Feeds:
Wpisy
Komentarze

Rzut na taśmę?

Wczorajsze przemówienie Busha do narodu amerykańskiego przyniosło dwie wiadomości – jedną dobrą, a drugą złą. Dobra wiadomość to ta, że wczoraj Bush po raz pierwszy od początku swojej prezydentury przyznał się do popełnienia jakiegokolwiek błędu, a bardziej konkretnie –  przyjął na siebie odpowiedzialność za katastrofę zwaną wojną w Iraku. Natomiast zła to ta, że raczej nie zanosi się na szybkie zakończenie tej wojenki,  bo Bush zapowiedział zwiększenie kontyngentu wojsk amerykańskich o ponad 20 tys. żołnierzy. A jakby jednej awantury było mało – w swoje przemówienie strategicznie wplótł kolejne pogróżki pod adresem Iranu i Syrii.

Przeciętni Amerykanie są tą wojną po prostu zmęczeni. O ile  zaraz po wejściu do Iraku w marcu 2003r. wielu uwierzyło zapewnieniom Busha, że jest to wojna z terroryzmem i że lepiej ją toczyć za Oceanem niż u siebie, to w miarę jak przybywało trumien amerykańskich żołnierzy nastroje zaczęły się zmieniać z hurra-patriotycznych na coraz bardziej minorowe. Kropkę nad „i” postawiły listopadowe wybory do Kongresu, które republikanie przegrali z kretesem – w ten sposób większość elektoratu dała wyraz temu, co naprawdę myśli o tej wojnie.

Natomiast Bush zdaje sobie sprawę, że za dwa lata przestanie być prezydentem i jeśli nie uda mu się znaleźć sensownego rozwiązania, to prawdopodobnie przejdzie do historii jako prezydent, który wplątał Stany w drugi Wietnam (porównania z wojną w Wietnamie słyszy się coraz częściej). Dlatego ta decyzja o wysłaniu dodatkowych wojsk do Iraku wygląda jak ostatni rzut na taśmę.

Do następnego razu!
Agnieszka

Tajemniczy przypominający woń gazu odór zniknął z Manhattanu tak szybko, jak się pojawił, czyli jeszcze w poniedziałek. W międzyczasie zaangażowano do akcji siły policji i strazy pożarnej, burmistrz zwołał konferencje prasową i na wszelki wypadek ewakuowano pracowników niektórych biur w okolicach Rockefeller Center oraz uczniów czterech szkół. Smród  najsilniej odczuwano w rejonie Chelsea, przy Bleecker Street na północ od Greenwich Village.

Skad się to wzięło? Dokladnie nie wiadomo, ale wczoraj władze miejskie wskazały na bagna znajdujące się na przemysłowym nabrzeżu New Jersey tuż po przeciwnej stronie Hudson River jako prawdopodobną przyczynę.

Więc 8 stycznia przejdzie do historii Nowego Jorku po prostu jako „śmierdzący poniedziałek”:)

Do następnego razu!
Agnieszka

Piszę to z lekkim przekąsem, bo dzisiaj od rana na sporej części Manhattanu czuć silny zapach gazu i nikt nie wie, co to jest i skąd się wzięło. Zaczęło się koło dziewiątej rano, kiedy policja i straż pożarna zaczęły dostawać telefony z zupełnie różnych części miasta od ludzi, ktorzy uskarżali się na fetor. A Manhattan to znowu nie taka malutka wysepka, żeby jedna pęknięta rurka w jakimś wieżowcu zasmrodziła pół miasta.

W momencie, kiedy piszę ten tekst, nadal nie wiadomo, co to jest i skąd się wzięło, ale na wszelki wypadek ewakuowanych zostało parę budynków – zarówno mieszkalnych, jak i biurowców, zwłaszcza w samym centrum, w okolicach Rockefeller Center, gdzie pracuję. W moim budynku nastąpiła dobrowolna ewakuacja – kto chciał mógł opuścić biuro.  Część osób nadal tu jest, tylko tak nam jakoś… niemiło.


© Yahoo! News

Burmistrz Bloomberg zapewnia, że chociaż nie wiadomo jeszcze co to jest, to na pewno nie jest niebezpieczne. Tylko… jak może być wiadomo, że nie jest to niebezpieczne, skoro nie wiadomo, co to jest?! Chyba że się wyznaje zasadę „od smrodu jeszcze nikt nie umarł”…

Wyborcza wprowadza lekki zamęt tytułem Tajemniczy zapach sparaliżował Manhattan, bo Amerykanie o żadnym paraliżu nie informują, oprócz tego, że nie kursuje kolejka Path do New Jersey). A dowcipnisie z Forum GW mają już oczywiście wytłumaczenie:

Przyczyną zapewne jest niezdrowa i wiatropędna dieta mieszkańców USA.

dzis poniedzialek wiec chlopaki z polski (ci od azbestow, budowlanki i rozwalania budynkow) przyszli do roboty po weekendzie… i jak w kazdy poniedzialek od kilkudziesieciu lat tak wali od nich kacem, ze pol nowego jorku nie moze oddychac….

A nam tutaj jakby trochę mniej do śmiechu. 

Do następnego razu!
Agnieszka

Niektóre media polonijne przespały fakt, że sprawa abpa Wielgusa w ciągu ostatnich dwóch dni przybrała jakby trochę inny obrót, do czego niewątpliwie przyczyniło się to, że arcybiskupią teczkę w IPN przeglądają teraz aż dwie komisje – jedna państwowa powołana przez Rzecznika Praw Obywatelskich, a druga kościelna.

Wirtualna Polonia nadal  z pierwszej strony rzuca gromy na „linczowników, szczekaczy” i „hańbicieli” narodu polskiego:

Jak długo jeszcze będzie trwał publiczny lincz naszego, polskiego kapłana – Stanisława Wielgusa! Niesprawiedliwość i pohańbienie naszego narodu dotarła do granic wytrzymałości myślącego człowieka. Przed całym światem publikuje się materiały ubeków, esbeków jako dowodowy wiarygodności. (Lusia Ogińska – „Ingres w atmosferze linczu„)

Na poczesnym miejscu portal publikuje także Oświadczenie USOPAŁ-u przefaksowane z samego Montevideo, w którym możemy m.in. przeczytać o zorganizowanej w Polsce faryzejskiej akcji moralnego linczowania polskiego kapłana, pretekscie do ubezwłasnowolniania Kościoła Katolickiego w Polsce, podważaniu zaufania wiernych do swych duszpasterzy itp.

Takie rzeczy można było publikować jeszcze kilka dni temu, kiedy jedynym konkretem w sprawie współpracy arcybiskupa z bezpieką był artykuł w „Gazecie Polskiej”, która uparcie żadnych solidnych dowodów zaprezentować nie chciała, a może nie była w stanie. W międzyczasie jednak komisja kościelna z formalnym upoważnieniem samego abpa Wielgusa przejrzała kilkadziesiąt stron materiałów, które niestety potwierdzają tajną współpracę ks. Wielgusa z SB jeszcze w latach 60-tych, a potem z wywiadem MSW.

Dzisiaj Arcybiskup Wielgus zrezygnował z funkcji metropolity warszawskiego –  czy stało się tak przez biskupie wyrzuty sumienia czy może na prośbę Watykanu, tego my owieczki szare pewnie się nie dowiemy. Tak czy inaczej pora, aby konserwatywne portale polonijne przyjęły do wiadomości, że arcybiskup padł ofiarą własnych błędów, a nie masońskiego spisku.

Chociaż… coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby te nieszczęsne teczki raz na zawsze zatopiono w Wiśle.  Jak długo będzie jeszcze trwało to sprawdzanie przeszłości i szukanie ludzi nieskazitelnych? Pewnie owi „nieskazitelni” to tylko ci, którzy urodzili się po 1975r i w momencie upadku komuny mieli nie więcej niż 14-15 lat.

Do następnego razu!
Agnieszka

Wieczne dziecko

Rodzice 9-letniej ciężko upośledzonej dziewczynki z Seattle zdecydowali się zastosować wobec niej bardzo niestandardowe leczenie, o ile w ogóle można w tym przypadku użyć słowa „leczenie”. Na życzenie rodziców, lekarze zaaplikowali jej lek powstrzymujący dalszy wzrost, po to, aby łatwiej było się nią opiekować.

Ashley mieszka w stanie Waszyngton i cierpi na encefalopatię, czyli trwałe uszkodzenie mózgu powodujące, że w wieku 9 lat pozostaje na poziomie rozwoju 3-miesięcznego niemowlęcia. Wiadomo już, że stan jej rozwoju umysłowego nigdy tego poziomu nie przekroczy. Ashley nie siedzi, nie mówi, nie jest w stanie sama jeść – jest karmona przez tubę. Wymaga opieki 24 godziny na dobę przez 365 dni w roku.

Na życzenie rodziców, oprócz zastosowania kuracji hormonalnej, która zahamowała wzrost dziewczynki (obecnie mierzy około 132 cm) lekarze usunęli jej macicę i część piersi, tak więc Ashley nigdy nie wejdzie w okres dojrzewania i pozostanie wiecznym dzieckiem, nawet za 10 czy 20 lat, o ile oczywiście dożyje takiego wieku. Rodzice tłumaczą, że zahamowanie fizycznego wzrostu dziewczynki ułatwi opiekę nad nią, a także zmniejszy ryzyko odleżyn i innych obrażeń, bo Ashley spędza praktycznie cały czas w łóżku. Wiadomo, że łatwiej jest opiekować się ważącym 30 kg dzieckiem niz dorosłą osobą o wadze 60 czy 70 kg. Rodzice piszą o tej decyzji w swoim blogu ashleytreatment.spaces.live.com/blog


Fot. ashleytreatment.spaces.live.com/blog

W amerykańskiej blogosferze rozpętała się na ten temat prawdziwa burza. Wielu potępia rodziców Ashley i odzywają się głosy porównujące ich decyzję do eugeniki.  Ja zaś uważam, że łatwo jest osądzać kogoś, samemu siedząc wygodnie w fotelu, popijając zimne piwo i patrząc na własnego zdrowego dzieciaka, jak buduje wieżę z klocków lego. Rodzice Ashley nie porzucili jej, nie oddali do przytułku, chcą się nią dalej opiekować i wybrali to, co ich zdaniem jest dla niej (i dla nich) najlepsze.

A kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Miejsce akcji: Urząd Imigracyjny w Nowym Jorku. Czas akcji:  godzina 6:45 rano. Właśnie o tej porze ustawiam się w mniej więcej pięćdziesięcioosobowej kolejce petentów czekających przed budynkiem, aby porozmawiać  z urzędnikiem imigracyjnym.

Drzwi są już otwarte, ale przecież nie można petentów wpuścić  na wypastowane podłogi bez uprzedniego wprowadzenia atmosfery szacunku dla Urzędu. W związku z tym przed odgrodzoną metalowymi barierkami kolejką przechadza się Pan Strażnik, który z  urzędową miną informuje o konieczności natychmiastowego opróżnienia kieszeni spodni oraz zdjęcia pasków (na szczęście mam na sobie spódnicę). Faceci z kolejki zaczynają posłusznie majstrować  przy portkach, wyciągają z kieszeni komórki i klucze oraz odpinają paski.

Następnie Pan Strażnik zabiera się do przeglądania zawartości damskich torebek – mogę tylko przypuszczać, że to z ciekawości czysto poznawczej, bo wewnątrz wszystko i tak przechodzi przez urządzenie prześwietlające.

Po kilkunastu minutach oczekiwania zostajemy wpuszczeni do środka, gdzie czeka nas kontrola w stylu tych, jakie odbywają się teraz na wszystkich lotniskach. Kładziemy na taśmie torby i zdejmujemy płaszcze i kurtki, które Pani Strażniczka kijem od szczotki wpycha do wnętrza maszyny prześwietlającej. Zapewne aby nie pobrudzić rąk, bo wiadomo, że higiena jest bardzo ważna w okresie grypowym.

OK, przeszła. Teraz idę na trzecie piętro, gdzie po odczekaniu w następnej kolejce zostaję wysłuchana przez Pana Urzędnika, który pragnie wiedzieć, co sprowadza mnie do Urzędu. Odpowiadam, że podanie o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu i które ugrzęzło w martwym punkcie po tym, jak moje dokumenty zaginęły w bliżej nie wyjaśnionych okolicznościach. Pan Urzędnik przyjmuje powyższe do wiadomości, po czym wręcza mi różowy formularz z numerkiem i kieruje na siódme piętro. Różowy kolor dla formularza? Może jednak jest jeszcze nadzieja?

Jestem prawie u celu. Znowu czekanie, ale tu można przynajmniej usiąść w poczekalni. Teraz idzie już szybko, bo przede mną tylko dwie osoby. Wreszcie podchodzę do okienka i referuję sprawę.

Ja: Chciałam dowiedzieć się, jaki jest status mojego podania o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu.
Urzędniczka: Proszę pokazać kopie dokumentów.
Ja: Pokazuję dokumenty. Czekam bardzo długo i chciałam zapytać, czy odnaleziono moją teczkę, którą Urząd Imigracyjny zagubił.
Urzędniczka: Nasz Urząd NIGDY nie gubi dokumentów.
Ja: Hmm… Podczas egzaminu na obywatelstwo dwa lata temu powiedziano mi, że sprawa zostanie załatwiona, jak tylko odnajdzie się teczka. A rok później powiedziano mi dokładnie to samo, tzn. że teczka się jeszcze nie odnalazła i poradzono napisać odwołanie – tu są kopie moich…
Urzędniczka: Warczy. Musiała pani źle zrozumieć. Mówię wyraźnie: Urząd Imigracyjny N-I-E   G-U-B-I  dokumentów!!!
Ja: Ok, ok. Jaki jest więc status mojego podania?
Urzędniczka: Stuka na komputerze. Teraz musi pani od nowa zrobić odciski palców, potem FBI je sprawdzi…

Ponieważ pobranie odcisków palców i background check w FBI to zawsze pierwszy – a nie ostatni – krok w sprawach o przyznanie obywatelstwa USA, szczerze powątpiewam, że moja nieszczęsna teczka jeszcze w ogóle istnieje, ale ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi. Pozostaje jedynie pytanie, kiedy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Polskie portale internetowe prześcigają się w pomysłach – kto pokaże najbardziej interesujące zdjęcie nieboszczyka, kto wymyśli najbardziej sensacyjny tytuł, kto poda najwięcej pikantnych szczegółów – na przykład, jaki dźwięk wydawały pękające kręgi szyjne. Mówię oczywiście o dokonanej dziś rano w Iraku egzekucji Saddama Husajna.

Wirtualna Polska: Telewizja pokazała Saddama z pętlą na szyi, świadkowie opisują egzekucję, do tego zdjęcie Saddama z pętlą na szyi (a jakże) plus trzy galerie fotograficzne, jedna pod znamiennym tytułem Saddam w cieniu szubienicy. Onet nieco bardziej powściągliwie: Saddam Husajn zostal stracony, ale ta powściągliwość na tytule się kończy, bo zdjęcie Saddama z pętlą na szyi oczywiście jest, do tego towarzyszące fotoreportaże. Ale nikt nie pobije Wyborczej, która na głównej stronie prezentuje zdjęcie Saddama nie przed egzekucją, ale tuż po. Dla zainteresowanych jest także wideo – wolałam nie sprawdzać, co na nim jest.

Wyjaśniam, że nie chodzi mi tutaj o to, czy Saddam powinien zostać stracony czy nie – skoro takie jest prawo w Iraku, tak się stać musiało, niezależnie od tego, jakie zdanie ma na ten temat Unia Europejska. Nie mam też zamiaru komentować, w jaki sposób został przeprowadzony sam proces w okupowanym (albo jak ktoś woli – wyzwolonym) Iraku. Chodzi mi o styl, w jakim utrzymane są komentarze na temat tej egzekucji w mediach –  im więcej krwawych szczegołów, tym lepiej, bo większe szanse na zwiększenie oglądalności. Teraz tylko czekać, aż sfilmowana w całości egzekucja pojawi się na YouTube.

Wszystko to budzi wielki niesmak.

Do następnego razu!
Agnieszka

W naszym instytucie na UW wykładał profesor, który nie tylko nie był zwolennikiem sztuki nowoczesnej, ale który wręcz określał dzieła artystów współczesnych mianem „bohomazów”. Profesor mawiał, że prawdziwego artystę poznać można po tym, że umie narysować konia. Anegdotę tę przytoczyła podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce moja przyjaciółka, bo choć sama byłam „nausznym” świadkiem kilku innych złotych myśli profesora G., akurat tej nie pamiętałam.


www.zeszytykomiksowe.org

Ta historia przypomniała mi się podczas ostatniego lotu z Okęcia do Nowego Jorku. Na tę 9-godzinną podróż zaopatrzyłam się w polskie lektury, wśród nich – wyróżnioną nagrodą Nike powieść Doroty Masłowskiej „Paw królowej”. Będąc zamkniętym w tubie żelastwa na wysokości kilku tysięcy metrów człowiek może się zmusić do przeczytania każdej książki, nawet jeśli w trakcie lektury nie daj Boże stwierdzi, że jest beznadziejna. Jaka jest bowiem alternatywa – zamawianie jednego drinka po drugim? Obserwowanie chrapiących sąsiadów? Lektura LOT-owskiego „Kalejdoskopu” sprzed dwóch miesięcy? Niestety, nie należę do szczęśliwców, którzy w samolocie zasypiają snem kamiennym, a budzą się dopiero w miejscu przeznaczenia.

W tym momencie pragnę zaznaczyć, że twórczość Masłowskiej nie jest mi obca, bo wcześniej przeczytałam „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” i wiedziałam z grubsza, w co się pakuję, zabierając ze sobą „Pawia” na lot transatlantycki. Lektura rozpoczęła się obiecująco – sprawna i niebanalna zabawa słowem, a w konstrukcji  zdań czuło się  hip-hopowy rytm. Opisy Pitz Patrycji i Retro Stanisława plus refren o piosence sfinansowanej z funduszy Unii Europejskiej sprawiły, że zaczęłam się śmiać na głos, pewnie ku lekkiemu przerażeniu współpasażerów.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby „Paw” był kilkunastostronicowym opowiadaniem – człowiek poczytałby trochę, trochę by się pośmiał i już. Tu jednak mamy do czynienia z powieścią i im bardziej zagłębiałam się w tej lekturze, tym bardziej zaczynałam się zastanawiać, o co tu właściwie chodzi. O lingwistyczną zabawę polszczyzną, eksperymenty słowne lub poszukiwanie czystej formy? Pewnie oberwie mi się od zwolenników Masłowskiej, ale w „Pawiu” treści praktycznie nie ma żadnej, a bohaterowie pojawiają się w powieści chyba jedynie po to, aby usprawiedliwić kontynuację hip-hopowej nowomowy. Wyłuskiwanie z „Pawia” jakiejś akcji czy fabuły to prawdziwa droga przez mękę i sama co chwila łapałam się na tym, że wracam do poprzednich stron, żeby zrozumieć, o czym jest mowa.

Literackie objawienie, manifest pokolenia dwudziestoparolatków, satyra na współczesną Polskę, krytycy rozpływający się w superlatywach  – ja to wszystko rozumiem, ale tak naprawdę chciałabym wiedzieć, czy cudowne dziecko polskiej literatury Masłowska Dorota… umie opisać konia. Jest mi wszystko jedno, jakiego – może być wyścigowy koń arabski, koń roboczy ciągnący pług gdzieś na Podbeskidziu, stara szkapa albo nawet koń z łękami.  Bo chociaż koń jaki jest, każdy widzi, to prawdziwego pisarza poznać można po tym, że potrafi konia opisać!

Do następnego razu!
Agnieszka

Zaczęło się zaraz we wtorek, czyli w dniu obchodzonym w Polsce jako drugi dzień świąt. Tłumy „zakupowiczów” z obłędem w oczach rozpoczęły szturm na domy towarowe i różne większe i mniejsze centra handlowe, w poszukiwaniu poświątecznych obniżek cen i wyprzedaży.  Poświąteczne obniżki cen to w Stanach jedna z bożonarodzeniowych tradycji, bo czego się nie sprzeda przed, trzeba koniecznie upchnąć zaraz po, choćby za połowę albo nawet jedna czwartą ceny, aby zrobić miejsce dla nowych kolekcji i gadżetów.

Sklepy prześcigają sie w pomysłach, jak zachęcić klientów do zostawienia w kasie jak największych sum pieniędzy – kupisz jedno, dostaniesz drugie za połowę ceny, kupisz dwa, dostaniesz trzecie za darmo. Wiadomo – „im więcej wydasz, tym więcej zaoszczędzisz”.  Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym hasłem reklamowym (The more you spend, the more you save!) , ciężko mi było się pogodzić z jego opaczną logiką. Ale przecież w reklamie nie chodzi o to, żeby była logiczna, ale raczej o to, żeby wbijała się w pamięć, co autorom tej na pewno się udało.


Fot. Mattymatt

W dziale drogeryjnym każdego większego domu towarowego człowiek jest od razu atakowany przez zdesperowanych sprzedawców, którzy prawie na siłę wciskają próbki perfum i rozpylają w powietrzu zapachy Chanel, Lancome, czy Donny Karan. Oczywiście najlepiej na takie zakupy wybrać się rano, bo w godzinach popołudniowych sklepy wyglądają jakby przeszedł przez nie tajfun – walające się po podłodze ciuchy, pootwierane pudełka, brak papieru toaletowego w łazience, że nie wspomnę o tym, że najlepsze okazje zawsze są zarezerwowane dla early birds czyli rannych ptaszków.

Co prawda po powrocie z takiej wyprawy człowiek zastanawia się, czy kolejna spódnica – trochę przyciasna,  ale za to kupiona za połowę ceny – to faktycznie dobra inwestycja. Ale co okazja, to okazja – dużo wydałam, więc dużo zaoszczędziłam…

Do następnego razu!
Agnieszka

Nowojorskie święta

Z jednej strony trochę zazdroszczę tym, którzy w Polsce mają przed sobą jeszcze drugi dzień świąt, a z drugiej czuję lekką ulgę, że jutro nie ma już przymusu obżerania się od świtu do zmroku i że na śniadanie mogę zjeść najzwyklejsze płatki z mlekiem. Moj żołądek jest i tak u kresu wytrzymałości po pochłonięciu takich ilości jedzenia, więc im szybciej wrócę do normalnego menu, tym lepiej dla mnie. W Stanach święta Bożego Narodzenia trwają tylko jeden dzień, czyli dla nas jest już „po zawodach”. Jutro wracamy w Nowym Jorku do codziennego kieratu, podczas kiedy nasi przyjaciele w Warszawie będą sobie dalej świętować.


Zamiast karpia

Wigilia

… i po Wigilii

Poranny kac?

Mam przynajmniej częściowo czyste sumienie, bo nie spędziłam całego dnia przed telewizorem, udało mi się przeczytać spory kawałek „Lolity”, oraz wyszłam z psami na długi spacer. Wieczorem natomiast pod wpływem uczuć patriotycznych  przełączyłam telewizor na jedną z dwóch polskich stacji, do których mam u siebie dostęp, czyli TVN24. Tak sie jednak nieszczęśliwie złożyło, że trafiłam na kolejną debatę w stylu  „przy wigilijnym stole” z udziałem polityków, którzy na co dzień nie zostawiają na sobie suchej nitki, a dziś mieli zaprezentować dyskusję na cywilizowanym poziomie (że też Polacy umartwiają się takimi programami nawet w święta!) Co wyszło z tej cywilizowanej dyskusji – nie mam pojęcia, bo szybko wyłączyłam telewizor.

Kolejne święta zatem zaliczone, teraz jeszcze sylwestrowy terror. W odróżnieniu od red. Misia, który nie lubi świąt Bożego Narodzenia, ja gęsiej skórki dostaję na myśl o Sylwestrze. Dla mnie jest to dzień, kiedy pędzeni instynktem stada wszyscy mamy obowiązek uczestniczyć w zbiorowych hulankach i popijankach, a jeśli ktoś akurat w Sylwestra nie ma na to ochoty, może zostać uznany za odludka i dziwaka, chyba że ma solidne alibi (np. w postaci karmienia piersią).

Do następnego razu!
Agnieszka