Dwa tygodnie po swoich urodzinach dowiedziałam się, że jestem chora. Po upływie kolejnych dwóch byłam już po biopsji i po pierwszej chemii, a po następnych dwóch – z loków do połowy pleców została łysa glaca. Może niedokładnie tak – jeszcze w szpitalu doradzono mi, żeby włosy obciąć jak najkrócej, jeszcze zanim zaczną same wypadać, bo wiadomo było, że po Cytoxanie tak musi się stać. Obciąć włosy po to, żeby złagodzić szok (soften the blow – tak powiedziała pielęgniarka), żeby rano zbierać z poduszki pojedyncze kosmyki zamiast całych pukli.
Zrobiłam tak, jak mi doradzono. Zaraz po wyjściu ze szpitala poszłam do zakładu fryzjerskiego na Greenpoincie, do którego chodziłam od paru lat. Ela obcięła mi włosy na zapałkę nie zadając ani jednego zbędnego pytania.
Pamiętam, że to był czwartek, tak samo jak pamiętam to, że 9/11 to był wtorek. Wychodząc od fryzjera myślałam jedynie o tym, że wyglądam jak świr. Nigdy w życiu nie nosiłam włosów krótszych niż do ramion, a tu – fryzura „na rekruta”. Ale na tym właśnie polega cała uroda Nowego Jorku – nawet, jeśli myślisz, że wyglądasz jak cudak, bardzo prawdopodobne jest, że tutaj nikt nie zwróci na Ciebie uwagi i bez problemu wtopisz się w chaotyczny nowojorski tłum. Mój jeżyk nie wzbudził niczyjego niezdrowego zainteresowania, podobnie zresztą jak czarny kapelusz, który zaczęłam nosić w czerwcu, w środku upalnego nowojorskiego lata.
Działo się to cztery lata temu. Jestem w remisji, żyję i jak dobrze pójdzie, dożyję czterdziestki:) Wszystko dzięki temu, że moje leczenie rozpoczęto natychmiast po ustaleniu diagnozy i że oprócz tradycyjnej chemioterapii dostałam leki najnowszej generacji – wszystko, co miała do zaoferowania współczesna medycyna.
Dlatego czarna rozpacz mnie ogarnia, kiedy czytam teksty takie, jak ostatnio ten w Wyborczej, zatytułowany Nie ma za co leczyć raka:
Centrum Onkologii na Ursynowie ogranicza, a nawet wstrzymuje podawanie chorym nowoczesnych leków na raka. Dyrekcja szpitala nie ma pieniędzy na drogie leczenie i nie chce wpaść w jeszcze większe długi.
Ważą się losy chorych, u których już zaczęto terapię lekami najnowszej generacji. Nie wiadomo, skąd wziąć pieniądze na kontynuowanie leczenia. Chodzi o miliony złotych. (Gazeta Wyborcza)
Dyrektorzy szpitala nie chcą wpaść w długi albo nie daj Boże zaprzepaścić swoich premii. Fundusz nie zwraca za leczenie, a dla osób chorych na raka odliczanie czasu już się rozpoczęło i zegar tyka bezlitośnie, bo leczenie onkologiczne opóznione o tydzień albo miesiąc to różnica między życiem a śmiercią. Przestają dziwić ponure statystyki, z których wynika, że w Polsce ponad połowa chorych na raka umiera w ciągu roku od diagnozy.
Dziwny to kraj, w którym miliony przeznacza się na świątynię Opatrzności Bozej, a w którym chorych pozostawia się samym sobie. I nie bardzo chrześcijański.
Do następnego razu!
Agnieszka







