Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polityka’ Category

Po wczorajszym Orędziu o stanie państwa prezydenta Busha korci mnie mocno, aby to i owo skomentować. Ponieważ jednak o polityce staram się pisać jak najrzadziej, ograniczę się do przytoczenia kilku ciekawostek kulturoznawczych.

1. Słowa kluczowe użyte we wczorajszym przemówieniu według wyliczeń New York Times’a:
– Irak/Irakijczycy – 34 razy
– ubezpieczenie (chodzi o ubezpieczenia zdrowotne) – 14 razy
– ropa naftowa – 9 razy

Z powyższych trzech tematów temat ubezpieczeń zdrowotnych w Stanach jest mi znany dogłębnie i od podszewki (w pustej kieszeni), więc na pewno wrócę do niego już niedługo. Bo jeśli rozmawiało się z administracją pewnego nowojorskiego szpitala o rachunkach będąc podłączonym do butli z tlenem, to chyba można zostać uznanym za eksperta…

2. Lista „amerykańskich bohaterów” zaproszonych przez prezydenta do Kongresu, w ramach zapoczątkowanej przez Reagana tradycji zapraszania do udziału w Orędziu grupy American heroes, czyli tzw. przeciętnych Amerykanów, którzy z takich lub innych względów mają ilustrować amerykański sukces, wygląda następująco:

  • Dikembe Mutombo – imigrant z Konga i koszykarz NBA, który 40 mln dolarów przeznaczył na budowę szpitala w swoim kraju ojczystym;
  • Wesley Autrey – nowojorczyk, który parę tygodni temu wskoczył na tory metra, aby uratować czlowieka przed śmiercią pod kołami rozpędzonego pociągu;
  • Tommy Rieman – weteran wojny w Iraku;
  • Julie Aigner-Clark – założycielka produkującej edukacyjne filmy dla dzieci firmy Baby Einstein, którą to firmę Disney kupił niedawno za „jedyne” 200 mln dolarów.

be_logo.gifHmm… Zarobienie kupy kasy na biznesie jako wyczyn bohaterski i godny prezydenckiego zaproszenia do Kongresu? Nie wątpię, że mamy tu do czynienia z osobą bardzo obrotną i głęboko przekonaną o słuszności misji polegającej na sprzedaży filmów mających zmienić paromiesięcznego niemowlaka w… tego, no, jak mu tam – Einsteina. Muszę przyznać, że wybór to interesujący i nietuzinkowy, choć nie jestem do końca przekonana, czy w pełni usprawiedliwiony.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Rzut na taśmę?

Wczorajsze przemówienie Busha do narodu amerykańskiego przyniosło dwie wiadomości – jedną dobrą, a drugą złą. Dobra wiadomość to ta, że wczoraj Bush po raz pierwszy od początku swojej prezydentury przyznał się do popełnienia jakiegokolwiek błędu, a bardziej konkretnie –  przyjął na siebie odpowiedzialność za katastrofę zwaną wojną w Iraku. Natomiast zła to ta, że raczej nie zanosi się na szybkie zakończenie tej wojenki,  bo Bush zapowiedział zwiększenie kontyngentu wojsk amerykańskich o ponad 20 tys. żołnierzy. A jakby jednej awantury było mało – w swoje przemówienie strategicznie wplótł kolejne pogróżki pod adresem Iranu i Syrii.

Przeciętni Amerykanie są tą wojną po prostu zmęczeni. O ile  zaraz po wejściu do Iraku w marcu 2003r. wielu uwierzyło zapewnieniom Busha, że jest to wojna z terroryzmem i że lepiej ją toczyć za Oceanem niż u siebie, to w miarę jak przybywało trumien amerykańskich żołnierzy nastroje zaczęły się zmieniać z hurra-patriotycznych na coraz bardziej minorowe. Kropkę nad „i” postawiły listopadowe wybory do Kongresu, które republikanie przegrali z kretesem – w ten sposób większość elektoratu dała wyraz temu, co naprawdę myśli o tej wojnie.

Natomiast Bush zdaje sobie sprawę, że za dwa lata przestanie być prezydentem i jeśli nie uda mu się znaleźć sensownego rozwiązania, to prawdopodobnie przejdzie do historii jako prezydent, który wplątał Stany w drugi Wietnam (porównania z wojną w Wietnamie słyszy się coraz częściej). Dlatego ta decyzja o wysłaniu dodatkowych wojsk do Iraku wygląda jak ostatni rzut na taśmę.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Niektóre media polonijne przespały fakt, że sprawa abpa Wielgusa w ciągu ostatnich dwóch dni przybrała jakby trochę inny obrót, do czego niewątpliwie przyczyniło się to, że arcybiskupią teczkę w IPN przeglądają teraz aż dwie komisje – jedna państwowa powołana przez Rzecznika Praw Obywatelskich, a druga kościelna.

Wirtualna Polonia nadal  z pierwszej strony rzuca gromy na „linczowników, szczekaczy” i „hańbicieli” narodu polskiego:

Jak długo jeszcze będzie trwał publiczny lincz naszego, polskiego kapłana – Stanisława Wielgusa! Niesprawiedliwość i pohańbienie naszego narodu dotarła do granic wytrzymałości myślącego człowieka. Przed całym światem publikuje się materiały ubeków, esbeków jako dowodowy wiarygodności. (Lusia Ogińska – „Ingres w atmosferze linczu„)

Na poczesnym miejscu portal publikuje także Oświadczenie USOPAŁ-u przefaksowane z samego Montevideo, w którym możemy m.in. przeczytać o zorganizowanej w Polsce faryzejskiej akcji moralnego linczowania polskiego kapłana, pretekscie do ubezwłasnowolniania Kościoła Katolickiego w Polsce, podważaniu zaufania wiernych do swych duszpasterzy itp.

Takie rzeczy można było publikować jeszcze kilka dni temu, kiedy jedynym konkretem w sprawie współpracy arcybiskupa z bezpieką był artykuł w „Gazecie Polskiej”, która uparcie żadnych solidnych dowodów zaprezentować nie chciała, a może nie była w stanie. W międzyczasie jednak komisja kościelna z formalnym upoważnieniem samego abpa Wielgusa przejrzała kilkadziesiąt stron materiałów, które niestety potwierdzają tajną współpracę ks. Wielgusa z SB jeszcze w latach 60-tych, a potem z wywiadem MSW.

Dzisiaj Arcybiskup Wielgus zrezygnował z funkcji metropolity warszawskiego –  czy stało się tak przez biskupie wyrzuty sumienia czy może na prośbę Watykanu, tego my owieczki szare pewnie się nie dowiemy. Tak czy inaczej pora, aby konserwatywne portale polonijne przyjęły do wiadomości, że arcybiskup padł ofiarą własnych błędów, a nie masońskiego spisku.

Chociaż… coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby te nieszczęsne teczki raz na zawsze zatopiono w Wiśle.  Jak długo będzie jeszcze trwało to sprawdzanie przeszłości i szukanie ludzi nieskazitelnych? Pewnie owi „nieskazitelni” to tylko ci, którzy urodzili się po 1975r i w momencie upadku komuny mieli nie więcej niż 14-15 lat.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Miejsce akcji: Urząd Imigracyjny w Nowym Jorku. Czas akcji:  godzina 6:45 rano. Właśnie o tej porze ustawiam się w mniej więcej pięćdziesięcioosobowej kolejce petentów czekających przed budynkiem, aby porozmawiać  z urzędnikiem imigracyjnym.

Drzwi są już otwarte, ale przecież nie można petentów wpuścić  na wypastowane podłogi bez uprzedniego wprowadzenia atmosfery szacunku dla Urzędu. W związku z tym przed odgrodzoną metalowymi barierkami kolejką przechadza się Pan Strażnik, który z  urzędową miną informuje o konieczności natychmiastowego opróżnienia kieszeni spodni oraz zdjęcia pasków (na szczęście mam na sobie spódnicę). Faceci z kolejki zaczynają posłusznie majstrować  przy portkach, wyciągają z kieszeni komórki i klucze oraz odpinają paski.

Następnie Pan Strażnik zabiera się do przeglądania zawartości damskich torebek – mogę tylko przypuszczać, że to z ciekawości czysto poznawczej, bo wewnątrz wszystko i tak przechodzi przez urządzenie prześwietlające.

Po kilkunastu minutach oczekiwania zostajemy wpuszczeni do środka, gdzie czeka nas kontrola w stylu tych, jakie odbywają się teraz na wszystkich lotniskach. Kładziemy na taśmie torby i zdejmujemy płaszcze i kurtki, które Pani Strażniczka kijem od szczotki wpycha do wnętrza maszyny prześwietlającej. Zapewne aby nie pobrudzić rąk, bo wiadomo, że higiena jest bardzo ważna w okresie grypowym.

OK, przeszła. Teraz idę na trzecie piętro, gdzie po odczekaniu w następnej kolejce zostaję wysłuchana przez Pana Urzędnika, który pragnie wiedzieć, co sprowadza mnie do Urzędu. Odpowiadam, że podanie o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu i które ugrzęzło w martwym punkcie po tym, jak moje dokumenty zaginęły w bliżej nie wyjaśnionych okolicznościach. Pan Urzędnik przyjmuje powyższe do wiadomości, po czym wręcza mi różowy formularz z numerkiem i kieruje na siódme piętro. Różowy kolor dla formularza? Może jednak jest jeszcze nadzieja?

Jestem prawie u celu. Znowu czekanie, ale tu można przynajmniej usiąść w poczekalni. Teraz idzie już szybko, bo przede mną tylko dwie osoby. Wreszcie podchodzę do okienka i referuję sprawę.

Ja: Chciałam dowiedzieć się, jaki jest status mojego podania o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu.
Urzędniczka: Proszę pokazać kopie dokumentów.
Ja: Pokazuję dokumenty. Czekam bardzo długo i chciałam zapytać, czy odnaleziono moją teczkę, którą Urząd Imigracyjny zagubił.
Urzędniczka: Nasz Urząd NIGDY nie gubi dokumentów.
Ja: Hmm… Podczas egzaminu na obywatelstwo dwa lata temu powiedziano mi, że sprawa zostanie załatwiona, jak tylko odnajdzie się teczka. A rok później powiedziano mi dokładnie to samo, tzn. że teczka się jeszcze nie odnalazła i poradzono napisać odwołanie – tu są kopie moich…
Urzędniczka: Warczy. Musiała pani źle zrozumieć. Mówię wyraźnie: Urząd Imigracyjny N-I-E   G-U-B-I  dokumentów!!!
Ja: Ok, ok. Jaki jest więc status mojego podania?
Urzędniczka: Stuka na komputerze. Teraz musi pani od nowa zrobić odciski palców, potem FBI je sprawdzi…

Ponieważ pobranie odcisków palców i background check w FBI to zawsze pierwszy – a nie ostatni – krok w sprawach o przyznanie obywatelstwa USA, szczerze powątpiewam, że moja nieszczęsna teczka jeszcze w ogóle istnieje, ale ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi. Pozostaje jedynie pytanie, kiedy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Polskie portale internetowe prześcigają się w pomysłach – kto pokaże najbardziej interesujące zdjęcie nieboszczyka, kto wymyśli najbardziej sensacyjny tytuł, kto poda najwięcej pikantnych szczegółów – na przykład, jaki dźwięk wydawały pękające kręgi szyjne. Mówię oczywiście o dokonanej dziś rano w Iraku egzekucji Saddama Husajna.

Wirtualna Polska: Telewizja pokazała Saddama z pętlą na szyi, świadkowie opisują egzekucję, do tego zdjęcie Saddama z pętlą na szyi (a jakże) plus trzy galerie fotograficzne, jedna pod znamiennym tytułem Saddam w cieniu szubienicy. Onet nieco bardziej powściągliwie: Saddam Husajn zostal stracony, ale ta powściągliwość na tytule się kończy, bo zdjęcie Saddama z pętlą na szyi oczywiście jest, do tego towarzyszące fotoreportaże. Ale nikt nie pobije Wyborczej, która na głównej stronie prezentuje zdjęcie Saddama nie przed egzekucją, ale tuż po. Dla zainteresowanych jest także wideo – wolałam nie sprawdzać, co na nim jest.

Wyjaśniam, że nie chodzi mi tutaj o to, czy Saddam powinien zostać stracony czy nie – skoro takie jest prawo w Iraku, tak się stać musiało, niezależnie od tego, jakie zdanie ma na ten temat Unia Europejska. Nie mam też zamiaru komentować, w jaki sposób został przeprowadzony sam proces w okupowanym (albo jak ktoś woli – wyzwolonym) Iraku. Chodzi mi o styl, w jakim utrzymane są komentarze na temat tej egzekucji w mediach –  im więcej krwawych szczegołów, tym lepiej, bo większe szanse na zwiększenie oglądalności. Teraz tylko czekać, aż sfilmowana w całości egzekucja pojawi się na YouTube.

Wszystko to budzi wielki niesmak.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przeczytałam przed chwilą blogowy komentarz Olgierda pt. Jewish Nigga  na temat występu Michaela Richardsa – Amerykanom znanego głównie z roli Cosmo Kramera w sitcomie „Seinfeld” – podczas którego aktor wyzwał dwóch ciemnoskórych widzów od czarnuchów (na deser dorzucając jeszcze kawałek na temat linczowania Murzynów w czasach segregacji)  za to, że przeszkadzali mu w czasie występu.

Olgierd pisze m.in.

Sęk w tym, że słowa mogli dotąd używać Czarni (przepraszam: Afroamerykanie, a może nawet Afro-Amerykanie) w hiphopowych przyśpiewkach, ale już w ustach Białego uznaje się to za najcięższe wyzwisko.

Osobiście nie jestem zwolenniczką tzw. poprawności politycznej w wydaniu amerykańskim, ale „Kramer” (a.k.a. Michael Richards) tym razem przegiął bezlitośnie. Po obejrzeniu  nagrania, które ktoś wyprodukował przy pomocy swojej komórki, nie miałam wątpliwości, że całkowicie puściły mu nerwy.  Niestety, jeśli się wybiera ten rodzaj kariery trzeba się liczyć z tym, że występ nie każdemu się spodoba. Kto nie wierzy, niech obejrzy sobie to nagranie:

A teraz w sprawie słowa nigger i pokrewnych w hip-hopie i poza nim:  kontekst zmienia wszystko. Pewien mój kolega z pracy – Żyd – pasjami lubi opowiadać Jewish jokes, na co ja od czasu do czasu rzucam jakiś Polish joke (co prawda rzadko, bo nie mam pamięci do dowcipów). Nikt tego nigdy nie powiedział głośno, ale każdy czuje przez skórę, że co wolno jemu, to nie mnie, i vice versa. Podobnie słowo nigger w czarnym hip-hopie jest OK, poza nim – nie bardzo.

Kontekst, kontekst i jeszcze raz kontekst.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Boruc narozrabiał?

Boruc zebrał masę pochwał za doskonałą grę w niedzielnym meczu Celticu Glasgow z Rangersami, ale chyba będzie miał  kłopoty, bo w trakcie meczu… przeżegnał się. Czytam w Wyborczej:

Polak zagrał świetnie, ale znowu może mieć problemy. Fani Rangers oskarżają go o kolejną prowokację. W lutym, po poprzednich derbach na Ibrox Park kibice Rangers, w większości protestanci, zeznali w prokuraturze, że Polak ich prowokował, ostentacyjnie czyniąc znak krzyża. Policja potwierdziła, że swoim zachowaniem Boruc wzburzył tłum, ale telewizyjne kamery nie uchwyciły tego momentu. Gdy prokuratura pouczyła polskiego bramkarza, wywołało to burzę wśród szkockich katolików, którzy twierdzili, że skandalem jest karanie zawodnika za przeżegnanie się. sport.gazeta.pl/GW/1,75693,3801473.html

Teraz pozostaje pytanie, czy Artur Boruc przeżegnał się, aby zagrać na nosie kibicom Rangersów, czy dlatego, że robi to zawsze, gdy wchodzi do bramki, podobnie jak inni bramkarze z Włoch czy Hiszpanii. Ja mam taki zwyczaj, ilekroć wsiadam do samolotu, i mało mnie wzrusza fakt, że współpasażerowie na liniach Finnair pewnie patrzą na mnie jak na zabobonną wariatkę.

Jednakże wychodzi na to, że co wolno szarakowi, to nie bramarzowi Borucowi. Bramkarz w europejskiej lidze ma być widocznie politycznie poprawny i światopoglądowo niezależny. Co ciekawe, protestują – nomen omen – protestanci, czyli chrześcijanie, a nie na przykład żydzi czy wyznawcy Allaha, którzy mieliby prawo poczuć się z lekka nieswojo, gdyby ktoś im nad głową kreślił znak krzyża.

Teraz zapewne zacznie się w mediach dorabianie teorii, że u podłoża afery leży stary konflikt między protestantani a katolikami na Wyspach Brytyjskich itepe, itede, ale moim zdaniem jest to tłumaczenie na siłę. Boruc mieszka w Europie i ma prawo wyznawać religię, jaką chce, z kultem strumieni albo Światowida czy Swarożyca włącznie.  I jeśli przed meczem lubi się przeżegnać albo splunąć trzy razy przez lewe ramię, to jest to jego prywatna sprawa, a tłumowi nic do tego.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Zajrzałam przed chwilą na strony Rzeczpospolitej, aby sprawdzić, czy potwierdziły się informacje, że poseł Ł. nie jest ojcem dziecka pani K. Owszem, potwierdziły się, bo jak pisze Rzepa:

Prokuratura Okręgowa w Łodzi oficjalnie potwierdziła w sobotę wyniki badań DNA, które wykazały niezbicie, że Stanisław Łyżwiński nie jest ojcem 3,5-letniej Weroniki, córki Anety Krawczyk. Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury oświadczył, że „tego typu badania dają niemal 100 proc. pewność i nie ma powodów, żeby je podważyć”.

Ale największego smaczku dodaje całej sprawie następujący kawałek (również z „Rzeczpospolitej”):

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników badań Agata Kalińska-Moc, pełnomocniczka Anety Krawczyk, powiedziała, że jej klientka rozważa złożenie pozwu o ustalenie ojcostwa przeciwko Andrzejowi Lepperowi. W tym samym czasie Aneta Krawczyk współżyła bowiem ze Stanisławem Łyżwińskim i szefem Samoobrony Andrzejem Lepperem. Fakt, że Łyżwiński nie jest ojcem dziewczynki, nie podważa wiarygodności samej Anety Krawczyk – uważa pani pełnomocnik.

O tak, pani K. jest osobą jak najbardziej wiarygodną, tyle tylko, że cierpi na lekkie zaburzenia pamięci. A pani pełnomocnik wychodzi zapewne z założenia, że w Samoobronie jurnych chłopów nie brakuje, więc może wreszcie uda się znaleźć takiego, który w sprawie – że tak powiem – palce maczał.

Szukajcie a znajdziecie, jak powiada Pismo.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Polska scena polityczna coraz bardziej przypomina cyrk. Jeszcze parę dni temu odsądzono od czci i wiary rzekomego molestanta posła Samoobrony Łyżwińskiego, który miał zmajstrować dzieciaka zatrudnionej w swojej kancelarii Anecie Krawczyk, a następnie przy pomocy swego asystenta-weterynarza aplikować jej środki wczesnoporonne. Dziś są pierwsze informacje, że badania DNA domniemane ojcostwo Łyżwińskiego wykluczyły.

Sprawę ujawniła w poniedziałek „Gazeta Wyborcza”. Aneta Krawczyk – była radna Samoobrony w łódzkim sejmiku i była dyrektorka biura poselskiego Łyżwińskiego – twierdziła, że pracę w partii miała dostać w zamian za usługi seksualne świadczone Łyżwińskiemu i szefowi Samoobrony Lepperowi. We wtorek w telewizji TVN Krawczyk oznajmiła , że Łyżwiński jest ojcem jej 3,5-letniej córki.

Natomiast w dzisiejszej „Wyborczej” czytamy:

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania na zwołanej konferencji prasowej poinformował, że z wyników badań DNA posła Stanisława Łyżwińskiego wynika, że nie jest on ojcem najmłodszego dziecka Anety Krawczyk.

Jeśli ta informacja się potwierdzi, to wychodzi na to, że „Wyborcza” wyciagnęła pannę Krawczyk jak królika z kapelusza, aby skompromitować kolejnego „buraka” z Samoobrony. Wbrew zasadzie, że w cywilizowanych krajach udowodnić należy winę, nie zaś jej brak, chyba że akurat w Polsce obowiązuje zasada guilty until proven innocent.

No cóż, prawdziwa krytyka cnoty się nie boi, a niektórzy rodacy – zamiast brać się do roboty – z lubością grzebią w cudzych rozporkach. Ja natomiast z dużym zainteresowaniem czekam na dalszy ciąg afery rozporkowej.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po dłuższej krótkiej przerwie witam ponownie. Tak naprawdę tytuł tego postu powinien brzmieć raczej „Z krainy rzeczy dziwnych a ciekawych”, bo bardzo dużo takich udało mi się zaobserwować w Starym Kraju. Dziś będzie tylko w skrócie, bo muszę znowu się wprawić do blogowania – jak wiadomo, organ nieużywany zanika.

Moja (dzisiaj bardzo skrócona, ale ciąg dalszy na pewno nastąpi) lista rzeczy dziwnych, a ciekawych zaobserwowanych w Polsce wygląda mniej więcej tak:

–  Polskie Koleje Państwowe znów zarabiają pieniądze. W pociągu na trasie Sieradz – Warszawa był spory tłok, i chyba tylko cudem udało mi się znaleźć miejsce dla siebie i moich dwóch (co prawda niewielkich) walizek w przedziale II klasy.

– Panowie koło 60-tki są w Polsce zdecydowanie bardziej szarmanccy od studentów. Starszy pan (nawet z zadyszką) od razu zrywa się z miejsca, aby kobiecie wrzucić na półkę walizkę, podczas gdy student o wyglądzie koszykarza rusza tyłek z siedzenia rzadko i niechętnie.

– Sądząc po liczbie reklam leków w telewizji, Polacy to nie tylko naród cherlawy, ale również umiejący się z tej cherlawości wyleczyć  bez pomocy lekarza, a jedynie przy pomocy dostępnych bez recepty lekarstw wszelkiego rodzaju. Liczba reklamowanych produktów farmaceutycznych bije wszelkie rekordy – od leków na grypę i przeziębienie, poprzez wszelkiego rodzaju witaminy, do cudownych preparatów rzekomo usuwających skórkę pomarańczową z kobiecych ud. (Drogie panie – nie dajcie się nabrać, skórkę pomarańczową może usunąć jedynie dieta beztłuszczowa plus pilates trzy razy w tygodniu!)

– Polacy w wolnych chwilach nadal zajmują sie zbiorowym nienawidzeniem Romana Giertycha, nawet wówczas kiedy ten mówi z sensem (własnie tak – Roman Giertych czasem mówi z sensem!). Jak na przykład wtedy, kiedy zapowiedział wprowadzenie w polskich szkolach polityki „Zero tolerancji”.  W czasie mojego pobytu w Polsce miała miejsce smutna historia 14-letniej Ani z Gdanska, która popełniła samobójstwo po tym, jak była molestowana przez swoich kolegów z klasy. Po tej tragedii w polskich mediach rozpętała się prawdziwa burza – kto tylko miał dostęp do mikrofonu, proponował swoje recepty na ogólne zdziczenie obyczajów. 

Natomiast pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego „protestanci” oprotestowali akurat ministra edukacji Giertycha, a nie na przykład pełnych buty tatusiów kilkunastoletnich gwałcicieli, którzy bez cienia skruchy czy zażenowania wykrzykiwali przed kamerami „a gdzie nauczyciele, a gdzie szkoła”, tak jakby sami nie mieli żadnego wpływu na wychowanie własnych synów.

OK, w tym momencie moja lista rzeczy dziwnych a ciekawych z rozrywkowej przerodziła się w poważną – by nie powiedzieć przygnębiającą. Myślę więc, że dokończę ten temat przy najbliższej okazji.

Do następnego razu!
Agnieszka

P.S. Dziękuję wszystkim, którzy mimo mojej nieobecności ciągle tutaj zaglądali. Jestem i będę pisać.

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »