki włożyć. Sama nie wyobrażam sobie, jak za taką sumę można przeżyć w Nowym Jorku, jeśli opłaca się własne mieszkanie (czynsz lub spłata pożyczki).

Każdy zresztą może sobie zrobić własne wyliczenia przy pomocy tego kalkulatora i zastanowić się, na ile są one zgodne ze stanem realnym. Ja chcę zwrócić uwagę na jedną kategorię – wydatki medyczne. Budżet w wys. 86 dol. na osobę jest wystarczający, jeśli nasz pracodawca zapewnia ubezpieczenie medyczne. Natomiast jeśli jesteśmy w grupie 46 milionów nieubezpieczonych Amerykanów, wykupienie ubezpieczenia na wolnym rynku w Nowym Jorku będzie nas kosztować średnio 300-600 500-1200 dol. miesięcznie dla jednej osoby. I to tylko pod warunkiem, że nie mamy pre-existing condition czyli wcześniejszej diagnozy poważnej choroby, albo że mamy kontynuację ubezpieczenia. A gdzie opłaty za szkołę dla dzieci, jesli chce się je wysłać do trochę lepszej, prywatnej (w niektórych dzielnicach to absolutna konieczność)? Nie wszystko da się sfinansować z kategorii „Inne wydatki”.

W przypadku ochrony zdrowia, zawsze istnieje jeszcze rozwiązanie alternatywne – nie zawracać sobie głowy ubezpieczeniami, nie pić, nie palić, żyć zdrowo i regularnie modlić się o zdrowie dla siebie i rodziny. Jeśli jednak ta metoda okaże się nieskuteczna i nie daj Boże wylądujemy w szpitalu, nie pomogą nam nawet trzy telewizory i dwie mikrofalówki.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po wielkiej awanturze  galeria  Lab Gallery na Manhattanie zrezygnowała z wystawienia w Wielkim Tygodniu czekoladowej rzeźby ukrzyżowanego Chrystusa. Zatytułowana My Sweet Lord rzeźba autorstwa Kanadyjczyka Cosimo Cavallaro miała być częścią wielkanocnej wystawy (strona internetowa artysty – www.cosimocavallaro.com).

Rzezba Chrystusa z czekoladyFakt odwołania wystawy stał się początkiem zażartej dyskusji na temat tego, czy artyści powinni ulegać presjom zewnętrznym  i podporządkowywać się oczekiwaniom „nieartystycznego” i „nierozumiejącego” tłumu – w tym przypadku katolików, którzy wysłając setki listów i emaili z protestami dopięli swego i skłonili galerię z wycofania się z tego przedsięwzięcia.

Nie wątpię, że czytelnikom w Polsce cała sprawa może się niebezpiecznie kojarzyć z protestującymi o byle co słuchaczami „Radyja”, mocno jednak odradzam takie podejście do tematu. Przede wszystkim trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że w Stanach Zjednoczonych tego typu kontrowersyjna artystyczna ekspresja na przedmiot swojej swobodnej interpretacji prawie wyłącznie wybiera symbole chrześcijaństwa, a prawie nigdy -islamu, judaizmu czy innych religii.

Powoli zaczynam podejrzewać, że obrońcy wolności artystycznej sami nie są wolni od grzechu pruderii i zaślepienia, o który tak ochoczo oskarżają swoich oponentów. Swiadczy o tym chociażby ich mocno wybiórcze podejście do zagadnienia wolności słowa w sztuce, bo często pieniądze decydują o tym, gdzie „wolno być wolnym”, a gdzie lepiej trzymać się zasad poprawności politycznej. Nie każde przedsięwzięcie artystyczne znajdzie bowiem chętnych do otwarcia portfela sponsorów, najpierw trzeba się więc zastanowić, komu warto się narazić i jakie kontrowersje są bardziej opłacalne.

Czy znalazłaby się w Nowym Jorku galeria zainteresowana wystawieniem czekoladowej figury Mahometa z obnażonymi genitaliami? Jedynie pod warunkiem posiadania solidnego ubezpieczenia od szkód.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Z okazji weekendu porozmawiajmy o tym, co lubimy wiedzieć o innych i czego nie lubimy ujawniać o sobie, czyli o pieniądzach. Konkretnie o tym, czy faktycznie w Stanach Zjednoczonych życie jest tańsze niż w Europie, jak to się powszechnie uważa. W przytaczanych tutaj przykładach posłużę się danymi z Nowego Jorku, a bardziej konkretnie – nie tyle ze stanu Nowy Jork, co z samego miasta. Oczywiście w samym mieście różnice też są ogromne w zależności od tego, czy mówimy o Manhattanie, gdzie za milion dolarów można kupić średniej wielkości mieszkanie, czy o którejś z czterech pozostałych nowojorskich dzielnic – Brooklyn, Bronx, Staten Island czy Queens.

fake_dollar.jpg

Ile kosztuje wynajęcie mieszkania w Nowym Jorku?
W wielu częściach Queensu za wynajęcie 1-sypialniowego mieszkania trzeba zapłacić średnio 1100-1300 dolarów miesięcznie. W tzw. lepszych dzielnicach Queensu, takich jak np. Forest Hills, czynsz za podobne mieszkanie będzie nieco wyższy i wyniesie ponad 1500 dolarów, a za mieszkanie 2-sypialniowe odpowiednio więcej. Natomiast jeśli ktoś ma skromniejsze wymagania i wystarczy mu studio czyli lokum w rodzaju polskiej kawalerki, to pewnie znajdzie takie za jakieś 800-1000. Dane te dotyczą wolnego rynku, bo zupełnie inaczej mają się sprawy z budynkami z kontrolowanym czynszem. Jeśli ktoś wynajął takie mieszkanie kilkanaście lat temu, to jego czynsz wzrastał w tempie nie większym niz 4% rocznie (lub 7% na dwa lata) i w tej chwili jest grubo poniżej stawek wolnorynkowych.

I tutaj uwaga adresowana do wszystkich, którzy z bliżej nie wyjaśnionych powodów w pogardzie mają Greenpoint. Otóż ceny mieszkań na Greenpoincie, tak samo kupna, jak i wynajmu, rosną jak szalone, rośnie prestiż tej dzielnicy i to, co dziesięć lat temu na temat Greenpointu wypisywał Redliński, można spokojnie między bajki włożyć.

Ile kosztuje kupno domu albo mieszkania?
Szeregowy dom jednorodzinny (3 niewielkie sypialnie, 1-2 łazienki, garaż) na Middle Village, Rego Park lub Glendale na Queensie uszczupli nasze konto bankowe o jakieś 500-630 tys. dolarów (oczywiście większość ceny zakupu zostanie sfinansowana przy pomocy pożyczki hipotecznej rozłożonej na 15 lub 30 lat, sami natomiast musimy wysupłać mniej więcej 20% ceny domu). Jeśli natomiast „szeregowiec” nas nie zadowala i marzy się nam ogródek powierzchniowo większy niż rozłożona gazeta The New York Times, trzeba będzie dołożyć jeszcze jakieś 200-300 tys. i kupić wolnostojący dom z porządną działką za 800-950 tys. dolarów. Nie zapominajmy przy tym, że na Manhattanie taka sama suma wystarczy nam jedynie na mieszkanie – z balkonem albo i bez.

Ile kosztuje tzw. życie?
Jedzenie, alkohol, kosmetyki, artykuły gospodarstwa domowego – wszystko to kosztuje grosze. Zakupy żywnościowe dla dwóch dorosłych osób nie przekroczą 350-400 dolarów miesięcznie, o ile zawsze gotujemy w domu. Jeśli chcemy dorzucić do tego alkohol, za butelkę przyzwoitego wina (najlepiej z Chile lub Argentyny, bo z nie do końca wyjaśnionych powodów tańsze wina europejskie bywają w Stanach dość podłe) zapłacimy 10-20 dolarów, a za sześciopak piwa – około 8.

Nie chce się gotować? Nie ma problemu, zamówienie szybkiego chińskiego obiadu uszczupli naszą portmonetkę o jedyne 4-7 dolarów od dania. Apetyt na sushi? Kupowana w supersamie porcja kosztuje około 5-7 dolarów, a w pewnym dobrze mi znanym sklepie C-Town na Yellowstone Blvd. po godz. 18 taka sama porcja kosztuje jedynie 3 dolary. Wyjście do restauracji przyzwoitej klasy restauracji w dzielnicy Queens będzie nas kosztować około 50-70 dol. za dwie osoby (przystawka plus danie główne), a jeśli dorzucimy drinki, kawę i deser – o jakieś 30-40 dol. więcej. Natomiast zdecydowanie odradzam palenie – za paczkę Marlboro zapłacimy w Nowym Jorku jakieś 7-8 zielonych.

Ile się zarabia w Nowym Jorku?
To pytanie jest nieco bardziej skomplikowane, bo wszystko zależy od okoliczności, takich jak doświadczenie w zawodzie, wykształcenie, wielkość firmy, czy firma jest na Manhattanie czy poza nim itd. Federalnie ustalona stawka minimalna w USA wynosi obecnie 5,15 dolarów na godzinę (przed podatkiem), jednakże w wielu stanach jest ona wyższa niz federalne minimum. Do tej grupy należy stan Nowy Jork, gdzie płaca minimalna wynosi obecnie $7,15 na godzinę. Zainteresowanych szczegółami odsyłam na stronę Department of Labor: http://www.dol.gov/esa/minwage/america.htm.

Niewiele ponad minimum zarabia się przy niewykwalifikowanych zajęciach typu sprzątanie czy pomoc w kuchni, jedynie z tą różnicą, że przy pracy „na czarno” nie płaci się podatku, więc cała suma trafia do kieszeni pracownika. Niewykwalifikowany robotnik na budowie zarobi w Nowym Jorku mniej więcej 12-15 na godzinę, pracownik wykwalifikowany – ponad 20. Policjanci i nauczyciele zarabiają w Nowym Jorku 35-40 tys. dolarów rocznie (przed podatkiem), początkująca sekretarka – 25-30 tys. dolarów, a po paru latach doświadczenia odpowiednio więcej. Pracownik działu marketingu w dużej firmie może liczyć na 45-50 tys. rocznie, programista z kilkuletnim doświadczeniem – na 70-90 tys. w zależności od specjalizacji (za znajomość Java czy C# dostaje się więcej niż za języki skryptowe), a adwokat – powyżej 100 tys.

Liczby podane powyżej dotyczą Nowego Jorku, gdzie zarowno ceny jak i zarobki są wyższe niż w wielu innych częściach Stanów Zjednoczonych. Pieniądze to temat-rzeka, dlatego ciąg dalszy tego tematu nastąpi już niedługo. Odpowiemy w nim na pytanie, gdzie wcięło naszą amerykańską wypłatę…

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Ostatnio praca zabiera mi zdecydowanie więcej czasu niż bym chciała, stąd moja chwilowa (i mam nadzieję, że usprawiedliwiona) nieobecność w Salonie. A wszystko to z powodu przygotowań do konferencji na temat Web analytics, na którą wybieram się w najbliższym czasie. Moja praca programisty od pewnego czasu coraz bardziej dryfuje właśnie w kierunku Web analytics czyli analizy danych internetowych. Najrozsądniejsze tłumaczenie na polski, jakie mi przychodzi do głowy, to analiza zachowań użytkownika w sieci, choć nie jestem na 100 % pewna, czy polscy fachowcy od Internetu nie nazywają tego jeszcze inaczej.

Swego czasu zastanawiałam się nawet, czy od czasu do czasu nie napisać tutaj czegoś na ten właśnie temat. Doszłam jednak do wniosku, że póki co Salon nowojorski powinien pozostać po prostu Salonem nowojorskim (z naciskiem na przymiotniku „nowojorski”), czyli prywatnym blogiem o życiu na emigracji. A pisanie o najnowszych rozwiązaniach sieciowych pozostawię innym, bo w Polsce nie brakuje ludzi świetnie znających temat, o ile oczywiście nie wyjechali jeszcze do Irlandii, Niemiec lub Stanów.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Afera ze Zbigniewem zatacza coraz szersze kręgi, bo jak czytam w Daily News, sam Konsul Generalny najjaśniejszej RP w Nowym Jorku Krzysztof Kasprzyk zabrał  głos w tej sprawie. W rozmowie z gazetą konsul miał wyrazić swoje wątpliwości co do tłumaczeń redaktora naczelnego New Yorkera, że rysunek wcale nie był kolejnym ‚Polish joke’. Konsul zapowiedział także, że pośle Remnickowi… butelkę luksusowej polskiej wódki Chopin albo Belvedere, skoro pismo i tak jest zdania, iż Polacy mają skłonność do nadużywania alkoholu (since the magazine apparently believes that Poles are prone to „excessive liquor consumption” he’s sending Remnick „an exquisite Chopin or Belvedere brand Polish vodka.”)

chopin vodka chopin vodka
Gusta się zmieniają: amerykańska reklama wódki Chopin sprzed paru lat i obecnie…

 A może by tak spece od marketingu ruszyli mózgami i zamiast płakać nad stereotypem Polaczka-pijaczka z Greenpointu wykorzystali to w reklamie? Wszyscy dobrze pamiętamy jak tuż przed referendum unijnym dwa lata temu prawica francuska  straszyła elektorat polskim hydraulikiem, który będzie pracował za połowę stawki i zabierze pracę rodowitym Francuzom. Polska Organizacja Turystyczna szybko wpadła na pomysł, aby całą sprawę obrócić w żart i wykorzystać w akcji reklamowej promującej wyjazdy turystyczne do Polski. I w ten oto sposób zrodził się słynny plakat z krzepko dzierżącym w dłoni klucz francuski seksownym polskim hydraulikiem i podpisem „Zostałem w Polsce. Przyjeżdżajcie”, który wkrótce trafił na pierwsze strony europejskich gazet.

Plakat z polskim hydraulikiem

Wtedy ktoś szybko i inteligentnie zamienił negatywny stereotyp na pozytywną promocję Polski, udowadniając, że nawet jeśli Polska kojarzy się  Francuzom z polskim hydraulikiem (a Amerykanom z polską wódką, pierogami czy niemożliwymi do wymówienia imionami!) to nie jest to jeszcze koniec świata.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »