Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polska’ Category

W Polsce wiek podeszły zaczyna się zaraz po czterdziestce, diabli zresztą wiedzą, może już po trzydziestce, skoro nawet mając lat 35 jest się za starym na znalezienie pracy? Ostatnio Wyborcza opublikowała artykuł na temat 40-paroletnich pracowników polskich MacDonald’s tytułując go McDonald’s zatrudnia babcie i dziadków:

Na ok. 10 tys. osób zatrudnionych w 210 restauracjach McDonald’s jest już blisko setka babć. Niektóre pracują od lat. 47-letnia Ela Mańk (od trzech lat babcia małej Wiktorii) do baru w Jankach pod Warszawą trafiła dziewięć lat temu – syn, idąc ze szkoły, znalazł ulotkę o pracy.

Może autor tego artykułu chciał podkreślić raczej sam fakt posiadania wnuków niż wiek metrykalny. Niezależnie od intencji wyszło jednak inaczej i jeśli ktoś poprzestałby na przeczytaniu samego tytułu, mógłby pomyśleć, że polskie MacDonald’s zatrudniają 80-letnich staruszków i nie domyślić się,  że chodzi tutaj o ludzi czterdziestoparoletnich.

Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd się bierze to, że Polacy w średnim wieku zaczynają być uważani – i zaczynają sami siebie uważać – za starych. Czyżby wpływ sławnego rodaka Polańskiego (Może mieć nawet i piętnaście lat, byle tylko młodo wyglądała)? Nie, gdzie tam, przecież nie każdy rodak oglądał „Pianistę” czy choćby „Chinatown”…  Przyczyna leży gdzie indziej – Polacy i Polki z reguły wcześnie się żenią/wychodzą za mąż. Jeśli kobieta rodzi pierwsze dziecko w wieku lat dwudziestu, a jej córka podobnie, wtedy faktycznie ma duże szanse zostać babcią zaraz po 40-tce. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zaraz potem siłą rozpędu wszyscy – w tym również zainteresowana (zainteresowany) – zaczynają uważać,  że człowiek nadaje się tylko do zabawiania wnuków. 


© Alice G.

Amerykanie są pod tym względem na zupełnie przeciwnym biegunie. Coraz później się żenią, coraz później mają dzieci, i nie mają najmniejszych oporów przed rozpoczynaniem studiów czy nauką nowego zawodu w wieku, który przeciętnego Polaka dyskwalifikuje jako dziadka. Najlepiej się o tym przekonać obserwując w niedzielne poranki  towarzystwo jeżdżące na rolkach albo na rowerze w Central Park.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Boruc narozrabiał?

Boruc zebrał masę pochwał za doskonałą grę w niedzielnym meczu Celticu Glasgow z Rangersami, ale chyba będzie miał  kłopoty, bo w trakcie meczu… przeżegnał się. Czytam w Wyborczej:

Polak zagrał świetnie, ale znowu może mieć problemy. Fani Rangers oskarżają go o kolejną prowokację. W lutym, po poprzednich derbach na Ibrox Park kibice Rangers, w większości protestanci, zeznali w prokuraturze, że Polak ich prowokował, ostentacyjnie czyniąc znak krzyża. Policja potwierdziła, że swoim zachowaniem Boruc wzburzył tłum, ale telewizyjne kamery nie uchwyciły tego momentu. Gdy prokuratura pouczyła polskiego bramkarza, wywołało to burzę wśród szkockich katolików, którzy twierdzili, że skandalem jest karanie zawodnika za przeżegnanie się. sport.gazeta.pl/GW/1,75693,3801473.html

Teraz pozostaje pytanie, czy Artur Boruc przeżegnał się, aby zagrać na nosie kibicom Rangersów, czy dlatego, że robi to zawsze, gdy wchodzi do bramki, podobnie jak inni bramkarze z Włoch czy Hiszpanii. Ja mam taki zwyczaj, ilekroć wsiadam do samolotu, i mało mnie wzrusza fakt, że współpasażerowie na liniach Finnair pewnie patrzą na mnie jak na zabobonną wariatkę.

Jednakże wychodzi na to, że co wolno szarakowi, to nie bramarzowi Borucowi. Bramkarz w europejskiej lidze ma być widocznie politycznie poprawny i światopoglądowo niezależny. Co ciekawe, protestują – nomen omen – protestanci, czyli chrześcijanie, a nie na przykład żydzi czy wyznawcy Allaha, którzy mieliby prawo poczuć się z lekka nieswojo, gdyby ktoś im nad głową kreślił znak krzyża.

Teraz zapewne zacznie się w mediach dorabianie teorii, że u podłoża afery leży stary konflikt między protestantani a katolikami na Wyspach Brytyjskich itepe, itede, ale moim zdaniem jest to tłumaczenie na siłę. Boruc mieszka w Europie i ma prawo wyznawać religię, jaką chce, z kultem strumieni albo Światowida czy Swarożyca włącznie.  I jeśli przed meczem lubi się przeżegnać albo splunąć trzy razy przez lewe ramię, to jest to jego prywatna sprawa, a tłumowi nic do tego.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Jestem człowiekiem roku

Opiniotwórczy amerykański tygodnik „Time” ogłosił wczoraj, że zostałam „Człowiekiem roku 2006”. OK – przesadziłam,  tytuł na okładce brzmi dokładnie „Człowiekiem roku 2006 jesteś Ty”. Ale skoro TY, to przeciez również JA, bo niby czemu nie? TY to przecież każdy użytkownik Internetu, który przyczynił się do rozwoju sieciowych treści, innymi słowy –  każdy blogger, każdy użytkownik „MySpace” i każdy amator-fotograf publikujący swoje zdjęcia na Flickr.com.

Nie wątpię, że zasłużyłam sobie na tytuł Człowieka Roku, bo:

  1. Mam własny blog a.k.a. Salon nowojorski.
  2. Publikuję zdjęcia na Flickr (co prawda dopiero od paru dni i mało kto je ogląda, ale nie od razu Kraków zbudowano…)
  3. W dużej mierze przyczyniłam się do zrównania z ziemią i odbudowania od zera serwisu Polonia.net, dzięki czemu liczba odwiedzin od września do grudnia zwiększyła się nam o jakieś 40%.

A teraz poważnie: w komentarzu uzasadnianiającym tegoroczny raczej nietypowy wybór „Człowieka roku” dziennikarz „Time’a” Lev Grossman napisał m.in.:

Za przejęcie sterów globalnych mediów, za ustanowienie i kształtowanie nowej, cyfrowej demokracji; za pracę za darmo i ogranie profesjonalistów w ich własnej grze – Ty zostajesz ‚Człowiekiem roku 2006’ „Time”.

Praca za darmo wreszcie doceniona. O tak, to zdecydowanie rozumiem. Jednym słowem – gratulacje dla kolegów i koleżanek po blogu, wszystkich szanownych użytkowników Internetu i oczywiście dla mnie:)

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Polsce po amerykańsku

Działające w Polsce firmy amerykańskie domagają sie zmiany przepisów o zatrudnieniu tak, aby na dłużej mogły zatrudniać pracowników tymczasowych oraz aby mogły szybciej się ich pozbywać – pisze „Gazeta Wyborcza” cytując „ŻW” .

Amerykańskie koncerny, które prowadzą swoje interesy w Polsce, domagają się dalszej liberalizacji przepisów o zatrudnieniu. Chcą m.in. dłużej zatrudniać na czas określony i szybciej pozbywać się pracowników w ciągu trzech dni, jeśli umowa jest krótsza niż na pół roku – podkreśla „ŻW”.
zródło

W Stanach można pracownika zwolnić nawet w ciągu jednej godziny i w wielu firmach jest to praktykowane. Pracownik może przyjść rano do pracy, po południu natomiast może dowiedzieć się, że już w firmie nie pracuje. Dostaje się wtedy mało gustowne kartonowe pudełko na spakowanie biurowego dobytku, po czym w ciągu kilkudziesięciu minut opuszcza się siedzibę firmy (w towarzystwie ochrony lub bez). W czasach amerykańskiego boomu dot-com, kiedy pojawiające się jak grzyby po deszczu firmy internetowe najpierw na potęgę przyjmowały ludzi do pracy, a potem masowo ich zwalniały, byłam świadkiem wielu tego rodzaju scen.

Inaczej wygląda to jedynie tam, gdzie działają związki zawodowe, oraz w dużych firmach, które dobrowolnie wprowadziły coś w rodzaju Employee Handbook i  zobowiązały sie do przestrzegania z góry określonych zasad zwalniania pracowników, przyznawania odpraw itd.  Jednakże w większości firm amerykańskich obowiązuje zasada employment at will, według której pracodawca ma prawo zwolnić pracownika z dnia na dzień, bez wcześniejszego wypowiedzenia, że o luksusach typu odprawa nie wspomnę.

Europejczykom, którzy przyjeżdżają do Stanów, czasem trudno jest zrozumieć zasady, na jakich funkcjonuje amerykańska gospodarka. Warto jednak pamiętać, że Stany mają zaledwie 5-procentowe bezrobocie, czyli na poziomie dużo niższym niż Europa.

Mam natomiast pewne wątpliwości co do tego, jak ta proponowana liberalizacja przepisów o zatrudnieniu zadziała w Polsce (o ile wejdzie w życie), gdzie nie ma mobilności pracy i gdzie taki zwolniony z dnia na dzień pracownik ma pewnie większe szanse na zasilenie szeregów bezrobotnych niż na znalezienie sensownej oferty.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Zajrzałam przed chwilą na strony Rzeczpospolitej, aby sprawdzić, czy potwierdziły się informacje, że poseł Ł. nie jest ojcem dziecka pani K. Owszem, potwierdziły się, bo jak pisze Rzepa:

Prokuratura Okręgowa w Łodzi oficjalnie potwierdziła w sobotę wyniki badań DNA, które wykazały niezbicie, że Stanisław Łyżwiński nie jest ojcem 3,5-letniej Weroniki, córki Anety Krawczyk. Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury oświadczył, że „tego typu badania dają niemal 100 proc. pewność i nie ma powodów, żeby je podważyć”.

Ale największego smaczku dodaje całej sprawie następujący kawałek (również z „Rzeczpospolitej”):

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników badań Agata Kalińska-Moc, pełnomocniczka Anety Krawczyk, powiedziała, że jej klientka rozważa złożenie pozwu o ustalenie ojcostwa przeciwko Andrzejowi Lepperowi. W tym samym czasie Aneta Krawczyk współżyła bowiem ze Stanisławem Łyżwińskim i szefem Samoobrony Andrzejem Lepperem. Fakt, że Łyżwiński nie jest ojcem dziewczynki, nie podważa wiarygodności samej Anety Krawczyk – uważa pani pełnomocnik.

O tak, pani K. jest osobą jak najbardziej wiarygodną, tyle tylko, że cierpi na lekkie zaburzenia pamięci. A pani pełnomocnik wychodzi zapewne z założenia, że w Samoobronie jurnych chłopów nie brakuje, więc może wreszcie uda się znaleźć takiego, który w sprawie – że tak powiem – palce maczał.

Szukajcie a znajdziecie, jak powiada Pismo.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Polska scena polityczna coraz bardziej przypomina cyrk. Jeszcze parę dni temu odsądzono od czci i wiary rzekomego molestanta posła Samoobrony Łyżwińskiego, który miał zmajstrować dzieciaka zatrudnionej w swojej kancelarii Anecie Krawczyk, a następnie przy pomocy swego asystenta-weterynarza aplikować jej środki wczesnoporonne. Dziś są pierwsze informacje, że badania DNA domniemane ojcostwo Łyżwińskiego wykluczyły.

Sprawę ujawniła w poniedziałek „Gazeta Wyborcza”. Aneta Krawczyk – była radna Samoobrony w łódzkim sejmiku i była dyrektorka biura poselskiego Łyżwińskiego – twierdziła, że pracę w partii miała dostać w zamian za usługi seksualne świadczone Łyżwińskiemu i szefowi Samoobrony Lepperowi. We wtorek w telewizji TVN Krawczyk oznajmiła , że Łyżwiński jest ojcem jej 3,5-letniej córki.

Natomiast w dzisiejszej „Wyborczej” czytamy:

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania na zwołanej konferencji prasowej poinformował, że z wyników badań DNA posła Stanisława Łyżwińskiego wynika, że nie jest on ojcem najmłodszego dziecka Anety Krawczyk.

Jeśli ta informacja się potwierdzi, to wychodzi na to, że „Wyborcza” wyciagnęła pannę Krawczyk jak królika z kapelusza, aby skompromitować kolejnego „buraka” z Samoobrony. Wbrew zasadzie, że w cywilizowanych krajach udowodnić należy winę, nie zaś jej brak, chyba że akurat w Polsce obowiązuje zasada guilty until proven innocent.

No cóż, prawdziwa krytyka cnoty się nie boi, a niektórzy rodacy – zamiast brać się do roboty – z lubością grzebią w cudzych rozporkach. Ja natomiast z dużym zainteresowaniem czekam na dalszy ciąg afery rozporkowej.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Warszawie jest tak wiele ciekawych pubów i barów, że każdy odwiedzający stolicę naprawdę ma w czym wybierać. Ponieważ byłam w Warszawie krótko i przejazdem, a od czasów, kiedy mieszkałam w stolicy, wiele wody upłynęło w Wiśle, przeprowadziłam wśród znajomych małą sondę na temat ciekawych miejsc, gdzie można przyjemnie spędzić czas. Jedyny warunek – miejsce miało być oryginalne i w centrum.

Nasz wybór padł na restaurację-bar Republica Latina przy Placu Trzech Krzyży. Wystrój zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie –  urządzone w ciepłych latynoskich barwach wnętrze, na ścianach – kilimy i stylizowane wielkie lustra, a nad prowadzącymi na piętro drewnianymi schodami przykuwający wzrok ogromny kryształowy żyrandol (nawet jesli czepialscy stwierdzą, że w nijak się on nie ma do latynoskiej tematyki lokalu). Na parterze nie było miejsc, bo okazało się, że w piątkowe wieczory wcześniejsze zrobienie rezerwacji jest bardzo wskazane. Skierowano nas zatem do sali na piętrze, gdzie były co prawda wolne stoliki, ale jak nam powiedziano, te również czekały na gości z wcześniejszą rezerwacją.

Usiadłyśmy więc przy gigantycznym barze zajmującym sporą część przestronnej sali na piętrze i na pocieszenie mogłyśmy się dokładniej przyjrzeć oferowanym trunkom, gustownie wystawionym w podświetlanych witrynach. Nasz wybór padł na martini extra dry (dla mnie) i koktajl bezalkoholowy (dla Moniki), do tego gorące przekąski: taco czyli tortilla z farszem z czarnej fasoli i avocado oraz jalapeno chicken wings – skrzydełka kurczaka w pikantnym sosie, jako że Republica specjalizuje się w kuchni latynoamerykańskiej, a dokładniej Tex-Mex.

Drinki pojawiły się bardzo szybko i jak się łatwo domyślić zniknęły też raczej szybko. Natomiast przekąski – o, to już zupełnie inna para kaloszy. Po mniej więcej 20 minutach oczekiwania zapytałyśmy barmana, czy nastąpił jakiś postęp w realizacji naszego zamówienia. Pan barman – lekko tylko zmieszany – pobiegł do kuchni sprawdzić, po czym oznajmił, że dzisiaj potrwa to trochę dłużej, bo w kuchni urzęduje… sam szef. Ha! Rozumiem, że szefowi raczej nie zależało na szybkiej obsłudze, może w myśl zasady, że im dłużej klient czeka na jedzenie, tym więcej kasy pozostawi w barze? Tak się na pewno stało w naszym przypadku, bo szybko zamówiłyśmy następną kolejkę (niestety, tym razem moje martini pojawiło się bez oliwki – czyżby w Republice przysługiwała tylko jedna na klienta?)

W międzyczasie nowy barman zastąpił pierwszego, zarezerwowane stoliki świeciły pustkami, a nasze zamówienie nadal się nie materializowało. Po kolejnych 20 minutach oczekiwania postanowiłyśmy wtajemniczyć w sytuację nowego barmana, który po kolejnym sprawdzeniu w kuchni oznajmił, że „dania już idą” (sądząc po tempie, w jakim się to odbywało, miały biedactwa za sobą długą droge, a przed sobą – jeszcze dłuższą). W koncu – porządnie juz wygłodniałe i po 50 minutach czekania – dostałyśmy nasze taco i skrzydełka. I dzięki Bogu, warto było tyle czekać, bo dania były naprawdę pyszne – chrupiące pikantne skrzydełka podane z aromatycznym dipem serowym, a taco  zadowoliłoby największego konesera kuchni latynoskiej.

Werdykt? Na pewno warto wybrać się do Republica Latina, ale pod warunkiem, że ma się dużo (albo jeszcze lepiej bardzo dużo) czasu, bo tempo, z jakim serwuje się tu dania, pozostawia sporo do życzenia. Oprócz tego pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego godzinami trzyma się rezerwację stolika dla klienta, który się nie pojawił – w czasie naszego ponad dwugodzinnego pobytu w lokalu co najmniej dwa stoliki cały czas stały puste, ale za to z kartką „Rezerwacja”.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Polska od kuchni

Mój ostatni pobyt w Polsce bez wątpienia obfitował w przeżycia natury kulinarnej. Tym razem udało mi się odwiedzić kilka bardzo interesujących dla żołądka miejsc, jeśli nawet nie od Bałtyku po gór szczyty, to przynajmniej od Warszawy po Sieradz.

Pierogarnia na Bednarskiej, Warszawa

Pierogarnia na Bednarskiej oferuje najlepsze pierogi, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się jeść – wielki wybór,  zarówno na słodko, jak i na ostro – pierogi Macieja, pierogi szwagra, pierogi Diavolo i jeszcze cała wymyślna gama smaków, o których nie wiedziałam, że można je zastosować do pierogów. Do zamówienia można dostać pikantny sos śmietanowo-czosnkowy albo delikatniejszy słodkawy sos chili (sos chili do pierogów to prawdziwa rewelacja!) Co najważniejsze, wszystkie te pyszności można zamówić za bardzo niewygórowaną cenę: przykładowo zestaw złożony z pierogów i zupy dnia kosztuje jedynie 14 złotych.

Jest to restauracja samoobsługowa, ale ani wystrój, ani jakość jedzenia na pewno nie przypominają barów mlecznych z czasów nieboszczki PRL. Nic dziwnego, że Pierogarnia przyciąga tak samo polskich studentów, jak i niemieckich turystów czy japońskich biznesmenów.

Małe ostrzeżenie: jeśli trafi się na moment, kiedy w restauracji jest większa grupa z zamówioną wcześniej rezerwacją (co nam się niestety przytrafiło), jest się zdanym na łaskę obsługujących pań, które – kiedy przepracowane – bywają trochę mniej miłe niż zwykle. Minusy? W Pierogarni nie podaje się alkoholu.

Meltemi, ul. Drawska / róg Szczęśliwickiej, Warszawa

Doskonała kuchnia grecka, do tego muzyka na żywo z Półwyspu Bałkańskiego. Meltemi dysponuje również kartą win doskonałej jakości. A jeśli ktoś się upiera, aby pić greckie wino, albo jest niezdecydowany, może zawsze zamówić dzbanek retsiny. My nie popełniłyśmy tego błędu i zamówiłyśmy również znakomite południowoafrykańskie Savignon Blanc.

Tak na marginesie – kupowanie i zamawianie win w Polsce jest dla mnie zawsze pewnego rodzaju loterią. Tyle razy zdarzyło mi się wydać nie najmniejsze wcale pieniądze na marnej jakości kwasior, że coraz częściej biorę po prostu piwo, bo jeśli chodzi o to ostatnie, to oferta większości polskich pubów i restauracji jest bez zarzutu.

Republica Latina, Plac Trzech Krzyży, Warszawa
Jest to z lekka przereklamowana restauracja i bar w centrum stolicy, która jednak zasługuje na poczesne miejsce w II części mojego opisu Polski od kuchni – miejmy nadzieję cz. II zostanie opublikowana w najbliższych dniach.

Cafe Szparka, Plac Trzech Krzyży, Warszawa

 

Cafe Szparka to jedno z niewielu znanych mi miejsc w centrum stolicy (oczywiście poza Dworcem Centralnym), gdzie wcześnie rano można spokojnie zjeść bardzo dobre śniadanie, a potem bez problemu zdążyć na Okęcie. Jest to prawdziwe zbawienie, jeśli nie chce się przepłacać w hotelowych restauracjach. Do wyboru – śniadania mięsne i wegetariańskie w kilku zestawach (np. jajcarskie, konkretne, serowe). W niedzielę o 8 rano nie było tam tłoczno, jesli nie liczyć pary polskich yuppies, pary Brytyjczyków (ona – o urodzie modelki, paląca duże ilości papierosów, on – chyba na kacu ewentualnie haju) oraz mnie. Minusy? Jeśli komuś nie odpowiada dym papierosowy o godzinie ósmej rano, chyba powinien pójść gdzie indziej.

Restauracja We Młynie, przy trasie Sieradz – Zduńska Wola
Restauracja istnieje mniej więcej od dwóch lat i mieści się w stylizowanym na chatę góralską budynku, po prawej stronie trasy E-12 ze Zduńskiej Woli do Sieradza.  Jedzenie jest znakomite, a obsługa bardzo miła. Podziwiać należy konsekwencję, z jaką opracowano kartę dań i z jaka urządzono wnętrze restauracji – wszystko na ludowo, i to wcale nie w wymuszonym cepeliowskim stylu. 

Tak więc w menu znajdziemy „rosół z babcynej kury” i „kapuśniok z prażokami”, a do korzystania z toalety zachęci nas wdzięczny napis „Wychodek”. Do tego w płynącym przez środek chaty strumyku pływają różnokolorowe rybki, a na oknie drzemią sobie dwa leniwe koty. Leniwe do tego stopnia, że dobrą chwilę zajęło mi stwierdzenie, że są to jednak żywe stworzenia, a nie atrapy ustawione na parapecie ku uciesze klienta. Niestety, nie mam zdjęcia dla zilustrowania tego miejsca, ale szczerze polecam Młyn wszystkim, którzy znajdą się w okolicach Sieradza albo Zduńskiej Woli – na pewno nie pożałujecie wizyty w tym miejscu, a i kieszeń na tym też bardzo nie ucierpi.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po dłuższej krótkiej przerwie witam ponownie. Tak naprawdę tytuł tego postu powinien brzmieć raczej „Z krainy rzeczy dziwnych a ciekawych”, bo bardzo dużo takich udało mi się zaobserwować w Starym Kraju. Dziś będzie tylko w skrócie, bo muszę znowu się wprawić do blogowania – jak wiadomo, organ nieużywany zanika.

Moja (dzisiaj bardzo skrócona, ale ciąg dalszy na pewno nastąpi) lista rzeczy dziwnych, a ciekawych zaobserwowanych w Polsce wygląda mniej więcej tak:

–  Polskie Koleje Państwowe znów zarabiają pieniądze. W pociągu na trasie Sieradz – Warszawa był spory tłok, i chyba tylko cudem udało mi się znaleźć miejsce dla siebie i moich dwóch (co prawda niewielkich) walizek w przedziale II klasy.

– Panowie koło 60-tki są w Polsce zdecydowanie bardziej szarmanccy od studentów. Starszy pan (nawet z zadyszką) od razu zrywa się z miejsca, aby kobiecie wrzucić na półkę walizkę, podczas gdy student o wyglądzie koszykarza rusza tyłek z siedzenia rzadko i niechętnie.

– Sądząc po liczbie reklam leków w telewizji, Polacy to nie tylko naród cherlawy, ale również umiejący się z tej cherlawości wyleczyć  bez pomocy lekarza, a jedynie przy pomocy dostępnych bez recepty lekarstw wszelkiego rodzaju. Liczba reklamowanych produktów farmaceutycznych bije wszelkie rekordy – od leków na grypę i przeziębienie, poprzez wszelkiego rodzaju witaminy, do cudownych preparatów rzekomo usuwających skórkę pomarańczową z kobiecych ud. (Drogie panie – nie dajcie się nabrać, skórkę pomarańczową może usunąć jedynie dieta beztłuszczowa plus pilates trzy razy w tygodniu!)

– Polacy w wolnych chwilach nadal zajmują sie zbiorowym nienawidzeniem Romana Giertycha, nawet wówczas kiedy ten mówi z sensem (własnie tak – Roman Giertych czasem mówi z sensem!). Jak na przykład wtedy, kiedy zapowiedział wprowadzenie w polskich szkolach polityki „Zero tolerancji”.  W czasie mojego pobytu w Polsce miała miejsce smutna historia 14-letniej Ani z Gdanska, która popełniła samobójstwo po tym, jak była molestowana przez swoich kolegów z klasy. Po tej tragedii w polskich mediach rozpętała się prawdziwa burza – kto tylko miał dostęp do mikrofonu, proponował swoje recepty na ogólne zdziczenie obyczajów. 

Natomiast pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego „protestanci” oprotestowali akurat ministra edukacji Giertycha, a nie na przykład pełnych buty tatusiów kilkunastoletnich gwałcicieli, którzy bez cienia skruchy czy zażenowania wykrzykiwali przed kamerami „a gdzie nauczyciele, a gdzie szkoła”, tak jakby sami nie mieli żadnego wpływu na wychowanie własnych synów.

OK, w tym momencie moja lista rzeczy dziwnych a ciekawych z rozrywkowej przerodziła się w poważną – by nie powiedzieć przygnębiającą. Myślę więc, że dokończę ten temat przy najbliższej okazji.

Do następnego razu!
Agnieszka

P.S. Dziękuję wszystkim, którzy mimo mojej nieobecności ciągle tutaj zaglądali. Jestem i będę pisać.

Read Full Post »

Jeśli komuś słowo ‚macho’ kojarzy się  z kulturą latynoską lub południowoeuropejską, to może powinien zrewidować poglądy i poszukać na naszym własnym polskim podwórku albo za bliską granicą. Bo ani się nie obejrzeliśmy, jak na naszej pszenno-buraczanej glebie wyrósł specjalny gatunek wschodnioeuropejskiego macho-polityka.

Pierwszy był Andrzej Lepper, który jakiś czas temu „zabłysnął” intelektem komentując na konferencji prasowej przypadek swojego kolegi z Samoobrony i eurodeputowanego Bogdana G. oskarżonego o gwałt na belgijskiej prostytutce – „Nie wiedziałem, że prostytutkę można zgwałcić”.

Według aktu oskarżenia pijanemu posłowi G. „żądze wypełzły na twarz” i zapragnął je zaspokoić w ramionach pewnej damy lekkich obyczajów. Nic w tym nie byłoby dziwnego, bo jakby nie było, jest to najstarszy zawód świata i pan G. nie jest ani pierwszym ani ostatnim, któremu taki pomysł przyszedł do głowy. Ale nasz poseł nie chciał „tego” robić w prezerwatywie i kiedy owa dama odmówiła usługi, po prostu ją zgwałcił. A tak na europejskich salonach spraw się nie załatwia. Natomiast przewodniczący Lepper widocznie uznał, że kobieta lekkich obyczajów praw żadnych nie posiada, zwłaszcza jeśli ma do czynienia z polskim eurodeputowanym, do tego posłem Samoobrony i protegowanym pana Leppera, stąd ten mało subtelny komentarz.

A w tym tygodniu do klubu wschodnioeuropejskich macho-polityków dołączył nie byle kto, bo sam prezydent Rosji batiuszka Putin, który z wdziękiem niedźwiedzia syberyjskiego pochwalił wyczyny oskarżonego o gwałt prezydenta Izraela – „Dziesięć kobiet zgwałcił! Wszyscy mu zazdrościmy!”. (Dla przypomnienia: prokuratura zarzuca prezydentowi Kacawowi m.in. gwałt i molestowanie seksualne, on sam zaś zaprzecza tym oskarżeniom.)

Putin wygłosił ten komentarz podczas rozmowy z  goszczącym w Rosji premierem Izraela Ehudem Olmertem. Podobno Putin myślał, że mikrofony były wyłączone, ale był w błędzie i ten „żart” podchwyciły rosyjskie dzienniki Kommiersant i Izwiestja, a za nimi prasa światowa.

Nie trzeba tu żadnych wojujących feministek ani sufrażystek, aby stwierdzić, że w przy tej okazji sposób Putinowi coś zaczęło wystawać…  Czy przypadkiem nie słoma z wylakierowanych butów?

Do następnego razu!
Agnieszka

http://serwisy.gazeta.pl/metro/1,75932,3694145.html

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »