Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Nowy Jork’ Category

Zaczęło się zaraz we wtorek, czyli w dniu obchodzonym w Polsce jako drugi dzień świąt. Tłumy „zakupowiczów” z obłędem w oczach rozpoczęły szturm na domy towarowe i różne większe i mniejsze centra handlowe, w poszukiwaniu poświątecznych obniżek cen i wyprzedaży.  Poświąteczne obniżki cen to w Stanach jedna z bożonarodzeniowych tradycji, bo czego się nie sprzeda przed, trzeba koniecznie upchnąć zaraz po, choćby za połowę albo nawet jedna czwartą ceny, aby zrobić miejsce dla nowych kolekcji i gadżetów.

Sklepy prześcigają sie w pomysłach, jak zachęcić klientów do zostawienia w kasie jak największych sum pieniędzy – kupisz jedno, dostaniesz drugie za połowę ceny, kupisz dwa, dostaniesz trzecie za darmo. Wiadomo – „im więcej wydasz, tym więcej zaoszczędzisz”.  Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym hasłem reklamowym (The more you spend, the more you save!) , ciężko mi było się pogodzić z jego opaczną logiką. Ale przecież w reklamie nie chodzi o to, żeby była logiczna, ale raczej o to, żeby wbijała się w pamięć, co autorom tej na pewno się udało.


Fot. Mattymatt

W dziale drogeryjnym każdego większego domu towarowego człowiek jest od razu atakowany przez zdesperowanych sprzedawców, którzy prawie na siłę wciskają próbki perfum i rozpylają w powietrzu zapachy Chanel, Lancome, czy Donny Karan. Oczywiście najlepiej na takie zakupy wybrać się rano, bo w godzinach popołudniowych sklepy wyglądają jakby przeszedł przez nie tajfun – walające się po podłodze ciuchy, pootwierane pudełka, brak papieru toaletowego w łazience, że nie wspomnę o tym, że najlepsze okazje zawsze są zarezerwowane dla early birds czyli rannych ptaszków.

Co prawda po powrocie z takiej wyprawy człowiek zastanawia się, czy kolejna spódnica – trochę przyciasna,  ale za to kupiona za połowę ceny – to faktycznie dobra inwestycja. Ale co okazja, to okazja – dużo wydałam, więc dużo zaoszczędziłam…

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Kapusta, pierogi z grzybami, barszcz z uszkami, karp w galarecie, śledzie, makowiec – wszystko ze sklepu Staropolski Market, do tego słodycze z firmowego sklepu Wedla, bo nie ma to jak Greenpoint, niezależnie od tego, jakie zdanie ma na ten temat Redliński.

Staropolski i Wedel na Greenpoincie

Choinka ubrana już dawno, na drzwiach wisi wieniec bożonarodzeniowy, psy wykąpane i uczesane – tak, uczesane, bo jak każdy szanujący się właściciel psa rasy shih-tzu dobrze wiem, że czesanie futerka to mój „psi” obowiązek. Jeśli się go zaniedba, futerko zmieni się w paskudny kołtun i potem trzeba będzie strzyc przy samej skórze, a przecież cała uroda shih-tzu to właśnie futerko.


Bruno i Joey

Greenpoint jest dziś zatłoczony niemiłosiernie, przed Kiszką kolejka aż na ulicy, a w innych sklepach też niewiele lepiej. Nam poszło w miarę sprawnie, po godzinie mogliśmy już wyjechać z zakupami z Greenpointu. A w domu czekała na nas sporej wielkości psia kupa – na nasze szczęście Bruno i Joey to dobrze wychowane psiaki i jeśli nie uda im się doczekać spaceru, robią „to” na gazecie, a na dywanie tylko w wyjątkowych sytuacjach (na przykład po ogryzieniu kostki z kurczaka…)


….a u Kiszki kolejka

Teraz trzeba jeszcze posprzątać, odkurzyć psie włosy i wykazać na tyle dobrej woli, żeby jednak kilka dań przygotować własnoręcznie. Jutro zrobię więc makiełki (Wielkopolanie wiedzą, co to jest, a inni niech zapytają Wielkopolan albo sprawdzą w Google), ugotuję kompot z suszonych owocow i upiekę pstrąga w ziołach. Pstrąg zastępuje u nas wigilijnego karpia, a karp będzie tylko ten w galarecie, ze Staropolskiego.

Pstrąg to znakomita ryba i do tego prosta w przygotowaniu – jeśli ktoś umie ugotować jajko na miękko, nie powinien mieć problemu z przyrządzeniem pstrąga. Ja robię go tak: oczyszczoną rybę przyprawiam ziołami – może być taragon, koper, polska „przyprawa do ryb” (co w niej jest – nie mam pojęcia), szczypiorek i odrobina soli, wkładam do środka trochę masła, zawijam rybę w folię aluminiową i piekę przez 20 minut w temperaturze 450 F (ile to w celsujszach?). Ponieważ ryba jest w folii i ma w środku masło, prawdopodobieństwo, że się wysuszy na wiór, jest raczej znikome, nawet gdy posiedzi w piecu albo na grillu o kilka minut za długo. Do ryby robię sos jogurtowy – jogurt, trochę majonezu i chrzanu oraz drobno posiekany koper, wszystko wymieszane na gładką masę. Proszę mnie nie pytać o proporcje, bo jestem kucharzem-improwizatorem i większość rzeczy robię na oko, popijając winem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

I co z tego, że powinno być z Brooklyn-U, kiedy rym w tytule diabli by wzięli? Dajmy więc sobie spokój z poprawianiem gramatyki, tylko przejdźmy do meritum. Dziewczyna z Brooklyna jest bohaterką lekko rozbieranego kalendarza na 2007r.  Wiem, wiem – rozbieranych kalendarzy jest wszędzie pełno  (ale niektórzy uważają, że dobrego nigdy za dużo), jednak ten jest naprawdę wyjątkowy. Kto nie wierzy, niech zajrzy tutaj: http://www.iheartbrooklyngirls.com/meet.html 

Dziewczyny reprezentują nie tylko różne dzielnice Brooklynu, ale tez różne epoki – od 1905 po 2017. Co prawda, osobiście mam pewne wątpliwości co do kryteriów, którymi kierowano się przy wyborze reprezentantek poszczególnych dzielnic i epok, a może raczej przy robieniu im makijażu i doborze strojów. W kolekcji mamy bowiem kilka anorektyczek, co najmniej dwie panny ucharakteryzowane na luksusowe prostytutki, dwie z raczej męskimi tatuażami, a jedna ‚pochodzi’ z 2017 roku. 

Po obejrzeniu powyższego materiału znajomy stwierdził, że gdyby nie Miss Brighton Beach, to można by stracić nadzieję, że na Brooklynie są jeszcze dziewczyny, na których można zawiesić oko.

Nie ma to jak Słowianki, a niewtajemniczonym tłumaczę, że Brighton Beach to najbardziej rosyjska z nowojorskich dzielnic.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Szaleństwo świąteczne zaczęło się w NY zaraz po Thanksgiving Day (czyli po święcie Dziękczynienia) i potrwa do samego Nowego Roku. Na Nowy Jork zstąpiły dzikie tłumy turystów – z Europy, Azji jak i z serca samej Ameryki. Każdy z nich – z przyczyn, które dla nowojorczyków są raczej trudne do zrozumienia – pała żądzą zrobienia zakupów na Piątej Alei (Saks Fifth Avenue, anyone?) oraz sfotografowania się przed największą choinką świata przy Rockefeller Center.

Tłumy rano:

… tak samo, jak wieczorem:

Efekt jest taki, że kto jako tako zna miasto i może sobie na ten luksus pozwolić, okolice Rockefeller Center omija z daleka, bo korki i tłumy tam są niemożliwe, od świtu do zmierzchu. A najlepsze zakupy ciuchowe robi się przecież nie w Saks Fifth Avenue (drogo albo bardzo drogo, chyba że jest się japońskim turystą), tylko w Century 21 na Dolnym Manhattanie, buty najlepiej kupować w DSW, a choinka była, jest i będzie.

Z pobudek czysto masochistycznych (albo po prostu w poszukiwaniu tematu) poszłam tam parę dni temu i mogę tylko potwierdzić, że zdecydowanie nie jest to miejsce dla agorafobów albo ludzi, którzy lubią zachowywać wokół własnej osoby przestrzeń prywatną o promieniu większym niż 5 cm.

Ale – uwaga – w ostatni piątek na stacji metra Rockefeller Center, udało mi się zrobić to zdjęcie:

Niby nic wielkiego, ale o dziesiątej rano było tam pusto… W zwykłe dni między siódmą a dziewiątą rano przewijają się przez tę stację tysiące nowojorczyków, którzy pracują w Midtown Manhattan. Dziesiąta rano – to dla nich za pózno, a dla turystów –  chyba za wcześnie – może więc przypadkiem zahaczyłam o nowojorską dziurę w czasie?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Polsce od pewnego już czasu trwa moda na krytykowanie wszystkiego, co amerykańskie. Co i rusz czytam teksty w polskiej prasie (że nie wspomnę o blogach) o amerykańskich grubasach, amerykańskiej arogancji, ignorancji,  braku dobrych manier i szerzeniu kultury spod znaku hamburgera, na którą w elitarnej Europie nie powinno być miejsca (przykład: Amerykanie ośmielili się wybudować Disneyland pod Paryżem. Pod  PARYZEM!)

W Ameryce nie ma powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych, wakacji dostaje się średnio dwa tygodnie w roku, a Polacy z wykształceniem wyższym, którzy trafili tutaj przez przypadek czy też z wyboru, często zaczynają od zamiatania podłóg, albo mieszania wapna na budowie. Oprócz tego znamy opinię Redlińskiego o „szczuropolakach” i oglądaliśmy film „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Na nowojorskich ulicach kolorowe śmieci fruwają często i bez zahamowań i daj nam Boże, aby latem nie strajkowały służby miejskie (kto kiedyś doświadczył zapachu nie wywiezionych śmieci w nowojorski lipcowy poranek, kiedy temperatura wynosi +38, a wilgotność powietrza 100%, wie dobrze, o czym mówię).

Wiele z rzeczy wymienionych powyżej to fakty, z którymi trudno polemizować. Europejczyk, który przyjeżdża do Nowego Jorku z płynną znajomością czterech języków, ale bez pozwolenia na pracę, szybko przekonuje się, że akurat z tych umiejętności nie zrobi użytku w tym mieście. Tu bez problemu można znalezć „native speakers” każdego języka na kuli ziemskiej, zwłaszcza w dzielnicy Queens. W tym momencie chowa się dumę do kieszeni i zaczyna wszystko od zera.

Ale to właśnie tutaj, w Stanach, takie rozpoczęcie od zera jest absolutnie wykonalne. To właśnie tutaj, o wiele częściej niż w Polsce czy jakimkolwiek innym kraju Europy zdarzają się jeszcze historie w stylu „od pucybuta do milionera”.

Układy czy znajomości pomagają wszędzie. Ale w Stanach ich brak nie przekreśla szansy na znalezienie satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, nawet jeśli przychodzi się znikąd – bezrobocie oscyluje tutaj na poziomie duzo niższym niz w Europie, bo w okolicach 5%. Tutaj nikogo nie dziwi, że ludzie w średnim wieku rozpoczynają od nowa, zmieniają zawód, miejsce zamieszkania, uczą się języków.  A poza tym w Polsce wiek średni zaczyna się gdzieś koło trzydziestki (kto nie wierzy, niech poczyta ogłoszenia o pracę), tu – o jakieś dwadzieścia lat później. W letnie niedzielne poranki można spotkac w Central Park zdrowych pięćdziesięciolatków zasuwających na rolkach. I nikt nie puka się w czoło.

Myślę, że przeciętnemu Europejczykowi, który w Stanach spędził najwyżej 2-tygodniowe wakacje, trudno zrozumieć ten kraj, stąd też skłonność do przesadnego upraszczania obrazu Ameryki (a że obecna polityka zagraniczna USA też raczej nie pomaga, to już temat na kolejny odcinek). Trzeba po prostu przyjąć  do wiadomosci, że pewne rzeczy wyglądają tutaj zupełnie inaczej niż w Europie czy Kanadzie. Im szybciej człowiek przestanie szukać tutaj małej europejskiej wygody z zabezpieczeniami socjalnymi itp., tym szybciej przejdzie do działania. A po to się tutaj przyjeżdża.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Stanach po 11 września atmosfera zdecydowanie nie sprzyja ochronie wolności osobistych. W atmosferze lekkiej histerii i ogólnej nagonki trwa polowanie na terrorystów, zarówno tych prawdziwych jak i tych urojonych.  Dzięki zgrabnej manipulacji mediami z tzw. main stream obecnej administracji udało się wywołać atmosferę strachu, w której panuje zasada, aby siedzieć cicho i nie wychylać się, jeśli nie chce się zostać uznanym za wroga narodu amerykańskiego.

galleryoftheabsurd.com

Zrodlo: http://galleryoftheabsurd.typepad.com/14/2005/07/a_break_from_go.html

W tej sytuacji nie powinno dziwić, że sąd w Nowym Jorku skazał na 28 miesięcy więzienia Lynn Stewart – 67-letnią prawniczkę znaną ze swoich dość radykalnych lewicowych poglądów, która jako adwokat broniła klientów w różnych niepopularnych procesach, a często też reprezentowala biednych jako obrońca z urzędu. Sama została oskarżona o ‚umożliwianie kontaktów z organizacją terrorystyczną’. Prokuratura domagała się dla niej nawet 30 lat więzienia.

Nie ulega wątpliwości, że jej klient – szejk Omar Abdel-Rahman – na pewno niewiniątkiem nie jest. W 1995 r. został skazany za udział w spiskach terrorystycznych w USA, m.in. planowanie pierwszego zamachu na nowojorskie World Trade Center w 1993 r.

Natomiast jeśli chodzi o winy Lynn Stewart, to sprawa jest już o wiele bardziej zagmatwana. Panuje powszechna opinia, że był to proces pokazowy, w którym chodziło przede wszystkim o odstraszenie innych prawników od ewentualnego występowania w imienu osób oskarżonych o terroryzm. Czyżby w tym przypadku wina okazała  się zaraźliwa?

Wcześniej były już przypadki tłumaczy arabskiego i kapelanów wojskowych, oskarżanych o pomoc terrorystom na podstawie raczej wątłego materiału dowodowego. Stewart jest pierwszym prawnikiem oskarżonym o pomaganie terrorystom, ale wątpię, czy ostatnim.

Do następnego razu!
Agnieszka

http://tvp.pl/124,20061017408700.strona

Read Full Post »

Polakiem być jest bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli mieszka się w Nowym Jorku i jest koniec września. Jak wiadomo, październik w Ameryce obfituje w różne wesołe parady, łącznie z Paradą Pułaskiego na Manhattanie. W tym roku wypada ona dokładnie 1. października – czyli już za trzy dni.

Co prawda, Parada Pułaskiego nie jest tak ekscytująca, jak np. parada portorykańska, bo ani nie pali się na niej samochodów, ani nie wybija szyb. Ale za to jest nasza!

Na Paradzie Pułaskiego jestem co roku. Jedynie w pierwszym roku mojego pobytu na gościnnej ziemi amerykańskiej nie udało mi się pójść na paradę, ponieważ kolidowała ona z moją obiecującą karierą nowojorskiej ‚cleaning lady’. Postawiona przed dylematem – pójść na paradę lub zarobić 50 dolarów amerykańskich w gotówce, wybrałam to drugie (więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję, a kto sam jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem).

Pomijając ten pierwszy rok, na Paradzie Pułaskiego jestem zawsze. Siedzę na trybunach, stoję na chodniku, robię zdjęcia aparatami o lepszych lub gorszych parametrach technicznych. Kiedy pada, rozkładam parasol, kiedy jestem głodna, po paradzie pędzę na Greenpoint, aby w restauracji „Stylowa” zjeść kotlet schabowy i popić piwem Zywiec.

Parada jest dla mnie zawsze okazją, aby powspominać sobie stare dobre lub gorsze czasy i po raz kolejny przyjrzeć się przedstawicielom szlachetnego gatunku „Polak amerykański”, takim jak:

1. Pani ufarbowana na rudo
Na każdej paradzie widać wielkie zagęszczenie pań – w wieku od lat kilkunastu do kilkudziesięciu – o rudym kolorze włosów. Fenomen ten jest zauważalny również dla postronnych przechodniów, bo na którejś z kolei paradzie podsłuchałam, jak ktoś głośno się zastanawiał, czy Polki faktycznie są z natury rude.

2. Polonus starej daty
Polonus starej daty przyjechał do Stanów jako dziecko, albo jest imigrantem drugiego pokolenia, w związku z czym po polsku umie powiedzieć „pierogi”, „kielbasa”, „golombki” oraz odmówić „ojczenasz”. Dla Polonusa starej daty czas zatrzymał się gdzieś w latach 80-tych, dlatego nadal trwa w błędnym przekonaniu, że politycy amerykańscy zabiegają o względy i głosy wyborcze Polonii.

3. Weteran
Weterani są już na wymarciu. Na każdej kolejnej Paradzie jest ich jakby mniej i paradują jakby wolniej. Ale ci, którzy przychodzą, nadal z dumą niosą polskie sztandary. Kochajmy weteranów, bo to pokolenie naszych dziadków!

4. Wesoły człowiek
Na każdej Paradzie jest co najmniej jeden. Jest to gatunek trudny do opisania, ale często bardzo towarzyski. Może (ale nie musi) występować w towarzystwie małego pieska w czapce krakowskiej. Może też rozprowadzać ulotki nikomu nie znanych sekt religijnych.

5. Polak jadący na rowerze po pijanemu bez trzymania
Ok, tutaj z premedytacją przesadziłam – na Paradzie jest zawsze masa policji i nie ma mowy o żadnej jeździe na rowerze po pijanemu. Ale za to jest inna atrakcja, a mianowicie pewien adwokat na meleksie. Pan ten uświetnił kilka ostatnich parad jeżdżąc po Piątej Alei z taką prędkością, jakby w pewną część ciała miał wkręcony motorek (pewnie w ramach akcji reklamowej biura adwokackiego, aczkolwiek nie ciągnął za sobą transparentu).

Tak więc będę na Paradzie Pułaskiego w tę niedzielę i mam nadzieję, że Wy też.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przeprowadziłam właśnie przez Internet ciekawą konwersację z działem obsługi klienta pewnego sklepu w USA. I od razu zaznaczam – panowie, których nie interesuje kupowanie ciuchów przez Internet – proszę nie czytać. Poważnie. Bo nic tu nie będzie ani na temat Leppera, ani o kaczyzmie, ani o plakatach, ani o żadnym pro- lub anty- ‚izmie’.

A teraz do rzeczy. Otóż jakieś dwa miesiące temu wypatrzyłam na pewnej stronie  super kieckę – fajny fason, dobra firma, mój rozmiar, do tego na przecenie. Był jeden problem –  sukienka miała być dostępna dopiero w listopadzie. Co mi tam – pomyślałam i zapłacilam kartą kredytową zaznaczając, że towar ma być wysłany, kiedy będzie dostępny. I o całej sprawie zapomniałam.

No i wczoraj sklep uprzejmie poinformował mnie, że owszem – sukienkę mogą mi wysłać, ale pod warunkiem, że potwierdzę swoje dalsze zainteresowanie tym zakupem. Zamiast wysyłać staroświecki email, postanowiłam korzystać z opcji ‚live help’ czyli ‚pomoc na żywo’ przez Internet.

Z mojego doświadczenia w tym temacie wynikało niezbicie, że będę miała do czynienia z komputerem. Poniżej przedstawiam przebieg rozmowy w tłumaczeniu na polski:

Ja: Chcialam potwierdzic zamowienie XXX.
Komputer: Dzien dobry, witamy w naszym sklepie Agnieszka T.! Widze, ze chce Pani potwierdzic zamowienia nr XXX.
Ja: Tak.
Komputer: Czy moze Pani potwierdzic nazwe ulicy, gdzie zamowienie ma byc dostarczone?Prosze nie podawac pelnego adresu, bo nie zapewniamy poufnosci danych.
Ja: Nie rozumiem, o jakie informacje chodzi?
Komputer: Czy moze Pani potwierdzic nazwe ulicy, gdzie zamowienie ma byc dostarczone?Prosze nie podawac pelnego adresu, bo nie zapewniamy poufnosci danych.
Komputer: Tak – XXX, 6. Aleja, Nowy Jork.
Komputer: Dziekuje. Zamowienie jest na sukienke BCBG, rozmiar taki a taki?
Ja: Tak.
Komputer: Dziekuje. Wystawiam ‚FTC wait on the order’. W czym jeszcze moge pomoc?
Ja: Co to jest ”FTC wait on the order’? Ja po prostu chce dostac sukienke, ktorą zamowialam!
Komputer: Email zostal wyslany ze wzgledu na przepisy zwiazane z kartami kredytowymi. Zaznaczylam w systemie, ‚FTC wait on the order’.
Ja: Ja po prostu chce dostac swoje zamowienie, szanowna Pani Komputer!!!

[cisza]

Komputer: Dla Pani informacji  – za kazdym razem, kiedy kontaktuje sie Pani z nasza firma, ma Pani do czynienia z zywym czlowiekiem! Czy moge jeszcze w czyms pomoc?
Ja: Ja… ja… bardzo Pania przepraszam, myslalam ze mam do czynienia z systemem komputerowym. Dobranoc.

Ki czort? Gada jak komputer, wygląda jak komputer, ale to wcale nie jest komputer. Radzę więc dołożyć wszelkich starań, aby nie ranić uczuć pani, która być może tylko udaje, że jest komputerem.

Do następnego razu.
Agnieszka

Read Full Post »

Dziś rano, przeglądając archiwum starej strony Polonia.net znalazłam kilkanaście zdjęć Nowego Jorku sprzed 11 września 2001. Wiele z nich to takie standardowe pocztówkowe ujęcia – horyzont Manhattanu fotografowany z deptaka na Brooklyn Heights lub z promu wycieczkowego na Ellis Island, takie jak te poniżej:

Wieże World Trade Center były widoczne z każdej części miasta. Pamiętam, że wiele razy wychodząc z metra na nie znanej mi stacji najpierw sprawdzałam, z której strony widać wieże. Wtedy od razu było wiadomo gdzie jest północ, a gdzie południe. Do World Trade Center chodziło się na zakupy, zwłaszcza kiedy padał deszcz (świetne sklepy w podziemiach, bez konieczności wychodzenia na zewnątrz) i na randki w ciemno (jeśli rozmowa się nie kleiła, zawsze można było zaproponować podziwianie panoramy miasta ze 101 piętra).

A potem w parę godzin wszystko zniknęło, jakby nigdy nie istniało. 11 września 2001 r. jest jednym z bardzo niewielu dni, których przebieg jestem w stanie odtworzyć z dokładnością co do minuty, łącznie z tym, jaki był dzien tygodnia i pogoda – wtorek, niebieskie bezchmurne niebo, jakie w Nowym Jorku bywa tylko jesienią, co jadłam na śniadanie – kawa i muffin, i co miałam na sobie – czarną sukienkę prawie do kostek i wysokie koturny, ktore musiałam zmienić na o numer za duże adidasy, kiedy trzeba było na piechotę wrócić do domu.

Niczego nie świadoma, koło godz. 9 rano jechałam metrem przez Dolny Manhattan. Jedyną rzeczą, która odbiegała od mojej codziennej rutyny, była niespotykana pustka na stacji WTC – każdego ranka do mojego pociągu zawsze dosiadały tam tłumy ludzi. A wtedy panował tam martwy spokój, na stacji nie bylo żywego ducha. Pociąg postał parę minut na stacji i pojechał dalej. W ciągu następnych 40 minut, jakie zajął mi dojazd z Dolnego Manhattanu na 26 Ulicę, gdzie wtedy pracowałam i dojscie do biura, runęła pierwsza wieża (o 9:59). Ale o tym dowiedziałam się dopiero kiedy dotarłam do pracy.

Nasze okna wychodziły na południe i widać było przez nie całą panoramę miasta wzdłuż Szóstej Alei, razem z wieżami World Trade Center. Ale wtedy stała już tylko jedna płonąca wieża – ta pierwsza runęła parę minut wcześniej. Staliśmy przy tych oknach bez słowa, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Wtedy nie przeczuwaliśmy jeszcze, jak bardzo ten moment wszystko zmieni.

A jutro mija piąta rocznica 9/11. Wielkie Jabłko wyszło z pozamachowej recesji, burmistrz Bloomberg twierdzi nawet, że 5 lat po 9/11 miasto kwitnie i jest najbezpieczniejszą metropolią w USA. „Ground zero” oczyszczono z ruin i powoli rozpoczyna się budowa nowych wież. Ale nowojorczycy wiedzą, że nic nie jest już tak jak było.

 Do następnego razu.

Agnieszka

Read Full Post »

W ciągu dwóch ostatnich lat aż 3 procent Polaków (czyli ponad milion) wyjechało z kraju do pracy w krajach Unii Europejskiej. Jeśli odrzucić niemowlaki i emerytów, liczba ta urasta do 5 procent osób w wieku produkcyjnym. I pamiętajmy, że nadal nie uwzględnia ona tych, którzy wyjechali poza kraje Unii Europejskiej, na przykład do Stanów.

Jeśli wierzyć raportowi organizacji European Citizen Action Service, Niemcy stały się naszym krajem docelowym, wbrew obiegowej opinii, że najwięcej Polaków wyjeżdża do Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Nie ulega wątpliwości, że przy stopie bezrobocia, jaką obecnie mamy w Polsce, jest to emigracja za chlebem. Europa jest teraz bliżej, dosłownie i w przenośni, do tego euro ma się zdecydowanie lepiej niż dolar, więc ludzie stracili motywację, aby przyjeżdżać do Stanów. Zresztą po wszystkich zmianach, jakie tutaj zaszły po 11 września 2001r., specjalnie się nie dziwię.

Jeżdżę do Polski często i chętnie, i równie chętnie wydaję tam swoje coraz mniej warte dolary. Ponieważ są to z reguły pobyty 2-3 tygodniowe, nie twierdzę, że jestem ekspertem od spraw Polski. Jednak z moich powierzchownych obserwacji wynika, że trudno jest żyć w kraju, w którym człowiek po trzydziestce ma raczej marne szanse na znalezienie pracy, bo pracodawcy szukają dwudziestoparoletnich chłopców do bicia (albo dwudziestoparoletnich dziewczyn – może niekoniecznie do bicia…)

Niewątpliwie Stany też mają swoje słabe strony, ale przy 4,5-procentowym bezrobociu każdy, kto chce pracować, pracę tutaj znajdzie.

Do następnego razu!
Agnieszka

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060906/ekonomia/ekonomia_a_1.html

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »