Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Emigracja’ Category

Po pierwsze – nie Zbigniew, tylko Agnieszka, a po drugie – nie byli wcale pijani, tylko pan w urzędzie gminy nie bardzo wiedział, jak poprawnie napisać „Wioletta”. Zresztą nie o Agnieszkę tu chodzi, ale właśnie o nieszczęsnego Zbigniewa.  Otóż w ostatnim wydaniu popularnego tygodnika New Yorker opublikowany został rysunek autorstwa Roberta Webera, przedstawiający dwoje dzieciaków na przystanku autobusowym. Podpis pod rysunkiem brzmi: „Rodzice dali mi na imię Zbigniew, bo byli pijani” (My parents named me Zbigniew because they were drunk).

new_yorker.gif
© New Yorker

Z powodu tego rysunku rozpętała się cała afera. Polacy dzwonią i piszą do redakcji pisma z protestami przeciw dyskryminacji. Gazety codzienne, w tym Daily News i International Herald Tribune, poświęcają temu tematowi artykuły na swoich łamach. Nowojorski Nowy Dziennik opisuje sprawę z detalami, cytując słowa młodego mieszkańca Greenpointu: „Jeśli żartuje się z czarnoskórych lub Latynosów, to jest się rasistą. Więc ludzie sobie myślą: zamiast tego pożartujmy sobie z Polaków.”  Głos w tej sprawie zabrał także Frank Milewski z nowojorskiego oddziału KPA, który powiedział Nowemu Dziennikowi, że „ten żart jest w pewnym stopniu obraźliwy. Nie jest jednak tak groźny jak inne żarty czy obelgi, z jakimi czasami mamy do czynienia”. Czyli możemy się obrazić, byle nie za bardzo…

Po iluś tam latach spędzonych w Stanach mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Amerykanie nie mają talentu do wymawiania obco brzmiących imion czy nazwisk i przekręcają je niemiłosiernie. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadano mi w nowej pracy brzmiało, czy moje imię ma jakąś łatwiejszą do wymówienia wersję. Hmmm… z tym jest akurat mały problem, bo za zdrobnieniami swojego imienia nie przepadam, a angielska wersja (Agnes) brzmi dla mnie zdecydowanie zbyt staroświecko. Ale wytężyłam pamięć i powiedziałam, że chętnie będę używać swojego imienia z dzieciństwa. Słowo ciałem się stało, i z tej okazji wysłano nawet oficjalny email z instrukcją, jak poprawnie wymawiać imię Isia (pronounced ‚eesha’). 

Z tego powodu wiarygodnie brzmi dla mnie wyjaśnienie redaktora naczelnego New Yorker Davida Remnicka – żart zakłada, że dziecko nie ma polskiego pochodzenia i nie chodziło wcale o kolejny Polish joke, ale po prostu o trudność, jaką dla przeciętnego Amerykanina przedstawia wymowa tego imienia: The heart of the joke is the difficulty in saying the name; there’s no ethnic slur.

Wydawany od 1925 roku New Yorker to ambitne pismo, które słynie nie tylko z publikowanych w każdym numerze rysunków satyrycznych, ale także z doskonałych artykułów na temat kultury oraz publikacji krótkich form literackich. Dla New Yorkera pisali m.in. Vladimir Nabokov, Philip Roth, Alice Munro, John Updike i inni giganci literatury angielskojęzycznej. Nie zakładam więc, że zniżyłoby się do opublikowania rysunku o jednoznacznie rasistowskim przesłaniu.

Z drugiej jednak strony warto się zastanowić nad pytaniem, czy to szacowne pismo opublikowałoby ten sam żart, gdyby użyto w nim jakiegoś trudnego do wymówienia azjatyckiego albo afrykańskiego imienia. „Rodzice dali mi na imię Lakeisha, bo byli pijani”?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Długa rozłąka to śmierć związku. Temu panu – albo tej pani – dziękujemy. Koniec, kropka, amen, bez żadnych „ale przecież nas łączy coś zupełnie wyjątkowego”, „to tylko chwilowo”, „to jest zło konieczne” i temu podobnych dupereli. Chcecie emigrować? Proszę bardzo – emigrujcie, ale jeśli chcecie zostać razem – wyjeżdżajcie razem.  A jeśli jednak postanowicie, że jedno wyjeżdża, a drugie zostaje, to w razie czego bardzo proszę nie mieć pretensji do tego, kto wyjechał (albo do tego, kto pozostał), że jego (jej?) uczucie okazało się nie na miarę Heloizy i Abelarda. Ja tylko ostrzegam i w razie reklamacji proszę pisać na Berydczów.

Scenariusz jest banalny i przewidywalny aż do bólu. On – lub ona – wyjeżdża, aby trochę zarobić albo poprawić znajomość języka – do Niemiec, Anglii lub Stanów, z założenia nie na dłużej niż rok lub dwa. Trzeba tylko wykończyć dom, kupić lepszy samochód albo odłożyć trochę gotówki na czarną godzinę, a akurat trafia się okazja, bo kuzyn, który od roku pracuje we Frankfurcie, Londynie czy Nowym Jorku, ma pusty pokój do wynajęcia, a jego szef szuka ludzi do pracy. Za całkiem przyzwoite pieniądze. Kupiony bilet, pożegnanie na dworcu albo lotnisku – „kocham Cię, to długo nie potrwa, zobaczymy się w święta”. Cmok, cmok, ostatnie klepnięcie w tyłek.  Zakończyliśmy odprawę pasażerów odlatujących do Nowego Jorku lotem Polskich Linii Lotniczych LOT numer taki to a taki. Ta druga osoba pozostaje w kraju, z dziećmi lub nie, czekając na telefony, emaile (jeszcze parę lat temu były to listy) i przekazy pieniężne, które przez pierwszy rok przychodzą regularnie jak w zegarku – telefony w każdą niedzielę, prezenty na święta i urodziny, emaile – bardzo często. A potem jakby trochę mniej regularnie.

Intencje zawsze są jak najlepsze, ale czysty zbieg okoliczności sprawi, że nowo poznani znajomi – w Londynie, Frankfurcie lub Nowym Jorku – zaproszą na imprezę albo wspólne wyjście do dyskoteki (baru? restauracji? kina?) I tam poznałem X. Od tego momentu wszystko było już inaczej... Co jest z tymi zbiegami okoliczności? Bo to ZAWSZE dzieje się przypadkowo, albo tak przynajmniej twierdzą wszyscy, którym się to zdarzyło. Nikt nigdy nie chce nikomu rujnować życia, przecież z nami jest inaczej, przecież to miało być na zawsze…

Jeśli ktoś chce wierzyć, że „jak kocha to poczeka”, niech robi to na własną odpowiedzialność. Chciałabym być w błędzie, ale wiem, że nie jestem. A kto sam jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem!

I to są moje  emigracyjne refleksje na kilka dni przed Walentynkami.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Polsce trzeba mieć zdrowie, żeby się leczyć, natomiast w Stanach trzeba mieć pieniądze. Najlepiej dużo lub bardzo dużo. Jak się pieniędzy nie ma i chce się chorować, trzeba przynajmniej mieć solidne ubezpieczenie, bo jak wszyscy wiedzą, Stany Zjednoczone są jedynym wysoko uprzemysłowionym krajem, w którym nie wprowadzono systemu powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych.

W praktyce oznacza to, że jeśli człowiek nie otrzymał ubezpieczenia za pośrednictwem swojego pracodawcy, nie wykupił go sam na wolnym rynku od firmy ubezpieczeniowej (drogo albo bardzo drogo) i nie zakwalifikował się do któregoś z programów rządowych w rodzaju Medicaid (ubezpieczenia dla osób o niskich dochodach), Medicare (ubezpieczenia dla emerytów i osób niepełnosprawnych) lub programów stanowych, jak nowojorski Healthy NY, po prostu jest nieubezpieczony. I jedyne, co mu pozostaje, to modlić się o zdrowie swoje i swojej rodziny.

Nie oznacza to bynajmniej, że w przypadku zawału albo innego dopustu Bożego człek dokona żywota na trotuarze. Wręcz przeciwnie – bardzo szybko przyjedzie karetka pogotowia i zabierze delikwenta do szpitala. Szpital udzieli podstawowej pomocy medycznej, ale przezornie – bo jeszcze na izbie przyjęć – wypyta dokładnie o posiadane ubezpieczenie. Jeśli natomiast pacjent nie jest w stanie mówić, administrator szpitalny uprzejmie poczeka z wywiadem dzień lub dwa. Ja miałam to szczęście, że przedstawicielka administracji szpitala zadzwoniła do mnie dopiero na drugi dzień, kiedy w całkowitym komforcie leżałam wygodnie w szpitalnym łóżku, podłączona do tlenu, i kiedy – porządnie już „utleniona” – mogłam spokojnie odczytać  informacje z mojej karty ubezpieczeniowej.

Jeśli natomiast okaże się, że pacjent ubezpieczenia nie ma,  zaczynają się komplikacje natury finansowej, na przykład takie, że lekarz odmówi przyjęcia pacjenta, który zalega z opłatami za poprzednie wizyty. A po pewnym czasie na adres domowy zaczynają przychodzić rachunki opiewające na zupełnie niebotyczne sumy – 80 tys. dolarów za 3-tygodniowy pobyt w szpitalu, 10 tys. dolarów za jedną dawkę chemioterapii (a tych potrzeba od sześciu do ośmiu). Zaznaczam, że liczby te pochodzą z 2003 r. i teraz koszty podobnego leczenia są pewnie dwa razy wyższe. I nie wspomnę o drobiazgach takich, jak 100 dolarów za każdą tabletkę Kytrila – a przy każdej chemii trzeba ich trzy czy cztery, jeśli nie chce się spędzić paru dni rzygając bez umiaru. Co prawda wieść gminna niesie, że najbardziej skutecznym środkiem na skutki uboczne chemioterapii jest marihuana, ale chwilowo ani rząd, ani  firmy farmaceutyczne nie są specjalnie zainteresowane jej legalizacją…

Piszę to wszystko z lekkim przekąsem, ale prawda jest taka, że z dwojga złego wolę jednak chorować w Stanach. Tutaj pacjent zostanie wyczyszczony z kasy, ale przynajmniej ma solidne szanse na przeżycie. A co warte są pieniądze dla kogoś, kto jest six feet under?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dwa tygodnie po swoich urodzinach dowiedziałam się, że jestem chora. Po upływie kolejnych dwóch byłam już po biopsji i po pierwszej chemii, a po następnych dwóch – z loków do połowy pleców została łysa glaca. Może niedokładnie tak – jeszcze w szpitalu doradzono mi, żeby włosy obciąć jak najkrócej,  jeszcze zanim zaczną same wypadać, bo wiadomo było, że po Cytoxanie tak musi się stać. Obciąć włosy po to, żeby złagodzić szok (soften the blow – tak powiedziała pielęgniarka), żeby rano zbierać z poduszki pojedyncze kosmyki zamiast całych pukli.

Zrobiłam tak, jak mi doradzono. Zaraz po wyjściu ze szpitala poszłam do zakładu fryzjerskiego na Greenpoincie, do którego chodziłam od paru lat. Ela obcięła mi włosy na zapałkę nie zadając ani jednego zbędnego pytania.

Pamiętam, że to był czwartek, tak samo jak pamiętam to, że 9/11 to był wtorek. Wychodząc od fryzjera myślałam  jedynie o tym, że wyglądam jak świr. Nigdy w życiu nie nosiłam włosów krótszych niż do ramion, a tu – fryzura „na rekruta”. Ale na tym właśnie polega cała uroda Nowego Jorku – nawet, jeśli myślisz, że wyglądasz jak cudak, bardzo prawdopodobne jest, że tutaj nikt nie zwróci na Ciebie uwagi i bez problemu wtopisz się w chaotyczny nowojorski tłum. Mój jeżyk nie wzbudził niczyjego niezdrowego zainteresowania, podobnie zresztą jak czarny kapelusz, który zaczęłam nosić w czerwcu, w środku upalnego nowojorskiego lata.

Działo się to cztery lata temu. Jestem w remisji, żyję i jak dobrze pójdzie, dożyję czterdziestki:) Wszystko dzięki temu, że moje leczenie rozpoczęto natychmiast po ustaleniu diagnozy i  że oprócz tradycyjnej chemioterapii dostałam leki najnowszej generacji  – wszystko, co miała do zaoferowania współczesna medycyna.

