Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Emigracja’ Category

Parę tygodni temu przeniosłam Salon na domenę salon.polonia.net ze starego adresu na WordPressie. Niestety, są z tym pewne kłopoty, nie wiem jeszcze, czy to wina nowego serwera czy coś pomieszałam przy konfiguracji bloga na WordPressie. Skutek natomiast był opłakany, bo Salon po prostu padł i nie dalo się wejść na żadne strony.

Póki co wracam więc na stary wordpressowy adres czyli polonianet.wordpress.com i zobaczymy, co z tego dalej wyniknie. Chwilowo nie będę więcej grzebać w konfiguracji, a skoncentruję się na pisaniu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Konsulat Generalny w Nowym Jorku wprowadza klientów w błąd publikując na swojej stronie internetowej nieaktualne lub niedokładne informacje na temat procedur związanych z ubieganiem się o paszport polski. Jeśli ktokolwiek ma zamiar brać poważnie treści zamieszczone w dziale „Informacja paszportowa”, niech robi na własną odpowiedzialność, bo jest tam kilka błędów rzeczowych na tyle poważnych, że uniemożliwiają złożenie podania o paszport. Moja rada – dzwonić do Konsulatu i trzy razy pytać o każdą rzecz, aby nie narażać się na wielokrotne wyprawy do Konsulatu, zwłaszcza jeśli mieszka się poza Nowym Jorkiem.

Poniedziałek – moja pierwsza wizyta w Konsulacie w celu odnowienia paszportu, który w lutym stracił ważność.  Z wypełnionymi formularzami, starym paszportem i zdjęciami ustawiłam się w kolejce.  W poniedziałek kolejka była spora ponieważ w poprzednim tygodniu Konsulat był nieczynny przez dwa dni ze względu na święta 1 i 3 maja.

Mniej więcej po 20 minutach oczekiwania przypadkowo usłyszałam rozmowę potencjalnej petentki ze strażnikiem, który poinformował ją, że do każdego paszportu wymagane są trzy zdjęcia. Trzy, a nie dwa. Strażnik jak widać dysponuje bardziej aktualnymi informacjami o przepisach paszportowych niż internetowa wizytówka Konsulatu, na której pod nagłówkiem „Wymagane dokumenty” zamieszczono co następuje (podkreślenie moje):

Dwie aktualne fotografie o wymiarach 3,5 x 4,5 cm., wykonane w ciągu ostatnich 6 miesięcy na jednolitym jasnym tle, mające dobrą ostrość, pokazujące wyraźnie oczy i twarz z obu stron (en face).

Ponieważ zgodnie z powyższą instrukcją miałam przy sobie tylko dwa zdjęcia paszportowe, odeszłam z kolejki, aby wrócić następnego dnia, z trzema fotografiami.

Wtorek – moja druga wizyta w Konsulacie, w celu jak wyżej. Kolejka tym razem dużo krótsza, szybko dotarłam więc do okienka, z dokumentami i trzema przepisowymi fotografiami paszportowymi. Moja radość trwa jednak krótko, bo tym razem okazuje się, że umiejscowiony w polskim Urzędzie Stanu Cywilnego akt ślubu jest wymagany nie tylko przy wymianie paszportu ze względu na zmianę nazwiska (informacja opublikowana na stronie internetowej Konsulatu), ale w przypadku kobiet również wtedy, kiedy stary paszport (z nowym nazwiskiem) stracił ważność, a wystawiony był przed 2003 r. zdaje się. Cytuję informację ze strony:

Odpis aktu małżeństwa (oryginał lub notarialnie poświadczona kopia) wydany przez polski Urząd Stanu Cywilnego w przypadku ubiegania się o paszport z powodu zmiany nazwiska lub dokument potwierdzający powrót do nazwiska poprzednio używanego, wydany przez polski USC.

Jest to błędna informacja, niestety. Po raz drugi odchodzę z kwitkiem. Mam ten dokument, ale nie przy sobie.

Sroda – trzecia wizyta w Konsulacie, w celu jak wyżej. Coś chyba jest w powiedzeniu „do trzech razy sztuka”, bo tym razem mam wszystko, co potrzebne i moje podanie zostaje przyjęte. Paszport dostanę już… za cztery miesiące.

Przedwczoraj wysłałam do Działu Wizowo-Paszportowego Konsulatu email z prośbą o poprawienie błędów na stronie informacji paszportowej, ale póki co Konsulat dyskretnie milczy na ten temat i błędów nie poprawia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po krótkiej przerwie czas na małe sprawozdanie z polonijnego podwórka, które będzie zapewne interesujące jedynie dla osób mieszkających po tej stronie Atlantyku. Trudno – niniejszy Salon, jak sama nazwa wskazuje, jest Salonem nowojorskim…

Najpotężniejsza polonijna firma na Wschodnim Wybrzeżu USA – Polsko-Słowiańska Unia Kredytowa – pod koniec maja organizuje wybory do Rady Dyrektorów. Statut P-SFUK orzeka, że raz w roku musi ona wymienić jedną trzecią swojego zarządu i odbywa się to poprzez demokratyczne wybory. Co ciekawe, spośród ponad 70 tys. członków P-SFKU każdego roku w głosowaniu bierze udział niewiele więcej niż 3 tys., bo większość zawiadomienia o wyborach najzwyczajniej w świecie wyrzuca do kosza.

Kiedyś – dawno, dawno temu – odsyłałam do Unii wypełnione karty do głosowania, jednak przestałam to robić w momencie, kiedy okazało się, że dość często do Rady Dyrektorów trafiają ludzie mocno ze sobą skłóceni. Wewnętrzne konflikty utrudniają pracę P-SFUK do tego stopnia, że jakiś czas temu w tej szacownej instytucji z aktywami wynoszącymi ponad 1 mld. dolarów wprowadzono zarząd komisaryczny. W tym roku mam dodatkowy powód, aby nie głosować – taki mianowicie, że parę tygodni temu trafiła do mojej skrzynki emailowej ulotka w stylu najlepszych peerelowskich donosów na temat tego, na kogo broń Boże NIE głosować… Jeśli metody reklamy negatywnej wobec konkurencji stosuje się, aby zdobyć poparcie dla swojego kandydata, to ja wolę trzymać się z daleka od tego typu akcji i nie głosować na nikogo.

Pocieszam się tym, że rodacy w Polsce nie pozostają w tyle i że zabawa w donosy jest w Starym Kraju zajęciem nadal bardzo popularnym (jedna z wiadomości opublikowanych ostatnio w portalu Interia.pl nosiła tytuł Rzeczpospolita donosicielska). Czyżby cecha narodowa?

Telewizja Polska pod koniec marca uruchomiła nowy portal telewizji interaktywnej www.itvp.pl – dla odbiorców w Stanach niestety w dużej części bezużyteczny, bo TVP blokuje niektórym użytkownikom spoza Polski dostęp do wielu programów (m.in. Wiadomości, Teleekspressu i Panoramy).

TVP nie pofatygowała się nawet, aby zamieścić gdzieś krótką informację, jakie kraje nie są godne zaszczytu oglądania w Internecie polskiej telewizji. Przy próbach załadowania plików wideo pojawia się jedynie dość enigmatyczny komunikat Dostęp do tego materiału nie jest możliwy z terytorium kraju z którego się z nami łączysz. Co ciekawe, TVP bez problemu pozwala rejestrować się w portalu użytkownikom ze Stanów.

Jako że jestem dociekliwa, napisałam do TVP z uprzejmym zapytaniem, jakie kraje są objęte tą blokadą. Ponieważ Telewizja Polska na razie pracuje nad zredagowaniem odpowiedzi na moje pytanie, podzielę się pewnym sekretem. Otóż blokada jest momentami dziurawa – wystarczy poklikać trochę na linkach Wybierz jakość: strumień 700kbps / strumień 70 kbps i jest szansa, że program się jednak włączy (zaznaczam, że jest to metoda bez gwarancji i działa od przypadku do przypadku, czasem na FireFoxie, a czasem na Explorerze).

LOT przeprojektował swoją stronę internetową www.lot.com. Sama już dawno temu zarzuciłam wchodzenie pod ten adres, bo przeglądarka zawieszała mi się z powodu mocno nieudolnie zrobionego filmiku Flasha na głównej stronie, więc chwała LOT-owi za tę zmianę. Wszystko wygląda teraz dużo lepiej.

A skoro jesteśmy juz przy temacie LOT-u, mój bilet Nowy Jork – Warszawa na drugą połowę czerwca kosztował ponad 1000 dolarów… Ouch!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Rząd proponuje utworzenie okręgu wyborczego dla Polaków mieszkających za granicą i umożliwienie głosowania za pośrednictwem poczty. Odrębny okręg wyborczy miałby zachęcić Polaków przebywających za granicą do wzięcia udziału w wyborach, a możliwość głosowania pocztą – ułatwić życie w przypadkach, kiedy odległość między punktem wyborczym a miejscem zamieszkania sięga tysięcy kilometrów.

Bardzo ładnie, że rząd tak się o nas troszczy, ja jednak proponuję, aby najpierw rozwiązać problem polskich paszportów, bardzo uciążliwy dla Polaków mieszkających w USA.

Po pierwsze, od pewnego czasu podanie o wydanie polskiego paszportu trzeba składać osobiście. Nie ma z tym problemu, jeśli mieszka się w mieście, gdzie jest polski konsulat – można wtedy położyć papiery na biurku urzędnika nawet w czasie przerwy na lunch. Natomiast nie jest to już takie proste, jeśli mieszka się na Florydzie albo gdzieś w Ohio czy Teksasie. Ponieważ stan Floryda „podlega” Ambasadzie RP w Waszyngtonie, w tym przypadku złożenie podania o paszport oznacza co najmniej 2-dniową wyprawę. Nie ma mowy, aby udało się tę sprawę załatwić w jeden dzień – trzeba dojechać na lotnisko, polecieć samolotem do miasta, gdzie mieści się konsulat, a po załatwieniu sprawy – wrócić na lotnisko i udać się w powrotną podróż do domu (polecam lekturę tego komentarza). Co ciekawe, całą operację trzeba powtórzyć przy odbiorze paszportu, bo paszport trzeba odebrać osobiście.

Po drugie, na wydanie polskiego paszportu czeka się miesiącami. Konsulat RP w Nowym Jorku radzi składać podanie o paszport… na 6 miesięcy przed wygaśnięciem starego!

Zaleca się złożenie wniosku na nowy paszport minimum 6 miesięcy przed upływem ważności dotychczas posiadanego paszportu.

Na paszport amerykański czekałam 8 dni od momentu złożenia dokumentów (cały proces ubiegania się o obywatelstwo to inna sprawa – ciagnęło się to w moim przypadku prawie trzy lata), a formularz mogłam wydrukować ze strony internetowej poczty amerykańskiej. Paszport przysłano mi pocztą do domu. Jak widać, jedni mogą, inni – nie.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Nowy Jork przez wielu jest postrzegany jako „ciało obce w zdrowym ciele Ameryki” – liberalne i kosmpolityczne miasto, w którym wszystko wolno i które z wyboru odcina się od tradycyjnego systemu amerykańskich wartości. Wielu Amerykanów z innych stanów, złośliwie określanych czasem jako fly-over states (nie radzę jednak używać tego wyrażenia w rozmowie z miejscowymi, jeśli nie chce się oberwać po pysku), z Nowym Jorkiem nie ma – i nie chce mieć –  nic wspólnego, poza wizytą turystyczną raz na 15 lat. Niewątpliwie sam fakt mieszkania w Nowym Jorku, a nie gdzieś w małym miasteczku na prowincji, powoduje, że inaczej patrzy się na pewne sprawy.

Rzeczy, które tutaj są na porządku dziennym, w wielu innych miejscach w USA są nie do pomyślenia, i vice versa.  Może dlatego mocno zaskoczył mnie opublikowany wczoraj przez serwis CNN.com artykuł na temat pierwszej zintegrowanej zabawy na zakończenie szkoły średniej (prom) w pewnym miasteczku w Georgii: Students attend school’s first integrated prom. Tekst radośnie informuje o tym, że w tym roku szkoła średnia w Ashburn  (160 mil od Atlanty) po raz pierwszy w swojej historii zorganizowała imprezę, na której razem bawili się uczniowie biali i kolorowi.

Co w tym dziwnego? Ano chociażby to, że do tej pory rodzice uczniów w tym miasteczku organizowali dwie osobne prywatne imprezy – jedną dla białych, drugą dla czarnoskórych (w artykule nie ma mowy o tym, czy na którąś z nich zapraszano Latynosów). „Biali zawsze bawią się na jednej imprezie, a czarni na drugiej” – mówi Lacey Adkinson, uczennica szkoły, w której Afro-Amerykanie stanowią 55% spośród ponad 450 uczniów. „W naszej szkole zawsze były osobne zabawy – tak było jeszcze w czasach, kiedy chodził do niej mój tato. Ale w tym roku postanowiliśmy spróbować czegoś nowego” – dodaje. Jej starsza siostra uczestniczyła w „białej” imprezie w 2001 r: „Nie przypominam sobie, aby byli na niej kolorowi uczniowie. Tak u nas po prostu jest i to wcale nie jest rasizm.”

Okazuje się jednak, że mimo zorganizowania wspólnej zabawy w szkole biali uczniowie i tak jak co roku mieli swoją prywatną, która odbyła się tydzień wcześniej, bo tak zażyczyli sobie niektórzy rodzice. Podkreślam, że rzecz działa się w południowej Georgii, a jak wiadomo opinie na temat na spraw związanych z kolorem skóry na południe od linii Masona-Dixona są nieco inne niż na północy.

Również na południu USA – w Durham w Karolinie Północnej – kilka tygodni temu miał swój finał proces, w którym trzech białych studentów prestiżowego Duke University zostało oskarżonych o gwałt zbiorowy na czarnoskórej striptizerce. Sprawa nosiła wszelkie znamiona zarówno dramatu klasowo-obyczajowego, jak i bajki z morałem, nic zatem dziwnego, że niemal obsesyjnie śledziły ją wszystkie większe gazety, nie wyłączając dziennika The New York Times, który w tym przypadku zdecydowanie nie popisał się obiektywizmem. (Autor bloga Durham in Wonderland dużo miejsca poświęca zagadnieniu, jak sprawa została przedstawiona w mediach.) Według początkowych doniesień prasowych, trzej zawodnicy uniwersyteckiej drużyny lacrosse – wszyscy trzej z zamożnych uprzywilejowanych rodzin – wykorzystując swoją pozycję i poczucie bezkarności zgwałcili czarną dziewczynę, która pracowała jako tancerka erotyczna, aby zapewnić utrzymanie dwójce dzieci (pełną chronologię wydarzeń można znalezć na stronach Newsweeka A Troubled Spring at Duke i That Night at Duke).

Po dokładniejszym zbadaniu dowodów okazało się jednak, że cała historia ma co prawda morał, ale nie taki, jakiego powszechnie się spodziewano. Wszystkie oskarżenia wobec studentów zostały wycofane, a sprawa umorzona, bo po pierwsze – ofiara rzekomego gwałtu zmieniła zeznania kilka razy, po drugie – nie było żadnych konkretnych dowodów winy, np. w postaci DNA, a  po trzecie – prokurator okręgowy Mike Nifong przezornie zataił wiele niewygodnych faktów w celu zaprezentowania wydarzeń w odpowiednim świetle i zwiększenia swojego poparcia w złożonym głównie z Afro-Amerykanów okręgu wyborczym. Morał historii jest taki, że amerykańska mozaika rasowa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wydarzenia ostatnich dwóch dni przekonują mnie, że stare dobre powiedzenie „Ten jest winny, kto jest inny” w tzw. zjednoczonej Europie pozostaje jak najbardziej aktualne. W ostatnią sobotę – w tym samym dniu kiedy w Krakowie wszechpolacy maszerowali w tzw. Marszu Tradycji i Kultury – Artur Boruc robił za supermana i nadstawiał karku w obronie rodaków zaatakowanych przez pijanych lub naćpanych  (najprawdopodobniej)  Szkotów w Glasgow.

Gazeta „Sunday Mail” tak napisała o Borucu:

Gwiazda Celtiku Artur Boruc został wczoraj okrzyknięty w Szkocji bohaterem po tym jak obronił ciężarną kobietę z Polski przed rasistami, którzy ją zaatakowali.

Do zdarzenia doszło w jednym z parków w Glasgow. Dzielny bramkarz obronił Magdę Kucko, 27-letnią Polkę w zaawansowanej ciąży, która wraz ze swoją siostrą i jej mężem została zaatakowana przez dwóch mężczyzn i kobietę, z agresywnymi dobermanami.  (…) Boruc zareagował na wołanie o pomoc płaczącej ciężarnej kobiety. Bandyci na widok rosłego bramkarza uciekli. Piłkarz Celtiku Glasgow odwiózł kobietę swoim samochodem do szpitala.

W Glasgow można oberwać od tubylców za używanie języka polskiego w parku, a wszechpolak w Krakowie może przyłożyć, bo… „Kto nie skacze jest pedałem”.  Europa schodzi nam na psy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Parę minut po siódmej rano czasu lokalnego uzbrojony w półautomatyczny pistolet i rewolwer napastnik zaczął strzelać do ludzi w jednym z akademików uczelni Virginia Tech w miasteczku Blacksburg w Wirginii. Zastrzelił tam dwie osoby. Następnie zrobił sobie przerwę i dwie godziny pózniej rozpoczął drugą część „polowania”, tym razem w jednej z sal wykładowych na przeciwległym krańcu kampusu co najmniej kilometr dalej. Zginęły 32 osoby, a nie jest wcale pewne, czy liczba ofiar jeszcze nie wzrośnie, bo kilkanaście osób jest rannych, w tym kilka w stanie krytycznym.

Studenci mówią, że po pierwszej strzelaninie, która miała miejsce kolo siódmej rano i w której zginęły pierwsze dwie ofiary, nie podano żadnej informacji na ten temat, żadnych ostrzeżeń.  Zanim administracja uczelni zorientowała się, że coś jest nie tak i wysłała do studentów emaile z ostrzeżeniem, minęły co najmniej dwie godziny,  a wtedy napastnik ponownie ruszył „do akcji” i krótko przed godziną dziesiąta rozpoczął egzekucję kolejnych ofiar. Po wkroczeniu policji sam popełnił samobójstwo. Swoją drogą, co to za dziwny pomysł, aby przez email informować o wariacie – a może desperacie – strzelającym do ludzi jak do kaczek.

Na razie nie wiadomo zbyt wiele na temat tego, kto i dlaczego. Z pierwszych doniesień prasowych wynika, że mężczyzna był bardzo młody (koło 20 lat) i że był pochodzenia azjatyckiego, ale na tym konkrety się kończą, nie wiadomo nawet, czy był studentem uczelni. Niektórzy mówią, że szukał wśród studentów swojej dziewczyny… Zawiedziona miłość? Dla ofiar jest to już bez znaczenia, ale media na pewno rozłożą na czynniki pierwsze każdy najmniejszy nawet szczegół.

Na pewno wiadomo tylko tyle, że dzisiejsza strzelanina jest największą tego typu masakrą, jaka kiedykolwiek miała miejsce w Stanach Zjednoczonych (w 1999r. w Columbine zginęło „tylko” trzynaście osób, plus dwóch napastników). Kolejny smutny amerykański rekord.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Powiem krótko – nie dziwi mnie wcale, że ktoś za polskimi świętami nie tęskni. Każdy, kto wyjechał z Polski do Stanów, Irlandii, Anglii czy jakiegokolwiek innego kraju, zrobił to, bo miał ku temu powody. I wcale nie jest istotne, czy powodem była ciekawość świata, chęć nauki języka, brak pieniędzy, zmęczenie brakiem perspektyw i dobijaniem się do zamurowanych drzwi w Polsce, czy może jeszcze coś zupełnie innego. Wiem jedno – decyzja o emigracji nie należy do łatwych i często podejmuje się ją bardziej „pomimo” niż „dla”.

DSC02978
Polska święconka w kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Ozone Park, NY. Mimo że kościól jest amerykański, dwie trzecie osób obecnych na wielkanocnym święceniu pokarmów – to Polacy.

DSC02981
Kościół św. Stanisława Biskupa i Męczennika  – Ozone Park, NY

DSC02963
Staropolski Market, Greenpoint, NY

DSC02972
„Tatar” kusi, nawet w Wielkanoc i pomimo choroby wściekłych krów! Staropolski Market, Greenpoint, NY

Emigrujemy, a potem okazuje się, że cały czas wleczemy za sobą tę Polskę. Zawsze w święta najbardziej odczuwamy to, że nie jesteśmy u siebie – narzekamy na atroficzną amerykańską Wielkanoc, na skomercjalizowane Boże Narodzenie i mamy jeszcze jeden pretekst, aby upić się na smutno słuchając „Budki Suflera”, „Ich Troje” albo innej muzyki znanej jedynie w dorzeczu Wisły i Warty. Dlaczego więc odcięcie polskiej pępowiny, które przejawia się chociażby w wakacjach spędzonych w Meksyku czy Paryżu zamiast w Sieradzu czy Krakowie oraz w obchodzeniu polskich świąt „po amerykańsku” czy „po irlandzku”, miałoby być aż takie złe?

A jak się upijać, to jednak lepiej na wesoło.

Do następnego razu!
Agnieszka

P.S. Zdjęcia robiłam dzisiaj rano (Wielka Sobota anno domini 2007) na Greenpoincie i Ozone Park w Nowym Jorku.

Read Full Post »

Nie ma lepszej Wielkanocy niż w Nowym Jorku. Jak powszechnie wiadomo, miasto nasze jest znane na świecie jako Wielkie Jajko i tylko osoby niedoinformowane nazywają je Wielkim Jabłkiem, co przecież nie ma nic wspólnego ani z Wielkanocą, ani w ogóle z niczym sensownym. Wielkanoc w Nowym Jorku zaczyna się już w niedzielę rano, a kończy dopiero w niedzielę wieczorem, tak więc na obżeranie się jajami na twardo, szynką od Kiszki i makowcem z Rzeszowskiej na Greenpoincie mamy caluteńki dzień.

Jajek nie musimy wcale malować ani obgotowywać w burakach, łupinach cebuli ani innych niszczących manicure odpadkach, bo wystarczy nabyć drogą kupna plastikowe „koszulki” we wzorki za jedyne 3 dolary za komplet. Koszulkę taką naciąga się na ugotowane jajko, jajko kładzie się na łyżkę, zanurza na 5 sekund we wrzątku i voilà – mamy pisanki, jakich najstarsza góralka nie wyprodukuje nawet gdyby cały mendel obgotowała w wywarze buraczanym i pazurami drapała wzorki od samego Wielkiego Czwartku.

Nie ma także potrzeby robienia świątecznych porządków. Ponieważ Święta Wielkanocne trwają tutaj jeden dzień, możemy sobie to niewdzięczne zajęcie z czystym sumieniem odpuścić. Zamiast sprzątania możemy sobie usiąść wygodnie przed telewizorem i obejrzeć powtórkę z programu American Idol, który jak wiadomo jest najlepszym rozrywkowym show na całej kuli ziemskiej (może z wyjątkiem Iranu i Korei Południowej, ale ich opinią nie będziemy się przejmować).

No i najważniejsza sprawa – w poniedziałek możemy wyjść na ulicę bez obawy, że jakiś dowcipniś wyleje nam na głowę z II piętra wiadro wody i zniszczy ubranie dry clean only z Saks Fifth Ave.  O lanym poniedziałku i Dyngusie przeciętny Amerykanin nie słyszał, może z wyjątkiem tych, ktorzy w jakiś poniedziałek wielkanocny zapuścili się wieczorową porą na ulice Greenpointu.

A do napisania powyższych herezji natchnął mnie Jan Latus, który w swoim ostatnim artykule  pt. „Jakie tu Święta…” napisał tak:

(…) Już od kilkunastu lat obserwuję swoiste podejście Polaków w Ameryce do dwóch najważniejszych świąt w chrześcijaństwie: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia. Te religijne przeżycia są – i to zawsze! – łączone z naszą polskością, wspomnieniami rodzinnymi, a nawet – towarzyszącymi obchodom kiedyś w kraju okolicznościowymi programami telewizyjnymi.

Idą święta i zawsze słyszę: – Ech, co tutaj za święta. W ogóle się nie czuje tych świąt! Święta to były w Polsce. Tam była atmosfera.  (…)

No cóż, Wielkanoc to okazja świętowania tylko dla tych ludzi, którzy wierzą, że Chrystus zmartwychwstał. Kto w tym wielokulturowym społeczeństwie nie podziela tej wiary, obchodzi inne święta. Nie łączy się więc Wielkanoc, jak w Polsce, z pospolitym ruszeniem wszystkich bez wyjątku Polaków do kościoła, ze święconką, do spowiedzi, na mszę. Polaków zjednoczonych tymi samymi jajami na twardo, szynką na śniadanie i Loską na ekranie.

Tak, do pewnego stopnia jesteśmy w świętowaniu osamotnieni, to znaczy świętujących nie jest 300, ale, powiedzmy, 50 milionów. Moim zdaniem to dużo.

Nie pozostaje więc nic innego, jak uszanować jedyny ważny, a więc – religijny aspekt świat. Nikt nam nie broni pościć, wyłączać muzyki, wyspowiadać się, a na śniadanie – zjeść to, co nakazuje nasza, przywieziona tu tradycja.

Wszystkim, którzy tutaj od czasu do czasu zaglądają, życzę więc Wesołych Świąt Wielkanocnych – obchodzonych tradycyjnie po polsku czy po „ichniemu” czyli po amerykańsku. Aby były zdrowe i szczęśliwe!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W poprzednim komentarzu na temat spraw finansowych ustaliliśmy z grubsza, że przeciętny biedak amerykański rzadko staje przed dylematem, czy stać go na zjedzenie hamburgera, jako że w porównaniu z Europą żywność w Stanach Zjednoczonych jest tania, a nawet bardzo tania. Liczę się z protestami, ale mimo to upieram się przy powyższym stwierdzeniu i zaznaczam, że chodzi mi  o podstawowe artykuły spożywcze dostępne w pierwszym lepszym supersamie, czyli pomidory za 1,99 dol. za funt (a w chińskim sklepie na rogu jeszcze taniej), a nie te organiczne z sieci Whole Foods, które kosztują trzy razy więcej, i o kurczaka Perdue, a nie homary z farszem z krabów.  Problem, co włożyć do garnka, jest w Stanach zjawiskiem marginalnym i dotyczy bardzo niewielkiej grupy ludzi.

Podobnie rzecz się ma z inną sprawą z poprzednio zacytowanej przeze mnie (na pewno tendencyjnej, ale mimo to chyba poprawnej statystycznie) „listy osiągnięć” amerykańskiego biedaka, czyli dostępnością dachu nad głową. Rzadko słyszy się tu o sytuacjach, gdzie sześciosobowa rodzina musiałaby mieszkać w jednym pokoju z kuchnią i wychodkiem na podwórku, co w Polsce nadal jeszcze się zdarza, zwłaszcza na wsi. Inna rzecz, że wyrażenia „własny dom” można użyć także w odniesieniu do baraku usytuowanego w trailer park w którymś ze stanów o łagodniejszym klimacie, takich jak np. Floryda.

Czy jednak to, że w Stanach Zjednoczonych brak dachu nad głową albo głód fizyczny dotyczy bardzo niewielkiego procenta mieszkańców, oznacza, że większości Amerykanów powodzi się doskonale? Dla zachowania balansu w opisie amerykańskich realiów, tutaj kolejna porcja danych statystycznych, z których wyłania się nieco inny obraz:

  • Ustalony przez rząd USA próg ubóstwa na 2007 r. wynosi od $10.210 rocznego dochodu brutto dla jednej osoby, do $20.650 dla 4-osobowej rodziny (Hawaje i Alaska mają nieco wyższe limity).
  • W 2005 r. poniżej tego federalnie ustalonego progu ubóstwa żyło w USA 12,6% mieszkańców, czyli 37 mln osób. W przypadku dzieci poniżej 18. roku życia wskaznik ten był sporo wyższy i wynosił aż 17,6%.
  • W 2005 r. 15,9% mieszkańców USA (ponad 46 mln osób) nie miało ubezpieczenia zdrowotnego. (U.S. Census Bureau)

Teraz zastanówmy się nad tym, jak się ma federalny prog ubóstwa do tzw. living wage czyli kwoty potrzebnej na normalne (nie za bardzo rozrzutne, ale wystarczające) utrzymanie w różnych częściach Stanów Zjednoczonych. Skorzystałam z kalkulatora living wage dla dzielnicy, w której mieszkam (Queens, NY)  i oto wyniki:

1 osoba dorosła 1 osoba dorosła,
1 dziecko
2 osoby dorosłe 2 osoby dorosłe,
1 dziecko
2 osoby dorosłe,
2 dzieci
Miesięczne koszty utrzymania
Jedzenie $156 $273 $335 $452 $570
Opieka nad dzieckiem (Child Care) $0 $411 $0 $411 $823
Medyczne $86 $225 $225 $266 $307
Mieszkanie $940 $1.133 $1.003 $1.133 $1.133
Transport $127 $127 $127 $127 $127
Inne wydatki $414 $531 $505 $599 $643
Wymagany dochód mies. (netto) $1.723 $2.701 $2.196 $2.989 $3.603
Wymagany dochód roczny (netto) $20.675 $32.414 $26.351 $35.866 $43.232
Podatki
Payroll tax $1.932 $3.029 $2.463 $3.352 $4.040
Podatek stanowy $933 $1.463 $1.189 $1.619 $1.951
Podatek federalny $1.718 $2.693 $2.189 $2.979 $3.591
Wymagany dochód roczny (brutto – Gross Annual Income) $25.258 $39,599 $32.192 $43.816 $52.814

Jednym słowem twierdzenie, że bieda w USA zaczyna się przy dochodach poniżej 10 tys. dolarów dochodu brutto (w przypadku jednej osoby) można spokojnie między bajki włożyć. Sama nie wyobrażam sobie, jak za taką sumę można przeżyć w Nowym Jorku, jeśli opłaca się własne mieszkanie (czynsz lub spłata pożyczki).

Każdy zresztą może sobie zrobić własne wyliczenia przy pomocy tego kalkulatora i zastanowić się, na ile są one zgodne ze stanem realnym. Ja chcę zwrócić uwagę na jedną kategorię – wydatki medyczne. Budżet w wys. 86 dol. na osobę jest wystarczający, jeśli nasz pracodawca zapewnia ubezpieczenie medyczne. Natomiast jeśli jesteśmy w grupie 46 milionów nieubezpieczonych Amerykanów, wykupienie ubezpieczenia na wolnym rynku w Nowym Jorku będzie nas kosztować średnio 300-600 500-1200 dol. miesięcznie dla jednej osoby. I to tylko pod warunkiem, że nie mamy pre-existing condition czyli wcześniejszej diagnozy poważnej choroby, albo że mamy kontynuację ubezpieczenia. A gdzie opłaty za szkołę dla dzieci, jesli chce się je wysłać do trochę lepszej, prywatnej (w niektórych dzielnicach to absolutna konieczność)? Nie wszystko da się sfinansować z kategorii „Inne wydatki”.

W przypadku ochrony zdrowia, zawsze istnieje jeszcze rozwiązanie alternatywne – nie zawracać sobie głowy ubezpieczeniami, nie pić, nie palić, żyć zdrowo i regularnie modlić się o zdrowie dla siebie i rodziny. Jeśli jednak ta metoda okaże się nieskuteczna i nie daj Boże wylądujemy w szpitalu, nie pomogą nam nawet trzy telewizory i dwie mikrofalówki.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »