Każda wizyta w Polsce przypomina mi o dwóch sprawach – dlaczego czasem brakuje mi Polski aż do bólu oraz dlaczego bywają momenty, kiedy z prawdziwą ulgą oddycham, że piętnaście lat temu zamieniłam bruk warszawski na nowojorski. Teraz od kilku dni jestem w Polsce i dostęp do komputera mam jedynie od przypadku do przypadku, tak więc przez najbliższy czas będę pisać tutaj trochę mniej regularnie. Póki co czas na podsumowanie pierwszego tygodnia po drugiej stronie Oceanu.
W Warszawie coraz więcej świetnych knajp i barów z miłą obsługą i bogatym menu. Moje kulinarne odkrycie tego lata to Oberża pod Czerwonym Wieprzem na Żelaznej, może znana wielu tubylcom, ale dla mnie nowość. Knajpa konsekwetnie realizuje swój image komunistycznego przybytku z czasów PRL-u – ściany zdobią plakaty z traktorzystkami z lat pięćdziesiątych, a z głośników płynie muzyka z czasów późnego Gomułki lub wczesnego Gierka. Samo menu przypomina swoim formatem dawną „Trybunę Ludu”, a lista dań podzielona została na dwie części – dania „dla proletariatu” (tańsze) oraz „dla burżujów” (droższe). Nie mogłam sobie odmówić przyjemności sprawdzenia menu dla burżujów i przy pierwszej wizycie zamówiłam sznycel z dzika, a przy drugiej – „placek Kadara z gulaszem”, do tego beczkowy Żywiec i zestaw surówek. Wszystko było doskonałe, łącznie ze złożoną ze smalcu i ogórków przekąską. Może warto wspomnieć, że niektóre restauracje w stolicy (w tym „Wieprz”) wprowadziły zwyczaj automatycznego doliczania 10% za serwis, warto więc zatem rzucić okiem na rachunek, jeśli chce się uniknąć płacenia podwójnego napiwku.
Warszawa pięknieje z dnia na dzień. Dużo się buduje i remontuje i wreszcie zajęto się renowacją Krakowskiego Przedmieścia. Póki co spora część Traktu Królewskiego jest rozkopana, ale jak remont się skończy, na pewno wyjdzie on warszawiakom na zdrowie. Jest dużo miejsc, gdzie można miło spędzić czas, oczywiście jeśli ma się w kieszeni parę złotych. Tanio na pewno nie jest, ale podobno Warszawa jest najdroższym miastem wśród stolic tzw. Nowej Europy – przed Budapesztem czy Pragą.
Teraz o rzeczach, które mnie denerwują. Na Okęciu co prawda już dobrych parę lat temu zlikwidowano mafię taksówkarską, ale niektórzy kierowcy z firm obsługujących lotnisko nadal nie pozbyli się starych nawyków. Znajoma, która z dzieckiem przyleciała do Warszawy mniej więcej w tym samym czasie co ja, została dowieziona z lotniska do centrum przez taksówkarza Sawy, który pojechał z wyłączonym licznikiem, a potem zainkasował 60 PLN, czyli o jakieś 20 PLN więcej niż powinien. Znajoma niestety bywa w Warszawie dużo rzadziej niż ja, więc nawet nie pisnęła słówka.
Mam też wrażenie, że minął okres super-uprzejmości polskich sprzedawców sprzed kilku czy kilkunastu lat czyli z początków kapitalistycznej handlowej ekspansji. Teraz znów jakby częściej słyszy się mało uprzejme odburkiwanie albo wręcz wciskanie kitu. „Buty na panią za duże? Nie ma mniejszego numeru, ale włoży pani wkładkę i będą jak ulał. Buty za małe? Na pewno się rozchodzą, a pani ma szerokie stopy, więc i tak pani nie dobierze”. Podejrzewam, że uprzejmość osób obsługujących jest odwrotnie proporcjonalna do liczby ofert pracy, a tych ostatnio dużo więcej, dlatego chyba niektórzy mniej się starają.
Zaczynam się też poważnie zastanawiać, czy nie zostawiając suchej nitki na różnych amerykańskich urzędach nie popełniłam ciężkiego grzechu. Niektóre polskie urzędy to prawdziwe twierdze zgorzkniałych i wściekłych na cały świat urzędasów, a załatwienie czegokolwiek wymaga dużej dozy cierpliwości oraz umiejętności negocjatorskich. Miałam okazję się o tym przekonać przy zasięganiu informacji na temat wymiany dowodu osobistego. Zamiast udzielić mi rzeczowych informacji urzędniczka poinstruowała mnie, że powinnam… natychmiast wymeldować się ze swojego miejsca zamieszkania w Polsce (niestety, popełniłam ten błąd i wspomniałam, że w tej chwili przebywam za granicą).
C.d.n.
Do następnego razu!
Agnieszka






