Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Nowy Jork’ Category

st_patrick.jpgTym, że jest bardziej zielona:) Jak wiadomo, Nowy Jork paradami stoi – od innych tego typu nowojorskich imprez parada irlandzka z okazji Dnia św. Patryka różni się nie tylko dominującym kolorem zieleni czy wyjątkową kreatywnością w doborze nakryć głowy, ale także ilością i rodzajem wypitego alkoholu. Mówiąc oględnie, Irlandczycy cieszą się tutaj opinią nie wylewających za kołnierz i pod tym względem plasują się nawet przed Rosjanami. Polacy za pijaków tutaj raczej nie uchodzą – zapewne inaczej niż w Europie – a co najwyżej za „inteligentnych inaczej”:) (więcej…)

Read Full Post »

Zawsze fascynowała mnie konsekwencja, z jaką nowojorczycy upierają się przy noszeniu parasolek w czasie zamieci, tym bardziej, że większość tych parasolek to tanie druciane szkieleciki oklejone kawałkiem niby-nieprzemakalnego materiału made in china, które przekręcają się na lewą stronę przy każdym silniejszym podmuchu wiatru. Po większym deszczu nowojorskie chodniki są usłane smutnymi szczątkami tego, co kiedyś było parasolką kupioną za całe trzy albo i cztery dolary u Murzyna na rogu.

(więcej…)

Read Full Post »

mm_cowboy.jpgWszystkim, ktorzy mieli kiedys okazje odwiedzic nowojorski Times Square, zapewne rzucila sie w oczy postac Nagiego Kowboja (a byc w Nowym Jorku i nie zahaczyc o Times Square, to tak jak byc w Moskwie i nie pojsc na Plac Czerwony). „Naked Cowboy” czyli Nagi Kowboj jest tak samo nieodlaczna czescia krajobrazu Times Square, jak wielki ekran Panasonica, wysokie na kilka pieter billboardy czy zolte taksowki. Niezaleznie od pogody, Naked Cowboy (prawdziwe nazwisko – Robert Burck, lat 37) stoi sobie na srodku skweru z nieodlaczna gitara i cos tam na niej brzdaka. Z wyjatkiem moze ostatniego tygodnia karnawalu, bo Nagi Kowboj lubi spedzac Mardi Grass w cieplejszych niz nowojorskie klimatach, na przyklad w Nowym Orleanie.
(więcej…)

Read Full Post »

PaszportMimo piętnastu lat spędzonych w Stanach, dopiero od roku jestem szczęśliwą posiadaczką paszportu amerykańskiego i jako świeżo upieczony obywatel USA dzisiaj po raz pierwszy miałam okazję głosować w amerykańskich wyborach. A konkretnie – w prawyborach partii demokratycznej, bo w dniu przyjęcia obywatelstwa USA ponad rok temu przezornie wybrałam opcję „registered Democrat” (wyborcy niezależni czyli „independents” w stanie Nowy Jork nie głosują w prawyborach).
(więcej…)

Read Full Post »

O zbliżających się świętach przypomina chociażby to, że na choince przed Rockefeller Center zapalono wczoraj światełka. Uroczyście i z wielkim hukiem, przy udziale większych (Celine Dion) i mniejszych (Ashley Tisdale – kto to w ogóle jest?) gwiazd, i wbrew temu, co polskie gazety wypisywały już tydzień temu. To, że kilka dni temu przed Rockefeller Center choinka już stała, to jest fakt niezaprzeczalny, ale samo sprowadzenie choinki tutaj tak naprawdę nikogo to nie obchodzi, bo dopiero uroczystość zapalenia śiatełek jest oficjalnym początkiem holiday season, w Nowym Jorku znanego również jako shopping season.

Wczoraj z tej okazji w okolicach Piątej Alei zebrało się coś koło 100 tys. ludzi i tylko cudem udalo mi się dopchać do stacji metra przy 50. Ulicy i uniknąć stratowania. Wszyscy – ze stacji metra prosto „pod choinkę”, a ja – w przeciwną stronę, byle dalej od choinki, byle do domu, na Queens, do świętego spokoju, do moich psiaków spragnionych kolacji i wieczornych drapanek. Co prawda przez krótką chwilę miałam nawet ochotę pójść do Rockefeller Center i może pstryknąć zdjęcie czy dwa, ale na widok rozwydrzonego tłumu turystów i innych przyjezdnych ten pomysł szybko wywietrzał mi z głowy.

Po co z własnej i nieprzymuszonej woli narażać się na atak paniki, i to w sytuacji, kiedy do weekendu pozostały jeszcze całe dwa dni i trza „robić robotę”? Skrypty się same nie napiszą, niestety.

Na pociechę – zdjęcia z ubiegłego roku. Zapewniam, że w tym roku najsłynniejsza na świecie choinka wygląda dokładnie tak samo, ale jak ktoś nie wierzy, obiecuję, że w najbliższych dniach zamieszczę zdjęcia tegoroczne.

A tak poza tym – ostatnio jestem mocno przywalona pracą. Wszyscy albo chorzy, albo na urlopach, albo w trakcie przeprowadzek. Tylko ja jedna świeżo po urlopie w słonecznej listopadowej Polsce, bez zamiaru przenoszenia się z miejsca „A” do miejsca „B”, zdrowa jak ryba i bez najskromniejszej nawet wymówki, aby nie przyjść do  pracy. 

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Święto Dziękczynienia czyli Thanksgiving jest moim ulubionym amerykańskim świętem, między innymi dlatego, że nie muszę go porównywać z niczym, co pamiętam z Polski. Cierpię bowiem na dość powszechną emigracyjną przypadłość, która sprawia, że większość obchodzonych tutaj w Stanach świąt jakoś mi tak blado wypada w porównaniu z polską wersją. Wielkanoc? Przechodzi prawie niezauważona, bo to tylko jeden dzień – niedziela jak każda inna. Boże Narodzenie? W Stanach to po prostu politycznie poprawny Holiday Season. W tym kraju niektóre wrażliwe gardła nie są w stanie wydusić z siebie Merry Christmas, aby nie zrobić afrontu tym, którzy akurat obchodzą Hanukkah i Kwanzaa.

A Thanksgiving to takie właśnie refleksyjne i nie narzucające żadnej politycznej poprawności święto, kiedy to można się spokojnie objadać indykiem, opychać słodkimi ziemniakami i popijając wino wybranego koloru zastanawiać się, czy w naszym życiu jest cokolwiek, za co tak naprawdę powinniśmy być losowi wdzięczni. I z żadną ojczyzną, „synczyzną” czy czymkolwiek polskim się w ogóle nie kojarzy, co akurat w tym kontekście uważam za rzecz pozytywną.

thanks.jpg

Jeśli chodzi o indyka, już jakiś czas temu zarzuciłam zwyczaj pieczenia całego ptaszyska, bo przy dwuosobowym gospodarstwie domowym oznacza to wielkie marnotrawstwo (nawet jeśli ma się gości), nie mówiąc już o godzinach zmarnotrawionych w kuchni. Potem człowiek pakuje resztki takiego nieboszczyka na zamrażalnik i przypomina sobie o nich dopiero w okolicach Wielkanocy, przy okazji wiosennych porządków i sprzątania lodówki. Ostatni raz całego indyka piekliśmy cztery lata temu – zrobiła go moja mama podczas swojej pierwszej i jak do tej pory jedynej wizyty w Stanach. Indyk mamy był przepyszny i jest to jeden z dwóch powodów, dla których Święto Dziękczynienia anno domni 2003 pamiętam lepiej niż wszystkie pozostałe.

W tym roku będzie pierś indyka na słodko z farszem jabłkowo-żurawinowym, pierś indyka w sosie czosnkowym (poprawka – tej nie było, bo nie chciało mi się gotować), ziemniaki pieczone z tymiankiem, sos grzybowy (z polskich prawdziwków!) i parę innych dań, jako że przy stole będą też wegetarianie. O ile czas mi pozwoli, postaram się co nieco sfotografować zanim zostanie pożarte przez domowników i gości.

Zbliża się czwarta, więc pędzę do kuchni. Dla tych, którzy dzisiaj świętują – Happy Thanksgiving!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Trasę Nowy Jork – Warszawa przemierzam kilka razy w roku na pokładzie samolotów przeróżnych linii lotniczych. Była już i Lufthansa, i Air France, i British, kilka razy Finnair, no i oczywiście LOT. Wybierając linie lotnicze kieruję się ceną biletu oraz jego dostępnością, a nie patriotyzmem, bo na przykład bilety na LOT bardzo trudno dostać na drugą połowę czerwca i początek lipca, kiedy to rozpoczynają się wakacje i dzieciaki z polskich rodzin są hurtem ładowane w samoloty LOT-u i wysyłane do dziadków na wakacje. Jak by nie patrzeć, LOT to jedyne linie oferujące bezpośrednie połączenia z Nowego Jorku do Warszawy, Krakowa czy Rzeszowa, a ostatnimi czasy bilety nie są wcale droższe niż na przeloty innymi liniami lotniczymi (czyli z przesiadką w Londynie albo Helsinkach).

Ciekawe scenki rodzajowe można zaobserwować na lotnisku przed odlotem samolotów LOT-u z JFK do Warszawy. Na innych liniach odlatujących do Europy pasażerowie wchodzą do samolotu w kolejności rzędów – od ostatniego do pierwszego, co oczywiście jest logiczne, bo dzięki zasadzie „pierwsi będą ostatnimi” pasażerowie z pierwszych rzędów nie blokują przejścia tym, którzy siedzą w ogonie, i można utrzymać przynajmniej względny porządek. LOT też próbuje tę zasadę stosować, niestety, bez większego powodzenia, bo rodacy – zamiast czekać spokojnie na boarding swojego rzędu – z sobie tylko znanych powodów od razu tworzą długaśną kolejkę, albo wręcz stoją wszyscy „na kupie”, natomiast nawoływania obsługi naziemnej, że „na pokład zapraszamy pasażerów z rzędów od do” traktowane są jak głos wołającego na puszczy. Może dlatego, że komunikaty LOT-u są nadawane tak cicho, że trudno w ogóle zrozumieć, o co w nich chodzi?

Miejsca w samolocie zostały już dawno przydzielone, można by więc zasiąść wygodnie w fotelu i czytając gazetę czekać na swoją kolejkę do wejścia. Niestety, nie przed odlotem samolotu do Warszawy, bo tutaj ludzie i tak ustawią się w kolejce. Na wszelki wypadek, bo a nuż zabraknie miejsca?


© Tomasz Madej www.polskaludowa.com

W ostatni piątek było chyba gorzej niż zwykle. Samolot odlatywał o godz. 18:05 z JFK (o dziwo, bez opóźnienia) i zanim jeszcze rozpoczęto boarding, przed wejściem zebrał się tłum, dokładnie blokujący przejście pasażerom z wzywanych rzędów. Jak zwykle, bilet kupiłam w ostatniej chwili, więc miejsce miałam z tyłu w 35 rzędzie i teoretycznie powinnam była wejść do samolotu w pierwszej grupie. Niestety, tylko w teorii, bo kiedy już udało mi się przedrzeć do wyjścia, w ostatniej chwili wepchnął się przede mnie i o mało nie powalił na ziemię wąsaty jegomość w kapeluszu, który pędził do samolotu, jakby groziła mu 9-godzinna podróż na stojąco.

Kto jak kto, ale właśnie Polacy powinni mieć system kolejkowy opracowany do perfekcji – po latach stania w kolejkach po mięso i papier toaletowy za czasów komuny i wynalazkach w rodzaju „komitetów kolejkowych” i „list kolejkowych” powinniśmy być narodem kolejkowo przykładnym i zdyscyplinowanym, w odróżnieniu od takich Amerykanów czy Anglików, którzy nie mieli okazji rozwinąć swojej kolejkowej inteligencji;)

A tu okazuje się, że jest akurat na odwrót – ustawiamy się w kolejce i przepychamy nawet przed wejściem na pokład samolotu czyli tam, gdzie nie ma to najmniejszego nawet sensu. Pocieszmy się jednak tym, że podobno ten, kto nie był w Chinach, nie wie, co to prawdziwa kolejka – tak przynajmniej twierdzą ci, którzy w Chinach byli.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Niewiele jest w Stanach miejsc, gdzie można sobie jeszcze poradzić nie mając prawa jazdy lub samochodu. Nowy Jork jest jednym z nich, głównie dzięki świetnie rozwiniętemu systemowi komunikacji miejskiej. W obrębie pięciu dzielnic miasta metrem można dojechać prawie wszędzie, trochę trudniej jest jedynie na Staten Island, ale i tam jeździ jedna linia metra. Metro nowojorskie jest takie brzydkie, że aż ładne, a każdy, kto tutaj trochę pomieszkał, wie, co mam na myśli.

Pierwsze wrażenie dla kogoś, kto nigdy nowojorskim metrem nie jechał, z reguły nie jest pochlebne – stare brudnawe kafelki, bezdomni rozłożeni ze swoimi pakunkami na peronowych ławkach, a na niektórych stacjach – wypasione oswojone szczury, bezczelnie śmigające po torach, a czasem nawet po platformach peronów. Zaraz po przyjeździe do Nowego Jorku bałam się jeździć metrem – że niebezpiecznie, że napadną, pobiją albo okradną. Potem jednak okazało się, że metrem po Nowym Jorku jeździ się po prostu najszybciej, a póki co (odpukać w niemalowane), jedyny środek transportu w którym mnie okradziono – to warszawski autobus miejski…

Tak któregoś dnia w zeszłym tygodniu wyglądała moja droga do domu:

IMG_0384
Come See Dr Z! Dermatolog Zizmor reklamuje się w metrze nowojorskim od co najmniej piętnastu lat. I od piętnastu lat nie zmienił się styl jego reklam – im więcej kolorów i krojów czcionki, tym lepiej…

IMG_0387
Robienie makijażu w metrze jest jak na porządku dziennym. Dobre światło? Oszczędność czasu?

IMG_0396
Moża też sobie uciąć drzemkę, pod warunkiem oczywiście, że ma się miejsce siedzące. Chociaż widziałam i przypadki śpiących na stojąco.

IMG_0402

IMG_0418
Ostatni odcinek – już autobusem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dzisiaj od rana tak jakoś szaro tutaj i nijako. Zdjęcia poniżej robiłam w Central Park w sobotę rano, zaraz po głosowaniu w Konsulacie. Październik tutaj oznacza obowiązkową wyprawę w poszukiwaniu kolorów jesieni. W ostatni weekend nie było ich jeszcze za bardzo widać w Central Park, bo w tym roku lato mieliśmy tutaj wyjątkowo długie i uparte.

IMG_0447

IMG_0454

IMG_0462

IMG_0441

IMG_0443

Z dużą ulgą zamykam wątek wyborczy w moim blogu. Naród przemówił, szpetny emigrant namieszał, a teraz przez jakiś czas potrwają polityczne rachunki sumienia, podsumowania i różne płacze nad rozlanym mlekiem. Wkrótce jednak wszystko wróci do normy, a emigranci pozostaną tam, gdzie byli. W naturze Polaka leży krytyka rządu sprawującego w danej chwili władzę, co w pewnym sensie tłumaczy „wahadłowe” wyniki kolejnych wyborów (prawica-lewica-prawica-lewica), a czy te wybory są wyjątkowe i czy coś się pod tym względem w kraju zmieni, czas pokaże.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej polskie media i elity polityczne mniej lub bardziej konsekwentnie zaczęły dzielić emigrantów na „emigrację A” i „emigrację B”, że posłużę się  tutaj znaną analogią. Emigracja A – to ludzie, którzy wyjechali z kraju w ciągu ostatnich trzech lat, głównie do Wielkiej Brytanii i Irlandii, a więc w większości urodzeni po stanie wojennym i nie pamietający kolejek, kartek na mięso ani półek sklepowych wypełnionych octem i groszkiem konserwowym. Emigracja B – to cała reszta, łącznie z solidarnościową emigracją lat 80-tych w Stanach Zjednoczonych.

O względy emigracji A zabiegają polscy politycy, hołubią ją media, fotografując przy piwie w irlandzkich pubach i przy smażeniu hamburgerów, robiąc wywiady i opisując, jak fajnie Polacy radzą sobie w Londynie oraz Dublinie. Nic zatem dziwnego, że przed październikowymi wyborami na Wyspach Brytyjskich trwała intensywna kampania wyborcza, w której politycy prześcigali się w pomysłach, jak by tu jak najwięcej ludzi ściągnąć na swoje spotkania i zachęcić do przełknięcia jak największego kawałka wyborczej kiełbasy.

Parę tygodni temu Gazeta rozpisywała się na temat przedwyborczej Bitwy o Anglię, w której stawką miały być głosy polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii i Irlandii.  No cóż, nie da się ukryć, że bitwy o Chicago ani o Nowy Jork nie było.  Emigracja B, ta w USA i Kanadzie, jest mniej fotogeniczna, żeby nie powiedzieć „szpetna”, przynajmniej w rozumieniu polskich polityków i mediów, bo w dużej mierze złożona z ludzi, którzy osiemnaście lat skończyli dość dawno temu i którzy pamiętają zarówno stan wojenny, jak i upadek komunizmu w Polsce. Jeśli się cokolwiek o tej emigracji pisze, to głównie w kontekście zacofania i zaściankowości, tak jakby Polonia amerykańska żyła na innej planecie albo w XIX wieku.

Ostatnimi czasy mało kto emigruje z Polski za Ocean, bo drogo, daleko, a na dodatek trudno o wizę do Stanów, że nie wspomnę już o tym, że bliższe ciału funciaki niż dolary. Nic zatem dziwnego, że średnia wieku polskich emigrantów w USA rośnie w zastraszającym tempie. Twarz nam blednie, włos nam rzednie, psują się nam zęby przednie…

Przewodniczący różnych partii politycznych nawet nie próbowali w Stanach rozkręcać jakiejkolwiek kampanii wyborczej. Jedyna partia, która się tutaj w ogóle pokazała, to PiS, który – jak wszystkim wiadomo – wygrał wybory jedynie w Stanach, i to niebagatelną przewagą 67 procent głosów. Platforma zmobilizowała się jedynie do wystosowania protestu do Państwowej Komisji Wyborczej w sprawie wykorzystania przez PiS jakiegoś koncertu zorganizowany dla Polonii w Chicago do prowadzenia kampanii wyborczej. Natomiast z tego, co mi wiadomo, ani Tusk, ani nikt z jego najbliższych współpracowników w Nowym Jorku ani w Chicago nogi nie postawił.

Uchowaj mnie Boże od wypowiadania się w jakimkolwiek imieniu innym niż moje własne, a w imieniu Polonii amerykańskiej w szczególności, bo to stwór wielogłowy, białostocko-nowosądecko-warszawski i choćby z tego wzgledu zadziorny i trudny do zdefiniowania. Myślę jednak, że to, jak polska emigracja w Stanach jest traktowana przez polskich polityków, w dużym stopniu tłumaczy, dlaczego Polacy w USA w przytłaczającej większości głosowali na PiS. Głosując na partię Kaczyńskich, szpetna emigracja B „zemściła się” na elitach, które dawno temu spisały ją na straty, żeby nie powiedzieć – olały. O tym się nie mówi ani nie pisze, bo to taki niemodny temat, natomiast pojawiają się już dyżurne teksty, w których Polaków w Stanach przedstawia się jako kiełbasożernych tępaków zjednoczonych pod sztandarem Radyja (my są już Amerykany… i głosujemy na PiS).

Powiem tylko tyle – w „województwie chicagowskim” wygrała partia, której jako jedynej zależało, aby tutaj wygrać. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Związkowi Radzieckiemu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »