Feeds:
Wpisy
Komentarze

Gdzie byłam, jak mnie nie było? Ano, w wielu super ciekawych miejscach po tej lepszej, czyli europejskiej, stronie Oceanu. Od wielu lat swoje skromne amerykańskie urlopy konsekwentnie spędzam w Polsce – chroniczny problem nie do końca odciętej polskiej pępowiny zapewne – ewentualnie w miejscach, które można odwiedzić w drodze do Polski (w Paryżu, Londynie, Sztokholmie). Wychodzi więc na to, że wszystkie drogi prowadzą do Łodzi, lub dalej na zachód czyli do samego Sieradza. Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu / Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu…

Wróciłam do Stanów jakiś miesiąc temu, ale nie pisałam, bo mi się nie chciało, albo dokładniej – bo nie miałam siły. Trudno jest kogokolwiek przekonać, że rzecz, o której zaraz napiszę, nie jest tylko wymysłem osobników cierpiących na pospolite lenistwo. Oto człek budzi się rano i czuje się tak, jakby po nim walec przejechał. Tak i jeszcze pięć razy gorzej. Niewiele pomaga to, że śpi 10 godzin na dobę i nie robi nic poza rzeczami absolutnie niezbędnymi do życia. Nie da się tego opisać słowem „zmęczenie”, bo to trochę tak tak, jakby tsunami określić mianem fali.

Mam na myśli chroniczne zmęczenie (chronic fatigue) spowodowane chemią lub radioterapią, albo kombinacją jednego i drugiego. Nawet jeśli od terapii minęło killka lat, „to” nagle zwala się na głowę w najmniej oczekiwanym momencie i całkowicie paraliżuje życie. Trwa tydzień albo miesiąc, po czym mija tak samo szybko, jak się pojawiło. A potem jest kilka tygodni (albo daj Boże miesięcy) spokoju – aż do następnego epizodu. Sprawa została szeroko opisana w wielu czasopismach medycznych, ale lekarstwa póki co nie znaleziono, więc jedyne, co pozostaje, to po prostu przeczekać, przespać, przeleżeć.

Tyle tytułem wyjaśnień, teraz czas na obiecaną dawno temu kontynuację opisu mniej lub bardziej optymistycznych wrażeń z Polski.

Polskie drogi
Polska jest krajem psów konających przy trasach szybkiego ruchu. Nie mogę sobie wybić z głowy obrazu potrąconego przez samochód kundla, który dogorywał przy trasie Łódź-Warszawa. Widziałam go tylko kątem oka, nie dłużej niż przez sekundę, ale wystarczyło. Otwarte zlamanie, psia mordka skrzywiona w bólu nie do wytrzymania. Jeszcze żył, na swoje nieszczęście chyba, ale pozostałe tego typu przypadki to po prostu kupa krwawego futra, która kiedyś była czyimś psem albo kotem. Tego typu scen widziałam dużo, zdecydowanie za dużo jak na cywilizowany kraj w centrum Europy.

Dlaczego Polacy nie przyswoili sobie zwyczaju zamykania furtek i bram, przynajmniej wtedy, kiedy mieszkają przy ruchliwych drogach i mają w domu zwierzaki? Polecam lekturę Małego Księcia, może przypomni komuś, że „jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło”. Bo w Polsce po prostu wzrusza się ramionami i mówi, że „samochód psa mi przejechał, bo wiesz, u nas coraz większy ruch.” Tak jakby to obowiązkiem psa było uważanie na ruch uliczny i przechodzenie przez jezdnię na przejściu dla pieszych.

Zresztą w Polsce do stworzeń oswojonych, które napotkać można przy drogach szybkiego ruchu, a za które nikt nie chce wziąć odpowiedzialności, należą nie tylko rozjechane psy i koty. Są też mówiące z akcentem i zdecydowanie zbyt mocno opalone dziewczyny w wieku od lat 15 do – no właśnie, kto to wie jakiego?

W mieście Łodzi
Prababka Rozalia o Łodzi nigdy nie mówiła inaczej niż „miasto Łódź”. Nigdy nie jeździła do Łodzi, zawsze – do „miasta Łodzi”. Koszyki pełne jajek, masła i innych wiejskich smakołyków ładowała na plecy zaraz po północy, żeby dojść do odległej o cztery kilometry stacji kolejowej i zdążyć na pierwszy poranny pociąg, do miasta Łodzi wlaśnie. Grób prababki ostatnio mocno ucierpiał z powodu wichury, która połamała na cmentarzu wiele drzew, natomiast miasto Łódź zmieniło się nie do poznania (a może nie do Poznania…)

Wraz ze zgonem nieboszczki PRL minęła moda na anioł dzieweczki, co to w łódzkich fabrykach „przędły jedwabne niteczki”, więc Łódź zeszła na boczny tor przemian i inwestycji, wlekąc się w ogonie neo-kapitalistycznego postępu, za Warszawą, Krakowem czy Poznaniem. Wysokie bezrobocie i stan ogólnego przygnębienia.

Z tym większą przyjemnością donoszę, że ostatnio zaczęło się to zmieniać. Łódź rozwija się jak szalona, z prząśniczkami albo i bez. Powstają nowe osiedla i inwestycje w rodzaju Manufaktury, która na mordę bije wszelkie amerykańskie shopping malls, że nie wspomnę o warszawskich Złotych Tarasach. Manufaktura powstała na terenach, których właścielem był niejaki Izrael Poznański i na których Wajda kręcił Ziemię Obiecaną. Tereny starej fabryki przekształcono w centrum handlowo-rozrywkowe nie z tej ziemi. Sklepy, restauracje, bezpłatny tramwaj, którym można dojechać do Placu Wolności (kto miasto Łódź trochę zna, wie, że to nie aż tak daleko, ale dobre i to.) W Manufakturze godziny mijają jak minuty, że nie wspomnę o tym, co się dzieje z naszymi wymienionymi na złotówki marnymi dolarami. Jak woda, proszę Państwa, jak woda…

Prababka w najbliższych tygodniach dostanie nowy grobowiec, w miejsce tego zniszczonego przez wichurę, a w Łodzi wreszcie coś się dzieje. Tak więc obydwie – prababka i jej ukochane miasto – dziarskim krokiem podążają sobie do Europy. Jednym słowem – postęp.

Media
Nie da się tego czytać ani oglądać. Ani tych z lewa, ani tych z prawa. Rozróżnienie między informacją a komentarzem nie istnieje, na głównych stronach tzw. opiniotwórczych wydawnictw zamieszcza się mało dowcipne karykatury prawdziwych lub urojonych wrogów politycznych, w artykułach wstępnych swobodnie szafuje się epitetami z rodzaju tych rynsztokowych lub rynsztokowatych. Akurat podczas mojego pobytu w Polsce Wprost(ak) opublikował osławiony fotomontaż Angeli Merkel z cyckami i doczepionymi do tych cycków braćmi Kaczyńskimi. Chyba jednak już wolę pruderyjne Stany, gdzie goły cycek raczej nie ma racji bytu, chyba że w pornografii lub podręczniku medycyny.

C.d.n.

Do następnego razu!
Agnieszka

Każda wizyta w Polsce przypomina mi o dwóch sprawach – dlaczego czasem brakuje mi Polski aż do bólu oraz dlaczego bywają momenty, kiedy z prawdziwą ulgą oddycham, że piętnaście lat temu zamieniłam bruk warszawski na nowojorski. Teraz od kilku dni jestem w Polsce i dostęp do komputera mam jedynie od przypadku do przypadku, tak więc przez najbliższy czas będę pisać tutaj trochę mniej regularnie. Póki co czas na podsumowanie pierwszego tygodnia po drugiej stronie Oceanu.

W Warszawie coraz więcej świetnych knajp i barów z miłą obsługą i bogatym menu. Moje kulinarne odkrycie tego lata to Oberża pod Czerwonym Wieprzem na Żelaznej, może znana wielu tubylcom, ale dla mnie nowość. Knajpa konsekwetnie realizuje swój image komunistycznego przybytku z czasów PRL-u – ściany zdobią plakaty z traktorzystkami z lat pięćdziesiątych, a z głośników płynie muzyka z czasów późnego Gomułki lub wczesnego Gierka. Samo menu przypomina swoim formatem dawną „Trybunę Ludu”, a lista dań podzielona została na dwie części – dania „dla proletariatu” (tańsze) oraz „dla burżujów” (droższe). Nie mogłam sobie odmówić przyjemności sprawdzenia menu dla burżujów i przy pierwszej wizycie zamówiłam sznycel z dzika, a przy drugiej – „placek Kadara z gulaszem”, do tego beczkowy Żywiec i zestaw surówek. Wszystko było doskonałe, łącznie ze złożoną ze smalcu i ogórków przekąską. Może warto wspomnieć, że niektóre restauracje w stolicy (w tym „Wieprz”) wprowadziły zwyczaj automatycznego doliczania 10% za serwis, warto więc zatem rzucić okiem na rachunek, jeśli chce się uniknąć płacenia podwójnego napiwku.

Warszawa pięknieje z dnia na dzień. Dużo się buduje i remontuje i wreszcie zajęto się renowacją Krakowskiego Przedmieścia. Póki co spora część Traktu Królewskiego jest rozkopana, ale jak remont się skończy, na pewno wyjdzie on warszawiakom na zdrowie. Jest dużo miejsc, gdzie można miło spędzić czas, oczywiście jeśli ma się w kieszeni parę złotych. Tanio na pewno nie jest, ale podobno Warszawa jest najdroższym miastem wśród stolic tzw. Nowej Europy – przed Budapesztem czy Pragą.

Teraz o rzeczach, które mnie denerwują. Na Okęciu co prawda już dobrych parę lat temu zlikwidowano mafię taksówkarską, ale niektórzy kierowcy z firm obsługujących lotnisko nadal nie pozbyli się starych nawyków. Znajoma, która z dzieckiem przyleciała do Warszawy mniej więcej w tym samym czasie co ja, została dowieziona z lotniska do centrum przez taksówkarza Sawy, który pojechał z wyłączonym licznikiem, a potem zainkasował 60 PLN, czyli o jakieś 20 PLN więcej niż powinien. Znajoma niestety bywa w Warszawie dużo rzadziej niż ja, więc nawet nie pisnęła słówka.

Mam też wrażenie, że minął okres super-uprzejmości polskich sprzedawców sprzed kilku czy kilkunastu lat czyli z początków kapitalistycznej handlowej ekspansji. Teraz znów jakby częściej słyszy się mało uprzejme odburkiwanie albo wręcz wciskanie kitu. „Buty na panią za duże? Nie ma mniejszego numeru, ale włoży pani wkładkę i będą jak ulał. Buty za małe? Na pewno się rozchodzą, a pani ma szerokie stopy, więc i tak pani nie dobierze”. Podejrzewam, że uprzejmość osób obsługujących jest odwrotnie proporcjonalna do liczby ofert pracy, a tych ostatnio dużo więcej, dlatego chyba niektórzy mniej się starają.

Zaczynam się też poważnie zastanawiać, czy nie zostawiając suchej nitki na różnych amerykańskich urzędach nie popełniłam ciężkiego grzechu. Niektóre polskie urzędy to prawdziwe twierdze zgorzkniałych i wściekłych na cały świat urzędasów, a załatwienie czegokolwiek wymaga dużej dozy cierpliwości oraz umiejętności negocjatorskich. Miałam okazję się o tym przekonać przy zasięganiu informacji na temat wymiany dowodu osobistego. Zamiast udzielić mi rzeczowych informacji urzędniczka poinstruowała mnie, że powinnam… natychmiast wymeldować się ze swojego miejsca zamieszkania w Polsce (niestety, popełniłam ten błąd i wspomniałam, że w tej chwili przebywam za granicą).

C.d.n.

Do następnego razu!
Agnieszka

Czasy, kiedy na Greenpoincie królowały „szczyre gęby” z Redlińskiego rodem, minęły bezpowrotnie, wypada zatem, panowie i panie, zrewidować swoje poglądy na temat Greenpointu. Redliński swoimi opisami Polaków w Hameryce narobił strasznego zamieszania w głowach ludności czytającej, bo od momentu publikacji książki „Szczuropolacy” a.k.a. „Szczurojorczycy” Greenpoint kojarzony jest powszechnie z typami spod ciemnej gwiazdy (Potejto, Azbest i s-ka), mieszkaniami typu subway oraz stereotypem Polaczka-pijaczka, co to po angielsku ani w ząb, a z całej Ameryki interesują go jedynie „dulary” i robienie na szaro innych rodaków.

Krolewskie Jadlo

Krolewskie Jadlo

Polacy w Nowym Jorku radzą sobie nie najgorzej i wiadomości w stylu, że wszyscy pracują przy zrywaniu azbestu, zmywaniu garów lub zamiataniu ulic są grubo przesadzone (choć też nie ma powodu, aby powyższe zajęcia uznawać za wstydliwe). Przyznaję, pierwsze lata po przyjeździe do Stanów często do łatwych nie należą, bo o pozwolenie na pracę jest tutaj bardzo trudno, a pracując na czarno jest się skazanym na określony rodzaj nisko płatnej pracy, niezależnie od przywiezionego z Polski dyplomu wyższej uczelni.

Polski programista, który przyjeżdża do Anglii, od samego początku może legalnie pracować w tym kraju, o ile w miarę sprawnie posługuje się językiem angielskim. Polski programista w Stanach, jeśli chce pracować w swoim zawodzie, musi najpierw zdobyć pozwolenie na pracę, bo bez niego będzie zaczynał wszystko od zera. Oczywiście inaczej się rzeczy mają, jeśli przyjeżdża tutaj na tzw. wizie pracowniczej i od razu czeka na niego legalna praca za kilkadziesiąt tysięcy rocznie.

Literatura literaturą, a życie – życiem. Tak więc uprzejmie donoszę, że Greenpoint jest cool. Z pobliskiego Williamsburga i zza rzeki czyli z East Village przenosi się tutaj coraz więcej ciekawego towarzystwa, w tym wielu artystów, którzy przerabiają na pracownie stare greenpoinckie fabryki i magazyny. Co za tym idzie – w górę idą czynsze, choć nadal są niższe niż na Williamsburgu (a o Manhattanie nie wspomnę). W tej chwili za wynajęcie na Greenpoincie mieszkania typu studio (kawalerka) trzeba zapłacić min. $800-1000 za miesiąc, za mieszkanie 1-sypialniowe – od $1000-$1200 w górę. A skoro o mieszkaniach mowa, warto wspomnieć, że znany koszykarz Magic Johnson zainwestował spore pieniądze w budowę kompleksu 130 ekskluzywnych apartamentów na Greenpoincie właśnie.

Manhattan Ave.

Szarlotka

Nowe knajpy pojawiają się jak grzyby po deszczu i to nie tylko takie, które serwują pierogi, schabowego i Żywiec. Oczywiście typowo polskich restauracji nadal jest sporo, ale i do nich coraz częściej zaglądają do nich Amerykanie, którzy wcale nie mają problemu ze zjedzeniem kotleta i popiciem go polskim piwem. Moja ulubiona to „Królewskie Jadło” (kiedyś nazywała się „Stylowa”) na rogu Norman i Manhattan Ave. Parę lat temu zmienił się właściciel, co restauracji zdecydowanie wyszło na zdrowie – nowy wystrój i bardziej kreatywne menu.

Time Out New York opublikował niedawno mini-przewodnik po Greenpoincie pt. Going Greenpoint. Jego autorka pod niebiosa wychwala domową polską kuchnię, szczególnie placki po węgiersku w „Christina’s Restaurant” (Manhattan Ave. między Noble i Milton) oraz pierogi w „Old Poland Bakery & Restaurant” (Nassau Ave. przy Humboldt).

Jednym słowem Greenpoint jest OK i nie ma powodu, żeby go uważać za dzielnicę drugiej kategorii.

Do następnego razu!
Agnieszka

W Nowym Jorku sezon wakacyjno-ogórkowy w całej pełni. Nie dość, że raz deszcz, raz spiekota połączona z niemiłosierną wilgotnością powietrza, to na Times Square prawdziwe oblężenie turystów. Nowojorczyków w tym tłumie jak na lekarstwo, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby w żółwim tempie przeciskać się zatłoczonym chodnikiem przez najbardziej zapchaną część miasta. Turyści europejscy, a zwłaszcza niemieccy, mają interesujący zwyczaj chodzenia zwartym pięcioosobowym szeregiem, przez co dokładnie blokują drogę każdemu, kto chciałby ich z którejkolwiek strony ominąć.  Co ciekawe, nie zauważyłam, aby ten zwyczaj uprawiali u siebie w  kraju, zdaje się rezerwują go wyłącznie na wyjazdy zagraniczne.

Z tubylców – głównie Nagi Kowboj, ale on w zasadzie też przyjezdny choć urzęduje na Times Square od bardzo dawna. Od tak dawna, że w pewnym momencie zaczęłam wręcz podejrzewać, że „Nagi Kowboj” to nie osoba, ale zawód, który przechodzi z ojca na syna.  Ale jednak nie – Nagi Kowboj jest tylko jeden, jedyny i niepowtarzalny. Nazywa się Robert John Burck, pochodzi z Ohio i ma 37 lat.

Nagi Kowboj na Times Square

Nagi Kowboj

Podobno w okresie karnawału wyjeżdża z Nowego Jorku na gosścinne występy do Nowego Orleanu, czemu się nie należy specjalnie dziwić, bo nowojorskie zimy do najłagodniejszych nie należą. Trudno go nie rozpoznać – na nogach kowbojki, na głowie kapelusz (kowbojski, a jakże), a na majtkach napis drukowanymi literami: Naked Cowboy. To na wypadek, gdyby ktoś nadal miał wątpliwości, z kim ma do czynienia. 

Do nieśmiałych na pewno nie należy – na swojej stronie internetowej www.nakedcowboy.com zachęca do wysyłania emaili i publikuje nawet swój numer komórki.

Do następnego razu!
Agnieszka

Szewcy bez butów

Niedawno premier Kaczyński publicznie przyznał się, że nie ma konta bankowego, teraz minister zdrowia Religa nie decyduje się na chemioterapię, bo nie wierzy w jej skuteczność. Z mieszanymi uczuciami czytam informacje tego typu  – mam wrażenie, jakby niektórzy polscy politycy byli naiwnie nieświadomi faktu, że są jak szewcy zachwalający zalety chodzenia boso i że w momencie objęcia stanowisk rządowych na amen zrzekli się swojego prawa do prywatności.

Zbigniew Religa jako osoba prywatna ma prawo do podejmowania dowolnych decyzji w tak trudnej i osobistej sprawie, jak wybór metody leczenia onkologicznego – w podobnej sytuacji niektórzy chcą spróbować wszelkich dostępnych metod leczenia i łapią się każdej szansy, a inni powiedzą, że żyli już wystarczająco długo i nie będą się męczyć chemioterapią. Prof. Religa jako minister zdrowia, odmawiając dalszego leczenie nie daje dobrego przykładu innym pacjentom, którzy korzystają z tego samego systemu opieki zdrowotnej i teraz zapewne zachodzą w głowę, po co w ogóle próbować, skoro chemia i tak jest nieskuteczna.

Religa jest profesorem medycyny i zapewne ma podstawy twierdzić, że akurat w jego przypadku ewentualna chemioterapia tylko nieznacznie zwiększa prawdopodobieństwo wyleczenia, nawet jeśli wielu onkologów jest odmiennego zdania. Ludzie w podobnej sytuacji muszą wybierać między jakością życia  a jego długością – niektórzy wolą dać sobie spokoj z leczeniem i pożyć spokojnie jakiś czas bez paskudnych skutków ubocznych związanych z tradycyjną chemioterapią.

Niestety, tak to już jest w polityce, że każda decyzja, prywatna czy urzędowa, trafia pod szkło powiększające opinii publicznej, i w przypadku prof. Religi też nie jest inaczej.

Do następnego razu!
Agnieszka

Rymu nie dokończę, bo dawno temu postanowiłam, że nie będę tutaj używać wyrazów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite, nawet jeśli czasem trudno się w porę ugryźć w język. Zwłaszcza, kiedy się czyta niektóre informacje na temat USA serwowane czytelnikom przez polskie media. Mała próbka z wczorajszego wydania Gazety Wyborczej„Ostrzeżenie przed huraganem w Nowym Jorku, 9-metrowe fale mogą zalać miasto”:

Nowy Jork musi być przygotowany na atak potężnego huraganu, który spowoduje zalanie części Manhattanu i innych rejonów miasta – ostrzegł sekretarz ds. bezpieczeństwa krajowego Michael Chertoff.

Zdaniem meteorologów, nowojorskiej metropolii grozi atak huraganu o szybkości wiatru powyżej 200 km/godz, który spowoduje powstanie fal o wysokości 9 metrów.

Z kolei portal Wiadomosci24 wie jeszcze dokładniej, że „Nowemu Jorkowi grozi zalanie – nadciąga 7-metrowa fala”

Jak można zaobserwować na stronie internetowej amerykańskiego departamentu NOAA (National Oceanic & Atmospheric Administration), Nowemu Jorkowi i okolicom może grozić w ciągu najbliższych kilkunastu godzin kataklizm!

Hmm… wczoraj trochę popadało. Dzisiaj od rana to samo, musiałam nawet zabrać ze sobą parasol (a parasoli nie cierpię, chyba że plażowe), ale żeby potężny huragan i 7-metrowe fale? I to niby już za parę godzin, bo ta notatka prasowa była opublikowana wczoraj? Mieszkam jakieś 25 minut od wybrzeża Atlantyku, wiec wolałabym wiedzieć co mnie czeka, zwłaszcza że mam na utrzymaniu dwa psiaki, które panicznie boją się grzmotów i błyskawic…

Obie wiadomości oparte są na wyrwanej z kontekstu informacji o jakiejś konferencji prasowej, na której Department of Homeland Security przypomniał, że Nowy Jork powinien być przygotowany do huraganu czy innego kataklizmu. Ale tak samo przecież przypomina się o gotowości policji i wojska do ewentualnego ataku terrorystycznego.

Sezon huraganów trwa na amerykańskim wybrzeżu Atlantyku od czerwca do października listopada i w tym czasie Stany nawiedza od kilkunastu do kilkudziesięcu huraganów o większej lub mniejszej sile, z których każdy otrzymuje własne imię (wbrew powszechnej opinii niekoniecznie żeńskie) zaczynając od pierwszej litery alfabetu. „Potężny huragan” i „fale” raz na ileś tam lat może się zdarzyć w każdym z amerykańskich miast położonych nad Oceanem, i Nowy Jork nie jest pod tym względem wyjątkiem. Zdarzyło się w Nowym Orleanie dwa lata temu, może się zdarzyć i tutaj.

Nie zapominajmy jednak, że amerykańskie służby meteorologiczne w większości przypadków są w stanie prawie bezbłędnie obliczyć trasę i siłę nadchodzącego huraganu, aby dać ludziom czas na ewakuację. Może trudno o tym pamiętać mając w pamięci dantejskie sceny z Nowego Orleanu po Katrinie, ale przed Katriną też było wiadomo, że do Nowego Orleanu zbliża się potężny huragan. To nie służby meteorologiczne zawaliły sprawę, ale FEMA i władze miasta, które po prostu nie były w stanie przeprowadzić sprawnej ewakuacji wszystkich mieszkańców pozbawionych własnego środka transportu albo chcących pozostać w swoich domach.

Prawdopodobieństwo huraganu w Nowym Jorku nie jest dzisiaj większe niż roku temu, jaki więc sens ma opatrywanie informacji na ten temat pseudo-sensacyjnym tytułami? To zapewne pozostanie słodką tajemnicą redaktorów odpowiedzialnych za działy informacyjne (osobiście podejrzewam, że ma to co nieco do czynienia z tzw. oglądalnością stron). Wiadomosci24 można jeszcze rozgrzeszyć – w końcu jest to serwis, gdzie jeszcze wczoraj wiadomością dnia było to, że „Dorota i Tomek zdecydowali się żyć w czystości aż do ślubu” – ale Wyborcza niech się wstydzi.

Do następnego razu!
Agnieszka

Jestem za amnestią

Wygląda na to, że wielu ludzi w Stanach jak ognia boi się ewentualnej amnestii dla nielegalnych imigrantów. Mimo że słowo „amnestia” bezpośrednio nie pojawiało się w obecnym projekcie reformy imigracyjnej, niektórzy tak właśnie interpretowali proponowane zmiany – ustawa przewidywała bowiem drogę do legalizacji pobytu (a w przyszłości – do obywatelstwa) dla 12 milionów imigrantów, którzy w tej chwili przebywają w Stanach nielegalnie.

Niestety, reforma utknęła w Senacie, a właściwie została zablokowana. Zwolennicy projektu próbowali wprowadzić go na szybką ścieżkę legislacyjną ograniczającą czas debaty i umożliwiającą ostateczne głosowanie w ciągu najbliższych tygodni. Nie udało im się tego planu zrealizować i chociaż nie oznacza to jeszcze, że sprawa przepadła z kretesem, to jednak nie wiadomo, kiedy powróci do porządku obrad.

Nie rozumiem, dlaczego w ogóle ktoś mówił tutaj o amnestii, a może raczej straszył amnestią. Samo słowo „amnestia” sugeruje coś za nic, a proponowany w ustawie proces ubiegania się o zieloną kartę miał być obwarowany dziesiątkami warunków, takich jak kara pieniężna w wysokości 5 tys. dolarów, dobra znajomość angielskiego, konieczność powrotu do kraju pochodzenia oczekiwanie tam na rozpatrzenie sprawy – w sumie cały proces miałby trwać 13 lat! Tak więc na pewno nie można tutaj mówić o podawaniu komuś obywatelstwa na tacy.

Natomiast twierdzenie, że Stany Zjednoczone nie powinny zezwolić na legalizację pobytu tej grupy imigrantów, jest zwykłym chowaniem głowy w piasek. „Nielegalni” już tutaj są i raczej trudno liczyć na to, że wyjadą stąd dobrowolnie, a żaden trzeźwo myślący polityk nie pokusiłby się na zaproponowanie, aby deportować 12 milionów ludzi, nawet jeślie takie byłyby oczekiwania konserwatywnej części elektoratu. A skoro deportacja nie wchodzi w grę (jeśli nie liczyć symbolicznych „łapanek”, które urząd imigracyjny urządza od czasu do czasu) to jaka pozostaje alternatywa? Przymykanie oczu i udawanie, że nie ma problemu?

Prawda jest taka, że ludzie ci są na tyle wtopieni w gospodarkę amerykańską, zwłaszcza w wielkich aglomeracjach miejskich takich jak Nowy Jork, że trudno wyobrazić sobie normalne funkcjonowanie miasta bez ich udziału. Nie trafia do mnie argument, że nielegalni emigranci ponoszą winę za niskie stawki wynagrodzenia w niektórych dziedzinach – nie zapominajmy o wpływie globalizacji i eksportu amerykańskich miejsc pracy do krajów, gdzie za taką samą pracę płaci się jedną czwartą amerykańskiej stawki. Wie o tym każdy, kto czasem dzwoni do swojego, amerykańskiego przecież, banku, a rozmawia z kimś na drugiej półkuli.

Nie jestem też przekonana, że amnestia imigracyjna zwiększyłaby obciążenie wątłej amerykańskiej sieci zabezpieczeń socjalnych. Ludzie, którzy tutaj przebywają nielegalnie, i tak korzystają z amerykańskich szpitali i szkół, ale często nie składają rozliczeń podatkowych, bo boją się pozostawiania jakichkolwiek urzędowych śladów swojej obecności tutaj. Otwarcie drogi do legalnego pobytu mogłoby tę sytuację zmienić.

Do następnego razu!
Agnieszka

Emigracyjna ruletka

Po 9/11 bardzo wzrosła w Stanach liczba deportacji nielegalnych imigrantów. W większości przypadków są to pracujący na czarno robotnicy wyłowieni przy okazji „łapanek” w fabrykach, sieciach handlowych i na farmach, gdzie za jednym zamachem służby imigracyjne wysyłają do więzienia nawet kilkadziesiąt osób. Najczęściej dotyczy to imigrantów zza południowej granicy, natomiast o deportacjach Polaków słyszy się rzadko.

Pierwszy raz z tego typu historią dotycząca polskiej rodziny (gdzieś z Wschodniego Wybrzeża) zetknęłam się kilka lat temu. Rodzina ta została deportowana do Polski razem z dwojgiem nastoletnich dzieci, które przyjechały tutaj z rodzicami w bardzo młodym wieku, ale ponieważ urodziły się w Polsce, nie miały szansy na obywatelstwo amerykańskie. Po kilkunastu latach obracania się w amerykańskim środowisku dzieci przestały mówić po polsku (moim zdaniem –  duży błąd i zaniedbanie ze strony rodziców), a rodzice mieli tutaj dom i normalne życie, więc można sobie tylko wyobrazić, co oznaczał dla nich nakaz opuszczenia Stanów nieomal z dnia na dzień.

W tym tygodniu gazety polskie i amerykańskie opisały przypadek Janiny Wasilewskiej -mieszkającej w Chicago od 18 lat Polki, która właśnie otrzymała nakaz deportacji wraz z zakazem wjazdu do Stanów przez dziesięć lat („Dziennik” – Polka wyrzucona z USA po 18 latach pobytu, „Rzeczpospolita” – Wraz z Bushem przyleci deportowana Polka oraz „Chicago Tribune”- Clock Is Ticking for Asylum Seeker). Kobieta zabiera ze sobą sześcioletniego synka, który urodził się w Stanach i nawet imię ma typowo amerykańskie, a pozostawia – męża, który jest na drodze do uzyskania obywatelstwa amerykańskiego i z którym prowadziła tutaj własny biznes.


Fot. Chicago Tribune

Dziennik pisze tak:

Pani Janina przyjechała do USA w marcu 1989 roku. Od razu wystąpiła o azyl polityczny. W kraju działała w „Solidarności”. Amerykański sąd długo rozpatrywał jej wniosek. W końcu w 1995 roku odmówił Polce azylu. Uznał, że skoro w Polsce jest już demokracja, to pani Janina może wrócić do ojczyzny.

Swego czasu dużo słyszało się tutaj o obrotnych agencjach, które w zamian za spore opłaty obiecywały szybkie załatwienie numeru ubezpieczenia społecznego Social Security oraz pozwolenia na pracę. Klient dostawał do podpisania kilka formularzy i często nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że w jego imieniu zostaje złożone podanie o azyl polityczny w USA. Przy podaniach o azyl pozwolenie na pracę dostaje się tutaj bardzo szybko, a ponieważ sama sprawa ciągnie się latami (amerykański urząd imigracyjny znany jest ze swojej opieszałości), można sobie tutaj mieszkać i pracować, przez kilka lat żyjąc w błogiej nieświadomości.

Niestety, kiedy sprawa w końcu zostanie rozpatrzona – w zdecydowanej większości przypadków odmownie – dostaje się nakaz natychmiastowego opuszczenia Stanów Zjednoczonych. Nie jest dla mnie do końca jasne, w jaki sposób opisana w tych artykułach kobieta mogła tutaj być jeszcze przez 12 lat od momentu odrzucenia jej podania o azyl – jedyne wyjaśnienie, jakie mi przychodzi do głowy jest takie, że kiedyś nakazów deportacji po prostu nie egzekwowano. Czasy się jednak zmieniły.

Tekst w „Dzienniku” opatrzony jest podtytułem „Bezduszna decyzja amerykańskiego sądu”. No cóż, sądy – tak samo polskie, jak i amerykańskie – są od egzekwowania obowiązującego prawa, przynajmniej w teorii, a  my wszyscy ponosimy konsekwencje podejmowanych decyzji.  Żal tych ludzi, bo w najlepszym wypadku czeka ich małżeństwo na odległość,  i wyobrażam sobie, jaki szok muszą teraz przeżywać. Jednak dla innych osób w podobnej sytuacji powinno to być poważne ostrzeżenie: siedzenie w Stanach latami bez uregulowanego pobytu to coś w rodzaju rosyjskiej ruletki – jednym się uda, innym nie.  Stany Zjednoczone anno domini 2007 niestety nie są już tym samym krajem, jakim były kilkanaście lat temu, kiedy na wiele rzeczy patrzyło się przez palce i kiedy bez prawa legalnego pobytu można było kupić dom i prowadzić własny biznes – wszystko bez większych problemów.

Nie rozumiem jednak przesadnie tragizującego tonu tych artykułów, tak jakby chodziło  o deportację do kraju, gdzie prosto z lotniska zabiera się deportowanego na tortury, a nie Polskę –  cywilizowany kraj w środku Europy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Dziennikarze po raz kolejny nie odrobili pracy domowej. Opisana z detalami historia człowieka, który rzekomo po 19 latach wybudził się ze śpiączki, okazała się w dużej mierze wyssana z palca. Chory był owszem, w nie najlepszym stanie, ale nie w śpiączce w rozumieniu medycznym – rozumiał, co się do niego mówi, dawał znaki oczyma itd.

Kiedy przeczytałam w prasie pierwszą wzmiankę na ten temat, pewne szczegóły nie za bardzo pasowały – jak to, przez dziewiętnaście lat żona karmiła łyżeczką chorego w śpiączce? Co prawda nie jestem lekarzem, ale byłby to chyba pierwszy znany medycynie przypadek karmienia łyżką chorego w stanie wieloletniej śpiączki.

A teraz Wyborcza prostuje:

Szeroko komentowana w mediach informacja o rzekomym wybudzeniu Jana Grzebskiego po 19 latach śpiączki to zdaniem szpitala nieprawda. W tym przypadku można mówić nie o śpiączce, lecz afazji, czyli zaburzeniach mowy i artykulacji. – W efekcie przeżywamy szturm dziennikarzy, co zakłóca pracę działdowskiego szpitala, w którym pacjent był leczony – powiedziała dyrektor ds. opieki zdrowotnej SPZOZ w Działdowie dr Joanna Hensel.

Dziennikarze nie dość, że nazmyślali w gazetach, to jeszcze na dokładkę kobiecie zadeptali dywan w salonie… Pani Grzebska nie była zachwycona całym zamieszaniem wokół sprawy i narzekała na tłumy dziennikarzy, którzy pchali się jej do domu w niezbyt dokładnie wyczyszczonych butach i zniszczyli dywan.

No cóż, pewne tematy są na tyle „fotogeniczne”, że media nie potrafią odmówić sobie przyjemności ich rozwinięcia, nawet jeśli trzeba to czy owo wyolbrzymić albo podkolorować. A pucybutów w Polsce jak na lekarstwo.

Do następnego razu!
Agnieszka

Z dużym zainteresowaniem obserwuję falę emocji, jaka ostatnio ogarnęła Stany w związku z proponowaną przez Senat ustawą imigracyjną, która – o ile wejdzie w życie – spowoduje całkowitą zmianę reguł przyznawania amerykańskich wiz pobytowych czyli tzw. zielonych kart. Od projektu do realizacji droga daleka, bo najpierw ustawa musi zostać zatwierdzona przez Kongres i podpisana przez prezydenta, ale jeśli wejdzie w życie w proponowanym kształcie, to zanosi się na prawdziwą rewolucję w amerykańskim prawie imigracyjnym.

Proponowane zasady praktycznie wyeliminują sponsorowanie przez krewnych i popularną wśród niektórych nacji „imigrację łańcuszkową” do Stanów, kiedy to osoba posiadająca obywatelstwo amerykańskie sponsoruje swoje rodzeństwo, rodziców lub dorosłe dzieci. Z kolei sami sponsorowani,  po uzyskaniu zielonej karty, a po pięciu latach amerykańskiego obywatelstwa, taką samą przysługę wyświadczają kolejnym krewnym. Według nowych zasad obywatele amerykańscy nadal mieliby prawo do sponsorowania współmałżonków oraz niepełnoletnich dzieci, natomiast zostałaby wyeliminowana lub mocno ograniczona możliwość sponsorowania rodzeństwa, rodziców oraz dorosłych dzieci.

Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych ma zostać wprowadzony system punktowy, według którego osoby ubiegające się o pobyt stały w Stanach będą otrzymywać punkty za wykształcenie, znajomość angielskiego oraz kwalifikacje zawodowe (STEM – czyli science, technology, engineering, mathematics)  do maksymalnej liczby 100 punktów. Natomiast mniejsze znaczenie będzie miał fakt, że ma się w Stanach krewnych – nadal będzie można uzyskać za to kilka punktów, ale ich znaczenie będzie stosunkowo niewielkie.

Według proponowanej reformy fala niewykwalifikowanych i słabo znających angielski imigrantów ma zostać zastąpiona ludźmi wykształconymi i reprezentującymi poszukiwane zawody. Dzisiejszy The New York Times przedstawia ciekawą prognozę opartą na analizie statystycznej obecnych trendów imigracyjnych. Z analizy tej wynika, że najwięcej ludzi z wyższym wykształceniem (magisterium lub doktorat) przyjeżdża do Stanów z Indii i Chin, natomiast niewykwalifikowana siła robocza – głównie zza południowej granicy czyli z Meksyku i innych krajów Ameryki Środkowej.

Proponowany system punktowy (pełna informacja na stronie NYT):

  • Zawód – do 47 pkt.
    20 pkt. – „wybrane zawody”
    2 pkt. – każdy rok przepracowany w amerykanskiej firmie do max. 10 pkt.
    3 pkt. – wiek od 25 do 39 lat.
  • Wykształcenie – do 28 pkt. 
    20 pkt.  – magisterium
    16 pkt – B.A.
    6 pkt. – szkoła średnia
  • Znajomość angielskiego i historii USA – do 15 pkt.
    15 pkt. – native speaker lub egzamin TOEFL na poziomie co najmniej 75
  • Krewni w USA – do 10 pkt. pod warunkiem, że kandydat uzyskał min. 55 pkt. w pozostałych kategoriach
    8 pkt. – dorosłe dziecko obywatela USA
    6 pkt. – dorosłe dziecko stałego rezydenta
    4 pkt. – rodzeństwo obywatela USA lub stałego rezydenta.

Oddycham z ulgą, bo mój dziewiczy amerykański paszport od lutego leży sobie spokojnie w szufladzie i czeka na swoją pierwszą pieczątkę.

Do następnego razu!
Agnieszka