Feeds:
Wpisy
Komentarze

Rząd proponuje utworzenie okręgu wyborczego dla Polaków mieszkających za granicą i umożliwienie głosowania za pośrednictwem poczty. Odrębny okręg wyborczy miałby zachęcić Polaków przebywających za granicą do wzięcia udziału w wyborach, a możliwość głosowania pocztą – ułatwić życie w przypadkach, kiedy odległość między punktem wyborczym a miejscem zamieszkania sięga tysięcy kilometrów.

Bardzo ładnie, że rząd tak się o nas troszczy, ja jednak proponuję, aby najpierw rozwiązać problem polskich paszportów, bardzo uciążliwy dla Polaków mieszkających w USA.

Po pierwsze, od pewnego czasu podanie o wydanie polskiego paszportu trzeba składać osobiście. Nie ma z tym problemu, jeśli mieszka się w mieście, gdzie jest polski konsulat – można wtedy położyć papiery na biurku urzędnika nawet w czasie przerwy na lunch. Natomiast nie jest to już takie proste, jeśli mieszka się na Florydzie albo gdzieś w Ohio czy Teksasie. Ponieważ stan Floryda „podlega” Ambasadzie RP w Waszyngtonie, w tym przypadku złożenie podania o paszport oznacza co najmniej 2-dniową wyprawę. Nie ma mowy, aby udało się tę sprawę załatwić w jeden dzień – trzeba dojechać na lotnisko, polecieć samolotem do miasta, gdzie mieści się konsulat, a po załatwieniu sprawy – wrócić na lotnisko i udać się w powrotną podróż do domu (polecam lekturę tego komentarza). Co ciekawe, całą operację trzeba powtórzyć przy odbiorze paszportu, bo paszport trzeba odebrać osobiście.

Po drugie, na wydanie polskiego paszportu czeka się miesiącami. Konsulat RP w Nowym Jorku radzi składać podanie o paszport… na 6 miesięcy przed wygaśnięciem starego!

Zaleca się złożenie wniosku na nowy paszport minimum 6 miesięcy przed upływem ważności dotychczas posiadanego paszportu.

Na paszport amerykański czekałam 8 dni od momentu złożenia dokumentów (cały proces ubiegania się o obywatelstwo to inna sprawa – ciagnęło się to w moim przypadku prawie trzy lata), a formularz mogłam wydrukować ze strony internetowej poczty amerykańskiej. Paszport przysłano mi pocztą do domu. Jak widać, jedni mogą, inni – nie.

Do następnego razu!
Agnieszka

O rasizmie inaczej

Nowy Jork przez wielu jest postrzegany jako „ciało obce w zdrowym ciele Ameryki” – liberalne i kosmpolityczne miasto, w którym wszystko wolno i które z wyboru odcina się od tradycyjnego systemu amerykańskich wartości. Wielu Amerykanów z innych stanów, złośliwie określanych czasem jako fly-over states (nie radzę jednak używać tego wyrażenia w rozmowie z miejscowymi, jeśli nie chce się oberwać po pysku), z Nowym Jorkiem nie ma – i nie chce mieć –  nic wspólnego, poza wizytą turystyczną raz na 15 lat. Niewątpliwie sam fakt mieszkania w Nowym Jorku, a nie gdzieś w małym miasteczku na prowincji, powoduje, że inaczej patrzy się na pewne sprawy.

Rzeczy, które tutaj są na porządku dziennym, w wielu innych miejscach w USA są nie do pomyślenia, i vice versa.  Może dlatego mocno zaskoczył mnie opublikowany wczoraj przez serwis CNN.com artykuł na temat pierwszej zintegrowanej zabawy na zakończenie szkoły średniej (prom) w pewnym miasteczku w Georgii: Students attend school’s first integrated prom. Tekst radośnie informuje o tym, że w tym roku szkoła średnia w Ashburn  (160 mil od Atlanty) po raz pierwszy w swojej historii zorganizowała imprezę, na której razem bawili się uczniowie biali i kolorowi.

Co w tym dziwnego? Ano chociażby to, że do tej pory rodzice uczniów w tym miasteczku organizowali dwie osobne prywatne imprezy – jedną dla białych, drugą dla czarnoskórych (w artykule nie ma mowy o tym, czy na którąś z nich zapraszano Latynosów). „Biali zawsze bawią się na jednej imprezie, a czarni na drugiej” – mówi Lacey Adkinson, uczennica szkoły, w której Afro-Amerykanie stanowią 55% spośród ponad 450 uczniów. „W naszej szkole zawsze były osobne zabawy – tak było jeszcze w czasach, kiedy chodził do niej mój tato. Ale w tym roku postanowiliśmy spróbować czegoś nowego” – dodaje. Jej starsza siostra uczestniczyła w „białej” imprezie w 2001 r: „Nie przypominam sobie, aby byli na niej kolorowi uczniowie. Tak u nas po prostu jest i to wcale nie jest rasizm.”

Okazuje się jednak, że mimo zorganizowania wspólnej zabawy w szkole biali uczniowie i tak jak co roku mieli swoją prywatną, która odbyła się tydzień wcześniej, bo tak zażyczyli sobie niektórzy rodzice. Podkreślam, że rzecz działa się w południowej Georgii, a jak wiadomo opinie na temat na spraw związanych z kolorem skóry na południe od linii Masona-Dixona są nieco inne niż na północy.

Również na południu USA – w Durham w Karolinie Północnej – kilka tygodni temu miał swój finał proces, w którym trzech białych studentów prestiżowego Duke University zostało oskarżonych o gwałt zbiorowy na czarnoskórej striptizerce. Sprawa nosiła wszelkie znamiona zarówno dramatu klasowo-obyczajowego, jak i bajki z morałem, nic zatem dziwnego, że niemal obsesyjnie śledziły ją wszystkie większe gazety, nie wyłączając dziennika The New York Times, który w tym przypadku zdecydowanie nie popisał się obiektywizmem. (Autor bloga Durham in Wonderland dużo miejsca poświęca zagadnieniu, jak sprawa została przedstawiona w mediach.) Według początkowych doniesień prasowych, trzej zawodnicy uniwersyteckiej drużyny lacrosse – wszyscy trzej z zamożnych uprzywilejowanych rodzin – wykorzystując swoją pozycję i poczucie bezkarności zgwałcili czarną dziewczynę, która pracowała jako tancerka erotyczna, aby zapewnić utrzymanie dwójce dzieci (pełną chronologię wydarzeń można znalezć na stronach Newsweeka A Troubled Spring at Duke i That Night at Duke).

Po dokładniejszym zbadaniu dowodów okazało się jednak, że cała historia ma co prawda morał, ale nie taki, jakiego powszechnie się spodziewano. Wszystkie oskarżenia wobec studentów zostały wycofane, a sprawa umorzona, bo po pierwsze – ofiara rzekomego gwałtu zmieniła zeznania kilka razy, po drugie – nie było żadnych konkretnych dowodów winy, np. w postaci DNA, a  po trzecie – prokurator okręgowy Mike Nifong przezornie zataił wiele niewygodnych faktów w celu zaprezentowania wydarzeń w odpowiednim świetle i zwiększenia swojego poparcia w złożonym głównie z Afro-Amerykanów okręgu wyborczym. Morał historii jest taki, że amerykańska mozaika rasowa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać.

Do następnego razu!
Agnieszka

Wydarzenia ostatnich dwóch dni przekonują mnie, że stare dobre powiedzenie „Ten jest winny, kto jest inny” w tzw. zjednoczonej Europie pozostaje jak najbardziej aktualne. W ostatnią sobotę – w tym samym dniu kiedy w Krakowie wszechpolacy maszerowali w tzw. Marszu Tradycji i Kultury – Artur Boruc robił za supermana i nadstawiał karku w obronie rodaków zaatakowanych przez pijanych lub naćpanych  (najprawdopodobniej)  Szkotów w Glasgow.

Gazeta „Sunday Mail” tak napisała o Borucu:

Gwiazda Celtiku Artur Boruc został wczoraj okrzyknięty w Szkocji bohaterem po tym jak obronił ciężarną kobietę z Polski przed rasistami, którzy ją zaatakowali.

Do zdarzenia doszło w jednym z parków w Glasgow. Dzielny bramkarz obronił Magdę Kucko, 27-letnią Polkę w zaawansowanej ciąży, która wraz ze swoją siostrą i jej mężem została zaatakowana przez dwóch mężczyzn i kobietę, z agresywnymi dobermanami.  (…) Boruc zareagował na wołanie o pomoc płaczącej ciężarnej kobiety. Bandyci na widok rosłego bramkarza uciekli. Piłkarz Celtiku Glasgow odwiózł kobietę swoim samochodem do szpitala.

W Glasgow można oberwać od tubylców za używanie języka polskiego w parku, a wszechpolak w Krakowie może przyłożyć, bo… „Kto nie skacze jest pedałem”.  Europa schodzi nam na psy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Sama oczywiście nie pamiętam czasów, kiedy pieśń „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta czerwieńsze ma od malin” była w modzie, ale jej treść jest mi znana z opowiadań mojego ojca, którego młodość przypadła na lata 50-te. Zapewne jest to dość swobodne skojarzenie, ale owe „usta czerwieńsze od malin” przypominają mi się przy lekturze niektórych tekstów polemicznych z polskiej blogosfery w sytuacji, kiedy pisze się o kobietach  – niezależnie od tego, czy chodzi o prezydenta Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, posłankę Samoobrony Lewandowską, czy też o którąś z dziennikarek radiowych czy telewizyjnych.

Nie mam zamiaru rozpisywać się tutaj na temat polskiej sceny politycznej, bo są od tego inni, którzy po pierwsze –  siedzą na miejscu, a nie jak ja w Nowym Jorku, a po drugie – na polityce i pisaniu o polityce zęby zjedli, podczas kiedy mojemu sercu bliższe są tematy emigracyjne.  Tak więc chodzi mi tutaj wyłącznie o formę polemiki i jej aspekty językowo-obyczajowe.

Na podstawie regularnej lektury polskich blogów (zarówno tych z lewa, jak i z prawa) dochodzę do wniosku, że wiele dyskusji przybiera dość przewidywalny obrót w sytuacji, kiedy oponentem jest kobieta – wszelkie chwyty stają się wtedy dozwolone i argumenty merytoryczne chętnie zastępowane są regułami z wolnej amerykanki rodem. Najchętniej dyskutuje się wtedy o kolorze włosów (łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż blondynce zrobić karierę w polskiej polityce…), oraz wypomina niedoskonałości, takie jak zaawansowany wiek (jak wiadomo, w kraju zgrzybiałych czterdziestolatków oznacza to więcej niż lat trzydzieści) lub… zwiotczała skóra. Nie chcę byc gołosłowna, tak więc posłużę się tekstami z różnych krańców politycznego spektrum, popełnionymi tak samo przez amatorów, jak i profesjonalistów (wszystkie podkreślenia moje):

Internetowy Obserwator Mediów o dziennikarkach programu „Misja specjalna” pisze tak:

te zasępione twarze żelaznych dziewic polskiego dziennikarstwa, zesznurowanymi w zbrzydzony ciup zwiędniętymi usteczkami recytujące najbardziej idiotyczne wersje kretyńskiego sloganu o ‚wyzwoleniu przez prawdę’

Dziennik Gajowego Maruchy z kolei takie ma zdanie na temat Manueli Gretkowskiej:

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia znana polskojęzyczna grafomanka, Manuela Gretkowska, przedstawicielka tzw. literatury menstruacyjnej, zapowiedziała iż wystąpi o rejestrację Partii Kobiet.(…) Pani Gretkowskiej życzymy z okazji Świąt Bożego Narodzenia, aby rzadziej przesalała zupy.

„Nonsensopedia” (polska encyklopedia humoru) o posłance Sandrze Lewandowskiej ma do powiedzenia co następuje:

Sandra Lewandowska (ps. „Sandrynka-Landrynka”, „Sandra-Salamandra”, ur. 8 czerwca 1977 w Jeleniej Górze) – polska polityk. Osładza i ubarwia życie męskiej częsci posłów. Jest blondynką, więc z łatwością dostała się do Sejmu, bo takich posłowie lubią. Sandra to obiekt zazdrości Anity Błochowiak, Renaty Beger, Aleksandry Jakubowskiej. Nie współżyje z władzami swojej partii.

Wiem, wiem – „Nonsensopedia”, jak sama nazwa wskazuje, jest pisana dla jaj i tak dalej. Tylko dlaczego w tej samej „polskiej encyklopedii humoru” póki co nie uświadczysz równie wesołej biografii partyjnego szefa posłanki Lewandowskiej Janusza Maksymiuka, który razem z nią plażował w Egipcie i który łaskawie pozwolił sobie olejkiem nacierać plecy? Ano, widocznie co wolno 60-letniemu facetowi, to nie 30-letniej kobitce. A może raczej, co wolno napisać o 30-letniej kobitce, to nie o 60-letnim facecie…

Szukajmy dalej. Jeden z bardziej popularnych ostatnio polskich blogów politycznych – Bufetowa Watch poświęcony osobie Hanny Gronkiewicz-Waltz – swoim wdzięcznym tytułem nawiązuje do przezwiska Bufetowa, którym obdarowano panią prezydent Warszawy jeszcze w trakcie kampanii wyborczej. Autor bloga zapewnia, że inspirację zaczerpnął z bloga BlairWatch monitorującego poczynania brytyjskiego premiera. Dlaczego więc „Bufetowa Watch”, a nie na przykład „Gronkiewicz-Waltz Watch” lub „HGW Watch”? To pozostanie już jego słodką tajemnicą.  Tu autorowi muszę jednak oddać sprawiedliwość, że poza złośliwym tytułem bloga stara się koncentrować bardziej na poczynaniach Gronkiewicz-Waltz jako prezydenta stolicy, niż na jej fryzurze, długości spódnicy albo umiejętnościach kulinarnych.

Do następnego razu!
Agnieszka

Amerykanie zrobili się czujni. Dyskretnie przyglądają się w pociągu facetom o arabskim wyglądzie i w za dużych kurtkach, bo przecież nie wiadomo, co facet może pod taką kurtką ukrywać. Przy wejściu do metra grzecznie oddają policjantom do kontroli teczki, torby i torebki, zgodnie z wprowadzonym w Nowym Jorku  przepisem o kontroli policyjnej większych pakunków w metrze.

If you see something, say something.Plakaty na stacjach (If you see something, say something) konsekwentnie sugerują, że nic złego się nie zdarzy, o ile tylko będziemy się wszyscy bardzo starać i uważać – na potencjalnych terrorystów i pozostawione bez nadzoru podejrzane pakunki.

I cóż z tej czujności, skoro chłopak, który zastrzelił wczoraj w Wirginii 32 osoby z pewnością nie należał do Al-Kaidy, nie był nazistą, a w Stanach mieszkał od dziecka. Zgodnie z powszechnym wyobrażeniem, nie powinien nawet mieć broni, bo kto kiedy słyszał o Koreańczyku biorącym udział w strzelaninie? Koreańczycy i Chińczycy w Stanach mają reputację pracoholików zajętych od świtu do zmierzchu prowadzeniem swoich drobnych biznesów – pralni, restauracji i sklepów z warzywami – i ciułających każdy grosz po to, aby swoje dzieci wysłać do najlepszych szkół po solidny zawód lekarza albo prawnika. Ich dzieci natomiast zakuwają godzinami, wygrywają konkursy matematyczne, zaś w wolnych chwilach uczą się tenisa albo gry na fortepianie – taki przynajmniej jest popularny stereotyp.

To, co stało się wczoraj w Wirginii, mocno ten sielski obrazek komplikuje. Zapewne w najbliższych dniach pojawi się wiele teorii, dlaczego tak się stało. Dyskutanci z jednej strony barykady powiedzą, że wszystko przez Hestona i NRA i że takich tragedii dałoby się uniknąć, gdyby w Stanach ograniczono dostęp do broni palnej. Ich oponenci odpowiedzą argumentami o wolności osobistej i znaczeniu drugiej poprawki do Konstytucji, po czym zrzucą winę na Hollywood, gry komputerowe i rap.

Ja natomiast myślę, że granica między normą a szaleństwem jest w człowkieu płynna i tak naprawdę tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Ponieważ jednak nie w każdym kraju broń można kupić w supermarkecie (tak jak ma to miejsce w niektórych stanach na południu USA), takie rzeczy będą się w Stanach zdarzać częściej niż gdziekolwiek indziej – nadal będą strzelaniny na pocztach, uniwersytetach i farmach Amiszów.  I nie zanosi się, aby coś się miało pod tym względem zmienić, skoro sam prezydent w jednym zdaniu składa kondolencje rodzinom ofiar, a w następnym zapewnia obywateli, że prawo do posiadania broni to rzecz święta, w myśl zasady, że to nie broń nie zabija, tylko ludzie  (guns don’t kill people, people kill people).

A może rzeczywiście „kwiecień to najokrutniejszy miesiąc”, jak pisał Eliot? Tragedia w Waco też wydarzyła się w kwietniu, podobnie jak zamach w Oklahoma City i masakra w Columbine High School. Te dwie ostatnie daty nie były zresztą przypadkowe, bo zamachowiec z Oklahomy chciał przypomnieć światu właśnie o Waco, a Harris i Klebold masakrą w szkole w Columbine chcieli „uczcić” rocznicę urodzin Hitlera. Virginia Tech to kolejna okrutna kwietniowa data.

Do następnego razu!
Agnieszka

Masakra

Parę minut po siódmej rano czasu lokalnego uzbrojony w półautomatyczny pistolet i rewolwer napastnik zaczął strzelać do ludzi w jednym z akademików uczelni Virginia Tech w miasteczku Blacksburg w Wirginii. Zastrzelił tam dwie osoby. Następnie zrobił sobie przerwę i dwie godziny pózniej rozpoczął drugą część „polowania”, tym razem w jednej z sal wykładowych na przeciwległym krańcu kampusu co najmniej kilometr dalej. Zginęły 32 osoby, a nie jest wcale pewne, czy liczba ofiar jeszcze nie wzrośnie, bo kilkanaście osób jest rannych, w tym kilka w stanie krytycznym.

Studenci mówią, że po pierwszej strzelaninie, która miała miejsce kolo siódmej rano i w której zginęły pierwsze dwie ofiary, nie podano żadnej informacji na ten temat, żadnych ostrzeżeń.  Zanim administracja uczelni zorientowała się, że coś jest nie tak i wysłała do studentów emaile z ostrzeżeniem, minęły co najmniej dwie godziny,  a wtedy napastnik ponownie ruszył „do akcji” i krótko przed godziną dziesiąta rozpoczął egzekucję kolejnych ofiar. Po wkroczeniu policji sam popełnił samobójstwo. Swoją drogą, co to za dziwny pomysł, aby przez email informować o wariacie – a może desperacie – strzelającym do ludzi jak do kaczek.

Na razie nie wiadomo zbyt wiele na temat tego, kto i dlaczego. Z pierwszych doniesień prasowych wynika, że mężczyzna był bardzo młody (koło 20 lat) i że był pochodzenia azjatyckiego, ale na tym konkrety się kończą, nie wiadomo nawet, czy był studentem uczelni. Niektórzy mówią, że szukał wśród studentów swojej dziewczyny… Zawiedziona miłość? Dla ofiar jest to już bez znaczenia, ale media na pewno rozłożą na czynniki pierwsze każdy najmniejszy nawet szczegół.

Na pewno wiadomo tylko tyle, że dzisiejsza strzelanina jest największą tego typu masakrą, jaka kiedykolwiek miała miejsce w Stanach Zjednoczonych (w 1999r. w Columbine zginęło „tylko” trzynaście osób, plus dwóch napastników). Kolejny smutny amerykański rekord.

Do następnego razu!
Agnieszka

Moje psy mają swoje ulubione i od dawna wydeptane dróżki. To, czy dróżka zalicza się do ulubionych, zależy przede wszystkim od miękkości trawy oraz liczby drzew i zardzewiałych hydrantów ulicznych. Po wyjściu z domu najpierw idziemy tą samą ulicą z trawnikiem idealnie nadającym się do obsikania, po czym w zależności od pogody i nastroju – bardziej mojego niż psiego, choć zdarzają się dni, że pozwalam psom wybrać trasę  – skręcamy albo w lewo, albo w prawo. Drogi na wprost nie wybieramy prawie nigdy, bo Joey – mniejszy i bardziej wrażliwy – nie lubi hałasu, skrzyżowań i ruchliwych ulic.

Droga w prawo oznacza spacer krótszy i trochę mniej urozmaicony, ale za to bardziej refleksyjny: jesienią – sterty opadłych liści ze stuletnich drzew i wydrążone dynie na progach domów, wiosną – kwitnące azalie i magnolie. To właśnie tutaj  od czasu do czasu zamieniam kilka słów ze starszym panem, którego „babusia przyjechała od Polski,” i który jak dziecko cieszy się tym, że ma okazję powiedzieć parę słów po polsku, choćby o pogodzie lub wyższości polskiej kiełbasy nad amerykańskim sausage.

Droga w lewo – to więcej atrakcji, choćby takich, jak dobrze z nami zaprzyjazniony duży czarny pies za wysokim płotem, zza którego od czasu do czasu próbuje nas obsikać, a także szkoła i plac zabaw. Właśnie na tamtej ulicy parę tygodni temu zobaczyłam przyczepione do drzewa ogłoszenie:

Zaginął kot. Stary i chory. Jeśli ktoś go znalazł, proszę zadzwonić pod numer 718-xxx-xxxx.

Ogłoszeń tego typu widzę każdego roku co najmniej kilkanaście – prawie zawsze wydrukowane w kilkunastu egzemplarzach na kolorowej drukarce, z dołączonym zeskanowanym zdjęciem zaginionego zwierzaka.  To o starym chorym kocie przyciągnęło moja uwagę chyba jedynie dlatego, że było jakby z zupełnie innej epoki – napisane drżącą ręką na wydartej z zeszytu w kratkę kartce, każdy egzemplarz nie skopiowany, a starannie przepisany. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do glowy było to, że właściciel (lub właścicielka) tego starego i chorego kota sam jest w niewiele lepszym stanie. Ale cóż, w Nowym Jorku każdego miesiąca zwierzaków giną setki – zle zapięta obróżka, nie domknięta brama, wypuszczona z ręki smycz i nieszczęście gotowe.  Smutne historie, które rzadko kończą się happy endem.

Wszystko to działo się parę tygodni temu, i o historii zaginionego kota z sąsiedztwa prawie już zapomniałam. Do dzisiaj. Dzisiaj zupełnie przypadkiem otworzyłam lokalną gazetkę The Queens Courier, którą czytam nie częściej niż raz lub dwa razy w roku, i natrafiłam tam na list o następującej treści:

W niedzielę 18 marca zabrałam swoją starą i bardzo chorą kotkę do weterynarza przy Woodhaven Blvd. Bałam się, że trzeba ją będzie uśpić, ale doktor postanowił dać jej antybiotyki, w nadziei, że da się ją jeszcze uratować. Po wizycie zawinęłam ją w koc, aby było jej wygodnie, włożyłam do klatki, a klatkę położyłam na wózek, aby przyciągnąć go do domu.

Niestety, klatka nie była dobrze zamknięta i nie zauważyłam, kiedy moja kotka z niej wypadła. Byłam zrozpaczona, głośno wołałam jej imię, wróciłam tą samą drogą i przez kilka godzin zaglądałam pod każdy zaparkowany samochód. Niestety, bezskutecznie. Nie pozostało mi nic innego, jak powiesić ogłoszenia na drzewach w nadziei, że może ktoś ją znalazł.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie pani Julia i powiedziała mi, że znalazła moją kotkę i że zabrała ją do szpitala weterynaryjnego na leczenie. A potem zobaczyła moje ogłoszenie na drzewie i w ten oto sposób moja staruszka wróciła do mnie! Pani Julia nie chciała nawet zwrotu pieniędzy, które wydała na weterynarza. Są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie.

Kotka jest z powrotem u mnie, ciągle chora, ale jest pod dobrą opieką i dzięki pomocy tej szlachetnej osoby ma szansę przeżyć.

Myrna

Do następnego razu!
Agnieszka

Jakby nie dość było tego, że znowu piątek zbiegł się w kalendarzu z trzynastym, to jeszcze naukowcy obdarowali nas w tym tygodniu rewelacją, iż za otyłość w dużej mierze odpowiedzialne są geny. Na czym polega nowość tej informacji? Ano, na niczym. Każdy, kto ma w rodzinie pulchną ciotkę, trzy otyłe kuzynki lub jedno z rodziców z nadwagą, sam dobrze wie, że jego własna walka z kilogramami niebezpiecznie przypomina walkę z wiatrakami. Oj, nasłucha się człowiek, nasłucha dobrych rad w stylu – „nie możesz przejść na jakąś dietę albo zapisać się na siłownię?”

Naukowcy z Wielkiej Brytanii dowiedli, że powszechna odmiana jednego z naszych genów znacznie zwiększa ryzyko otyłości

– pisze Wyborcza w artykule pt. Gen otyłości namierzony. I dalej:

Naukowcy od dawna podejrzewali, że nie tylko niezdrowy styl życia, zła dieta i brak ruchu, ale również geny odgrywają znaczącą rolę w rozwoju otyłości. Dziś mają niezbity dowód. Na łamach najnowszego „Science” uczeni z Peninsula Medical School w Exeter i University of Oxford opublikowali wyniki zakrojonych na ogromną skalę badań, które pozwoliły wreszcie zidentyfikować gen odpowiedzialny za otyłość.

Czy wreszcie uda się przekonać niedowiarków, że można mieć nadwagę nawet ćwicząc regularnie, jadając na śniadanie jedno jajko wymiennie z 100g chudego twarogu, a na lunch sałatę z beztłuszczowym sosem i omijając wszelkie fast-foody jak ostatnią zarazę? Aż taką optymistką chyba jednak nie jestem. Osobie z nadwagą i tak mało kto uwierzy, że te dodatkowe kilogramy niekoniecznie są wynikiem pochłaniania gór jedzenia (chyba w myśl powiedzenia „chudy grubego nie zrozumie”, nawet jesli takiego powiedzenia nie ma…). Kto ze zbędnymi kilogramami nigdy nie miał problemu, będzie sobie nadal uważał, że nadwaga – to efekt obżerania się bez umiaru i że najskuteczniejszą z wszystkich diet jest dieta „ZP”, czyli „żryj połowę”. A tu wreszcie mamy naukowy dowód na to, że to wszystko zapisane jest w naszych genach. I do kitu z takimi genami…

Do następnego razu!
Agnieszka

Dzisiaj miałam okazję obejrzeć „Fracture” – thriller z Anthony Hopkinsem i Ryanem Goslingiem w rolach głównych (prescreening, w Stanach film wchodzi na ekrany 20. kwietnia). Po pierwszych 15 minutach zastanawiałam się, co może mnie zaskoczyć w filmie, w którym wszystko wiadomo od samego początku, i czy przypadkiem nie trafiłam na jakąś „filmową minę”. Od pierwszych minut wiemy nie tylko, kto zabił (lub raczej kto próbował zabić), ale także, jaki miał motyw. Na dodatek wiemy to nie tylko my – widzowie, startujący z luksusowej pozycji wszechwiedzących – ale także filmowi detektywi.

W tym filmie nic nie jest jednak tak proste, jakby się to na pierwszy rzut oka wydawało i w rezultacie ten dwugodzinny thriller ogląda się na wstrzymanym oddechu (może z wyjątkiem samego zakonczenia, które w pewnym momencie staje się nieco bardziej przewidywalne). Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz zdarzyło mi się zachęcać kogoś do pójścia do kina, ale dziś robię to z czystym sumieniem. A jeśli ktoś szuka jednozdaniowego streszczenia, to brzmi ono tak (wg Stopklatki): Asystent prokuratora okręgowego wplątuje się w skomplikowaną pogoń za niedoszłym zabójcą swojej żony, który został wypuszczony z aresztu w wyniku formalnych uchybień.

Stopklatka pisze, że w Polsce film wchodzi do kin dopiero w sierpniu. Póki co można więc jedynie spekulować, czy i jak przetłumaczony zostanie sam tytuł Fracture – „Rysa”? „Pęknięcie”? Pożyjemy, zobaczymy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Wielka Sobota

Powiem krótko – nie dziwi mnie wcale, że ktoś za polskimi świętami nie tęskni. Każdy, kto wyjechał z Polski do Stanów, Irlandii, Anglii czy jakiegokolwiek innego kraju, zrobił to, bo miał ku temu powody. I wcale nie jest istotne, czy powodem była ciekawość świata, chęć nauki języka, brak pieniędzy, zmęczenie brakiem perspektyw i dobijaniem się do zamurowanych drzwi w Polsce, czy może jeszcze coś zupełnie innego. Wiem jedno – decyzja o emigracji nie należy do łatwych i często podejmuje się ją bardziej „pomimo” niż „dla”.

DSC02978
Polska święconka w kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Ozone Park, NY. Mimo że kościól jest amerykański, dwie trzecie osób obecnych na wielkanocnym święceniu pokarmów – to Polacy.

DSC02981
Kościół św. Stanisława Biskupa i Męczennika  – Ozone Park, NY

DSC02963
Staropolski Market, Greenpoint, NY

DSC02972
„Tatar” kusi, nawet w Wielkanoc i pomimo choroby wściekłych krów! Staropolski Market, Greenpoint, NY

Emigrujemy, a potem okazuje się, że cały czas wleczemy za sobą tę Polskę. Zawsze w święta najbardziej odczuwamy to, że nie jesteśmy u siebie – narzekamy na atroficzną amerykańską Wielkanoc, na skomercjalizowane Boże Narodzenie i mamy jeszcze jeden pretekst, aby upić się na smutno słuchając „Budki Suflera”, „Ich Troje” albo innej muzyki znanej jedynie w dorzeczu Wisły i Warty. Dlaczego więc odcięcie polskiej pępowiny, które przejawia się chociażby w wakacjach spędzonych w Meksyku czy Paryżu zamiast w Sieradzu czy Krakowie oraz w obchodzeniu polskich świąt „po amerykańsku” czy „po irlandzku”, miałoby być aż takie złe?

A jak się upijać, to jednak lepiej na wesoło.

Do następnego razu!
Agnieszka

P.S. Zdjęcia robiłam dzisiaj rano (Wielka Sobota anno domini 2007) na Greenpoincie i Ozone Park w Nowym Jorku.