Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Nowy Jork’ Category

Po pierwsze – nie Zbigniew, tylko Agnieszka, a po drugie – nie byli wcale pijani, tylko pan w urzędzie gminy nie bardzo wiedział, jak poprawnie napisać „Wioletta”. Zresztą nie o Agnieszkę tu chodzi, ale właśnie o nieszczęsnego Zbigniewa.  Otóż w ostatnim wydaniu popularnego tygodnika New Yorker opublikowany został rysunek autorstwa Roberta Webera, przedstawiający dwoje dzieciaków na przystanku autobusowym. Podpis pod rysunkiem brzmi: „Rodzice dali mi na imię Zbigniew, bo byli pijani” (My parents named me Zbigniew because they were drunk).

new_yorker.gif
© New Yorker

Z powodu tego rysunku rozpętała się cała afera. Polacy dzwonią i piszą do redakcji pisma z protestami przeciw dyskryminacji. Gazety codzienne, w tym Daily News i International Herald Tribune, poświęcają temu tematowi artykuły na swoich łamach. Nowojorski Nowy Dziennik opisuje sprawę z detalami, cytując słowa młodego mieszkańca Greenpointu: „Jeśli żartuje się z czarnoskórych lub Latynosów, to jest się rasistą. Więc ludzie sobie myślą: zamiast tego pożartujmy sobie z Polaków.”  Głos w tej sprawie zabrał także Frank Milewski z nowojorskiego oddziału KPA, który powiedział Nowemu Dziennikowi, że „ten żart jest w pewnym stopniu obraźliwy. Nie jest jednak tak groźny jak inne żarty czy obelgi, z jakimi czasami mamy do czynienia”. Czyli możemy się obrazić, byle nie za bardzo…

Po iluś tam latach spędzonych w Stanach mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Amerykanie nie mają talentu do wymawiania obco brzmiących imion czy nazwisk i przekręcają je niemiłosiernie. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadano mi w nowej pracy brzmiało, czy moje imię ma jakąś łatwiejszą do wymówienia wersję. Hmmm… z tym jest akurat mały problem, bo za zdrobnieniami swojego imienia nie przepadam, a angielska wersja (Agnes) brzmi dla mnie zdecydowanie zbyt staroświecko. Ale wytężyłam pamięć i powiedziałam, że chętnie będę używać swojego imienia z dzieciństwa. Słowo ciałem się stało, i z tej okazji wysłano nawet oficjalny email z instrukcją, jak poprawnie wymawiać imię Isia (pronounced ‚eesha’). 

Z tego powodu wiarygodnie brzmi dla mnie wyjaśnienie redaktora naczelnego New Yorker Davida Remnicka – żart zakłada, że dziecko nie ma polskiego pochodzenia i nie chodziło wcale o kolejny Polish joke, ale po prostu o trudność, jaką dla przeciętnego Amerykanina przedstawia wymowa tego imienia: The heart of the joke is the difficulty in saying the name; there’s no ethnic slur.

Wydawany od 1925 roku New Yorker to ambitne pismo, które słynie nie tylko z publikowanych w każdym numerze rysunków satyrycznych, ale także z doskonałych artykułów na temat kultury oraz publikacji krótkich form literackich. Dla New Yorkera pisali m.in. Vladimir Nabokov, Philip Roth, Alice Munro, John Updike i inni giganci literatury angielskojęzycznej. Nie zakładam więc, że zniżyłoby się do opublikowania rysunku o jednoznacznie rasistowskim przesłaniu.

Z drugiej jednak strony warto się zastanowić nad pytaniem, czy to szacowne pismo opublikowałoby ten sam żart, gdyby użyto w nim jakiegoś trudnego do wymówienia azjatyckiego albo afrykańskiego imienia. „Rodzice dali mi na imię Lakeisha, bo byli pijani”?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Ameryce wszystko jest większe i bardziej wyraźne niż w Europie, nawet te kreślone na czołach wiernych w środę popielcową znaki krzyża. Popiół pokutny, który pamiętam z Polski, był szary, delikatny, dostawało się go tylko odrobinkę, bardziej na włosy niż na czoło. Nigdy nie pobrudził ubrania ani nie naruszył makijażu. Popiół amerykański to inna sprawa – jest tłusty i czarny jak smoła, a nakreślony nim krzyż – wyraźny, rozpoznawalny i nie pozostawiający cienia wątpliwości, co do powagi swojego przesłania.

popielec4.jpg

popielec1.jpg

popielec2.jpg

popielec3.jpg

Pod katedrą św. Patryka na Fifth Ave. w porze lunchu stała kilkusetosobowa kolejka czekających na posypanie glowy popiołem i co chwilę pojawiał się jakiś turysta z Japonii albo Tajwanu, zawsze z super lekkim i bardzo srebrnym aparatem fotograficznym, którym robił zdjęcie tego zebranego przed Katedrą tłumu. Egzotyka.

Tak więc chodziliśmy dzisiaj po Manhattanie naznaczeni symbolem pokuty, wreszcie czymkolwiek wyróżniający się w nowojorskim tłumie. A kiedy wracałam do domu autobusem na Queens, mała, sześcioletnia może dziewczynka, wskazując na mnie zapytała: „Mamusiu, dlaczego ona jest taka brudna?”

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Jak każdego roku w lutym, przyjechało ich do Nowego Jorku ponad dwa tysiące. Wszystkie piękne, eleganckie, pełne wdzięku i od wczesnej młodości przyzwyczajone do pieszczot i podziwu. Niestremowane blyskami flesza, rozpieszczone do granic przyzwoitości i przewyższające klasą swoich „opiekunów”. We wszystkich rozmiarach i kolorach. Przyjechały do Nowego Jorku z całych Stanów, aby wziąć udział w dwudniowej imprezie odbywającej się tutaj już od ponad 130 lat.


Owczarek staroangielski (Old English Sheepdog)


Collie


Owczarek niemiecki (German Shepherd)


Polski owczarek nizinny (Polish Lowland Sheepdog)

Mam na myśli psie piękności uczestniczące Westminster Kennel Club Dog Show w Nowym Jorku, czyli najbardziej prestiżowej corocznej wystawie psów rasowych. Wystawa odbywała się – już po raz 131. – w dniach 12-13 lutego w Madison Square Garden. Zgodnie z klasyfikacją American Kennel Club oceniano w niej psy w siedmiu grupach ras:

  • sporting group
  • hound group (psy myśliwskie)
  • working group (psy obronne i pociągowe)
  • terrier group (teriery)
  • toy group (małe pieski „do towarzystwa” typu shih-tzu)
  • herding group (psy pasterskie), w tym polski owczarek nizinny – jedyna polska rasa uznawana przez AKC
  • nonsporting group

Miałam okazję być na drugim dniu wystawy i jej uroczystym zakończeniu wczoraj wieczorem, kiedy tradycyjnie przyznany został tytuł Best in Show – nacenniejsza z wszystkich psich nagród. W tym roku dostał ją 6-letni spaniel o imieniu James, który po tym konkursie przechodzi na zasłużoną emeryturę.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dwa tygodnie po swoich urodzinach dowiedziałam się, że jestem chora. Po upływie kolejnych dwóch byłam już po biopsji i po pierwszej chemii, a po następnych dwóch – z loków do połowy pleców została łysa glaca. Może niedokładnie tak – jeszcze w szpitalu doradzono mi, żeby włosy obciąć jak najkrócej,  jeszcze zanim zaczną same wypadać, bo wiadomo było, że po Cytoxanie tak musi się stać. Obciąć włosy po to, żeby złagodzić szok (soften the blow – tak powiedziała pielęgniarka), żeby rano zbierać z poduszki pojedyncze kosmyki zamiast całych pukli.

Zrobiłam tak, jak mi doradzono. Zaraz po wyjściu ze szpitala poszłam do zakładu fryzjerskiego na Greenpoincie, do którego chodziłam od paru lat. Ela obcięła mi włosy na zapałkę nie zadając ani jednego zbędnego pytania.

Pamiętam, że to był czwartek, tak samo jak pamiętam to, że 9/11 to był wtorek. Wychodząc od fryzjera myślałam  jedynie o tym, że wyglądam jak świr. Nigdy w życiu nie nosiłam włosów krótszych niż do ramion, a tu – fryzura „na rekruta”. Ale na tym właśnie polega cała uroda Nowego Jorku – nawet, jeśli myślisz, że wyglądasz jak cudak, bardzo prawdopodobne jest, że tutaj nikt nie zwróci na Ciebie uwagi i bez problemu wtopisz się w chaotyczny nowojorski tłum. Mój jeżyk nie wzbudził niczyjego niezdrowego zainteresowania, podobnie zresztą jak czarny kapelusz, który zaczęłam nosić w czerwcu, w środku upalnego nowojorskiego lata.

Działo się to cztery lata temu. Jestem w remisji, żyję i jak dobrze pójdzie, dożyję czterdziestki:) Wszystko dzięki temu, że moje leczenie rozpoczęto natychmiast po ustaleniu diagnozy i  że oprócz tradycyjnej chemioterapii dostałam leki najnowszej generacji  – wszystko, co miała do zaoferowania współczesna medycyna.

Dlatego czarna rozpacz mnie ogarnia, kiedy czytam teksty takie, jak ostatnio ten w Wyborczej, zatytułowany Nie ma za co leczyć raka:

Centrum Onkologii na Ursynowie ogranicza, a nawet wstrzymuje podawanie chorym nowoczesnych leków na raka. Dyrekcja szpitala nie ma pieniędzy na drogie leczenie i nie chce wpaść w jeszcze większe długi.
Ważą się losy chorych, u których już zaczęto terapię lekami najnowszej generacji. Nie wiadomo, skąd wziąć pieniądze na kontynuowanie leczenia. Chodzi o miliony złotych. (Gazeta Wyborcza)

Dyrektorzy szpitala nie chcą wpaść w długi albo nie daj Boże zaprzepaścić swoich premii. Fundusz nie zwraca za leczenie, a dla osób chorych na raka odliczanie czasu już się rozpoczęło i zegar tyka bezlitośnie, bo leczenie onkologiczne opóznione o tydzień albo miesiąc to różnica między życiem a śmiercią. Przestają dziwić ponure statystyki, z których wynika, że w Polsce ponad połowa chorych na raka umiera w ciągu roku od diagnozy.

Dziwny to kraj, w którym miliony przeznacza się na świątynię Opatrzności Bozej, a w którym chorych pozostawia się samym sobie. I nie bardzo chrześcijański.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Bilety na wczorajsze przedstawienie La Bohème w Metropolitan musieliśmy oddać w dobre ręce. Od kilku dni kaszlę, prycham, kicham i smarkam bez umiaru. Pójście do opery w takim stanie byłoby pozbawione sensu, tym bardziej, że każdy szanujący się meloman za poważne przestępstwo uznaje pokasływanie w operze.

la_boheme.jpg
Fot. Winnie Klotz, Metropolitan Opera

Miałam nadzieję, że przynajmniej M. skorzysta i obejrzy przedstawienie. Owszem, założył krawat i marynarkę i wziął ze sobą obydwa bilety w nadziei, że ten niewykorzystany – czyli mój – po prostu odsprzeda komuś przed operą, zwłaszcza że biletów na to przedstawienie nie można było dostać od dobrych paru tygodni. Ale kiedy stanął przed kasą, podszedł do niego elegancko ubrany stulatek (OK, przesadzam, ale tak wynikało z opisu) i poprosił go o odsprzedanie obu biletów (pewnie  w pobliżu czekała równie elegancko ubrana stulatka). 

M. twierdzi, że zrobiło mu się żal dziadka, tak więc wrócił do domu bez biletów, ale za to z 80 dolarami w kieszeni.  Ja zaś twierdzę, że nie chciało mu się o północy wracać metrem z Manhattanu na Queens…

Pocieszam się tym, że akurat to przedstawienie La Bohème w reżyserii Franco Zefirelliego widziałam już dwa razy i że ktoś inny (para sympatycznych stulatków?) spędził miły wieczór w towarzystwie Mimi i Rodolfo. Ale ten śnieg – śniegu szkoda najbardziej! W III akcie jest niesamowity moment, kiedy na scenie zaczyna padać śnieg. W połączeniu z bardzo realistycznym odtworzeniem scenerii XIX-wiecznego Paryża (brukowane ulice, mosty, parki i tawerny) robi to magiczne wrażenie.

Następne bilety do Met mamy na połowę lutego – na Oniegina. Mam nadzieję, że zdążę wyzdrowieć.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Czy to przekleństwo Indian jest naprawdę częścią amerykańskiej legendy, czy może zostało wymyślone przez Polaków nie potrafiących sobie znaleźć miejsca ani tu, ani tam – tego pewnie się nie dowiemy. Jest to historyjka, którą powitała mnie w Nowym Jorku moja przyjaciółka, kiedy x lat temu przyjechałam do Stanów na kilkumiesięczne – a trwające do dzisiaj – wakacje. Przekleństwo Indian polegać ma na tym, że każdy emigrant, który postawi stopę na ziemi amerykańskiej, zawsze będzie rozdarty między dwoma światami – krajem, z którego przyjechał i do którego już prawdopodobnie nie powróci, a nową amerykańską ojczyzną.

Fot. IStockPhoto

Historia ta przypomniała mi się wczoraj, a więc w dniu, kiedy przyjęłam obywatelstwo USA. Sam proces ubiegania się o to obywatelstwo z całą swoją bizantyjską biurokracją, pielgrzymkami od urzędu do urzędu, zagubionymi dokumentami, listami, podaniami itp. chyba w pewnym momencie zaczął przysłaniać mi znaczenie faktu, że mam zostać obywatelem Stanów Zjednoczonych – kraju, w którym mieszkam od dawna i który uważam za fantastyczne miejsce, ale z którym nigdy nie identyfikowałam się tak, jak z Polską. Czy mój amerykański paszport stawia więc kropkę nad „i” i jest ostatecznym potwierdzeniem tego, co sama od dawna podejrzewam, a mianowicie, że do Polski już nie wrócę?

Moje pierwsze lata w Nowym Jorku upłynęły pod znakiem tymczasowości. Wszystko działo się byle jak i na chwilę: mieszkanie dzielone z przypadkowo spotkanymi osobami, różne tymczasowe zajęcia oraz wszechobecne poczucie, że nie warto tutaj niczego trwałego budować, bo przecież i tak już niedługo wracam do Polski. Na stałe. Na zawsze. Niedługo – czyli jak tylko poprawię angielski, jak tylko odłożę więcej pieniędzy, jak tylko zdobędę doświadczenie zawodowe, które pomoże mi zrobić w Polsce karierę, jak tylko… Powodów, dla których opóźniałam powrót do kraju, było bez liku, i kiedy jeden znikał, zaraz pojawiał się następny.

Kiedy teraz o tym myślę, trudno mi jednoznacznie wskazać moment, w którym ta tymczasowość z wyboru zaczęła powoli przekształcać się w coś bardziej trwałego. Czy stało się to wtedy, kiedy razem z Moniką postanowiłyśmy przenieść się z wynajmowanego pokoju na Jackson Heights do naszego pierwszego samodzielnego mieszkania na Astorii, mimo że nie byłyśmy do końca pewne, jak sobie poradzimy z czynszem? Albo wtedy, kiedy zdecydowałam się ze swojej pensji sekretarki finansować studia w nadziei, że amerykańskie wykształcenie pomoże mi znaleźć jakieś bardziej kreatywne zajęcie?

W Stanach – mimo że czuję się tu jak ryba w wodzie – nadal jestem kimś „spoza”. Mój akcent – co prawda mocno już rozcieńczony i jak twierdzą moi amerykańscy znajomi, hard to place, ale jednak obcy. W Polsce – jestem kimś „stamtąd” i z rumieńcem na twarzy przyznaję, że zdarzyły mi się wpadki lingwistyczne typu „rezolucja monitora” (i nie chodziło bynajmniej o teksty prawne z Dziennika Ustaw i Monitora Polskiego) albo „zrobiłaś dobrą decyzję”.

Tak więc klątwa Indian nadal wisi mi nad głową i fakt posiadania podwójnego obywatelstwa nic pod tym względem nie zmienia. A może jest jakaś prawda w powiedzeniu, że konstrukcje tymczasowe są najtrwalsze?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Nareszcie! Po trzech latach oczekiwania, pokornych pielgrzymek do Urzędu Imigracyjnego na Manhattanie, pisania listów, odwołań oraz ogólnego rzucania grochem o ścianę biurokracji moje podanie o przyznanie obywatelstwa amerykańskiego zostało rozpatrzone. Widocznie w słowach piosenki Stuhra Nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać, jest zawarta głęboka życiowa prawda:)

Paszport

Zawiadomienie przyszło wczoraj – biała urzędowa koperta z adresem i pieczęcią U.S. Citizenship and Immigration Services w Garden City, a w niej – zaproszenie na uroczystą przysięgę czyli Naturalization Oath Ceremony w siedzibie USCIS na Brooklynie – jeszcze w styczniu!

Chronologia całego procesu wygląda następująco:
Styczeń 2004: składam podanie o przyznanie obywatelstwa USA.
Luty 2004: otrzymuję potwierdzenie, że dokumenty zostały otrzymane przez USCIS.
Maj 2004: idę na pobranie odcisków palców.
Styczeń 2005: otrzymuję zawiadomienie o citizenship interview czyli rozmowie kwalifikacyjnej wyznaczonej na maj.
Maj 2005: odbywa się moje citizenship interview, w czasie którego zostaję poinformowana, że rozmowa co prawda przebiegła pomyślnie, ale urząd nadal czeka na dodatkowe dokumenty w mojej sprawie (related files).
Styczeń 2006: wizyta w USCIS na Manhattanie z zapytaniem o status sprawy; otrzymuję informację, że dokumenty jeszcze się nie odnalazły.
Marzec – sierpień 2006: wysyłam trzy albo cztery listy z zapytaniem o status sprawy, ale na żaden nie otrzymuję odpowiedzi.
– Grudzień 2006: wysyłam skargę do biura senatora stanu Nowy Jork.
Styczeń 2007: kolejna wizyta w Urzędzie Imigracyjnym na Manhattanie, opisana z detalami w tym blogu – nadal żadnych konkretów. Dziesięć dni pózniej (czyli wczoraj) przychodzi zawiadomienie o dacie przysięgi.

Nie mam pojęcia, co w końcu odetkało tę biurokratyczną rurę – list do senatora czy moja ostatnia „pielgrzymka” do urzędu –  ale to już chyba bez znaczenia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Tajemniczy przypominający woń gazu odór zniknął z Manhattanu tak szybko, jak się pojawił, czyli jeszcze w poniedziałek. W międzyczasie zaangażowano do akcji siły policji i strazy pożarnej, burmistrz zwołał konferencje prasową i na wszelki wypadek ewakuowano pracowników niektórych biur w okolicach Rockefeller Center oraz uczniów czterech szkół. Smród  najsilniej odczuwano w rejonie Chelsea, przy Bleecker Street na północ od Greenwich Village.

Skad się to wzięło? Dokladnie nie wiadomo, ale wczoraj władze miejskie wskazały na bagna znajdujące się na przemysłowym nabrzeżu New Jersey tuż po przeciwnej stronie Hudson River jako prawdopodobną przyczynę.

Więc 8 stycznia przejdzie do historii Nowego Jorku po prostu jako „śmierdzący poniedziałek”:)

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Piszę to z lekkim przekąsem, bo dzisiaj od rana na sporej części Manhattanu czuć silny zapach gazu i nikt nie wie, co to jest i skąd się wzięło. Zaczęło się koło dziewiątej rano, kiedy policja i straż pożarna zaczęły dostawać telefony z zupełnie różnych części miasta od ludzi, ktorzy uskarżali się na fetor. A Manhattan to znowu nie taka malutka wysepka, żeby jedna pęknięta rurka w jakimś wieżowcu zasmrodziła pół miasta.

W momencie, kiedy piszę ten tekst, nadal nie wiadomo, co to jest i skąd się wzięło, ale na wszelki wypadek ewakuowanych zostało parę budynków – zarówno mieszkalnych, jak i biurowców, zwłaszcza w samym centrum, w okolicach Rockefeller Center, gdzie pracuję. W moim budynku nastąpiła dobrowolna ewakuacja – kto chciał mógł opuścić biuro.  Część osób nadal tu jest, tylko tak nam jakoś… niemiło.


© Yahoo! News

Burmistrz Bloomberg zapewnia, że chociaż nie wiadomo jeszcze co to jest, to na pewno nie jest niebezpieczne. Tylko… jak może być wiadomo, że nie jest to niebezpieczne, skoro nie wiadomo, co to jest?! Chyba że się wyznaje zasadę „od smrodu jeszcze nikt nie umarł”…

Wyborcza wprowadza lekki zamęt tytułem Tajemniczy zapach sparaliżował Manhattan, bo Amerykanie o żadnym paraliżu nie informują, oprócz tego, że nie kursuje kolejka Path do New Jersey). A dowcipnisie z Forum GW mają już oczywiście wytłumaczenie:

Przyczyną zapewne jest niezdrowa i wiatropędna dieta mieszkańców USA.

dzis poniedzialek wiec chlopaki z polski (ci od azbestow, budowlanki i rozwalania budynkow) przyszli do roboty po weekendzie… i jak w kazdy poniedzialek od kilkudziesieciu lat tak wali od nich kacem, ze pol nowego jorku nie moze oddychac….

A nam tutaj jakby trochę mniej do śmiechu. 

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Miejsce akcji: Urząd Imigracyjny w Nowym Jorku. Czas akcji:  godzina 6:45 rano. Właśnie o tej porze ustawiam się w mniej więcej pięćdziesięcioosobowej kolejce petentów czekających przed budynkiem, aby porozmawiać  z urzędnikiem imigracyjnym.

Drzwi są już otwarte, ale przecież nie można petentów wpuścić  na wypastowane podłogi bez uprzedniego wprowadzenia atmosfery szacunku dla Urzędu. W związku z tym przed odgrodzoną metalowymi barierkami kolejką przechadza się Pan Strażnik, który z  urzędową miną informuje o konieczności natychmiastowego opróżnienia kieszeni spodni oraz zdjęcia pasków (na szczęście mam na sobie spódnicę). Faceci z kolejki zaczynają posłusznie majstrować  przy portkach, wyciągają z kieszeni komórki i klucze oraz odpinają paski.

Następnie Pan Strażnik zabiera się do przeglądania zawartości damskich torebek – mogę tylko przypuszczać, że to z ciekawości czysto poznawczej, bo wewnątrz wszystko i tak przechodzi przez urządzenie prześwietlające.

Po kilkunastu minutach oczekiwania zostajemy wpuszczeni do środka, gdzie czeka nas kontrola w stylu tych, jakie odbywają się teraz na wszystkich lotniskach. Kładziemy na taśmie torby i zdejmujemy płaszcze i kurtki, które Pani Strażniczka kijem od szczotki wpycha do wnętrza maszyny prześwietlającej. Zapewne aby nie pobrudzić rąk, bo wiadomo, że higiena jest bardzo ważna w okresie grypowym.

OK, przeszła. Teraz idę na trzecie piętro, gdzie po odczekaniu w następnej kolejce zostaję wysłuchana przez Pana Urzędnika, który pragnie wiedzieć, co sprowadza mnie do Urzędu. Odpowiadam, że podanie o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu i które ugrzęzło w martwym punkcie po tym, jak moje dokumenty zaginęły w bliżej nie wyjaśnionych okolicznościach. Pan Urzędnik przyjmuje powyższe do wiadomości, po czym wręcza mi różowy formularz z numerkiem i kieruje na siódme piętro. Różowy kolor dla formularza? Może jednak jest jeszcze nadzieja?

Jestem prawie u celu. Znowu czekanie, ale tu można przynajmniej usiąść w poczekalni. Teraz idzie już szybko, bo przede mną tylko dwie osoby. Wreszcie podchodzę do okienka i referuję sprawę.

Ja: Chciałam dowiedzieć się, jaki jest status mojego podania o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu.
Urzędniczka: Proszę pokazać kopie dokumentów.
Ja: Pokazuję dokumenty. Czekam bardzo długo i chciałam zapytać, czy odnaleziono moją teczkę, którą Urząd Imigracyjny zagubił.
Urzędniczka: Nasz Urząd NIGDY nie gubi dokumentów.
Ja: Hmm… Podczas egzaminu na obywatelstwo dwa lata temu powiedziano mi, że sprawa zostanie załatwiona, jak tylko odnajdzie się teczka. A rok później powiedziano mi dokładnie to samo, tzn. że teczka się jeszcze nie odnalazła i poradzono napisać odwołanie – tu są kopie moich…
Urzędniczka: Warczy. Musiała pani źle zrozumieć. Mówię wyraźnie: Urząd Imigracyjny N-I-E   G-U-B-I  dokumentów!!!
Ja: Ok, ok. Jaki jest więc status mojego podania?
Urzędniczka: Stuka na komputerze. Teraz musi pani od nowa zrobić odciski palców, potem FBI je sprawdzi…

Ponieważ pobranie odcisków palców i background check w FBI to zawsze pierwszy – a nie ostatni – krok w sprawach o przyznanie obywatelstwa USA, szczerze powątpiewam, że moja nieszczęsna teczka jeszcze w ogóle istnieje, ale ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi. Pozostaje jedynie pytanie, kiedy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »