Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Podróże’ Category

… niż się odezwać i rozwiać wszelkie złudzenia. A tak poważnie – ostatnio nie piszę, bo nie jestem w stanie wygospodarować godziny czasu na napisanie tekstu z sensem, natomiast 15 minut nie wystarcza mi na wyprodukowanie komentarza, który miałby jakiekolwiek znaczenie.  Dla kogokolwiek. Może z wyjątkiem tekstu takiego, jak ten właśnie, pisanego w ekspresowym tempie i na dokładkę bez polskiej czcionki (OK, zmieniłam zdanie – po poprawkach jest już polska czcionka).

Wiem, wiem –  ludziom z Polski może się to wydać całkowicie niezrozumiałe, ale dla mnie używanie polskiej czcionki bywa chwilami mocno uciążliwe. Po angielsku piszę z prędkością 65 słów na minutę, po polsku – pewnie o połowę wolniej, bo nie opanowałam do końca sztuki szybkiego wciskania klawisza ALT z kombinacjami różnych liter, aby na amerykańskim systemie uzyskać polskie ogonki. I może milczeniem pominąć powinnam fakt, że niektóre z komputerów, z których regularnie korzystam (w sumie chyba pięć – praca, dom, biuro domowe), w swoich ustawieniach systemowych polskiej klawiatury po prostu nie mają.

Bruno miał chore oko. Kevorkian po ośmiu latach wyszedł z więzienia. Czeka mnie wizyta u onkologa.  Kongres poci się nad ustawą imigracyjną, dzięki której tania niewykształcona sila robocza  (pomoce kuchenne) ma zostać zastąpiona tanią wykształconą siłą roboczą (programiści i księgowi). W El Norte nigdy nie jest nudno.

A jednak… Pisanie byle jak i byle o czym kojarzy mi się z amerykańskim small talk w windzie.  How are you? Great – dzieciak właśnie złamał nogę, a oprocentowanie pożyczki skoczyło z 6 na 9 procent. How was your weekend? So much fun, thanks for asking – mąż zrobił mi awanturę, a w piwnicy cieknie woda. I tak dalej. Pada pytanie, które formalnie jest niby pytaniem, bo na jego końcu jak wyrzut sumienia wisi znak zapytania, jednak funkcjonalnie nie różni się niczym od polskiego „dzień dobry”, i należy na nie odpowiedzieć tylko w jeden z góry ustalony i całkowicie przewidywalny sposób, aby nie wyjść na gbura. Nawet opowiedz w rodzaju so, so (czyli „tak sobie”) jest pewnego rodzaju nietaktem, bo zobowiązuje współrozmówcę do okazania zainteresowania tym, co nas gnębi, a na to akurat nie ma on ani czasu ani ochoty.

Amerykanie są mistrzami takich rozmów o niczym, natomiast ludziom z naszego kręgu kulturowego często idą one jak po grudzie, bo kiedy nie mamy nic do powiedzenia, wolimy po prostu milczeć.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Ktoś niedawno zwrócił mi uwagę, że Salon nowojorski jest jakiś taki mało osobisty. Faktycznie, niezbyt często piszę tutaj o sobie, przynajmniej ostatnimi czasy. Ale ci, którzy znają ten blog trochę dłużej, wiedzą, że raz na jakiś czas można tutaj nawet przeczytać, co „szefowa kuchni” przyrządziła na obiad, w jakiej restauracji warszawskiej zjadła najlepsze na świecie pierogi, albo jak się miewają psiaki.

Ograniczam tutaj pisanie o sobie nie dlatego, że nie widzę wartości w tzw. blogach osobistych. Szperając w sieci natrafiłam na wiele świetnie pisanych (lub fotografowanych) blogów z tego gatunku, a adresy niektórych z nich znaleźć można tutaj pod My zdies’ emigranty.

Jednakże dużo prawdy na temat Internetu jest w tym komentarzu z bloga Qui scribit bis legit:

Właściwie nie pamiętam, żeby ktoś był przygnębiony z powodu jakiegoś problemu drugiej osoby. Nie pamiętam, żeby ktoś martwił się o kogoś. Egocentryzm opanował człowieka. Jakaś moda nastała, żeby się nad sobą użalać. Jak ktoś nie ma na co się żalić, to wymyśla takie rzeczy, że w ogóle nic na to nie odpowiadam, bo mi sił brakuje. Internet to ich główne narzędzie.

Pisząc o sobie łatwo wpaść w pułapkę użalania się nad sobą, a tego boję się jak ognia.  Poza tym nigdy nie zakładałam, że będzie to blog osobisty, a wręcz przeciwnie – Salon nowojorski nosi podtytuł „Widziane zza Oceanu”, dlatego też w większości swoich tekstów staram się trzymać tematyki emigracyjnej, a jeśli piszę o Polsce, to  z punktu widzenia osoby, która mieszka za Oceanem na tyle długo, aby do pewnych polskich zjawisk podchodzić bez emocji.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Według powszechnie panującej opinii od pewnego czasu Polakom nie opłaca się przyjeżdżać do USA w celach zarobkowych,  i to nie tylko z powodu niskiego kursu dolara. Wiele osób uważa, że Stany Zjednoczone przestały być atrakcyjne jako kraj docelowy emigracji zarobkowej w momencie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, kiedy Anglia, Irlandia i Szwecja otworzyły dla nas swoje rynki pracy. Po co jechać do Stanów, skoro tak trudno o wizę amerykańską, podróż w jedną stronę trwa 9 godzin, a emigrantom bez pozwolenia na pracę coraz trudniej jest znaleźć jakieś w miarę dobrze płatne zajęcie? Do Londynu leci się dwie godziny, bilet tanimi liniami można kupić za 200 PLN, a zarobki są porównywalne z tymi po drugiej stronie Oceanu.

Faktem jest, że gra nie jest warta świeczki w przypadkach, kiedy komplikacje związane z nielegalnym pobytem w Stanach przewyższają potencjalne korzyści finansowe. Znalezienie w Stanach pracy jest oczywiście nadal jak najbardziej możliwe nawet jeśli przebywa się tutaj nielegalnie (nie zapominajmy, że w USA bezrobocie jest niższe niż w Europie i oscyluje na poziomie 5 proc.), ale dotyczy to głównie prac niewykwalifikowanych, a zarazem nisko płatnych, takich jak sprzątanie, proste prace pomocnicze na budowie, pomoc w kuchni, opieka nad osobami starszymi lub dziećmi, a w regionach rolniczych – praca na farmach opanowana przez imigrantów z Meksyku.

Jeśli nielegalny emigrant nie znajdzie w miarę szybko sposobu na zdobycie zielonej karty, na przykład przez małżeństwo z obywatelem USA (sponsorowanie przez pracę ciągnie się latami), praktycznie nie ma szansy na znalezienie bardziej ambitnego zajęcia, i to niezależnie od znajomości języka czy przywiezionego z Polski dyplomu studiów wyższych. Nie zapominajmy też, że przebywając w Nowym Jorku czy Chicago nielegalnie nie można wyskoczyć do Polski na dwutygodniowy urlop tak jak z Londynu czy Dublina, aby na łonie rodzinywyleczyć imigracyjną depresję. Czy zarobki rzędu 10 dol. na godzinę za pracę niewykwalifikowaną są tego warte?

Pisał o tym w marcu dziennik International Herald Tribune w artykule pod znamiennym tytułem In expanded EU, Poles no longer flock to the U.S. for a better life, czyli w wolnym tłumaczeniu „Po rozszerzeniu UE Polacy nie szukają już lepszego życia w USA”. Autor artykułu przytacza przykłady z Chicago, które ze swoimi 800 tys. osób polskiego pochodzenia nadal pozostaje największym skupiskiem Polaków poza granicami Polski. Typowo polskie restauracje w Chicago powoli zmieniają swój profil, a w ich menu obok gołąbków, pierogów i barszczu coraz częściej pojawia się pizza.

Nieco bardziej skomplikowany obraz wyłania się ze statystyk prowadzonych przez Department of Homeland Security, z których wynika, że liczba Polaków otrzymujących zielone karty w Stanach wcale się nie zmniejsza. Oto zestawienie z ostatnich dziesięciu lat (Yearbook of Immigration Statistics 2006):

Rok fiskalny   Liczba zielonych kart przyznanych Polakom
1997 12.035
1998 8.451
1999 8.773
2000 10.090
2001 11.769
2002 12.711
2003 10.510
2004 14.326
2005 15.352
2006 17.052

Czyli – z jednej strony spada w Stanach liczba nielegalnych imigrantów z Polski, z drugiej – nadal kilkanaście tysięcy Polaków rocznie legalizuje swój pobyt tutaj.  Nie zapominajmy, że wszyscy, którym uda się tę poprzeczkę przeskoczyć, mają przed sobą  o wiele lepsze perspektywy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Konsulat Generalny w Nowym Jorku wprowadza klientów w błąd publikując na swojej stronie internetowej nieaktualne lub niedokładne informacje na temat procedur związanych z ubieganiem się o paszport polski. Jeśli ktokolwiek ma zamiar brać poważnie treści zamieszczone w dziale „Informacja paszportowa”, niech robi na własną odpowiedzialność, bo jest tam kilka błędów rzeczowych na tyle poważnych, że uniemożliwiają złożenie podania o paszport. Moja rada – dzwonić do Konsulatu i trzy razy pytać o każdą rzecz, aby nie narażać się na wielokrotne wyprawy do Konsulatu, zwłaszcza jeśli mieszka się poza Nowym Jorkiem.

Poniedziałek – moja pierwsza wizyta w Konsulacie w celu odnowienia paszportu, który w lutym stracił ważność.  Z wypełnionymi formularzami, starym paszportem i zdjęciami ustawiłam się w kolejce.  W poniedziałek kolejka była spora ponieważ w poprzednim tygodniu Konsulat był nieczynny przez dwa dni ze względu na święta 1 i 3 maja.

Mniej więcej po 20 minutach oczekiwania przypadkowo usłyszałam rozmowę potencjalnej petentki ze strażnikiem, który poinformował ją, że do każdego paszportu wymagane są trzy zdjęcia. Trzy, a nie dwa. Strażnik jak widać dysponuje bardziej aktualnymi informacjami o przepisach paszportowych niż internetowa wizytówka Konsulatu, na której pod nagłówkiem „Wymagane dokumenty” zamieszczono co następuje (podkreślenie moje):

Dwie aktualne fotografie o wymiarach 3,5 x 4,5 cm., wykonane w ciągu ostatnich 6 miesięcy na jednolitym jasnym tle, mające dobrą ostrość, pokazujące wyraźnie oczy i twarz z obu stron (en face).

Ponieważ zgodnie z powyższą instrukcją miałam przy sobie tylko dwa zdjęcia paszportowe, odeszłam z kolejki, aby wrócić następnego dnia, z trzema fotografiami.

Wtorek – moja druga wizyta w Konsulacie, w celu jak wyżej. Kolejka tym razem dużo krótsza, szybko dotarłam więc do okienka, z dokumentami i trzema przepisowymi fotografiami paszportowymi. Moja radość trwa jednak krótko, bo tym razem okazuje się, że umiejscowiony w polskim Urzędzie Stanu Cywilnego akt ślubu jest wymagany nie tylko przy wymianie paszportu ze względu na zmianę nazwiska (informacja opublikowana na stronie internetowej Konsulatu), ale w przypadku kobiet również wtedy, kiedy stary paszport (z nowym nazwiskiem) stracił ważność, a wystawiony był przed 2003 r. zdaje się. Cytuję informację ze strony:

Odpis aktu małżeństwa (oryginał lub notarialnie poświadczona kopia) wydany przez polski Urząd Stanu Cywilnego w przypadku ubiegania się o paszport z powodu zmiany nazwiska lub dokument potwierdzający powrót do nazwiska poprzednio używanego, wydany przez polski USC.

Jest to błędna informacja, niestety. Po raz drugi odchodzę z kwitkiem. Mam ten dokument, ale nie przy sobie.

Sroda – trzecia wizyta w Konsulacie, w celu jak wyżej. Coś chyba jest w powiedzeniu „do trzech razy sztuka”, bo tym razem mam wszystko, co potrzebne i moje podanie zostaje przyjęte. Paszport dostanę już… za cztery miesiące.

Przedwczoraj wysłałam do Działu Wizowo-Paszportowego Konsulatu email z prośbą o poprawienie błędów na stronie informacji paszportowej, ale póki co Konsulat dyskretnie milczy na ten temat i błędów nie poprawia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Nowy Jork przez wielu jest postrzegany jako „ciało obce w zdrowym ciele Ameryki” – liberalne i kosmpolityczne miasto, w którym wszystko wolno i które z wyboru odcina się od tradycyjnego systemu amerykańskich wartości. Wielu Amerykanów z innych stanów, złośliwie określanych czasem jako fly-over states (nie radzę jednak używać tego wyrażenia w rozmowie z miejscowymi, jeśli nie chce się oberwać po pysku), z Nowym Jorkiem nie ma – i nie chce mieć –  nic wspólnego, poza wizytą turystyczną raz na 15 lat. Niewątpliwie sam fakt mieszkania w Nowym Jorku, a nie gdzieś w małym miasteczku na prowincji, powoduje, że inaczej patrzy się na pewne sprawy.

Rzeczy, które tutaj są na porządku dziennym, w wielu innych miejscach w USA są nie do pomyślenia, i vice versa.  Może dlatego mocno zaskoczył mnie opublikowany wczoraj przez serwis CNN.com artykuł na temat pierwszej zintegrowanej zabawy na zakończenie szkoły średniej (prom) w pewnym miasteczku w Georgii: Students attend school’s first integrated prom. Tekst radośnie informuje o tym, że w tym roku szkoła średnia w Ashburn  (160 mil od Atlanty) po raz pierwszy w swojej historii zorganizowała imprezę, na której razem bawili się uczniowie biali i kolorowi.

Co w tym dziwnego? Ano chociażby to, że do tej pory rodzice uczniów w tym miasteczku organizowali dwie osobne prywatne imprezy – jedną dla białych, drugą dla czarnoskórych (w artykule nie ma mowy o tym, czy na którąś z nich zapraszano Latynosów). „Biali zawsze bawią się na jednej imprezie, a czarni na drugiej” – mówi Lacey Adkinson, uczennica szkoły, w której Afro-Amerykanie stanowią 55% spośród ponad 450 uczniów. „W naszej szkole zawsze były osobne zabawy – tak było jeszcze w czasach, kiedy chodził do niej mój tato. Ale w tym roku postanowiliśmy spróbować czegoś nowego” – dodaje. Jej starsza siostra uczestniczyła w „białej” imprezie w 2001 r: „Nie przypominam sobie, aby byli na niej kolorowi uczniowie. Tak u nas po prostu jest i to wcale nie jest rasizm.”

Okazuje się jednak, że mimo zorganizowania wspólnej zabawy w szkole biali uczniowie i tak jak co roku mieli swoją prywatną, która odbyła się tydzień wcześniej, bo tak zażyczyli sobie niektórzy rodzice. Podkreślam, że rzecz działa się w południowej Georgii, a jak wiadomo opinie na temat na spraw związanych z kolorem skóry na południe od linii Masona-Dixona są nieco inne niż na północy.

Również na południu USA – w Durham w Karolinie Północnej – kilka tygodni temu miał swój finał proces, w którym trzech białych studentów prestiżowego Duke University zostało oskarżonych o gwałt zbiorowy na czarnoskórej striptizerce. Sprawa nosiła wszelkie znamiona zarówno dramatu klasowo-obyczajowego, jak i bajki z morałem, nic zatem dziwnego, że niemal obsesyjnie śledziły ją wszystkie większe gazety, nie wyłączając dziennika The New York Times, który w tym przypadku zdecydowanie nie popisał się obiektywizmem. (Autor bloga Durham in Wonderland dużo miejsca poświęca zagadnieniu, jak sprawa została przedstawiona w mediach.) Według początkowych doniesień prasowych, trzej zawodnicy uniwersyteckiej drużyny lacrosse – wszyscy trzej z zamożnych uprzywilejowanych rodzin – wykorzystując swoją pozycję i poczucie bezkarności zgwałcili czarną dziewczynę, która pracowała jako tancerka erotyczna, aby zapewnić utrzymanie dwójce dzieci (pełną chronologię wydarzeń można znalezć na stronach Newsweeka A Troubled Spring at Duke i That Night at Duke).

Po dokładniejszym zbadaniu dowodów okazało się jednak, że cała historia ma co prawda morał, ale nie taki, jakiego powszechnie się spodziewano. Wszystkie oskarżenia wobec studentów zostały wycofane, a sprawa umorzona, bo po pierwsze – ofiara rzekomego gwałtu zmieniła zeznania kilka razy, po drugie – nie było żadnych konkretnych dowodów winy, np. w postaci DNA, a  po trzecie – prokurator okręgowy Mike Nifong przezornie zataił wiele niewygodnych faktów w celu zaprezentowania wydarzeń w odpowiednim świetle i zwiększenia swojego poparcia w złożonym głównie z Afro-Amerykanów okręgu wyborczym. Morał historii jest taki, że amerykańska mozaika rasowa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Jakby nie dość było tego, że znowu piątek zbiegł się w kalendarzu z trzynastym, to jeszcze naukowcy obdarowali nas w tym tygodniu rewelacją, iż za otyłość w dużej mierze odpowiedzialne są geny. Na czym polega nowość tej informacji? Ano, na niczym. Każdy, kto ma w rodzinie pulchną ciotkę, trzy otyłe kuzynki lub jedno z rodziców z nadwagą, sam dobrze wie, że jego własna walka z kilogramami niebezpiecznie przypomina walkę z wiatrakami. Oj, nasłucha się człowiek, nasłucha dobrych rad w stylu – „nie możesz przejść na jakąś dietę albo zapisać się na siłownię?”

Naukowcy z Wielkiej Brytanii dowiedli, że powszechna odmiana jednego z naszych genów znacznie zwiększa ryzyko otyłości

– pisze Wyborcza w artykule pt. Gen otyłości namierzony. I dalej:

Naukowcy od dawna podejrzewali, że nie tylko niezdrowy styl życia, zła dieta i brak ruchu, ale również geny odgrywają znaczącą rolę w rozwoju otyłości. Dziś mają niezbity dowód. Na łamach najnowszego „Science” uczeni z Peninsula Medical School w Exeter i University of Oxford opublikowali wyniki zakrojonych na ogromną skalę badań, które pozwoliły wreszcie zidentyfikować gen odpowiedzialny za otyłość.

Czy wreszcie uda się przekonać niedowiarków, że można mieć nadwagę nawet ćwicząc regularnie, jadając na śniadanie jedno jajko wymiennie z 100g chudego twarogu, a na lunch sałatę z beztłuszczowym sosem i omijając wszelkie fast-foody jak ostatnią zarazę? Aż taką optymistką chyba jednak nie jestem. Osobie z nadwagą i tak mało kto uwierzy, że te dodatkowe kilogramy niekoniecznie są wynikiem pochłaniania gór jedzenia (chyba w myśl powiedzenia „chudy grubego nie zrozumie”, nawet jesli takiego powiedzenia nie ma…). Kto ze zbędnymi kilogramami nigdy nie miał problemu, będzie sobie nadal uważał, że nadwaga – to efekt obżerania się bez umiaru i że najskuteczniejszą z wszystkich diet jest dieta „ZP”, czyli „żryj połowę”. A tu wreszcie mamy naukowy dowód na to, że to wszystko zapisane jest w naszych genach. I do kitu z takimi genami…

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Nie ma lepszej Wielkanocy niż w Nowym Jorku. Jak powszechnie wiadomo, miasto nasze jest znane na świecie jako Wielkie Jajko i tylko osoby niedoinformowane nazywają je Wielkim Jabłkiem, co przecież nie ma nic wspólnego ani z Wielkanocą, ani w ogóle z niczym sensownym. Wielkanoc w Nowym Jorku zaczyna się już w niedzielę rano, a kończy dopiero w niedzielę wieczorem, tak więc na obżeranie się jajami na twardo, szynką od Kiszki i makowcem z Rzeszowskiej na Greenpoincie mamy caluteńki dzień.

Jajek nie musimy wcale malować ani obgotowywać w burakach, łupinach cebuli ani innych niszczących manicure odpadkach, bo wystarczy nabyć drogą kupna plastikowe „koszulki” we wzorki za jedyne 3 dolary za komplet. Koszulkę taką naciąga się na ugotowane jajko, jajko kładzie się na łyżkę, zanurza na 5 sekund we wrzątku i voilà – mamy pisanki, jakich najstarsza góralka nie wyprodukuje nawet gdyby cały mendel obgotowała w wywarze buraczanym i pazurami drapała wzorki od samego Wielkiego Czwartku.

Nie ma także potrzeby robienia świątecznych porządków. Ponieważ Święta Wielkanocne trwają tutaj jeden dzień, możemy sobie to niewdzięczne zajęcie z czystym sumieniem odpuścić. Zamiast sprzątania możemy sobie usiąść wygodnie przed telewizorem i obejrzeć powtórkę z programu American Idol, który jak wiadomo jest najlepszym rozrywkowym show na całej kuli ziemskiej (może z wyjątkiem Iranu i Korei Południowej, ale ich opinią nie będziemy się przejmować).

No i najważniejsza sprawa – w poniedziałek możemy wyjść na ulicę bez obawy, że jakiś dowcipniś wyleje nam na głowę z II piętra wiadro wody i zniszczy ubranie dry clean only z Saks Fifth Ave.  O lanym poniedziałku i Dyngusie przeciętny Amerykanin nie słyszał, może z wyjątkiem tych, ktorzy w jakiś poniedziałek wielkanocny zapuścili się wieczorową porą na ulice Greenpointu.

A do napisania powyższych herezji natchnął mnie Jan Latus, który w swoim ostatnim artykule  pt. „Jakie tu Święta…” napisał tak:

(…) Już od kilkunastu lat obserwuję swoiste podejście Polaków w Ameryce do dwóch najważniejszych świąt w chrześcijaństwie: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia. Te religijne przeżycia są – i to zawsze! – łączone z naszą polskością, wspomnieniami rodzinnymi, a nawet – towarzyszącymi obchodom kiedyś w kraju okolicznościowymi programami telewizyjnymi.

Idą święta i zawsze słyszę: – Ech, co tutaj za święta. W ogóle się nie czuje tych świąt! Święta to były w Polsce. Tam była atmosfera.  (…)

No cóż, Wielkanoc to okazja świętowania tylko dla tych ludzi, którzy wierzą, że Chrystus zmartwychwstał. Kto w tym wielokulturowym społeczeństwie nie podziela tej wiary, obchodzi inne święta. Nie łączy się więc Wielkanoc, jak w Polsce, z pospolitym ruszeniem wszystkich bez wyjątku Polaków do kościoła, ze święconką, do spowiedzi, na mszę. Polaków zjednoczonych tymi samymi jajami na twardo, szynką na śniadanie i Loską na ekranie.

Tak, do pewnego stopnia jesteśmy w świętowaniu osamotnieni, to znaczy świętujących nie jest 300, ale, powiedzmy, 50 milionów. Moim zdaniem to dużo.

Nie pozostaje więc nic innego, jak uszanować jedyny ważny, a więc – religijny aspekt świat. Nikt nam nie broni pościć, wyłączać muzyki, wyspowiadać się, a na śniadanie – zjeść to, co nakazuje nasza, przywieziona tu tradycja.

Wszystkim, którzy tutaj od czasu do czasu zaglądają, życzę więc Wesołych Świąt Wielkanocnych – obchodzonych tradycyjnie po polsku czy po „ichniemu” czyli po amerykańsku. Aby były zdrowe i szczęśliwe!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Z okazji weekendu porozmawiajmy o tym, co lubimy wiedzieć o innych i czego nie lubimy ujawniać o sobie, czyli o pieniądzach. Konkretnie o tym, czy faktycznie w Stanach Zjednoczonych życie jest tańsze niż w Europie, jak to się powszechnie uważa. W przytaczanych tutaj przykładach posłużę się danymi z Nowego Jorku, a bardziej konkretnie – nie tyle ze stanu Nowy Jork, co z samego miasta. Oczywiście w samym mieście różnice też są ogromne w zależności od tego, czy mówimy o Manhattanie, gdzie za milion dolarów można kupić średniej wielkości mieszkanie, czy o którejś z czterech pozostałych nowojorskich dzielnic – Brooklyn, Bronx, Staten Island czy Queens.

fake_dollar.jpg

Ile kosztuje wynajęcie mieszkania w Nowym Jorku?
W wielu częściach Queensu za wynajęcie 1-sypialniowego mieszkania trzeba zapłacić średnio 1100-1300 dolarów miesięcznie. W tzw. lepszych dzielnicach Queensu, takich jak np. Forest Hills, czynsz za podobne mieszkanie będzie nieco wyższy i wyniesie ponad 1500 dolarów, a za mieszkanie 2-sypialniowe odpowiednio więcej. Natomiast jeśli ktoś ma skromniejsze wymagania i wystarczy mu studio czyli lokum w rodzaju polskiej kawalerki, to pewnie znajdzie takie za jakieś 800-1000. Dane te dotyczą wolnego rynku, bo zupełnie inaczej mają się sprawy z budynkami z kontrolowanym czynszem. Jeśli ktoś wynajął takie mieszkanie kilkanaście lat temu, to jego czynsz wzrastał w tempie nie większym niz 4% rocznie (lub 7% na dwa lata) i w tej chwili jest grubo poniżej stawek wolnorynkowych.

I tutaj uwaga adresowana do wszystkich, którzy z bliżej nie wyjaśnionych powodów w pogardzie mają Greenpoint. Otóż ceny mieszkań na Greenpoincie, tak samo kupna, jak i wynajmu, rosną jak szalone, rośnie prestiż tej dzielnicy i to, co dziesięć lat temu na temat Greenpointu wypisywał Redliński, można spokojnie między bajki włożyć.

Ile kosztuje kupno domu albo mieszkania?
Szeregowy dom jednorodzinny (3 niewielkie sypialnie, 1-2 łazienki, garaż) na Middle Village, Rego Park lub Glendale na Queensie uszczupli nasze konto bankowe o jakieś 500-630 tys. dolarów (oczywiście większość ceny zakupu zostanie sfinansowana przy pomocy pożyczki hipotecznej rozłożonej na 15 lub 30 lat, sami natomiast musimy wysupłać mniej więcej 20% ceny domu). Jeśli natomiast „szeregowiec” nas nie zadowala i marzy się nam ogródek powierzchniowo większy niż rozłożona gazeta The New York Times, trzeba będzie dołożyć jeszcze jakieś 200-300 tys. i kupić wolnostojący dom z porządną działką za 800-950 tys. dolarów. Nie zapominajmy przy tym, że na Manhattanie taka sama suma wystarczy nam jedynie na mieszkanie – z balkonem albo i bez.

Ile kosztuje tzw. życie?
Jedzenie, alkohol, kosmetyki, artykuły gospodarstwa domowego – wszystko to kosztuje grosze. Zakupy żywnościowe dla dwóch dorosłych osób nie przekroczą 350-400 dolarów miesięcznie, o ile zawsze gotujemy w domu. Jeśli chcemy dorzucić do tego alkohol, za butelkę przyzwoitego wina (najlepiej z Chile lub Argentyny, bo z nie do końca wyjaśnionych powodów tańsze wina europejskie bywają w Stanach dość podłe) zapłacimy 10-20 dolarów, a za sześciopak piwa – około 8.

Nie chce się gotować? Nie ma problemu, zamówienie szybkiego chińskiego obiadu uszczupli naszą portmonetkę o jedyne 4-7 dolarów od dania. Apetyt na sushi? Kupowana w supersamie porcja kosztuje około 5-7 dolarów, a w pewnym dobrze mi znanym sklepie C-Town na Yellowstone Blvd. po godz. 18 taka sama porcja kosztuje jedynie 3 dolary. Wyjście do restauracji przyzwoitej klasy restauracji w dzielnicy Queens będzie nas kosztować około 50-70 dol. za dwie osoby (przystawka plus danie główne), a jeśli dorzucimy drinki, kawę i deser – o jakieś 30-40 dol. więcej. Natomiast zdecydowanie odradzam palenie – za paczkę Marlboro zapłacimy w Nowym Jorku jakieś 7-8 zielonych.

Ile się zarabia w Nowym Jorku?
To pytanie jest nieco bardziej skomplikowane, bo wszystko zależy od okoliczności, takich jak doświadczenie w zawodzie, wykształcenie, wielkość firmy, czy firma jest na Manhattanie czy poza nim itd. Federalnie ustalona stawka minimalna w USA wynosi obecnie 5,15 dolarów na godzinę (przed podatkiem), jednakże w wielu stanach jest ona wyższa niz federalne minimum. Do tej grupy należy stan Nowy Jork, gdzie płaca minimalna wynosi obecnie $7,15 na godzinę. Zainteresowanych szczegółami odsyłam na stronę Department of Labor: http://www.dol.gov/esa/minwage/america.htm.

Niewiele ponad minimum zarabia się przy niewykwalifikowanych zajęciach typu sprzątanie czy pomoc w kuchni, jedynie z tą różnicą, że przy pracy „na czarno” nie płaci się podatku, więc cała suma trafia do kieszeni pracownika. Niewykwalifikowany robotnik na budowie zarobi w Nowym Jorku mniej więcej 12-15 na godzinę, pracownik wykwalifikowany – ponad 20. Policjanci i nauczyciele zarabiają w Nowym Jorku 35-40 tys. dolarów rocznie (przed podatkiem), początkująca sekretarka – 25-30 tys. dolarów, a po paru latach doświadczenia odpowiednio więcej. Pracownik działu marketingu w dużej firmie może liczyć na 45-50 tys. rocznie, programista z kilkuletnim doświadczeniem – na 70-90 tys. w zależności od specjalizacji (za znajomość Java czy C# dostaje się więcej niż za języki skryptowe), a adwokat – powyżej 100 tys.

Liczby podane powyżej dotyczą Nowego Jorku, gdzie zarowno ceny jak i zarobki są wyższe niż w wielu innych częściach Stanów Zjednoczonych. Pieniądze to temat-rzeka, dlatego ciąg dalszy tego tematu nastąpi już niedługo. Odpowiemy w nim na pytanie, gdzie wcięło naszą amerykańską wypłatę…

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dopiero wczoraj wpadł mi w ręce numer czasopisma Time z zeszłego tygodnia – ten, w którym opublikowano artykuł na temat polskiej emigracji do Anglii i Irlandii po 2004 r.  Artykuł nosi tytuł Positive Poles i można go przeczytać w całości w internetowym wydaniu tygodnika. A tak na marginesie –  Positive Poles – to taka sympatyczna gra słów w angielszczyźnie, która znaczyć może zarówno „pozytywni Polacy”, jak i „dodatnie bieguny”.

Autor tekstu Andrew Purvis na wstępie przypomina o ksenofobicznych obawach, z jakimi w 2004 r. państwa Europy Zachodniej oczekiwały przyjęcia do Unii Europejskiej kolejnych państw członkowskich, w tym Polski, a także o osławionej antypolskiej kampanii rozpętanej w 2005 r. przez lidera francuskich eurosceptyków Philippe de Villers, który straszył Francuzów „polskim hydraulikiem”. W atmosferze strachu przed najazdem bezrobotnych tłumów z Europy Wschodniej jedynie Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja zdecydowały się otworzyć swoje rynki pracy dla obywateli nowo przyjętych krajów członkowskich UE, w tym Polski.


Iwona Chudzicka – prezenterka polskiej telewizji w Irlandii. © Fot. Sarah Doyle for TIME.

Zgodnie z przewidywaniami, kilkadziesiąt tysięcy Polaków wyemigrowało do Anglii i Irlandii, ale ich przybycie bynajmniej nie zaszkodziło gospodarce tych krajów. Wręcz przeciwnie – polska przedsiębiorczość i pracowitość przyczyniły się do bezprecedensowego wzrostu gospodarczego w tych krajach – zauważa autor. I tak oto w Irlandii poziom bezrobocia jest o wiele niższy niż w protekcjonistycznej Francji, a według szacunków dublińskiego Economic and Social Research Institute napływowi nowej siły roboczej z tzw. nowej Europy zawdzięczać należy wzrost dochodu narodowego Irlandii o 2% od 2004 r.

Także w Niemczech od pewnego czasu trwa debata na temat tego, czy zamknięcie niemieckiego rynku pracy dla obywateli nowo przyjętych panstw członkowskich UE nie było błędem. Cytowany w artykule Time’a niemiecki ekspert do spraw emigracji Herbert Brücker uważa, że z Polski „wyemigrowała duża grupa najlepiej wykwalifikowanych pracowników, którzy niestety nie przyjechali do Niemiec. Za pięć lat dostaną się nam tylko resztki, a wtedy może być już za późno.”

Jeśli jest jedna cecha, która odróżnia Polaków od innych emigrantów, to jest nią pracowitość, i to niezależnie od tego, czy są lekarzami czy mechanikami – tak przynajmniej twierdzi wielu pracodawców – czytamy w artykule (if there is one characteristic that distinguishes Poles, whether they are wielding a wrench or a stethoscope, it’s a capacity for work–at least, that’s what many employers say).

Dalej podobnie – same superlatywy:) Tak więc – drogi czytelniku – jeśli potrzebujesz szybkiej odtrutki na tzw. kompleks polski, serdecznie polecam lekturę tego właśnie artykułu. Tekst polecam również wszystkim tym, których nauczyciel-polonista skrzywdził (albo skrzywił…)  kiedyś w szkole  lekturą wiersza Andrzeja Bursy Modlitwa dziękczynna z wymówką:

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie

Ale dlaczego uczyniłeś mnie polakiem?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wyjazd do Salt Lake City mocno wybił mnie z blogowego rytmu, tak więc zamiast komentarza zamieszczam tutaj kilka zdjęć z Salt Lake City. Więcej na ten temat napiszę, jak wróci forma pisarska.

DSC02907
Próba chóru Mormon Tabernacle Choir. Otwarte dla publiczności próby odbywają się w czwartki i niedziele wieczorem.

DSC02913
Swiątynia mormonów.

DSC02918
Olympic Legacy Plaza. W 2002r. w Salt Lake City odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie.

DSC02892
Panorama miasta z okna hotelu Grand America

DSC02920
Miso Soup + kieliszek Savignon Blanc. Samotnie, ale nie na smutno.

DSC02869
Wyrzeźbione z lodu logo firmy Omniture, „sprawcy” mojego wyjazdu do SLC.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »