Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Podróże’ Category

Miałam do tej pory nadzieję, że Internet istnieje głównie po to, aby łatwiej było zachować anonimowość, a tu taka niespodzianka – zaproszenie, aby napisać pięć rzeczy o sobie, dowolnie wybranych, ale takich, które mają czytelnikom moją osobę przybliżyć. Jak widać, łańcuszkowi św. Antoniego Internet nie straszny, tak więc to, co poniżej, jest odpowiedzią na zaproszenie Azraela.

  1. Moje ulubione:
    Miasta – Zakopane, Warszawa, Nowy Jork.
    Restauracje – na załączonym obrazku.

    pierogarnia.jpg
    Pierogarnia na Bednarskiej, W-wa
    bann_thai.jpg
    Bann Thai, Forest Hills, NY

    Filmy – Thelma and Louise, American Beauty, 21 Grams. Oj, zapomniałam o najważniejszym i dopisuję z opóznieniem – cały Dekalog Kieślowskiego, oraz cała trylogia Trzy kolory.
    Pisarze – Munro, Szymborska.

  2. Brak konsekwencji w gospodarstwie domowym:
    Dobrze gotuję (ci co jedli z mojej ręki, wiedzą o czym mowa…), ale  nigdy w życiu nie upiekłam ciasta. Gotowanie pozostawia dużo miejsca na artystyczną improwizację, natomiast pieczenie ciasta wymaga dokładności i precyzji (jedna szklanka mąki czy dwie – to zdaje się zrobiłoby różnicę, jeśli chodzi o efekt końcowy?)
  3. Kraje, w których mieszkałam co najmniej pół roku:
    Polska, Rosja, Niemcy, USA.
  4. Gdybym nie była programistą, pracowałabym jako…
    nauczycielka języków albo tłumaczka.
  5. Gdybym nie mieszkała w Nowym Jorku, mieszkałabym…
    w Zakopanem albo okolicach.

A teraz do łańcuszka zapraszam:

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Tak, jest łysa. Na glacę, na zero, bez włosów, no hair, completely bald. Zrobiła to parę dni temu, własnoręcznie, a dlaczego – czort to wie, bo kto moze przewidzieć, co artystce przyjdzie do głowy. Potwierdzam wszem i wobec informacje, które od paru dni krążą po Internecie i wzbudzają zainteresowanie godne lepszej sprawy: Britney Spears własnoręcznie ścięła sobie włosy na zero, co z detalami opisano w czasopiśmie People.



Fot. © www.people.com

Nie ukrywam, że są to informacje z trzeciej ręki, bo w Hollywood nie bywam i kontaktów nie mam żadnych, ale ponieważ pracuję w tzw. mediach, dostęp do plotek mniejszych i większych z wielkiego świata (cokolwiek to pojęcie oznacza) mam w momencie, kiedy się rodzą, nawet jeśli wszystkie zostały wcześniej przefiltrowane przez obiektyw Wybrzeża Wschodniego, czyli Nowego Jorku.

Wszystko działo się w salonie fryzjerskim Esther’s Haircutting Studio w Tarzana w Kalifornii, w ostatni piątek po godzinie 19, już po zamknięciu salonu. Britney pojawiła się tam w towarzystwie dwóch ochroniarzy i oznajmiła, że chce sobie obciąć włosy na łyso. Właścicielka salonu Esther Tognozii próbowała odwieść Britney od tego zamiaru, ale na próżno. I stało się, co się miało stać – Britney oznajmiła, że sama sobie zetnie włosy i słowa dotrzymała. Jako że całą robotę odwaliła sama, udało jej się zaoszczędzić co najmniej 20 dolców (rzekomo tyle bierze salon za męskie strzyżenie), i gdybym była właścicielką tego salonu, też raczej nie upierałabym się przy jakiejkolwiek należności. Lepszą reklamę dla salonu trudno sobie wyobrazić.

A nowa fryzura ma być nowym początkiem. Początkiem czego? To dopiero się okaże…

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Jak każdego roku w lutym, przyjechało ich do Nowego Jorku ponad dwa tysiące. Wszystkie piękne, eleganckie, pełne wdzięku i od wczesnej młodości przyzwyczajone do pieszczot i podziwu. Niestremowane blyskami flesza, rozpieszczone do granic przyzwoitości i przewyższające klasą swoich „opiekunów”. We wszystkich rozmiarach i kolorach. Przyjechały do Nowego Jorku z całych Stanów, aby wziąć udział w dwudniowej imprezie odbywającej się tutaj już od ponad 130 lat.


Owczarek staroangielski (Old English Sheepdog)


Collie


Owczarek niemiecki (German Shepherd)


Polski owczarek nizinny (Polish Lowland Sheepdog)

Mam na myśli psie piękności uczestniczące Westminster Kennel Club Dog Show w Nowym Jorku, czyli najbardziej prestiżowej corocznej wystawie psów rasowych. Wystawa odbywała się – już po raz 131. – w dniach 12-13 lutego w Madison Square Garden. Zgodnie z klasyfikacją American Kennel Club oceniano w niej psy w siedmiu grupach ras:

  • sporting group
  • hound group (psy myśliwskie)
  • working group (psy obronne i pociągowe)
  • terrier group (teriery)
  • toy group (małe pieski „do towarzystwa” typu shih-tzu)
  • herding group (psy pasterskie), w tym polski owczarek nizinny – jedyna polska rasa uznawana przez AKC
  • nonsporting group

Miałam okazję być na drugim dniu wystawy i jej uroczystym zakończeniu wczoraj wieczorem, kiedy tradycyjnie przyznany został tytuł Best in Show – nacenniejsza z wszystkich psich nagród. W tym roku dostał ją 6-letni spaniel o imieniu James, który po tym konkursie przechodzi na zasłużoną emeryturę.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W reklamie zawsze znajdzie się miejsce dla chłopa z jajami, takiego jak Kevin Federline. Pomijam fakt, że jeszcze przed trzydziestką został ojcem czworga dzieci (dwoje z byłą girlfriend oraz dwoje z Britney Spears), co samo w sobie jest nie lada wyczynem i dowodem na posiadanie jaj. Były mąż Britney Spears okazał się bowiem człowiekem niepozbawionym poczucia humoru i dystansu do własnej osoby – do tego stopnia, że w wyemitowanym w trakcie dzisiejszego Super Bowl spocie reklamowym zagrał… samego siebie. A dokładniej – samego siebie ze starych dobrych czasów, kiedy był rapperem ze złotym łańcuchem na szyi oraz obecnie, kiedy został przerzucającym hamburgery pracownikiem fastfooda (tę część życiorysu K-Feda wymyślono na potrzeby scenariusza reklamowego).

Puenta reklamy? Life comes at you fast – czyli życie może cię zaskoczyć. Bądź więc przygotowany i inwestuj – najlepiej w firmie ubezpieczeniowej Nationwide Insurance…

Tradycyjnie podczas Super Bowl emitowane są najnowsze, najdroższe i często najlepsze amerykańskie reklamy roku. Popularność i oglądalność tego wydarzenia sportowego w Stanach bije wszelkie rekordy, nic zatem dziwnego, że reklamodawcy bez mrugnięcia okiem płacą ciężkie pieniądze za emitowane w czasie meczu 30-sekundowe spoty. I nie przeszkadza im to, że wytrawni fani futbolu koncentrują się jednak na meczu, a nie na reklamach.

W normalnych warunkach, kiedy w telewizji leci reklama, wyłączam dźwięk. W trakcie Super Bowl jest akurat odwrotnie – najchętniej oglądam właśnie reklamy, co oczywiście tylko potwierdza fakt, że na futbolu (żeby było jasne – futbolu amerykańskim) znam się jak wilk na gwiazdach, ale z tego wyspowiadałam się już przy innej okazji. I zapewne nie jestem jedyną osobą, która Super Bowl ogląda nie tyle dla sportu, co dla reklam albo dla muzyki…

Oto niepełna lista tegorocznych reklamodawców z Super Bowl, z których każdy zapłacił co najmniej 2.6 mln dolarów za 30-sekundową reklamę:

  • Anheuser-Bush (piwo Budweiser)
  • Coca-Cola
  • Doritos
  • E-Trade
  • Nationwide Insurance (reklama z Kevinem Federline)
  • Pepsi
  • Revlon
  • Taco Bell
  • Toyota

Reklamy z Super Bowl
http://youtube.com/browse?s=sb

Niektóre z tych firm nie próbowały nawet utrzymywać treści swoich reklam w tajemnicy – wręcz przeciwnie, przy pomocy sprytnego marketingu internetowego w wielu wypadkach dokonano tzw. kontrolowanego przecieku, tak jak zrobiła to firma Nationwide Insurance publikując swój filmik reklamowy na kilka dni przed meczem. Tak jak się spodziewano, wokół reklamy zrobiło się dużo szumu. Niestety, przy okazji okazało się również, że niektórzy przedstawiciele fast food industry poczuli się urażeni jej zawartością, a nasz tytułowy chłop z jajami (Federline) musiał przepraszać. Widać nie wszyscy lubią, jak się z nich robi jaja.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

I co z tego, że powinno być z Brooklyn-U, kiedy rym w tytule diabli by wzięli? Dajmy więc sobie spokój z poprawianiem gramatyki, tylko przejdźmy do meritum. Dziewczyna z Brooklyna jest bohaterką lekko rozbieranego kalendarza na 2007r.  Wiem, wiem – rozbieranych kalendarzy jest wszędzie pełno  (ale niektórzy uważają, że dobrego nigdy za dużo), jednak ten jest naprawdę wyjątkowy. Kto nie wierzy, niech zajrzy tutaj: http://www.iheartbrooklyngirls.com/meet.html 

Dziewczyny reprezentują nie tylko różne dzielnice Brooklynu, ale tez różne epoki – od 1905 po 2017. Co prawda, osobiście mam pewne wątpliwości co do kryteriów, którymi kierowano się przy wyborze reprezentantek poszczególnych dzielnic i epok, a może raczej przy robieniu im makijażu i doborze strojów. W kolekcji mamy bowiem kilka anorektyczek, co najmniej dwie panny ucharakteryzowane na luksusowe prostytutki, dwie z raczej męskimi tatuażami, a jedna ‚pochodzi’ z 2017 roku. 

Po obejrzeniu powyższego materiału znajomy stwierdził, że gdyby nie Miss Brighton Beach, to można by stracić nadzieję, że na Brooklynie są jeszcze dziewczyny, na których można zawiesić oko.

Nie ma to jak Słowianki, a niewtajemniczonym tłumaczę, że Brighton Beach to najbardziej rosyjska z nowojorskich dzielnic.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Warszawie jest tak wiele ciekawych pubów i barów, że każdy odwiedzający stolicę naprawdę ma w czym wybierać. Ponieważ byłam w Warszawie krótko i przejazdem, a od czasów, kiedy mieszkałam w stolicy, wiele wody upłynęło w Wiśle, przeprowadziłam wśród znajomych małą sondę na temat ciekawych miejsc, gdzie można przyjemnie spędzić czas. Jedyny warunek – miejsce miało być oryginalne i w centrum.

Nasz wybór padł na restaurację-bar Republica Latina przy Placu Trzech Krzyży. Wystrój zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie –  urządzone w ciepłych latynoskich barwach wnętrze, na ścianach – kilimy i stylizowane wielkie lustra, a nad prowadzącymi na piętro drewnianymi schodami przykuwający wzrok ogromny kryształowy żyrandol (nawet jesli czepialscy stwierdzą, że w nijak się on nie ma do latynoskiej tematyki lokalu). Na parterze nie było miejsc, bo okazało się, że w piątkowe wieczory wcześniejsze zrobienie rezerwacji jest bardzo wskazane. Skierowano nas zatem do sali na piętrze, gdzie były co prawda wolne stoliki, ale jak nam powiedziano, te również czekały na gości z wcześniejszą rezerwacją.

Usiadłyśmy więc przy gigantycznym barze zajmującym sporą część przestronnej sali na piętrze i na pocieszenie mogłyśmy się dokładniej przyjrzeć oferowanym trunkom, gustownie wystawionym w podświetlanych witrynach. Nasz wybór padł na martini extra dry (dla mnie) i koktajl bezalkoholowy (dla Moniki), do tego gorące przekąski: taco czyli tortilla z farszem z czarnej fasoli i avocado oraz jalapeno chicken wings – skrzydełka kurczaka w pikantnym sosie, jako że Republica specjalizuje się w kuchni latynoamerykańskiej, a dokładniej Tex-Mex.

Drinki pojawiły się bardzo szybko i jak się łatwo domyślić zniknęły też raczej szybko. Natomiast przekąski – o, to już zupełnie inna para kaloszy. Po mniej więcej 20 minutach oczekiwania zapytałyśmy barmana, czy nastąpił jakiś postęp w realizacji naszego zamówienia. Pan barman – lekko tylko zmieszany – pobiegł do kuchni sprawdzić, po czym oznajmił, że dzisiaj potrwa to trochę dłużej, bo w kuchni urzęduje… sam szef. Ha! Rozumiem, że szefowi raczej nie zależało na szybkiej obsłudze, może w myśl zasady, że im dłużej klient czeka na jedzenie, tym więcej kasy pozostawi w barze? Tak się na pewno stało w naszym przypadku, bo szybko zamówiłyśmy następną kolejkę (niestety, tym razem moje martini pojawiło się bez oliwki – czyżby w Republice przysługiwała tylko jedna na klienta?)

W międzyczasie nowy barman zastąpił pierwszego, zarezerwowane stoliki świeciły pustkami, a nasze zamówienie nadal się nie materializowało. Po kolejnych 20 minutach oczekiwania postanowiłyśmy wtajemniczyć w sytuację nowego barmana, który po kolejnym sprawdzeniu w kuchni oznajmił, że „dania już idą” (sądząc po tempie, w jakim się to odbywało, miały biedactwa za sobą długą droge, a przed sobą – jeszcze dłuższą). W koncu – porządnie juz wygłodniałe i po 50 minutach czekania – dostałyśmy nasze taco i skrzydełka. I dzięki Bogu, warto było tyle czekać, bo dania były naprawdę pyszne – chrupiące pikantne skrzydełka podane z aromatycznym dipem serowym, a taco  zadowoliłoby największego konesera kuchni latynoskiej.

Werdykt? Na pewno warto wybrać się do Republica Latina, ale pod warunkiem, że ma się dużo (albo jeszcze lepiej bardzo dużo) czasu, bo tempo, z jakim serwuje się tu dania, pozostawia sporo do życzenia. Oprócz tego pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego godzinami trzyma się rezerwację stolika dla klienta, który się nie pojawił – w czasie naszego ponad dwugodzinnego pobytu w lokalu co najmniej dwa stoliki cały czas stały puste, ale za to z kartką „Rezerwacja”.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Polska od kuchni

Mój ostatni pobyt w Polsce bez wątpienia obfitował w przeżycia natury kulinarnej. Tym razem udało mi się odwiedzić kilka bardzo interesujących dla żołądka miejsc, jeśli nawet nie od Bałtyku po gór szczyty, to przynajmniej od Warszawy po Sieradz.

Pierogarnia na Bednarskiej, Warszawa

Pierogarnia na Bednarskiej oferuje najlepsze pierogi, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się jeść – wielki wybór,  zarówno na słodko, jak i na ostro – pierogi Macieja, pierogi szwagra, pierogi Diavolo i jeszcze cała wymyślna gama smaków, o których nie wiedziałam, że można je zastosować do pierogów. Do zamówienia można dostać pikantny sos śmietanowo-czosnkowy albo delikatniejszy słodkawy sos chili (sos chili do pierogów to prawdziwa rewelacja!) Co najważniejsze, wszystkie te pyszności można zamówić za bardzo niewygórowaną cenę: przykładowo zestaw złożony z pierogów i zupy dnia kosztuje jedynie 14 złotych.

Jest to restauracja samoobsługowa, ale ani wystrój, ani jakość jedzenia na pewno nie przypominają barów mlecznych z czasów nieboszczki PRL. Nic dziwnego, że Pierogarnia przyciąga tak samo polskich studentów, jak i niemieckich turystów czy japońskich biznesmenów.

Małe ostrzeżenie: jeśli trafi się na moment, kiedy w restauracji jest większa grupa z zamówioną wcześniej rezerwacją (co nam się niestety przytrafiło), jest się zdanym na łaskę obsługujących pań, które – kiedy przepracowane – bywają trochę mniej miłe niż zwykle. Minusy? W Pierogarni nie podaje się alkoholu.

Meltemi, ul. Drawska / róg Szczęśliwickiej, Warszawa

Doskonała kuchnia grecka, do tego muzyka na żywo z Półwyspu Bałkańskiego. Meltemi dysponuje również kartą win doskonałej jakości. A jeśli ktoś się upiera, aby pić greckie wino, albo jest niezdecydowany, może zawsze zamówić dzbanek retsiny. My nie popełniłyśmy tego błędu i zamówiłyśmy również znakomite południowoafrykańskie Savignon Blanc.

Tak na marginesie – kupowanie i zamawianie win w Polsce jest dla mnie zawsze pewnego rodzaju loterią. Tyle razy zdarzyło mi się wydać nie najmniejsze wcale pieniądze na marnej jakości kwasior, że coraz częściej biorę po prostu piwo, bo jeśli chodzi o to ostatnie, to oferta większości polskich pubów i restauracji jest bez zarzutu.

Republica Latina, Plac Trzech Krzyży, Warszawa
Jest to z lekka przereklamowana restauracja i bar w centrum stolicy, która jednak zasługuje na poczesne miejsce w II części mojego opisu Polski od kuchni – miejmy nadzieję cz. II zostanie opublikowana w najbliższych dniach.

Cafe Szparka, Plac Trzech Krzyży, Warszawa

 

Cafe Szparka to jedno z niewielu znanych mi miejsc w centrum stolicy (oczywiście poza Dworcem Centralnym), gdzie wcześnie rano można spokojnie zjeść bardzo dobre śniadanie, a potem bez problemu zdążyć na Okęcie. Jest to prawdziwe zbawienie, jeśli nie chce się przepłacać w hotelowych restauracjach. Do wyboru – śniadania mięsne i wegetariańskie w kilku zestawach (np. jajcarskie, konkretne, serowe). W niedzielę o 8 rano nie było tam tłoczno, jesli nie liczyć pary polskich yuppies, pary Brytyjczyków (ona – o urodzie modelki, paląca duże ilości papierosów, on – chyba na kacu ewentualnie haju) oraz mnie. Minusy? Jeśli komuś nie odpowiada dym papierosowy o godzinie ósmej rano, chyba powinien pójść gdzie indziej.

Restauracja We Młynie, przy trasie Sieradz – Zduńska Wola
Restauracja istnieje mniej więcej od dwóch lat i mieści się w stylizowanym na chatę góralską budynku, po prawej stronie trasy E-12 ze Zduńskiej Woli do Sieradza.  Jedzenie jest znakomite, a obsługa bardzo miła. Podziwiać należy konsekwencję, z jaką opracowano kartę dań i z jaka urządzono wnętrze restauracji – wszystko na ludowo, i to wcale nie w wymuszonym cepeliowskim stylu. 

Tak więc w menu znajdziemy „rosół z babcynej kury” i „kapuśniok z prażokami”, a do korzystania z toalety zachęci nas wdzięczny napis „Wychodek”. Do tego w płynącym przez środek chaty strumyku pływają różnokolorowe rybki, a na oknie drzemią sobie dwa leniwe koty. Leniwe do tego stopnia, że dobrą chwilę zajęło mi stwierdzenie, że są to jednak żywe stworzenia, a nie atrapy ustawione na parapecie ku uciesze klienta. Niestety, nie mam zdjęcia dla zilustrowania tego miejsca, ale szczerze polecam Młyn wszystkim, którzy znajdą się w okolicach Sieradza albo Zduńskiej Woli – na pewno nie pożałujecie wizyty w tym miejscu, a i kieszeń na tym też bardzo nie ucierpi.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Tytuł powyższy wcale nie jest pomyłką, bo nie będę tutaj udzielać porad, jak skutecznie starać się o pracę w Stanach, czy gdzie indziej. A wręcz przeciwnie – to jest poradnik, jak o pracę starać się nie należy.

Po pierwsze, drugie i ostatnie, na pewno nie należy tego robić tak, jak niejaki A.V., imigrant z Uzbekistanu, a obecnie student Yale i ogólnie rzecz biorąc człowiek raczej bystry. Otóż młodzieniec ten wpadł na z pozoru niezły pomysł, aby swoje CV wzbogacić o materiał wizualny w postaci 6-minutowego filmiku wideo, który dołączył do podania o pracę wysłanego do UBS Investment Bank.

Filmik ten, nakręcony na pewno bardziej profesjonalnie i mniej drżącą ręką niż np. „Blair Witch Project”, przedstawia naszego bohatera w różnych nader budujących sytuacjach. Widzimy go, jak na siłowni wyciska po 100 kg w każdej ręce,  jak jedną ręką rozbija stos cegieł  i jak na sali balowej wywija piruety z dość skąpo odzianą panną. Wszystko to przeplatane umoralniającymi historyjkami w stylu „nie ma rzeczy niemożliwych”, płynącymi z ust samego bohatera (filmik utrzymany jest w konwencji filmowej rozmowy kwalifikacyjnej).

Cel tego projektu? Zachęcenie potencjalnego pracodawcy do zaoferowania A.V. dobrze płatnej posady w banku UBS. W jaki sposób to filmowe resume trafiło do YouTube, na razie pozostaje tajemnicą – póki co, wszystko wskazuje na to, że dział kadr UBS dyskrecją nie grzeszy i że któryś z jego pracownikow puścił ten materiał w eter. Natomiast faktem jest, że w YouTube filmik obejrzało kilkaset tysięcy ludzi.

I biedny A.V. nie tylko nadal jest bez pracy, ale stał się pośmiewiskiem najpierw całego Wall Street (gdzie podobno filmik wędrował z jednej skrzynki emailowej do następnej), a teraz chyba nawet i całych Stanów.  Nie pozostawiono na nim suchej nitki, każdy fakt został sto razy sprawdzony. Ktoś doszukał się, że organizacja charytatywna wymieniona w filmiku, jest fikcją, ktoś inny wygrzebał, że firma konsultingowa, którą A.V. wymieniał jako jedno ze swoich osiągnięć, też istnieje tylko na papierze. Nawet New York Times, MSNBC i New York Post napisały o tej historii.

 CV było niewątpliwie mocno przesadzone, bo chwalić się też trzeba z umiarem. Ale mnie interesuje inny aspekt tej sprawy – w dzisiejszych czasach wszystko, co przesyłane jest przez email, w każdej chwili może stać się własnością publiczną. Ktoś kiedyś powiedział, że przez email nie należy przesyłać niczego, co nie powinno trafić na pierwszą stronę New York Times’a.  I wygląda na to, że miał rację.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Błogosławiony niech będzie Internet, w którym nie tylko „śpiewać każdy może”, ale każdy  może też na tym lepszym lub gorszym śpiewaniu zarobić parę groszy, o ile oczywiście w miarę sprawnie posługuje się językiem angielskim.

Najnowszy amerykański pomysł na robienie kasy w Internecie to serwis www.PayPerPost.com, którego autorzy – wstępnie zabezpieczywszy sobie kilka milionów finansowania venture capital – sprzedają usługę polegającą na tym, że reklamodawcy mogą sobie kupować pseudo-bezstronne wpisy w blogach.

Innymi słowy, firma Nike lub Adidas może zaproponować honorarium w wysokości 5  dolarów (suma do ustalenia) za każdy wpis w blogu, w którym autor pozytywnie wyrazi się o butach sportowych jej produkcji. Czyli ja (oczywiście gdybym była o te 10 cm wyższa), mogłabym zamieścić w blogu swoje zdjęcie, na którym wbijajam piłkę do kosza  w butach Nike na nogach. I w komentarzu mogłabym od niechcenia wspomnieć, że buty sportowe Nike są najwygodniejsze na świecie i że po jednym założeniu zniknął mi nawet odcisk na małym palcu u lewej nogi.  I za te usługę skasowałabym odpowiednie honorarium.

Następnego zaś dnia mogłabym – równie bezstronnie i od niechcenia – wspomnieć, że po wczorajszym intensywnym treningu koszykówki jedyną rzeczą, która może mnie postawić na nogi, jest kawa Starbucks, najlepiej marki Cafe Verona. I za tę jakże bezstronną i niewinną wzmiankę skasowałabym kolejne honorarium.

Czy jest w tym coś złego? Dlaczego się czepiam? Otoż czepiam się dlatego, że gdzieś tam drobnym drukiem firma PayPerPost.com informuje, że nikt nie ma obowiązku zaznaczać, że jego tekst w blogu jest płatnym tekstem reklamowym. Czyli mamy tutaj do czynienia z takim małym internetowym „Truman Show”, w którym jedni wierzą, że czytają obiektywne opinie na jakiś temat, inni natomiast bez mrugnięcia okiem biorą kasę za wyrażanie takich „bezstronnych” opinii. Ale kto wie, może rzeczywiście wszystko jest już na sprzedaż?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Bo śpiewać każdy może

… trochę lepiej lub gorzej. Ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi.

Korciło mnie strasznie, aby przytoczyć ten cytat z piosenki Stuhra właśnie  w kontekście pisania o blogosferze – niekoniecznie polskiej, ale w ogóle jakiejkolwiek. Nie bierzcie mi tego za złe – blogi to znakomita sprawa, bo są tematy, które  zanim trafią do głównego nurtu mediów, najpierw zostają gruntownie rozpracowane w blogach. Tu w Stanach właśnie w blogach zdemaskowano kilka istotnych wpadek politycznych czy dziennikarskich, takich jak np.  gafa Dana Rathera ze stacji CBS, który zaprezentował na antenie sfałszowane dokumenty dotyczące służby wojskowej prezydenta Busha.

Nie ulega wątpliwości, że obecny prezydent USA to wytrawny dekownik, który wojnę wietnamską przesiedział bezpiecznie na głębokiej prowincji, a do swojej jednostki Gwardii Narodowej zgłaszał się jedynie po to, aby leczyć zęby. Niemniej jednak Rather popełnił niewybaczalny błąd opierając swój raport na sfałszowanych dokumentach.

Ale blogi to miecz obosieczny. Praktycznie każdy, kto jest szczęśliwym posiadaczem komputera i podłączenia do Internetu, z dnia na dzien może stać się pisarzem, dziennikarzem, albo ekspertem od czegoś tam, bo przecież publikuje. Nic nie szkodzi, że publikuje sam siebie, z łaski któregoś z kolei darmowego blogowego serwisu, że klawiaturę obsługuje jednym palcem, a i z ortografią bywa trochę na bakier. Ważne, że publikuje.  Wiara w moc słowa drukowanego niewiele się zmieniła od czasów Gutenberga.

Kto mi zabroni założyć blog na temat odnawialnych źródeł energii albo życia seksualnego orangutanów, nawet jeśli są to tematy, o których pojęcie mam raczej blade? Mogę to zrobić choćby jutro! A jeszcze lepiej – mogę najpierw „wygooglować” parę gorących tematów, sprawdzić, które się najlepiej sprzedają w sieci reklamowej i gotowe!

Do tego blogi pozwalają elegancko rozprawić się z wszystkimi ewentualnymi wrogami z życia niewirtualnego, którzy jako jeszcze nie zblogowani żyją w słodkiej nieświadomości i nie mają bladego pojęcia,  że ktoś przyprawia im w Internecie ‚gembe’.

W taki oto sposób powstaje nie tyle blogowa sieć, co sieczka, w której coraz trudniej wyłowić rzeczy wartościowe. I konia z rzędem temu, kto wie, jak się przed tym bronić. Póki co, dodaję do listy ulubionych różne blogi z sensem, pisane przez ludzi, którzy nie podają się za ekspertów od czegokolwiek. A sama nie zakładam blogu o orangutanach.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »