Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polska’ Category

Według powszechnie panującej opinii od pewnego czasu Polakom nie opłaca się przyjeżdżać do USA w celach zarobkowych,  i to nie tylko z powodu niskiego kursu dolara. Wiele osób uważa, że Stany Zjednoczone przestały być atrakcyjne jako kraj docelowy emigracji zarobkowej w momencie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, kiedy Anglia, Irlandia i Szwecja otworzyły dla nas swoje rynki pracy. Po co jechać do Stanów, skoro tak trudno o wizę amerykańską, podróż w jedną stronę trwa 9 godzin, a emigrantom bez pozwolenia na pracę coraz trudniej jest znaleźć jakieś w miarę dobrze płatne zajęcie? Do Londynu leci się dwie godziny, bilet tanimi liniami można kupić za 200 PLN, a zarobki są porównywalne z tymi po drugiej stronie Oceanu.

Faktem jest, że gra nie jest warta świeczki w przypadkach, kiedy komplikacje związane z nielegalnym pobytem w Stanach przewyższają potencjalne korzyści finansowe. Znalezienie w Stanach pracy jest oczywiście nadal jak najbardziej możliwe nawet jeśli przebywa się tutaj nielegalnie (nie zapominajmy, że w USA bezrobocie jest niższe niż w Europie i oscyluje na poziomie 5 proc.), ale dotyczy to głównie prac niewykwalifikowanych, a zarazem nisko płatnych, takich jak sprzątanie, proste prace pomocnicze na budowie, pomoc w kuchni, opieka nad osobami starszymi lub dziećmi, a w regionach rolniczych – praca na farmach opanowana przez imigrantów z Meksyku.

Jeśli nielegalny emigrant nie znajdzie w miarę szybko sposobu na zdobycie zielonej karty, na przykład przez małżeństwo z obywatelem USA (sponsorowanie przez pracę ciągnie się latami), praktycznie nie ma szansy na znalezienie bardziej ambitnego zajęcia, i to niezależnie od znajomości języka czy przywiezionego z Polski dyplomu studiów wyższych. Nie zapominajmy też, że przebywając w Nowym Jorku czy Chicago nielegalnie nie można wyskoczyć do Polski na dwutygodniowy urlop tak jak z Londynu czy Dublina, aby na łonie rodzinywyleczyć imigracyjną depresję. Czy zarobki rzędu 10 dol. na godzinę za pracę niewykwalifikowaną są tego warte?

Pisał o tym w marcu dziennik International Herald Tribune w artykule pod znamiennym tytułem In expanded EU, Poles no longer flock to the U.S. for a better life, czyli w wolnym tłumaczeniu „Po rozszerzeniu UE Polacy nie szukają już lepszego życia w USA”. Autor artykułu przytacza przykłady z Chicago, które ze swoimi 800 tys. osób polskiego pochodzenia nadal pozostaje największym skupiskiem Polaków poza granicami Polski. Typowo polskie restauracje w Chicago powoli zmieniają swój profil, a w ich menu obok gołąbków, pierogów i barszczu coraz częściej pojawia się pizza.

Nieco bardziej skomplikowany obraz wyłania się ze statystyk prowadzonych przez Department of Homeland Security, z których wynika, że liczba Polaków otrzymujących zielone karty w Stanach wcale się nie zmniejsza. Oto zestawienie z ostatnich dziesięciu lat (Yearbook of Immigration Statistics 2006):

Rok fiskalny   Liczba zielonych kart przyznanych Polakom
1997 12.035
1998 8.451
1999 8.773
2000 10.090
2001 11.769
2002 12.711
2003 10.510
2004 14.326
2005 15.352
2006 17.052

Czyli – z jednej strony spada w Stanach liczba nielegalnych imigrantów z Polski, z drugiej – nadal kilkanaście tysięcy Polaków rocznie legalizuje swój pobyt tutaj.  Nie zapominajmy, że wszyscy, którym uda się tę poprzeczkę przeskoczyć, mają przed sobą  o wiele lepsze perspektywy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Niedawno opublikowano w prasie informacje o ankiecie, z której wynikało, że 12 proc. (czyli  ponad 3 mln) Polaków chce wyjechać z kraju do pracy za granicą. Sondaż wśród Polaków w wieku od 15 do 64 lat przeprowadziła firma IMAS International na zlecenie „Rzeczpospolitej”.

Jeśli połączyć ten fakt z oficjalnymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w 2006 r. w celach zarobkowych wyjechało za granicę prawie 370 tys. rodaków, to wyłania się z tego niezbyt ciekawy dla polskiej gospodarki obraz. Gdyby wszyscy, którzy jeszcze nie wyjechali, ale teraz składają deklaracje wyjazdu, faktycznie to zrobili, to mielibyśmy w Polsce niezły kryzys…

Myślę zresztą, że ta ostatnia liczba jest mocno zaniżona – nie zapominajmy o tym, że GUS nie ma możliwości uwzględnienia w swoich statystykach osób, które za granicą pracują na czarno, a w krajowych rejestrach figurują jako bezrobotni, albo kursują między Warszawą a Londynem lub Dublinem.

Władze Londynu poinformowaly niedawno, że od momentu rozszerzenia Unii w maju 2004 r. do pracy w stolicy Wielkiej Brytanii przyjechało prawie 50 tys. Polaków, czyli jedna trzecia całej emigracji zarobkowej z Europy Środkowo-Wschodniej. Najczęściej pracują w gastronomii, w administracji, handlu, służbie zdrowia i różnych 3D-jobs, czyli dirty, difficult and  dangerous.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że firmy w Polsce zaczną trochę lepiej traktować swoich pracowników w sytuacji, kiedy trudniej będzie o znalezienie rąk do pracy, bo teraz nadal różnie z tym bywa. Przy okazji moich poprzednich wizyt w Polsce słyszałam historie o zatrudnianiu stałych pracowników na trzymiesięczne umowy-zlecenia i przedłużaniu tej umowy co 3 miesiące po to, aby uniknąć opłacania niektórych składek czy podatków i ogólnie traktowaniu „per noga”, w myśl zasady „nie będziesz ty, będzie inny”.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wychodzi na to, że multimedialna prezentacja polsko-ukraińskiego turnieju Euro 2012 została zerżnięta żywcem z reklamy iPoda firmy Apple. W artykule pt. „Euro 2012 – polsko-ukraiński plagiat?”  „Wprost” pisze, że Apple rozważa wszczęcie kroków prawnych przeciwko organizatorom Euro 2012, bo wykorzystane w filmiku reklamowym pokazanym w Cardiff tańczące sylwetki i motywy muzyczne zostały skopiowane z reklamówki iPoda.

Porównajmy:
1. Spot iPoda – tańczące postacie na kolorowym zielono-czerwonym zmieniającym się tle, muzyka, w rękach – odtwarzacze iPoda, a w uszach – słuchawki:

2. Spot Euro 2012 – tańczące postacie na kolorowym zielono-czerwonym zmieniającym się tle, muzyka, ale zamiast tańca – kopanie piłki:

„Wprost” pisze, że do siedziby głównej Apple w Kalifornii uprzejmie doniósł o sprawie polski oddział Apple. Można się oczywiście spierać, czy to dokładna kopia czy jedynie taka sama stylistka, ale na mój gust – podobieństwo jest uderzające. W Stanach Zjednoczonych wytaczano – i wygrywano – procesy o bardziej subtelne „aluzje” do czyjegoś pomysłu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Amerykanie są co prawda autorami powiedzenia, że w reklamie sex sells, ale to Polacy doprowadzili je do perfekcji, przynajmniej w sferze nowych mediów. Polskie portale, portaliki i portalątka coraz więcej pracy wkładają w uatrakcyjnienie życia polskiego internauty, a może raczej seksonauty.

Wirtualna Polska na głównej stronie zamieszcza pikantne ploty i linki do galerii z roznegliżowanymi panienkami, portal Gazeta.pl, oprócz środowego dodatku specjalnego do Wyborczej Jak się kochać, czyli co chcielibyście wiedzieć o seksie, oferuje strony tylko dla dorosłych Limetka.pl oraz portal plotkarski Plotek.pl.

Wirtualna Polska
„Motoryzacja” w Wirtualnej Polsce

Jeden Onet – nie wiem, czy przez wrodzoną skromność redaktorów, czy może ze względu na pozycję lidera polskiego Internetu – chwilowo swoje co pikantniejsze newsy dyskretnie ukrywa po kątach, takich jak np. dział „Kultura”, do którego pewnie pies z kulawą nogą by nie zajrzał, gdyby nie apetyczne tytuły w stylu Piękna Tatiana nie zaśpiewa hymnu na Euro 2012 czy Posiadają najbardziej imponujące mięśnie brzucha. Czemu nie nazwać takiego plotkarskiego działu po prostu „Rozrywka”? Ano pewnie dlatego, że „Kultura” zawsze brzmi poważniej.

Onet
„Kultura” w Onecie

Każdy, kto ma trochę do czynienia z marketingiem internetowym, wie, że ilość sprzedanego towaru (sklepy internetowe) oraz liczba sprzedanych reklam (serwisy medialne) jest wprost proporcjonalna do liczby użytkowników, częstotliwości odwiedzin oraz oglądalności stron. Mimo to żadne poważne amerykańskie czasopismo nie zdecydowałoby się na utworzenie w swom serwisie internetowym działu porad erotycznych lub publikację materiałów w rodzaju tych, które w polskich portalach i serwisach internetowych są na porządku dziennym.

Być może przyczyna leży w przysłowiowej amerykańskiej pruderii, bo jak wiadomo w Stanach mainstream media szerokim łukiem omijają wszelką tematykę erotyczną w obawie przed utratą dbających o swój pro-rodzinny image sponsorów – producentów proszków do prania, szamponów i odżywek dla dzieci. Nawet jeśli przyczyną jest pruderia, to przynajmniej wiadomo, czego można spodziewać się po plotkarskim co prawda, ale nigdy nie schodzącym poniżej określonego poziomu serwisie People.com, a czego po stronach w rodzaju TMZ.com czy PerezHilton.com.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Rząd proponuje utworzenie okręgu wyborczego dla Polaków mieszkających za granicą i umożliwienie głosowania za pośrednictwem poczty. Odrębny okręg wyborczy miałby zachęcić Polaków przebywających za granicą do wzięcia udziału w wyborach, a możliwość głosowania pocztą – ułatwić życie w przypadkach, kiedy odległość między punktem wyborczym a miejscem zamieszkania sięga tysięcy kilometrów.

Bardzo ładnie, że rząd tak się o nas troszczy, ja jednak proponuję, aby najpierw rozwiązać problem polskich paszportów, bardzo uciążliwy dla Polaków mieszkających w USA.

Po pierwsze, od pewnego czasu podanie o wydanie polskiego paszportu trzeba składać osobiście. Nie ma z tym problemu, jeśli mieszka się w mieście, gdzie jest polski konsulat – można wtedy położyć papiery na biurku urzędnika nawet w czasie przerwy na lunch. Natomiast nie jest to już takie proste, jeśli mieszka się na Florydzie albo gdzieś w Ohio czy Teksasie. Ponieważ stan Floryda „podlega” Ambasadzie RP w Waszyngtonie, w tym przypadku złożenie podania o paszport oznacza co najmniej 2-dniową wyprawę. Nie ma mowy, aby udało się tę sprawę załatwić w jeden dzień – trzeba dojechać na lotnisko, polecieć samolotem do miasta, gdzie mieści się konsulat, a po załatwieniu sprawy – wrócić na lotnisko i udać się w powrotną podróż do domu (polecam lekturę tego komentarza). Co ciekawe, całą operację trzeba powtórzyć przy odbiorze paszportu, bo paszport trzeba odebrać osobiście.

Po drugie, na wydanie polskiego paszportu czeka się miesiącami. Konsulat RP w Nowym Jorku radzi składać podanie o paszport… na 6 miesięcy przed wygaśnięciem starego!

Zaleca się złożenie wniosku na nowy paszport minimum 6 miesięcy przed upływem ważności dotychczas posiadanego paszportu.

Na paszport amerykański czekałam 8 dni od momentu złożenia dokumentów (cały proces ubiegania się o obywatelstwo to inna sprawa – ciagnęło się to w moim przypadku prawie trzy lata), a formularz mogłam wydrukować ze strony internetowej poczty amerykańskiej. Paszport przysłano mi pocztą do domu. Jak widać, jedni mogą, inni – nie.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wydarzenia ostatnich dwóch dni przekonują mnie, że stare dobre powiedzenie „Ten jest winny, kto jest inny” w tzw. zjednoczonej Europie pozostaje jak najbardziej aktualne. W ostatnią sobotę – w tym samym dniu kiedy w Krakowie wszechpolacy maszerowali w tzw. Marszu Tradycji i Kultury – Artur Boruc robił za supermana i nadstawiał karku w obronie rodaków zaatakowanych przez pijanych lub naćpanych  (najprawdopodobniej)  Szkotów w Glasgow.

Gazeta „Sunday Mail” tak napisała o Borucu:

Gwiazda Celtiku Artur Boruc został wczoraj okrzyknięty w Szkocji bohaterem po tym jak obronił ciężarną kobietę z Polski przed rasistami, którzy ją zaatakowali.

Do zdarzenia doszło w jednym z parków w Glasgow. Dzielny bramkarz obronił Magdę Kucko, 27-letnią Polkę w zaawansowanej ciąży, która wraz ze swoją siostrą i jej mężem została zaatakowana przez dwóch mężczyzn i kobietę, z agresywnymi dobermanami.  (…) Boruc zareagował na wołanie o pomoc płaczącej ciężarnej kobiety. Bandyci na widok rosłego bramkarza uciekli. Piłkarz Celtiku Glasgow odwiózł kobietę swoim samochodem do szpitala.

W Glasgow można oberwać od tubylców za używanie języka polskiego w parku, a wszechpolak w Krakowie może przyłożyć, bo… „Kto nie skacze jest pedałem”.  Europa schodzi nam na psy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Sama oczywiście nie pamiętam czasów, kiedy pieśń „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta czerwieńsze ma od malin” była w modzie, ale jej treść jest mi znana z opowiadań mojego ojca, którego młodość przypadła na lata 50-te. Zapewne jest to dość swobodne skojarzenie, ale owe „usta czerwieńsze od malin” przypominają mi się przy lekturze niektórych tekstów polemicznych z polskiej blogosfery w sytuacji, kiedy pisze się o kobietach  – niezależnie od tego, czy chodzi o prezydenta Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, posłankę Samoobrony Lewandowską, czy też o którąś z dziennikarek radiowych czy telewizyjnych.

Nie mam zamiaru rozpisywać się tutaj na temat polskiej sceny politycznej, bo są od tego inni, którzy po pierwsze –  siedzą na miejscu, a nie jak ja w Nowym Jorku, a po drugie – na polityce i pisaniu o polityce zęby zjedli, podczas kiedy mojemu sercu bliższe są tematy emigracyjne.  Tak więc chodzi mi tutaj wyłącznie o formę polemiki i jej aspekty językowo-obyczajowe.

Na podstawie regularnej lektury polskich blogów (zarówno tych z lewa, jak i z prawa) dochodzę do wniosku, że wiele dyskusji przybiera dość przewidywalny obrót w sytuacji, kiedy oponentem jest kobieta – wszelkie chwyty stają się wtedy dozwolone i argumenty merytoryczne chętnie zastępowane są regułami z wolnej amerykanki rodem. Najchętniej dyskutuje się wtedy o kolorze włosów (łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż blondynce zrobić karierę w polskiej polityce…), oraz wypomina niedoskonałości, takie jak zaawansowany wiek (jak wiadomo, w kraju zgrzybiałych czterdziestolatków oznacza to więcej niż lat trzydzieści) lub… zwiotczała skóra. Nie chcę byc gołosłowna, tak więc posłużę się tekstami z różnych krańców politycznego spektrum, popełnionymi tak samo przez amatorów, jak i profesjonalistów (wszystkie podkreślenia moje):

Internetowy Obserwator Mediów o dziennikarkach programu „Misja specjalna” pisze tak:

te zasępione twarze żelaznych dziewic polskiego dziennikarstwa, zesznurowanymi w zbrzydzony ciup zwiędniętymi usteczkami recytujące najbardziej idiotyczne wersje kretyńskiego sloganu o ‚wyzwoleniu przez prawdę’

Dziennik Gajowego Maruchy z kolei takie ma zdanie na temat Manueli Gretkowskiej:

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia znana polskojęzyczna grafomanka, Manuela Gretkowska, przedstawicielka tzw. literatury menstruacyjnej, zapowiedziała iż wystąpi o rejestrację Partii Kobiet.(…) Pani Gretkowskiej życzymy z okazji Świąt Bożego Narodzenia, aby rzadziej przesalała zupy.

„Nonsensopedia” (polska encyklopedia humoru) o posłance Sandrze Lewandowskiej ma do powiedzenia co następuje:

Sandra Lewandowska (ps. „Sandrynka-Landrynka”, „Sandra-Salamandra”, ur. 8 czerwca 1977 w Jeleniej Górze) – polska polityk. Osładza i ubarwia życie męskiej częsci posłów. Jest blondynką, więc z łatwością dostała się do Sejmu, bo takich posłowie lubią. Sandra to obiekt zazdrości Anity Błochowiak, Renaty Beger, Aleksandry Jakubowskiej. Nie współżyje z władzami swojej partii.

Wiem, wiem – „Nonsensopedia”, jak sama nazwa wskazuje, jest pisana dla jaj i tak dalej. Tylko dlaczego w tej samej „polskiej encyklopedii humoru” póki co nie uświadczysz równie wesołej biografii partyjnego szefa posłanki Lewandowskiej Janusza Maksymiuka, który razem z nią plażował w Egipcie i który łaskawie pozwolił sobie olejkiem nacierać plecy? Ano, widocznie co wolno 60-letniemu facetowi, to nie 30-letniej kobitce. A może raczej, co wolno napisać o 30-letniej kobitce, to nie o 60-letnim facecie…

Szukajmy dalej. Jeden z bardziej popularnych ostatnio polskich blogów politycznych – Bufetowa Watch poświęcony osobie Hanny Gronkiewicz-Waltz – swoim wdzięcznym tytułem nawiązuje do przezwiska Bufetowa, którym obdarowano panią prezydent Warszawy jeszcze w trakcie kampanii wyborczej. Autor bloga zapewnia, że inspirację zaczerpnął z bloga BlairWatch monitorującego poczynania brytyjskiego premiera. Dlaczego więc „Bufetowa Watch”, a nie na przykład „Gronkiewicz-Waltz Watch” lub „HGW Watch”? To pozostanie już jego słodką tajemnicą.  Tu autorowi muszę jednak oddać sprawiedliwość, że poza złośliwym tytułem bloga stara się koncentrować bardziej na poczynaniach Gronkiewicz-Waltz jako prezydenta stolicy, niż na jej fryzurze, długości spódnicy albo umiejętnościach kulinarnych.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dopiero wczoraj wpadł mi w ręce numer czasopisma Time z zeszłego tygodnia – ten, w którym opublikowano artykuł na temat polskiej emigracji do Anglii i Irlandii po 2004 r.  Artykuł nosi tytuł Positive Poles i można go przeczytać w całości w internetowym wydaniu tygodnika. A tak na marginesie –  Positive Poles – to taka sympatyczna gra słów w angielszczyźnie, która znaczyć może zarówno „pozytywni Polacy”, jak i „dodatnie bieguny”.

Autor tekstu Andrew Purvis na wstępie przypomina o ksenofobicznych obawach, z jakimi w 2004 r. państwa Europy Zachodniej oczekiwały przyjęcia do Unii Europejskiej kolejnych państw członkowskich, w tym Polski, a także o osławionej antypolskiej kampanii rozpętanej w 2005 r. przez lidera francuskich eurosceptyków Philippe de Villers, który straszył Francuzów „polskim hydraulikiem”. W atmosferze strachu przed najazdem bezrobotnych tłumów z Europy Wschodniej jedynie Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja zdecydowały się otworzyć swoje rynki pracy dla obywateli nowo przyjętych krajów członkowskich UE, w tym Polski.


Iwona Chudzicka – prezenterka polskiej telewizji w Irlandii. © Fot. Sarah Doyle for TIME.

Zgodnie z przewidywaniami, kilkadziesiąt tysięcy Polaków wyemigrowało do Anglii i Irlandii, ale ich przybycie bynajmniej nie zaszkodziło gospodarce tych krajów. Wręcz przeciwnie – polska przedsiębiorczość i pracowitość przyczyniły się do bezprecedensowego wzrostu gospodarczego w tych krajach – zauważa autor. I tak oto w Irlandii poziom bezrobocia jest o wiele niższy niż w protekcjonistycznej Francji, a według szacunków dublińskiego Economic and Social Research Institute napływowi nowej siły roboczej z tzw. nowej Europy zawdzięczać należy wzrost dochodu narodowego Irlandii o 2% od 2004 r.

Także w Niemczech od pewnego czasu trwa debata na temat tego, czy zamknięcie niemieckiego rynku pracy dla obywateli nowo przyjętych panstw członkowskich UE nie było błędem. Cytowany w artykule Time’a niemiecki ekspert do spraw emigracji Herbert Brücker uważa, że z Polski „wyemigrowała duża grupa najlepiej wykwalifikowanych pracowników, którzy niestety nie przyjechali do Niemiec. Za pięć lat dostaną się nam tylko resztki, a wtedy może być już za późno.”

Jeśli jest jedna cecha, która odróżnia Polaków od innych emigrantów, to jest nią pracowitość, i to niezależnie od tego, czy są lekarzami czy mechanikami – tak przynajmniej twierdzi wielu pracodawców – czytamy w artykule (if there is one characteristic that distinguishes Poles, whether they are wielding a wrench or a stethoscope, it’s a capacity for work–at least, that’s what many employers say).

Dalej podobnie – same superlatywy:) Tak więc – drogi czytelniku – jeśli potrzebujesz szybkiej odtrutki na tzw. kompleks polski, serdecznie polecam lekturę tego właśnie artykułu. Tekst polecam również wszystkim tym, których nauczyciel-polonista skrzywdził (albo skrzywił…)  kiedyś w szkole  lekturą wiersza Andrzeja Bursy Modlitwa dziękczynna z wymówką:

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie

Ale dlaczego uczyniłeś mnie polakiem?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Kilka miesięcy temu okazało się, że bliskiej mi osobie grozi utrata wzroku, więc chcąc nie chcąc musiałam zdobyć jak najwięcej informacji na temat polskiej służby zdrowia, łącznie z tym, gdzie najlepiej leczyć odwarstwienie siatkówki. Szukałam szpitali w Polsce, gdzie robi się tego typu zabiegi i stąd wiem, że prowadzona przez profesor G. klinika okulistyczna w Katowicach poziomem usług medycznych bije na głowę większość tego typu placówek w Polsce. Wiem też, że parę lat temu Czeslaw Miłosz zdecydował się na leczenie właśnie w klinice na ul. Ceglanej w Katowicach, a nie u któregoś z amerykańskich specjalistów.

Ma to znaczenie o tyle, że kiedy policja przyłapała panią profesor „w stanie wskazującym na spożycie”, wszystkie gazety w Polsce rzuciły się na ten temat jak hieny na porządny kawał padliny. W kraju, w którym jak wiadomo nikt za kołnierz wylewa, nie zabrakło stróżów moralności chętnych do rzucenia kamieniem, wszystko zresztą dzięki uprzejmości pewnego redaktora-donosiciela mającego w tym dniu przeprowadzić wywiad z prof. G.

 „Okulistka przyłapana na piciu znowu leczy” – ten tytuł pochodzi z przedwczorajszej Gazety Wyborczej, a artykuł – wyprodukowany przez panią redaktor, której zapewne nigdy nie groziła ślepota – utrzymany jest w takim tonie, jakby chodziło o zalanego w trzy d… weterynarza z Pcimia Dolnego, a nie o kogoś, kto setkom pacjentów uratował wzrok.  W podobnym tonie utrzymana jest także część komentarze czytelników pod tym artykułem – zazdrość, Schadenfreude i polskie piekło w jednym:

sprawdzcie jej majątek już kilka lat temu zarabiała powyżej 100tys miesięcznie, czas iś na emeryturę a sława wynika z poparcia i sprzetu jakim dysponowała

To pijaczka!!!nareszcie ktoś tą sprawę wydobył na światło dzienne.

Rozumiem, że przychodzenie do pracy „na rauszu” nie jest zachowaniem, za które należałaby się nagroda, ale czy z drugiej strony nie jest grubą przesadą twierdzenie, że 0,87 promila powinno zakonczyć karierę wybitnego profesora okulistyki, i to w sytuacji, kiedy żaden pacjent nie ucierpiał. Dla porządku przypominam, że w wielu cywilizowanych krajach – w tym w USA, Włoszech i Wielkiej Brytanii – można legalnie prowadzić samochód mając we krwi 0,8 promila alkoholu.

Mam nieodparte wrażenie, że cała ta awantura ma co nieco wspólnego z nazwiskiem prof. G., które nie wszystkim najlepiej się kojarzy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Sporo zamieszania wywołał ostatni raport Eurostatu, według którego w Polsce rodzi się najmniej dzieci w całej Unii. „Wskaźnik dzietności” w Polsce w 2005 wynosi tylko 1,24  – czyli dzieciak i ćwierć na statystyczną polską parę – w porównaniu z unijną średnią 1,51. Ale Polska jest widać krajem zamożnym, bo parlamentarzyści szybko zaproponowali lekarstwo na polski niż demograficzny –  finansowany przez ZUS 3-letni płatny urlop macierzyński. Pieniądze na ten cel mają się podobno znaleźć dzięki… likwidacji żłobków (Posłanka Sobecka proponuje likwidację żłobków). Gdyby te pieniądze dostały matki, to byłoby i zmniejszone bezrobocie, i zadowolone dzieci i matki – twierdzi Sobecka.

Fajny kraj ta Polska… Dla porównania – w USA po urodzeniu dziecka  kobiecie ustawowo przysługuje 12 tygodni bezpłatnego urlopu macierzyńskiego udzielanego w ramach tzw. Family and Medical Leave Act (FMLA), i to tylko w przypadku firm zatrudniających co najmniej 50 pracowników. Tylko przez taki okres czasu pracodawca ma obowiązek zagwarantować zatrudnienie i ubezpieczenie zdrowotne. A to ostatnie – o ile je w ogóle oferował, bo to też wcale nie jest takie oczywiste. Tyle samu urlopu zdrowotnego dostaje się w przypadku poważnej choroby albo konieczności opieki nad członkiem najbliższej rodziny. Owszem, pracodawca ma prawo być  bardziej hojnym, ale zależy to tylko i wyłącznie od jego dobrej woli i takie rzeczy zdarzają się tylko w najbogatszych firmach, z tzw. listy Fortune 500. A jeśli pracownik zechce sobie ten 12-tygodniowy urlop przedłużyć, musi się z pracą pożegnać i poszukać nowej, jak wydobrzeje.

Wiem, wiem – drapieżne Stany to nie to samo, co opiekuńcza i prorodzinna Europa i nie jest tutaj moim zamiarem obrona systemu amerykańskiego. Z drugiej jednak strony propozycja, aby w ramach „prorodzinnej” polityki likwidować żłobki i w ten sposób zachęcać kobiety do siedzenia w domu i opieki nad ogniskiem domowym, brzmi z lekka absurdalnie.  A co na przykład zrobić z takim fantem jak studentki, które mają dzieci i którym żłobki są po prostu niezbędne? Zdaje się takiego zjawiska polski wariant bezżłobkowo-becikowy nie przewiduje wcale.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »