Feeds:
Wpisy
Komentarze

Ostatnio praca zabiera mi zdecydowanie więcej czasu niż bym chciała, stąd moja chwilowa (i mam nadzieję, że usprawiedliwiona) nieobecność w Salonie. A wszystko to z powodu przygotowań do konferencji na temat Web analytics, na którą wybieram się w najbliższym czasie. Moja praca programisty od pewnego czasu coraz bardziej dryfuje właśnie w kierunku Web analytics czyli analizy danych internetowych. Najrozsądniejsze tłumaczenie na polski, jakie mi przychodzi do głowy, to analiza zachowań użytkownika w sieci, choć nie jestem na 100 % pewna, czy polscy fachowcy od Internetu nie nazywają tego jeszcze inaczej.

Swego czasu zastanawiałam się nawet, czy od czasu do czasu nie napisać tutaj czegoś na ten właśnie temat. Doszłam jednak do wniosku, że póki co Salon nowojorski powinien pozostać po prostu Salonem nowojorskim (z naciskiem na przymiotniku „nowojorski”), czyli prywatnym blogiem o życiu na emigracji. A pisanie o najnowszych rozwiązaniach sieciowych pozostawię innym, bo w Polsce nie brakuje ludzi świetnie znających temat, o ile oczywiście nie wyjechali jeszcze do Irlandii, Niemiec lub Stanów.

Do następnego razu!
Agnieszka

Miałam do tej pory nadzieję, że Internet istnieje głównie po to, aby łatwiej było zachować anonimowość, a tu taka niespodzianka – zaproszenie, aby napisać pięć rzeczy o sobie, dowolnie wybranych, ale takich, które mają czytelnikom moją osobę przybliżyć. Jak widać, łańcuszkowi św. Antoniego Internet nie straszny, tak więc to, co poniżej, jest odpowiedzią na zaproszenie Azraela.

  1. Moje ulubione:
    Miasta – Zakopane, Warszawa, Nowy Jork.
    Restauracje – na załączonym obrazku.

    pierogarnia.jpg
    Pierogarnia na Bednarskiej, W-wa
    bann_thai.jpg
    Bann Thai, Forest Hills, NY

    Filmy – Thelma and Louise, American Beauty, 21 Grams. Oj, zapomniałam o najważniejszym i dopisuję z opóznieniem – cały Dekalog Kieślowskiego, oraz cała trylogia Trzy kolory.
    Pisarze – Munro, Szymborska.

  2. Brak konsekwencji w gospodarstwie domowym:
    Dobrze gotuję (ci co jedli z mojej ręki, wiedzą o czym mowa…), ale  nigdy w życiu nie upiekłam ciasta. Gotowanie pozostawia dużo miejsca na artystyczną improwizację, natomiast pieczenie ciasta wymaga dokładności i precyzji (jedna szklanka mąki czy dwie – to zdaje się zrobiłoby różnicę, jeśli chodzi o efekt końcowy?)
  3. Kraje, w których mieszkałam co najmniej pół roku:
    Polska, Rosja, Niemcy, USA.
  4. Gdybym nie była programistą, pracowałabym jako…
    nauczycielka języków albo tłumaczka.
  5. Gdybym nie mieszkała w Nowym Jorku, mieszkałabym…
    w Zakopanem albo okolicach.

A teraz do łańcuszka zapraszam:

Do następnego razu!
Agnieszka

Butelką po głowie

Afera ze Zbigniewem zatacza coraz szersze kręgi, bo jak czytam w Daily News, sam Konsul Generalny najjaśniejszej RP w Nowym Jorku Krzysztof Kasprzyk zabrał  głos w tej sprawie. W rozmowie z gazetą konsul miał wyrazić swoje wątpliwości co do tłumaczeń redaktora naczelnego New Yorkera, że rysunek wcale nie był kolejnym ‚Polish joke’. Konsul zapowiedział także, że pośle Remnickowi… butelkę luksusowej polskiej wódki Chopin albo Belvedere, skoro pismo i tak jest zdania, iż Polacy mają skłonność do nadużywania alkoholu (since the magazine apparently believes that Poles are prone to „excessive liquor consumption” he’s sending Remnick „an exquisite Chopin or Belvedere brand Polish vodka.”)

chopin vodka chopin vodka
Gusta się zmieniają: amerykańska reklama wódki Chopin sprzed paru lat i obecnie…

 A może by tak spece od marketingu ruszyli mózgami i zamiast płakać nad stereotypem Polaczka-pijaczka z Greenpointu wykorzystali to w reklamie? Wszyscy dobrze pamiętamy jak tuż przed referendum unijnym dwa lata temu prawica francuska  straszyła elektorat polskim hydraulikiem, który będzie pracował za połowę stawki i zabierze pracę rodowitym Francuzom. Polska Organizacja Turystyczna szybko wpadła na pomysł, aby całą sprawę obrócić w żart i wykorzystać w akcji reklamowej promującej wyjazdy turystyczne do Polski. I w ten oto sposób zrodził się słynny plakat z krzepko dzierżącym w dłoni klucz francuski seksownym polskim hydraulikiem i podpisem „Zostałem w Polsce. Przyjeżdżajcie”, który wkrótce trafił na pierwsze strony europejskich gazet.

Plakat z polskim hydraulikiem

Wtedy ktoś szybko i inteligentnie zamienił negatywny stereotyp na pozytywną promocję Polski, udowadniając, że nawet jeśli Polska kojarzy się  Francuzom z polskim hydraulikiem (a Amerykanom z polską wódką, pierogami czy niemożliwymi do wymówienia imionami!) to nie jest to jeszcze koniec świata.

Do następnego razu!
Agnieszka

Po pierwsze – nie Zbigniew, tylko Agnieszka, a po drugie – nie byli wcale pijani, tylko pan w urzędzie gminy nie bardzo wiedział, jak poprawnie napisać „Wioletta”. Zresztą nie o Agnieszkę tu chodzi, ale właśnie o nieszczęsnego Zbigniewa.  Otóż w ostatnim wydaniu popularnego tygodnika New Yorker opublikowany został rysunek autorstwa Roberta Webera, przedstawiający dwoje dzieciaków na przystanku autobusowym. Podpis pod rysunkiem brzmi: „Rodzice dali mi na imię Zbigniew, bo byli pijani” (My parents named me Zbigniew because they were drunk).

new_yorker.gif
© New Yorker

Z powodu tego rysunku rozpętała się cała afera. Polacy dzwonią i piszą do redakcji pisma z protestami przeciw dyskryminacji. Gazety codzienne, w tym Daily News i International Herald Tribune, poświęcają temu tematowi artykuły na swoich łamach. Nowojorski Nowy Dziennik opisuje sprawę z detalami, cytując słowa młodego mieszkańca Greenpointu: „Jeśli żartuje się z czarnoskórych lub Latynosów, to jest się rasistą. Więc ludzie sobie myślą: zamiast tego pożartujmy sobie z Polaków.”  Głos w tej sprawie zabrał także Frank Milewski z nowojorskiego oddziału KPA, który powiedział Nowemu Dziennikowi, że „ten żart jest w pewnym stopniu obraźliwy. Nie jest jednak tak groźny jak inne żarty czy obelgi, z jakimi czasami mamy do czynienia”. Czyli możemy się obrazić, byle nie za bardzo…

Po iluś tam latach spędzonych w Stanach mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Amerykanie nie mają talentu do wymawiania obco brzmiących imion czy nazwisk i przekręcają je niemiłosiernie. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadano mi w nowej pracy brzmiało, czy moje imię ma jakąś łatwiejszą do wymówienia wersję. Hmmm… z tym jest akurat mały problem, bo za zdrobnieniami swojego imienia nie przepadam, a angielska wersja (Agnes) brzmi dla mnie zdecydowanie zbyt staroświecko. Ale wytężyłam pamięć i powiedziałam, że chętnie będę używać swojego imienia z dzieciństwa. Słowo ciałem się stało, i z tej okazji wysłano nawet oficjalny email z instrukcją, jak poprawnie wymawiać imię Isia (pronounced ‚eesha’). 

Z tego powodu wiarygodnie brzmi dla mnie wyjaśnienie redaktora naczelnego New Yorker Davida Remnicka – żart zakłada, że dziecko nie ma polskiego pochodzenia i nie chodziło wcale o kolejny Polish joke, ale po prostu o trudność, jaką dla przeciętnego Amerykanina przedstawia wymowa tego imienia: The heart of the joke is the difficulty in saying the name; there’s no ethnic slur.

Wydawany od 1925 roku New Yorker to ambitne pismo, które słynie nie tylko z publikowanych w każdym numerze rysunków satyrycznych, ale także z doskonałych artykułów na temat kultury oraz publikacji krótkich form literackich. Dla New Yorkera pisali m.in. Vladimir Nabokov, Philip Roth, Alice Munro, John Updike i inni giganci literatury angielskojęzycznej. Nie zakładam więc, że zniżyłoby się do opublikowania rysunku o jednoznacznie rasistowskim przesłaniu.

Z drugiej jednak strony warto się zastanowić nad pytaniem, czy to szacowne pismo opublikowałoby ten sam żart, gdyby użyto w nim jakiegoś trudnego do wymówienia azjatyckiego albo afrykańskiego imienia. „Rodzice dali mi na imię Lakeisha, bo byli pijani”?

Do następnego razu!
Agnieszka

W Ameryce wszystko jest większe i bardziej wyraźne niż w Europie, nawet te kreślone na czołach wiernych w środę popielcową znaki krzyża. Popiół pokutny, który pamiętam z Polski, był szary, delikatny, dostawało się go tylko odrobinkę, bardziej na włosy niż na czoło. Nigdy nie pobrudził ubrania ani nie naruszył makijażu. Popiół amerykański to inna sprawa – jest tłusty i czarny jak smoła, a nakreślony nim krzyż – wyraźny, rozpoznawalny i nie pozostawiający cienia wątpliwości, co do powagi swojego przesłania.

popielec4.jpg

popielec1.jpg

popielec2.jpg

popielec3.jpg

Pod katedrą św. Patryka na Fifth Ave. w porze lunchu stała kilkusetosobowa kolejka czekających na posypanie glowy popiołem i co chwilę pojawiał się jakiś turysta z Japonii albo Tajwanu, zawsze z super lekkim i bardzo srebrnym aparatem fotograficznym, którym robił zdjęcie tego zebranego przed Katedrą tłumu. Egzotyka.

Tak więc chodziliśmy dzisiaj po Manhattanie naznaczeni symbolem pokuty, wreszcie czymkolwiek wyróżniający się w nowojorskim tłumie. A kiedy wracałam do domu autobusem na Queens, mała, sześcioletnia może dziewczynka, wskazując na mnie zapytała: „Mamusiu, dlaczego ona jest taka brudna?”

Do następnego razu!
Agnieszka

W polskich mediach zawrzało ostatnio na temat artykułu o obecnym polskim rządzie opublikowanego w ostatnim numerze brytyjskiego tygodnika The Economist. Ponieważ staram się unikać czytania streszczeń, a z prenumeraty tego pisma zrezygnowałam jakieś trzy lata temu (notabene zaraz po tym, jak nie dostałam pracy w nowojorskim biurze The Economist mimo dość obiecującej rozmowy kwalifikacyjnej), postanowiłam sprawdzić, czy można ten artykuł przeczytać w całości w wersji internetowej pisma.

The EconomistOwszem, można – pod tym adresem: Turning the loose screw. Co prawda już jakiś czas temu The Economist wprowadził zasadę, że całość serwisu internetowego jest dostępna dla płatnych subskrybentów, jednakże można tę regułę obejść przy pomocy jednodniowej przepustki, którą uzyskuje się po obejrzeniu kilkunastosekundowego filmiku reklamowego. Ok – żaden to problem, moje szare komórki są w stanie wytrzymać zbawienne wpływy sieciowego marketingu…

Tytuł artykułu brzmi: Turning the loose screw. The Polish government flails, creaks and sheds ministers czyli w wolnym tłumaczeniu „Przykręcanie luźnej śruby. Polski rząd sieje zamęt, trzeszczy i pozbywa się ministrów”. Już pierwsze zdanie artykułu tłumaczy, dlaczego Lech Kaczyński uznał go za „skrajnie niesprawiedliwy, wręcz haniebny”: Poland’s fractious, pig-headed government has survived for nearly 18 months, against the expectations of most commentators. czyli „Kłótliwy, uparty jak osioł polski rząd przetrwał prawie osiemnaście miesięcy, wbrew oczekiwaniom większości komentatorów.”

Kolejny paragraf – mimo lekko ironizującego tonu – jest raczej pozytywny. Mowa w nim o rekordowych inwestycjach zagranicznych w Polsce w ostatnim roku w wysokości 14,7 miliarda USD, gospodarce rozwijającej się w tempie prawie 6 proc. rocznie, płynących z Brukseli funduszach i dobrych intencjach nieco „nadgorliwego” ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro.

Ale im dalej, tym gorzej: „W ciągu minionych dwóch tygodni rząd okazał skłonności do autodestrukcji. Pierwszy odszedł Radek Sikorski, minister obrony. Zrezygnował, ponieważ kontrwywiad wojskowy węszył koło jego osoby, z upoważnienia Antoniego Macierewicza – sojusznika Kaczyńskich. Macierewicz był odpowiedzialny za likwidację WSI, ale na jej miejsce stworzył prywatną służbę szpiegowską dla Kaczyńskich. Utrata Sikorskiego, jedynego ministra potrafiącego z sensem wypowiedzieć się po angielsku, tylko wyeksponuje słabości jego byłych kolegów” (the only minister able to talk sense in English).

Dalej wcale nie lepiej: „Każdy, kto chce przetrwać w tym rządzie, musi być bierny, mierny, ale wierny, jak mawiają Polacy. Jeden z polskich tygodników porównał nawet Jarosława Kaczyńskiego do Władimira Putina, co było obrazą, wstrząsającą i trącącą absurdem. Ale odgórne podejście Kaczyńskiego i jego brak poszanowania dla rozdziału władzy zaczynają powoli budzić niepokój.”

Na temat polskiej polityki zagranicznej The Economist pisze tak: „W polityce zagranicznej farsa miesza się z tragedią. Kaczyńscy nie pominęli żadnej okazji, żeby obrazić Niemcy, które pod rządami Angeli Merkel próbują przyjacielskiego podejścia. Stan dyplomacji można opisać jako komicznie niekompetentny. Nie ufa się doradcom, którzy wiedzą cokolwiek o zagranicy, często się ich nawet zwalnia. Nie ma już [w rządzie] prawie nikogo, kto rozumie Unię Europejską – poważny problem w przededniu wznowienia trudnych negocjacji w sprawie konstytucji UE”.

A oto podsumowanie artykułu: „Mściwy, uzależniony od kryzysów, podzielony i w większości niekompetentny rząd swoje przetrwanie zawdzięcza silnej gospodarce i słabej opozycji. Ale ani jedno, ani drugie nie będzie trwać wiecznie.”

Trochę dziwnie się to wszystko czyta nie będąc na miejscu, czyli w Polsce, i człowiek siłą rzeczy zaczyna się zastanawiać, czy faktycznie jest aż tak źle, czy może jest to tylko kolejny objaw dziennikarskiej histerii.

Do następnego razu!
Agnieszka

Fryzura Britney Spears

Tak, jest łysa. Na glacę, na zero, bez włosów, no hair, completely bald. Zrobiła to parę dni temu, własnoręcznie, a dlaczego – czort to wie, bo kto moze przewidzieć, co artystce przyjdzie do głowy. Potwierdzam wszem i wobec informacje, które od paru dni krążą po Internecie i wzbudzają zainteresowanie godne lepszej sprawy: Britney Spears własnoręcznie ścięła sobie włosy na zero, co z detalami opisano w czasopiśmie People.



Fot. © www.people.com

Nie ukrywam, że są to informacje z trzeciej ręki, bo w Hollywood nie bywam i kontaktów nie mam żadnych, ale ponieważ pracuję w tzw. mediach, dostęp do plotek mniejszych i większych z wielkiego świata (cokolwiek to pojęcie oznacza) mam w momencie, kiedy się rodzą, nawet jeśli wszystkie zostały wcześniej przefiltrowane przez obiektyw Wybrzeża Wschodniego, czyli Nowego Jorku.

Wszystko działo się w salonie fryzjerskim Esther’s Haircutting Studio w Tarzana w Kalifornii, w ostatni piątek po godzinie 19, już po zamknięciu salonu. Britney pojawiła się tam w towarzystwie dwóch ochroniarzy i oznajmiła, że chce sobie obciąć włosy na łyso. Właścicielka salonu Esther Tognozii próbowała odwieść Britney od tego zamiaru, ale na próżno. I stało się, co się miało stać – Britney oznajmiła, że sama sobie zetnie włosy i słowa dotrzymała. Jako że całą robotę odwaliła sama, udało jej się zaoszczędzić co najmniej 20 dolców (rzekomo tyle bierze salon za męskie strzyżenie), i gdybym była właścicielką tego salonu, też raczej nie upierałabym się przy jakiejkolwiek należności. Lepszą reklamę dla salonu trudno sobie wyobrazić.

A nowa fryzura ma być nowym początkiem. Początkiem czego? To dopiero się okaże…

Do następnego razu!
Agnieszka

Pieski żywot

Jak każdego roku w lutym, przyjechało ich do Nowego Jorku ponad dwa tysiące. Wszystkie piękne, eleganckie, pełne wdzięku i od wczesnej młodości przyzwyczajone do pieszczot i podziwu. Niestremowane blyskami flesza, rozpieszczone do granic przyzwoitości i przewyższające klasą swoich „opiekunów”. We wszystkich rozmiarach i kolorach. Przyjechały do Nowego Jorku z całych Stanów, aby wziąć udział w dwudniowej imprezie odbywającej się tutaj już od ponad 130 lat.


Owczarek staroangielski (Old English Sheepdog)


Collie


Owczarek niemiecki (German Shepherd)


Polski owczarek nizinny (Polish Lowland Sheepdog)

Mam na myśli psie piękności uczestniczące Westminster Kennel Club Dog Show w Nowym Jorku, czyli najbardziej prestiżowej corocznej wystawie psów rasowych. Wystawa odbywała się – już po raz 131. – w dniach 12-13 lutego w Madison Square Garden. Zgodnie z klasyfikacją American Kennel Club oceniano w niej psy w siedmiu grupach ras:

  • sporting group
  • hound group (psy myśliwskie)
  • working group (psy obronne i pociągowe)
  • terrier group (teriery)
  • toy group (małe pieski „do towarzystwa” typu shih-tzu)
  • herding group (psy pasterskie), w tym polski owczarek nizinny – jedyna polska rasa uznawana przez AKC
  • nonsporting group

Miałam okazję być na drugim dniu wystawy i jej uroczystym zakończeniu wczoraj wieczorem, kiedy tradycyjnie przyznany został tytuł Best in Show – nacenniejsza z wszystkich psich nagród. W tym roku dostał ją 6-letni spaniel o imieniu James, który po tym konkursie przechodzi na zasłużoną emeryturę.

Do następnego razu!
Agnieszka

Długa rozłąka to śmierć związku. Temu panu – albo tej pani – dziękujemy. Koniec, kropka, amen, bez żadnych „ale przecież nas łączy coś zupełnie wyjątkowego”, „to tylko chwilowo”, „to jest zło konieczne” i temu podobnych dupereli. Chcecie emigrować? Proszę bardzo – emigrujcie, ale jeśli chcecie zostać razem – wyjeżdżajcie razem.  A jeśli jednak postanowicie, że jedno wyjeżdża, a drugie zostaje, to w razie czego bardzo proszę nie mieć pretensji do tego, kto wyjechał (albo do tego, kto pozostał), że jego (jej?) uczucie okazało się nie na miarę Heloizy i Abelarda. Ja tylko ostrzegam i w razie reklamacji proszę pisać na Berydczów.

Scenariusz jest banalny i przewidywalny aż do bólu. On – lub ona – wyjeżdża, aby trochę zarobić albo poprawić znajomość języka – do Niemiec, Anglii lub Stanów, z założenia nie na dłużej niż rok lub dwa. Trzeba tylko wykończyć dom, kupić lepszy samochód albo odłożyć trochę gotówki na czarną godzinę, a akurat trafia się okazja, bo kuzyn, który od roku pracuje we Frankfurcie, Londynie czy Nowym Jorku, ma pusty pokój do wynajęcia, a jego szef szuka ludzi do pracy. Za całkiem przyzwoite pieniądze. Kupiony bilet, pożegnanie na dworcu albo lotnisku – „kocham Cię, to długo nie potrwa, zobaczymy się w święta”. Cmok, cmok, ostatnie klepnięcie w tyłek.  Zakończyliśmy odprawę pasażerów odlatujących do Nowego Jorku lotem Polskich Linii Lotniczych LOT numer taki to a taki. Ta druga osoba pozostaje w kraju, z dziećmi lub nie, czekając na telefony, emaile (jeszcze parę lat temu były to listy) i przekazy pieniężne, które przez pierwszy rok przychodzą regularnie jak w zegarku – telefony w każdą niedzielę, prezenty na święta i urodziny, emaile – bardzo często. A potem jakby trochę mniej regularnie.

Intencje zawsze są jak najlepsze, ale czysty zbieg okoliczności sprawi, że nowo poznani znajomi – w Londynie, Frankfurcie lub Nowym Jorku – zaproszą na imprezę albo wspólne wyjście do dyskoteki (baru? restauracji? kina?) I tam poznałem X. Od tego momentu wszystko było już inaczej... Co jest z tymi zbiegami okoliczności? Bo to ZAWSZE dzieje się przypadkowo, albo tak przynajmniej twierdzą wszyscy, którym się to zdarzyło. Nikt nigdy nie chce nikomu rujnować życia, przecież z nami jest inaczej, przecież to miało być na zawsze…

Jeśli ktoś chce wierzyć, że „jak kocha to poczeka”, niech robi to na własną odpowiedzialność. Chciałabym być w błędzie, ale wiem, że nie jestem. A kto sam jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem!

I to są moje  emigracyjne refleksje na kilka dni przed Walentynkami.

Do następnego razu!
Agnieszka

W Polsce trzeba mieć zdrowie, żeby się leczyć, natomiast w Stanach trzeba mieć pieniądze. Najlepiej dużo lub bardzo dużo. Jak się pieniędzy nie ma i chce się chorować, trzeba przynajmniej mieć solidne ubezpieczenie, bo jak wszyscy wiedzą, Stany Zjednoczone są jedynym wysoko uprzemysłowionym krajem, w którym nie wprowadzono systemu powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych.

W praktyce oznacza to, że jeśli człowiek nie otrzymał ubezpieczenia za pośrednictwem swojego pracodawcy, nie wykupił go sam na wolnym rynku od firmy ubezpieczeniowej (drogo albo bardzo drogo) i nie zakwalifikował się do któregoś z programów rządowych w rodzaju Medicaid (ubezpieczenia dla osób o niskich dochodach), Medicare (ubezpieczenia dla emerytów i osób niepełnosprawnych) lub programów stanowych, jak nowojorski Healthy NY, po prostu jest nieubezpieczony. I jedyne, co mu pozostaje, to modlić się o zdrowie swoje i swojej rodziny.

Nie oznacza to bynajmniej, że w przypadku zawału albo innego dopustu Bożego człek dokona żywota na trotuarze. Wręcz przeciwnie – bardzo szybko przyjedzie karetka pogotowia i zabierze delikwenta do szpitala. Szpital udzieli podstawowej pomocy medycznej, ale przezornie – bo jeszcze na izbie przyjęć – wypyta dokładnie o posiadane ubezpieczenie. Jeśli natomiast pacjent nie jest w stanie mówić, administrator szpitalny uprzejmie poczeka z wywiadem dzień lub dwa. Ja miałam to szczęście, że przedstawicielka administracji szpitala zadzwoniła do mnie dopiero na drugi dzień, kiedy w całkowitym komforcie leżałam wygodnie w szpitalnym łóżku, podłączona do tlenu, i kiedy – porządnie już „utleniona” – mogłam spokojnie odczytać  informacje z mojej karty ubezpieczeniowej.

Jeśli natomiast okaże się, że pacjent ubezpieczenia nie ma,  zaczynają się komplikacje natury finansowej, na przykład takie, że lekarz odmówi przyjęcia pacjenta, który zalega z opłatami za poprzednie wizyty. A po pewnym czasie na adres domowy zaczynają przychodzić rachunki opiewające na zupełnie niebotyczne sumy – 80 tys. dolarów za 3-tygodniowy pobyt w szpitalu, 10 tys. dolarów za jedną dawkę chemioterapii (a tych potrzeba od sześciu do ośmiu). Zaznaczam, że liczby te pochodzą z 2003 r. i teraz koszty podobnego leczenia są pewnie dwa razy wyższe. I nie wspomnę o drobiazgach takich, jak 100 dolarów za każdą tabletkę Kytrila – a przy każdej chemii trzeba ich trzy czy cztery, jeśli nie chce się spędzić paru dni rzygając bez umiaru. Co prawda wieść gminna niesie, że najbardziej skutecznym środkiem na skutki uboczne chemioterapii jest marihuana, ale chwilowo ani rząd, ani  firmy farmaceutyczne nie są specjalnie zainteresowane jej legalizacją…

Piszę to wszystko z lekkim przekąsem, ale prawda jest taka, że z dwojga złego wolę jednak chorować w Stanach. Tutaj pacjent zostanie wyczyszczony z kasy, ale przynajmniej ma solidne szanse na przeżycie. A co warte są pieniądze dla kogoś, kto jest six feet under?

Do następnego razu!
Agnieszka