Dlatego czarna rozpacz mnie ogarnia, kiedy czytam teksty takie, jak ostatnio ten w Wyborczej, zatytułowany Nie ma za co leczyć raka:

Centrum Onkologii na Ursynowie ogranicza, a nawet wstrzymuje podawanie chorym nowoczesnych leków na raka. Dyrekcja szpitala nie ma pieniędzy na drogie leczenie i nie chce wpaść w jeszcze większe długi.
Ważą się losy chorych, u których już zaczęto terapię lekami najnowszej generacji. Nie wiadomo, skąd wziąć pieniądze na kontynuowanie leczenia. Chodzi o miliony złotych. (Gazeta Wyborcza)

Dyrektorzy szpitala nie chcą wpaść w długi albo nie daj Boże zaprzepaścić swoich premii. Fundusz nie zwraca za leczenie, a dla osób chorych na raka odliczanie czasu już się rozpoczęło i zegar tyka bezlitośnie, bo leczenie onkologiczne opóznione o tydzień albo miesiąc to różnica między życiem a śmiercią. Przestają dziwić ponure statystyki, z których wynika, że w Polsce ponad połowa chorych na raka umiera w ciągu roku od diagnozy.

Dziwny to kraj, w którym miliony przeznacza się na świątynię Opatrzności Bozej, a w którym chorych pozostawia się samym sobie. I nie bardzo chrześcijański.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W reklamie zawsze znajdzie się miejsce dla chłopa z jajami, takiego jak Kevin Federline. Pomijam fakt, że jeszcze przed trzydziestką został ojcem czworga dzieci (dwoje z byłą girlfriend oraz dwoje z Britney Spears), co samo w sobie jest nie lada wyczynem i dowodem na posiadanie jaj. Były mąż Britney Spears okazał się bowiem człowiekem niepozbawionym poczucia humoru i dystansu do własnej osoby – do tego stopnia, że w wyemitowanym w trakcie dzisiejszego Super Bowl spocie reklamowym zagrał… samego siebie. A dokładniej – samego siebie ze starych dobrych czasów, kiedy był rapperem ze złotym łańcuchem na szyi oraz obecnie, kiedy został przerzucającym hamburgery pracownikiem fastfooda (tę część życiorysu K-Feda wymyślono na potrzeby scenariusza reklamowego).

Puenta reklamy? Life comes at you fast – czyli życie może cię zaskoczyć. Bądź więc przygotowany i inwestuj – najlepiej w firmie ubezpieczeniowej Nationwide Insurance…

Tradycyjnie podczas Super Bowl emitowane są najnowsze, najdroższe i często najlepsze amerykańskie reklamy roku. Popularność i oglądalność tego wydarzenia sportowego w Stanach bije wszelkie rekordy, nic zatem dziwnego, że reklamodawcy bez mrugnięcia okiem płacą ciężkie pieniądze za emitowane w czasie meczu 30-sekundowe spoty. I nie przeszkadza im to, że wytrawni fani futbolu koncentrują się jednak na meczu, a nie na reklamach.

W normalnych warunkach, kiedy w telewizji leci reklama, wyłączam dźwięk. W trakcie Super Bowl jest akurat odwrotnie – najchętniej oglądam właśnie reklamy, co oczywiście tylko potwierdza fakt, że na futbolu (żeby było jasne – futbolu amerykańskim) znam się jak wilk na gwiazdach, ale z tego wyspowiadałam się już przy innej okazji. I zapewne nie jestem jedyną osobą, która Super Bowl ogląda nie tyle dla sportu, co dla reklam albo dla muzyki…

Oto niepełna lista tegorocznych reklamodawców z Super Bowl, z których każdy zapłacił co najmniej 2.6 mln dolarów za 30-sekundową reklamę:

  • Anheuser-Bush (piwo Budweiser)
  • Coca-Cola
  • Doritos
  • E-Trade
  • Nationwide Insurance (reklama z Kevinem Federline)
  • Pepsi
  • Revlon
  • Taco Bell
  • Toyota

Reklamy z Super Bowl
http://youtube.com/browse?s=sb

Niektóre z tych firm nie próbowały nawet utrzymywać treści swoich reklam w tajemnicy – wręcz przeciwnie, przy pomocy sprytnego marketingu internetowego w wielu wypadkach dokonano tzw. kontrolowanego przecieku, tak jak zrobiła to firma Nationwide Insurance publikując swój filmik reklamowy na kilka dni przed meczem. Tak jak się spodziewano, wokół reklamy zrobiło się dużo szumu. Niestety, przy okazji okazało się również, że niektórzy przedstawiciele fast food industry poczuli się urażeni jej zawartością, a nasz tytułowy chłop z jajami (Federline) musiał przepraszać. Widać nie wszyscy lubią, jak się z nich robi jaja.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Mam na myśli oczywiście American football czyli dyscyplinę sportu, którą my Polacy określamy jako futbol amerykański, w odróżnieniu od naszego „prawdziwego” futbolu czyli piłki nożnej. Z kolei dla przeciętnego Amerykanina jedynym rodzajem futbolu, o jakim ma pojęcie, jest właśnie American football, a nie soccer czyli piłka nożna, która z powodów dla nas całkowicie niezrozumiałych nigdy się w Stanach nie przyjęła.

Różnica między nami a „onymi” jest również taka,  że mówiąc o futbolu nikt w Stanach nie używa przymiotnika American, bo przecież wiadomo, o jaki futbol chodzi – ten od Super Bowl Sunday, czyli finałowego meczu o mistrzostwo NFL – amerykańskiej ligi zawodowej National Football League.

superbowl.jpg
Grają: Indiana Colts vs. Chicago Bears.
Fot. www.superbowl.com

A niedziela Super Bowl jest dzisiaj i jak co roku  już za parę godzin opustoszeją centra handlowe w całych Stanach, bez kolejki można będzie dostać bilety na każdy najbardziej popularny film, na ulicach ruch będzie minimalny i nawet ja mogłabym bez obawy wyjechać na Queens Boulvard naszym 10-letnim Fordem…

W tym 300-milionowym kraju ponad połowa gospodarstw domowych ogląda transmisję z Super Bowl. Z okazji Super Bowl zaprasza się znajomych na obiad, piwo i wspólne oglądanie meczu, bo Super Bowl to dużo więcej niż mecz – to kilkugodzinne widowisko sportowe i muzyczne, z towarzyszącymi koncertami z udziałem największych gwiazd, a za kilkudziesięciosekundowe spoty reklamowe firmy gotowe są zapłacić kilka milionów dolarów.

Od pewnego czasu przymierzam się do dokładniejszego zapoznania się z regułami tej gry, bo bez ich dogłębnego zrozumienia mecz wygląda jak bezsensowna bieganina po boisku osiłków w kaskach, którzy co i rusz łapią się za nogi albo zwalają na jedną wielką ludzką „kupę” na środku boiska.  Na razie idzie jak po grudzie, ale chyba zrobiłam pewne postępy, bo w tym roku wiem przynajmniej, kto gra (Indiana Colts vs. Chicago Bears) oraz mam zamiar obejrzeć koncert Prince’a w połowie meczu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Bilety na wczorajsze przedstawienie La Bohème w Metropolitan musieliśmy oddać w dobre ręce. Od kilku dni kaszlę, prycham, kicham i smarkam bez umiaru. Pójście do opery w takim stanie byłoby pozbawione sensu, tym bardziej, że każdy szanujący się meloman za poważne przestępstwo uznaje pokasływanie w operze.

la_boheme.jpg
Fot. Winnie Klotz, Metropolitan Opera

Miałam nadzieję, że przynajmniej M. skorzysta i obejrzy przedstawienie. Owszem, założył krawat i marynarkę i wziął ze sobą obydwa bilety w nadziei, że ten niewykorzystany – czyli mój – po prostu odsprzeda komuś przed operą, zwłaszcza że biletów na to przedstawienie nie można było dostać od dobrych paru tygodni. Ale kiedy stanął przed kasą, podszedł do niego elegancko ubrany stulatek (OK, przesadzam, ale tak wynikało z opisu) i poprosił go o odsprzedanie obu biletów (pewnie  w pobliżu czekała równie elegancko ubrana stulatka). 

M. twierdzi, że zrobiło mu się żal dziadka, tak więc wrócił do domu bez biletów, ale za to z 80 dolarami w kieszeni.  Ja zaś twierdzę, że nie chciało mu się o północy wracać metrem z Manhattanu na Queens…

Pocieszam się tym, że akurat to przedstawienie La Bohème w reżyserii Franco Zefirelliego widziałam już dwa razy i że ktoś inny (para sympatycznych stulatków?) spędził miły wieczór w towarzystwie Mimi i Rodolfo. Ale ten śnieg – śniegu szkoda najbardziej! W III akcie jest niesamowity moment, kiedy na scenie zaczyna padać śnieg. W połączeniu z bardzo realistycznym odtworzeniem scenerii XIX-wiecznego Paryża (brukowane ulice, mosty, parki i tawerny) robi to magiczne wrażenie.

Następne bilety do Met mamy na połowę lutego – na Oniegina. Mam nadzieję, że zdążę wyzdrowieć.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Czy to przekleństwo Indian jest naprawdę częścią amerykańskiej legendy, czy może zostało wymyślone przez Polaków nie potrafiących sobie znaleźć miejsca ani tu, ani tam – tego pewnie się nie dowiemy. Jest to historyjka, którą powitała mnie w Nowym Jorku moja przyjaciółka, kiedy x lat temu przyjechałam do Stanów na kilkumiesięczne – a trwające do dzisiaj – wakacje. Przekleństwo Indian polegać ma na tym, że każdy emigrant, który postawi stopę na ziemi amerykańskiej, zawsze będzie rozdarty między dwoma światami – krajem, z którego przyjechał i do którego już prawdopodobnie nie powróci, a nową amerykańską ojczyzną.

Fot. IStockPhoto

Historia ta przypomniała mi się wczoraj, a więc w dniu, kiedy przyjęłam obywatelstwo USA. Sam proces ubiegania się o to obywatelstwo z całą swoją bizantyjską biurokracją, pielgrzymkami od urzędu do urzędu, zagubionymi dokumentami, listami, podaniami itp. chyba w pewnym momencie zaczął przysłaniać mi znaczenie faktu, że mam zostać obywatelem Stanów Zjednoczonych – kraju, w którym mieszkam od dawna i który uważam za fantastyczne miejsce, ale z którym nigdy nie identyfikowałam się tak, jak z Polską. Czy mój amerykański paszport stawia więc kropkę nad „i” i jest ostatecznym potwierdzeniem tego, co sama od dawna podejrzewam, a mianowicie, że do Polski już nie wrócę?

Moje pierwsze lata w Nowym Jorku upłynęły pod znakiem tymczasowości. Wszystko działo się byle jak i na chwilę: mieszkanie dzielone z przypadkowo spotkanymi osobami, różne tymczasowe zajęcia oraz wszechobecne poczucie, że nie warto tutaj niczego trwałego budować, bo przecież i tak już niedługo wracam do Polski. Na stałe. Na zawsze. Niedługo – czyli jak tylko poprawię angielski, jak tylko odłożę więcej pieniędzy, jak tylko zdobędę doświadczenie zawodowe, które pomoże mi zrobić w Polsce karierę, jak tylko… Powodów, dla których opóźniałam powrót do kraju, było bez liku, i kiedy jeden znikał, zaraz pojawiał się następny.

Kiedy teraz o tym myślę, trudno mi jednoznacznie wskazać moment, w którym ta tymczasowość z wyboru zaczęła powoli przekształcać się w coś bardziej trwałego. Czy stało się to wtedy, kiedy razem z Moniką postanowiłyśmy przenieść się z wynajmowanego pokoju na Jackson Heights do naszego pierwszego samodzielnego mieszkania na Astorii, mimo że nie byłyśmy do końca pewne, jak sobie poradzimy z czynszem? Albo wtedy, kiedy zdecydowałam się ze swojej pensji sekretarki finansować studia w nadziei, że amerykańskie wykształcenie pomoże mi znaleźć jakieś bardziej kreatywne zajęcie?

W Stanach – mimo że czuję się tu jak ryba w wodzie – nadal jestem kimś „spoza”. Mój akcent – co prawda mocno już rozcieńczony i jak twierdzą moi amerykańscy znajomi, hard to place, ale jednak obcy. W Polsce – jestem kimś „stamtąd” i z rumieńcem na twarzy przyznaję, że zdarzyły mi się wpadki lingwistyczne typu „rezolucja monitora” (i nie chodziło bynajmniej o teksty prawne z Dziennika Ustaw i Monitora Polskiego) albo „zrobiłaś dobrą decyzję”.

Tak więc klątwa Indian nadal wisi mi nad głową i fakt posiadania podwójnego obywatelstwa nic pod tym względem nie zmienia. A może jest jakaś prawda w powiedzeniu, że konstrukcje tymczasowe są najtrwalsze?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po wczorajszym Orędziu o stanie państwa prezydenta Busha korci mnie mocno, aby to i owo skomentować. Ponieważ jednak o polityce staram się pisać jak najrzadziej, ograniczę się do przytoczenia kilku ciekawostek kulturoznawczych.

1. Słowa kluczowe użyte we wczorajszym przemówieniu według wyliczeń New York Times’a:
– Irak/Irakijczycy – 34 razy
– ubezpieczenie (chodzi o ubezpieczenia zdrowotne) – 14 razy
– ropa naftowa – 9 razy

Z powyższych trzech tematów temat ubezpieczeń zdrowotnych w Stanach jest mi znany dogłębnie i od podszewki (w pustej kieszeni), więc na pewno wrócę do niego już niedługo. Bo jeśli rozmawiało się z administracją pewnego nowojorskiego szpitala o rachunkach będąc podłączonym do butli z tlenem, to chyba można zostać uznanym za eksperta…

2. Lista „amerykańskich bohaterów” zaproszonych przez prezydenta do Kongresu, w ramach zapoczątkowanej przez Reagana tradycji zapraszania do udziału w Orędziu grupy American heroes, czyli tzw. przeciętnych Amerykanów, którzy z takich lub innych względów mają ilustrować amerykański sukces, wygląda następująco:

  • Dikembe Mutombo – imigrant z Konga i koszykarz NBA, który 40 mln dolarów przeznaczył na budowę szpitala w swoim kraju ojczystym;
  • Wesley Autrey – nowojorczyk, który parę tygodni temu wskoczył na tory metra, aby uratować czlowieka przed śmiercią pod kołami rozpędzonego pociągu;
  • Tommy Rieman – weteran wojny w Iraku;
  • Julie Aigner-Clark – założycielka produkującej edukacyjne filmy dla dzieci firmy Baby Einstein, którą to firmę Disney kupił niedawno za „jedyne” 200 mln dolarów.

be_logo.gifHmm… Zarobienie kupy kasy na biznesie jako wyczyn bohaterski i godny prezydenckiego zaproszenia do Kongresu? Nie wątpię, że mamy tu do czynienia z osobą bardzo obrotną i głęboko przekonaną o słuszności misji polegającej na sprzedaży filmów mających zmienić paromiesięcznego niemowlaka w… tego, no, jak mu tam – Einsteina. Muszę przyznać, że wybór to interesujący i nietuzinkowy, choć nie jestem do końca przekonana, czy w pełni usprawiedliwiony.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Słuch po mnie ostatnio jakby zaginął, a Salon nowojorski – niepodlewany od ponad tygodnia – zaczął już z lekka przysychać, bo nawet jeśli milczenie jest złotem, to na pewno nie wtedy, kiedy się pisze blog.

Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze, ostatnio jestem trochę bardziej niż zwykle zajęta zarabianiem $, a jak wiadomo, praca i blogowanie nie zawsze idą w parze. Po drugie, po wiosennej temperaturze w grudniu i na początku stycznia, teraz w Nowym Jorku zrobiła się prawdziwa zima – jak nie śnieg, to marznący deszcz, jak nie wichura, to ulewa, jak nie urok, to … i tak w kółko. Przy takiej pogodzie zmogło mnie juz drugie tej zimy przeziębienie, w związku z czym siadam do komputera tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne.

Pierwszy snieg

Pierwszy śnieg: rozwiane fryzury i wygięte smycze, bo wiatr chcial nam urwać głowy

Z innych ciekawych rzeczy – w zeszłym tygodniu moje psiaki po raz pierwszy w życiu zobaczyły śnieg, bowiem radosne dzieciństwo i wczesną psią młodość spędziły na słonecznej Florydzie, a w Wielkim Jabłku zamieszkały dopiero w sierpniu ubiegłego roku. Skończyło się na nonszalanckim polizaniu śniegu i mokrych łapach, a reszta spaceru przebiegła według stałego protokołu (czyli number 1 i number 2).

A śnieg – no cóż, prawie taki jak piasek z plaż nad Zatoką Meksykańską, przynajmiej w psim rozumienu świata.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »