Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Wrzesień 2006

Polakiem być jest bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli mieszka się w Nowym Jorku i jest koniec września. Jak wiadomo, październik w Ameryce obfituje w różne wesołe parady, łącznie z Paradą Pułaskiego na Manhattanie. W tym roku wypada ona dokładnie 1. października – czyli już za trzy dni.

Co prawda, Parada Pułaskiego nie jest tak ekscytująca, jak np. parada portorykańska, bo ani nie pali się na niej samochodów, ani nie wybija szyb. Ale za to jest nasza!

Na Paradzie Pułaskiego jestem co roku. Jedynie w pierwszym roku mojego pobytu na gościnnej ziemi amerykańskiej nie udało mi się pójść na paradę, ponieważ kolidowała ona z moją obiecującą karierą nowojorskiej ‚cleaning lady’. Postawiona przed dylematem – pójść na paradę lub zarobić 50 dolarów amerykańskich w gotówce, wybrałam to drugie (więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję, a kto sam jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem).

Pomijając ten pierwszy rok, na Paradzie Pułaskiego jestem zawsze. Siedzę na trybunach, stoję na chodniku, robię zdjęcia aparatami o lepszych lub gorszych parametrach technicznych. Kiedy pada, rozkładam parasol, kiedy jestem głodna, po paradzie pędzę na Greenpoint, aby w restauracji „Stylowa” zjeść kotlet schabowy i popić piwem Zywiec.

Parada jest dla mnie zawsze okazją, aby powspominać sobie stare dobre lub gorsze czasy i po raz kolejny przyjrzeć się przedstawicielom szlachetnego gatunku „Polak amerykański”, takim jak:

1. Pani ufarbowana na rudo
Na każdej paradzie widać wielkie zagęszczenie pań – w wieku od lat kilkunastu do kilkudziesięciu – o rudym kolorze włosów. Fenomen ten jest zauważalny również dla postronnych przechodniów, bo na którejś z kolei paradzie podsłuchałam, jak ktoś głośno się zastanawiał, czy Polki faktycznie są z natury rude.

2. Polonus starej daty
Polonus starej daty przyjechał do Stanów jako dziecko, albo jest imigrantem drugiego pokolenia, w związku z czym po polsku umie powiedzieć „pierogi”, „kielbasa”, „golombki” oraz odmówić „ojczenasz”. Dla Polonusa starej daty czas zatrzymał się gdzieś w latach 80-tych, dlatego nadal trwa w błędnym przekonaniu, że politycy amerykańscy zabiegają o względy i głosy wyborcze Polonii.

3. Weteran
Weterani są już na wymarciu. Na każdej kolejnej Paradzie jest ich jakby mniej i paradują jakby wolniej. Ale ci, którzy przychodzą, nadal z dumą niosą polskie sztandary. Kochajmy weteranów, bo to pokolenie naszych dziadków!

4. Wesoły człowiek
Na każdej Paradzie jest co najmniej jeden. Jest to gatunek trudny do opisania, ale często bardzo towarzyski. Może (ale nie musi) występować w towarzystwie małego pieska w czapce krakowskiej. Może też rozprowadzać ulotki nikomu nie znanych sekt religijnych.

5. Polak jadący na rowerze po pijanemu bez trzymania
Ok, tutaj z premedytacją przesadziłam – na Paradzie jest zawsze masa policji i nie ma mowy o żadnej jeździe na rowerze po pijanemu. Ale za to jest inna atrakcja, a mianowicie pewien adwokat na meleksie. Pan ten uświetnił kilka ostatnich parad jeżdżąc po Piątej Alei z taką prędkością, jakby w pewną część ciała miał wkręcony motorek (pewnie w ramach akcji reklamowej biura adwokackiego, aczkolwiek nie ciągnął za sobą transparentu).

Tak więc będę na Paradzie Pułaskiego w tę niedzielę i mam nadzieję, że Wy też.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przeprowadziłam właśnie przez Internet ciekawą konwersację z działem obsługi klienta pewnego sklepu w USA. I od razu zaznaczam – panowie, których nie interesuje kupowanie ciuchów przez Internet – proszę nie czytać. Poważnie. Bo nic tu nie będzie ani na temat Leppera, ani o kaczyzmie, ani o plakatach, ani o żadnym pro- lub anty- ‚izmie’.

A teraz do rzeczy. Otóż jakieś dwa miesiące temu wypatrzyłam na pewnej stronie  super kieckę – fajny fason, dobra firma, mój rozmiar, do tego na przecenie. Był jeden problem –  sukienka miała być dostępna dopiero w listopadzie. Co mi tam – pomyślałam i zapłacilam kartą kredytową zaznaczając, że towar ma być wysłany, kiedy będzie dostępny. I o całej sprawie zapomniałam.

No i wczoraj sklep uprzejmie poinformował mnie, że owszem – sukienkę mogą mi wysłać, ale pod warunkiem, że potwierdzę swoje dalsze zainteresowanie tym zakupem. Zamiast wysyłać staroświecki email, postanowiłam korzystać z opcji ‚live help’ czyli ‚pomoc na żywo’ przez Internet.

Z mojego doświadczenia w tym temacie wynikało niezbicie, że będę miała do czynienia z komputerem. Poniżej przedstawiam przebieg rozmowy w tłumaczeniu na polski:

Ja: Chcialam potwierdzic zamowienie XXX.
Komputer: Dzien dobry, witamy w naszym sklepie Agnieszka T.! Widze, ze chce Pani potwierdzic zamowienia nr XXX.
Ja: Tak.
Komputer: Czy moze Pani potwierdzic nazwe ulicy, gdzie zamowienie ma byc dostarczone?Prosze nie podawac pelnego adresu, bo nie zapewniamy poufnosci danych.
Ja: Nie rozumiem, o jakie informacje chodzi?
Komputer: Czy moze Pani potwierdzic nazwe ulicy, gdzie zamowienie ma byc dostarczone?Prosze nie podawac pelnego adresu, bo nie zapewniamy poufnosci danych.
Komputer: Tak – XXX, 6. Aleja, Nowy Jork.
Komputer: Dziekuje. Zamowienie jest na sukienke BCBG, rozmiar taki a taki?
Ja: Tak.
Komputer: Dziekuje. Wystawiam ‚FTC wait on the order’. W czym jeszcze moge pomoc?
Ja: Co to jest ”FTC wait on the order’? Ja po prostu chce dostac sukienke, ktorą zamowialam!
Komputer: Email zostal wyslany ze wzgledu na przepisy zwiazane z kartami kredytowymi. Zaznaczylam w systemie, ‚FTC wait on the order’.
Ja: Ja po prostu chce dostac swoje zamowienie, szanowna Pani Komputer!!!

[cisza]

Komputer: Dla Pani informacji  – za kazdym razem, kiedy kontaktuje sie Pani z nasza firma, ma Pani do czynienia z zywym czlowiekiem! Czy moge jeszcze w czyms pomoc?
Ja: Ja… ja… bardzo Pania przepraszam, myslalam ze mam do czynienia z systemem komputerowym. Dobranoc.

Ki czort? Gada jak komputer, wygląda jak komputer, ale to wcale nie jest komputer. Radzę więc dołożyć wszelkich starań, aby nie ranić uczuć pani, która być może tylko udaje, że jest komputerem.

Do następnego razu.
Agnieszka

Read Full Post »

Amerykański Departament Stanu ogłosił właśnie zasady tegorocznej loterii wizowej (czyli tzw. programu DV-2008), w ktorej 50 tys. szczęśliwców z całego świata wylosuje zielone karty, uprawniające do legalnego pobytu w Stanach. Podobnie jak w zeszłym roku, Polska nie została objęta loterią. A to ze względu na to, że w ostatnich 5 latach obywatelom naszego kraju przyznano w sumie ponad 50 tys. zielonych kart.

Rząd USA tak dba o różnorodność etniczną społeczeństwa amerykańskiego, że nie chce przyjmować zbyt wielu imigrantów z jednego kraju. I tak, jeśli dane państwo przekroczy limit 50 tys. wiz imigracyjnych w ciągu 5 lat, jest automatycznie wykluczane z loterii.

Oczywiście tego typu polityka to miecz obosieczny, bo coraz więcej jest miejsc w Stanach, gdzie po angielsku dogadać się nie sposób. Są chińskie, koreańskie i latynoskie dzielnice, gdzie nikt nie bawi się w tłumaczenie na angielski szyldów sklepów. Sama nie jeden raz robiłam w Nowym Jorku zakupy w miejscach, gdzie ze sprzedawcą porozumiewałam się na migi. I chyba powoli ta ‚różnorodność’ zaczyna Amerykanom wychodzić bokiem.

Do następnego razu!
Agnieszka

http://www.polonia.net/wiadomosci/polonijne.cfm?id=2038

Read Full Post »

Ameryka ślepa na kolory?

Dużo szumu zrobiło się ostatnio w mediach amerykańskich wokół najnowszej edycji programu „Survivor” (chyba najlepsze polskie tłumaczenie to „Rozbitkowie”), emitowanego przez stację CBS. „Survivor” to nadawany od paru lat reality show, w którym kilkunastu ochotników wywiezionych zostaje na jakąś tropikalną wyspę (w tej edycji są to Wyspy Cooka), gdzie przez 39 dni razem mieszkają, razem zdobywają pożywienie, a  oprócz tego zjednują sobie przyjaciół i wrogów. Po każdym odcinku jeden z uczestników odpada z programu, często – ale nie zawsze – na zasadzie najsłabszego ogniwa.

W grze chodzi o to, aby przetrwać do samego końca – do wielkiego finału, w którym jeden z dwóch graczy otrzyma nagrodę w wysokości miliona dolarów. Jest więc o co walczyć. Cała sprawa jest dość skomplikowana, bo oprócz wytrzymałości fizycznej i zdolności przystosowania się do ekstremalnych warunków trzeba jeszcze wiedzieć, kiedy i w jakie wchodzić układy, z kim się zaprzyjaznić, a kogo unikać. Bo w ostatecznym rozrachunku to właśnie grupa zadecyduje, komu przypadnie milion dolarów.

W obecnej edycji programu realizatorzy postanowili podzielić uczestników na cztery grupy. Podziału dokonano bardzo nie po amerykańsku, bo według rasy. Mamy więc grupę złożoną z białych, Azjatów, Latynosów i Afroamerykanów. Realizatorzy twierdzą, że chodziło im o to, aby w tym zdominowanym przez białych uczestników programie zwiększyć udział minorities czyli przedstawicieli innych ras. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach w to nie wierzy, bo zapewne chodziło o zwiększenie oglądalności programu, zgodnie z zasadą, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze.

Rzeczywiście – cel osiągnieto, bo wokól tego kontrowersyjnego pomysłu zrobiło sie sporo halasu. Przede wszystkim narusza on oficjalnie obowiązującą wersję, że w Stanach kolor skóry nie ma znaczenia i że w społeczeństwie amerykańskim linie podziału według rasy nie mają miejsca. Każdy, kto chwilę w Stanach pomieszka, szybko jednak zauważy, że poprawność polityczna poprawnością polityczną, a życie – życiem. Czyli z jednej strony wszelkie rządowe reklamy muszą uwzgledniać przedstawicieli różnych ras (aby broń Boże któraś z pominiętych mniejszości nie wytoczyła procesu o dyskryminację), a z drugiej – w niektórych dzielnicach Nowego Jorku nadal pokutuje zwyczaj przebijania opon niemile widzianym gościom.

Wracając do programu „Survivor”, jeśli jego celem była walka ze stereotypami rasowymi, to pierwszy odcinek na pewno nie wypadł po myśli realizatorów. Tak sie bowiem złożyło, że konkurs polegający na rozwiązaniu łamigłówek wygrała grupa azjatycka, natomiast Afroamerykanie wypadli w nim najsłabiej.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Jako przedstawicielka tzw. Polonii (napisałam „tak zwanej”, bo pojęcie to jest jak Wisła szerokie i jak Bałtyk mętne i głębokie) postanowiłam już jakiś czas temu, że nie będę rozpisywać się za bardzo na temat polskiej polityki. Cokolwiek napiszę, chyba pozostanie powierzchownym osądem osoby, która obecne polskie realia zna z Internetu, telewizji i przyjazdów na ojczyzny łono nie częściej niż dwa razy do roku. Z drugiej jednak strony pewne absurdy stają się bardziej wyraźne, kiedy się je obserwuje z dystansu. Na przykład zza Oceanu.

I tak oto wczoraj wyczytałam w polskiej prasie, że po krótkim (nie wiem jak krótkim, ale domyślam się, że bardzo krótkim) spotkaniu premiera Kaczyńskiego z prezydentem Bushem dziennikarze zapytali Kaczyńskiego, czy zaprzyjaźnił się z amerykańskim prezydentem.

Przepraszam, że co?! Z jednej strony mamy tytuły wiadomości w stylu „Bush przyszedł na chwilę do Kaczyńskiego” (tytuł Gazety Wyborczej, a podkreślenie moje), a z drugiej strony pada pytanie o to, czy panowie się zaprzyjaźnili, tak jakby przyjaźnie między politykami tworzyły się na zasadzie kawy rozpuszczalnej „Inka” (notabene, czy to się jeszcze w Polsce pije?)

Więc ja się uprzejmie pytam, jak można się z kimś zaprzyjaźnić po 5 minutach rozmowy, w dodatku będąc trzeźwym jak świnia? Jesli ktoś zna jakiś skuteczny sposób (najlepiej taki, przy którym nie trzeba zdejmować ubrania) to bardzo proszę się ze mną nim podzielić.

Do następnego razu.
Agnieszka

Read Full Post »

Premier Kaczyński jest już w Waszyngtonie, ale nadal nie wiadomo, kto się z nim spotka. Wiadomo jedynie, że nie odbędzie się konferencja prasowa Kaczyńskiego z Condoleezzą Rice, bo amerykański Departament Stanu odwołał ją gdy ten był już w drodze do Waszyngtonu. Jak dotąd Biały Dom nie potwierdził spotkania premiera z prezydentem Bushem.

Tyle udało mi się dowiedzieć z „Gazety Wyborczej”. Natomiast na podstawie lektury prasy polonijnej udało mi się ustalić, że jutro premier spotka się z Polonią w Chicago, złoży wieniec pod pomnikiem Kościuszki oraz oczywiście wezmie udział we mszy za ojczyznę…

Jak widać z powyższego, znaczenie międzynarodowe Polski jako sojusznika Amerykanów w wojnie z Irakiem i nabywcy amerykańskich F-16 stale rośnie;)

Niestety, nie ma się co gorączkować i unosić urażonym honorem, bo Amerykanie dbają przede wszystkim o swoje interesy i niezależnie od tego, czy Bush spotka się z Kaczyńskim czy też nie, na pewno i tak znajdą sposób, aby w Polsce ulokować swoje tarcze antyrakietowe.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3614839.html

Do następnego razu.
Agnieszka

Read Full Post »

W niejakie rozbawienie wprawiła mnie informacja, że finalistki konkursu Miss World 2006 po Polsce będą jeździć… pociągiem PKP. Myślę, że dla wzmocnienia wrażeń organoleptycznych z ojczyzny Chopina panny powinny się przejechać zwykłym pociągiem pospiesznym, które – jak zauważyłam w czasie ostatniego pobytu w Polsce – coraz częściej jeżdżą teraz po przekątnej. Czyli z Przemyśla do Szczecina lub z Wrocławia do Białegostoku, zapewne w ramach troski PKP o zapewnienie podróżnym wielu mocnych wrażeń.

A miejsca powinny otrzymać koniecznie w przedziale II klasy dla palących i powinny mieć również okazję odwiedzić taką wagonową toaletę, z papierem toaletowym o strukturze papieru ściernego (o ile w ogóle jest, bo jeśli chodzi o znany mi z autopsji pociąg relacji Wrocław – Białystok to już w Łodzi papieru toaletowego brak), zasikaną podłogą i dziadkiem-podglądaczem „przez pomyłkę” otwierającym nie domykające się drzwi.

Do tego jednak nie dojdzie, bo firma PKP przejęła się swoją rolą oficjalnego sponsora imprezy i postanowiła nie narażać panien na emocje zarezerwowane wyłącznie dla obdarzonej odpornym węchem ludności tubylczej. Panny pojadą zatem w nowoczesnych wagonach I klasy pod czujnym okiem konduktorów oraz przystojniaków ze Straży Ochrony Kolei. Nie muszą się więc obawiać, że ktoś im na przykład zwinie z peronu walizkę ze strojem kąpielowym albo że ich koafiury będą po takiej podróży pachnieć jak zawartość popielniczki.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3613371.html

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Emigracja w ciemno

Na stronach TVP czytam o 200 Polakach, którzy w ostatnich miesiącach zostali odesłani z Londynu do kraju na koszt władz śródmiejskiej dzielnicy Westminster. Byli to bezdomni, którym nie udało się znaleźć pracy.

I dalej w tym samej notatce:
Samorząd Westminsteru podkreśla, że odsyłani do kraju bezdomni to nie włóczędzy, lecz osoby, które przybyły do Anglii z nadzieją na znalezienie pracy – ale bez orientacji w panujących tu stosunkach i bez znajomości języka.

Emigracyjne początki dla nikogo nie są łatwe, dla mnie też nie były. Ale przyjeżdżając do Stanów miałam przynajmniej kogoś, u kogo mogłam się zatrzymac i kto udzielił mi podstawowych informacji na temat życia w Nowym Jorku, do tego znałam angielski na tyle przyzwoicie, że codzienne konwersacje nie były dla mnie problemem.

Dlatego nie mieści mi się w głowie, że ludzie podejmują ryzyko wyjazdu zupełnie w ciemno, nie mając żadnego punktu zaczepienia, do tego bez elementarnej znajomości języka czy nawet wystarczającej sumy pieniędzy, aby wynająć na parę dni tani hotel.

A przecież wystarczy tylko trochę ten wyjazd wcześniej zaplanować, aby do takich sytuacji nie dochodziło. Po pierwsze, jeśli nie ma się znajomych, u których można się zatrzymać, trzeba koniecznie znaleźć przez Internet adresy tanich hoteli albo schronisk młodzieżowych, gdzie można się zatrzymać przez pierwsze dni. Po drugie – bezwarunkowo mieć ze sobą parę funtów, dolarów czy euro. A po trzecie – dowiedziec się, gdzie są polskie organizacje, kościoły, itp., które mogą w razie czego przynajmniej udzielić informacji.

http://tvp.pl/124,20060912393754.strona

Do następnego razu.
Agnieszka

Read Full Post »

Dziś rano, przeglądając archiwum starej strony Polonia.net znalazłam kilkanaście zdjęć Nowego Jorku sprzed 11 września 2001. Wiele z nich to takie standardowe pocztówkowe ujęcia – horyzont Manhattanu fotografowany z deptaka na Brooklyn Heights lub z promu wycieczkowego na Ellis Island, takie jak te poniżej:

Wieże World Trade Center były widoczne z każdej części miasta. Pamiętam, że wiele razy wychodząc z metra na nie znanej mi stacji najpierw sprawdzałam, z której strony widać wieże. Wtedy od razu było wiadomo gdzie jest północ, a gdzie południe. Do World Trade Center chodziło się na zakupy, zwłaszcza kiedy padał deszcz (świetne sklepy w podziemiach, bez konieczności wychodzenia na zewnątrz) i na randki w ciemno (jeśli rozmowa się nie kleiła, zawsze można było zaproponować podziwianie panoramy miasta ze 101 piętra).

A potem w parę godzin wszystko zniknęło, jakby nigdy nie istniało. 11 września 2001 r. jest jednym z bardzo niewielu dni, których przebieg jestem w stanie odtworzyć z dokładnością co do minuty, łącznie z tym, jaki był dzien tygodnia i pogoda – wtorek, niebieskie bezchmurne niebo, jakie w Nowym Jorku bywa tylko jesienią, co jadłam na śniadanie – kawa i muffin, i co miałam na sobie – czarną sukienkę prawie do kostek i wysokie koturny, ktore musiałam zmienić na o numer za duże adidasy, kiedy trzeba było na piechotę wrócić do domu.

Niczego nie świadoma, koło godz. 9 rano jechałam metrem przez Dolny Manhattan. Jedyną rzeczą, która odbiegała od mojej codziennej rutyny, była niespotykana pustka na stacji WTC – każdego ranka do mojego pociągu zawsze dosiadały tam tłumy ludzi. A wtedy panował tam martwy spokój, na stacji nie bylo żywego ducha. Pociąg postał parę minut na stacji i pojechał dalej. W ciągu następnych 40 minut, jakie zajął mi dojazd z Dolnego Manhattanu na 26 Ulicę, gdzie wtedy pracowałam i dojscie do biura, runęła pierwsza wieża (o 9:59). Ale o tym dowiedziałam się dopiero kiedy dotarłam do pracy.

Nasze okna wychodziły na południe i widać było przez nie całą panoramę miasta wzdłuż Szóstej Alei, razem z wieżami World Trade Center. Ale wtedy stała już tylko jedna płonąca wieża – ta pierwsza runęła parę minut wcześniej. Staliśmy przy tych oknach bez słowa, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Wtedy nie przeczuwaliśmy jeszcze, jak bardzo ten moment wszystko zmieni.

A jutro mija piąta rocznica 9/11. Wielkie Jabłko wyszło z pozamachowej recesji, burmistrz Bloomberg twierdzi nawet, że 5 lat po 9/11 miasto kwitnie i jest najbezpieczniejszą metropolią w USA. „Ground zero” oczyszczono z ruin i powoli rozpoczyna się budowa nowych wież. Ale nowojorczycy wiedzą, że nic nie jest już tak jak było.

 Do następnego razu.

Agnieszka

Read Full Post »

Polskie media pełne są sprzecznych informacji na temat wizyty premiera Kaczyńskiego w Waszyngtonie w przyszłym tygodniu. Według jednych – spotkanie z Bushem jest juz załatwione i wpisane w harmonogram wizyty („Rzeczpospolita” http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060909/swiat/swiat_a_2.html), według innych – Biały Dom to za wysokie progi na Kaczyńskiego nogi.

W swoim weekendowym wydaniu nowojorski „Nowy Dziennik” pisze m.in. (nie ma linku do tego artykułu na stronie internetowej „NDz”, więc cytuje za wydaniem drukowanym):

Biały Dom nie dla Kaczyńskiego
W programie wizyty polskiego premiera w USA nie ma rozmowy z prezydentem George’em W. Bushem, o co wcześniej zabiegała Kancelaria Premiera i Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Więc jak to jest, panowie dziennikarze? Spotka się w końcu czy się nie spotka? Znając tendencję „Nowego Dziennika” do zamieszczania informacji lekko przeterminowanych, bardziej jestem skłonna uwierzyć w wersję „Rzeczpospolitej”, ale zobaczymy.

Do następnego razu.

Agnieszka

Read Full Post »

Older Posts »