Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2007

Bilety na wczorajsze przedstawienie La Bohème w Metropolitan musieliśmy oddać w dobre ręce. Od kilku dni kaszlę, prycham, kicham i smarkam bez umiaru. Pójście do opery w takim stanie byłoby pozbawione sensu, tym bardziej, że każdy szanujący się meloman za poważne przestępstwo uznaje pokasływanie w operze.

la_boheme.jpg
Fot. Winnie Klotz, Metropolitan Opera

Miałam nadzieję, że przynajmniej M. skorzysta i obejrzy przedstawienie. Owszem, założył krawat i marynarkę i wziął ze sobą obydwa bilety w nadziei, że ten niewykorzystany – czyli mój – po prostu odsprzeda komuś przed operą, zwłaszcza że biletów na to przedstawienie nie można było dostać od dobrych paru tygodni. Ale kiedy stanął przed kasą, podszedł do niego elegancko ubrany stulatek (OK, przesadzam, ale tak wynikało z opisu) i poprosił go o odsprzedanie obu biletów (pewnie  w pobliżu czekała równie elegancko ubrana stulatka). 

M. twierdzi, że zrobiło mu się żal dziadka, tak więc wrócił do domu bez biletów, ale za to z 80 dolarami w kieszeni.  Ja zaś twierdzę, że nie chciało mu się o północy wracać metrem z Manhattanu na Queens…

Pocieszam się tym, że akurat to przedstawienie La Bohème w reżyserii Franco Zefirelliego widziałam już dwa razy i że ktoś inny (para sympatycznych stulatków?) spędził miły wieczór w towarzystwie Mimi i Rodolfo. Ale ten śnieg – śniegu szkoda najbardziej! W III akcie jest niesamowity moment, kiedy na scenie zaczyna padać śnieg. W połączeniu z bardzo realistycznym odtworzeniem scenerii XIX-wiecznego Paryża (brukowane ulice, mosty, parki i tawerny) robi to magiczne wrażenie.

Następne bilety do Met mamy na połowę lutego – na Oniegina. Mam nadzieję, że zdążę wyzdrowieć.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Czy to przekleństwo Indian jest naprawdę częścią amerykańskiej legendy, czy może zostało wymyślone przez Polaków nie potrafiących sobie znaleźć miejsca ani tu, ani tam – tego pewnie się nie dowiemy. Jest to historyjka, którą powitała mnie w Nowym Jorku moja przyjaciółka, kiedy x lat temu przyjechałam do Stanów na kilkumiesięczne – a trwające do dzisiaj – wakacje. Przekleństwo Indian polegać ma na tym, że każdy emigrant, który postawi stopę na ziemi amerykańskiej, zawsze będzie rozdarty między dwoma światami – krajem, z którego przyjechał i do którego już prawdopodobnie nie powróci, a nową amerykańską ojczyzną.

Fot. IStockPhoto

Historia ta przypomniała mi się wczoraj, a więc w dniu, kiedy przyjęłam obywatelstwo USA. Sam proces ubiegania się o to obywatelstwo z całą swoją bizantyjską biurokracją, pielgrzymkami od urzędu do urzędu, zagubionymi dokumentami, listami, podaniami itp. chyba w pewnym momencie zaczął przysłaniać mi znaczenie faktu, że mam zostać obywatelem Stanów Zjednoczonych – kraju, w którym mieszkam od dawna i który uważam za fantastyczne miejsce, ale z którym nigdy nie identyfikowałam się tak, jak z Polską. Czy mój amerykański paszport stawia więc kropkę nad „i” i jest ostatecznym potwierdzeniem tego, co sama od dawna podejrzewam, a mianowicie, że do Polski już nie wrócę?

Moje pierwsze lata w Nowym Jorku upłynęły pod znakiem tymczasowości. Wszystko działo się byle jak i na chwilę: mieszkanie dzielone z przypadkowo spotkanymi osobami, różne tymczasowe zajęcia oraz wszechobecne poczucie, że nie warto tutaj niczego trwałego budować, bo przecież i tak już niedługo wracam do Polski. Na stałe. Na zawsze. Niedługo – czyli jak tylko poprawię angielski, jak tylko odłożę więcej pieniędzy, jak tylko zdobędę doświadczenie zawodowe, które pomoże mi zrobić w Polsce karierę, jak tylko… Powodów, dla których opóźniałam powrót do kraju, było bez liku, i kiedy jeden znikał, zaraz pojawiał się następny.

Kiedy teraz o tym myślę, trudno mi jednoznacznie wskazać moment, w którym ta tymczasowość z wyboru zaczęła powoli przekształcać się w coś bardziej trwałego. Czy stało się to wtedy, kiedy razem z Moniką postanowiłyśmy przenieść się z wynajmowanego pokoju na Jackson Heights do naszego pierwszego samodzielnego mieszkania na Astorii, mimo że nie byłyśmy do końca pewne, jak sobie poradzimy z czynszem? Albo wtedy, kiedy zdecydowałam się ze swojej pensji sekretarki finansować studia w nadziei, że amerykańskie wykształcenie pomoże mi znaleźć jakieś bardziej kreatywne zajęcie?

W Stanach – mimo że czuję się tu jak ryba w wodzie – nadal jestem kimś „spoza”. Mój akcent – co prawda mocno już rozcieńczony i jak twierdzą moi amerykańscy znajomi, hard to place, ale jednak obcy. W Polsce – jestem kimś „stamtąd” i z rumieńcem na twarzy przyznaję, że zdarzyły mi się wpadki lingwistyczne typu „rezolucja monitora” (i nie chodziło bynajmniej o teksty prawne z Dziennika Ustaw i Monitora Polskiego) albo „zrobiłaś dobrą decyzję”.

Tak więc klątwa Indian nadal wisi mi nad głową i fakt posiadania podwójnego obywatelstwa nic pod tym względem nie zmienia. A może jest jakaś prawda w powiedzeniu, że konstrukcje tymczasowe są najtrwalsze?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po wczorajszym Orędziu o stanie państwa prezydenta Busha korci mnie mocno, aby to i owo skomentować. Ponieważ jednak o polityce staram się pisać jak najrzadziej, ograniczę się do przytoczenia kilku ciekawostek kulturoznawczych.

1. Słowa kluczowe użyte we wczorajszym przemówieniu według wyliczeń New York Times’a:
– Irak/Irakijczycy – 34 razy
– ubezpieczenie (chodzi o ubezpieczenia zdrowotne) – 14 razy
– ropa naftowa – 9 razy

Z powyższych trzech tematów temat ubezpieczeń zdrowotnych w Stanach jest mi znany dogłębnie i od podszewki (w pustej kieszeni), więc na pewno wrócę do niego już niedługo. Bo jeśli rozmawiało się z administracją pewnego nowojorskiego szpitala o rachunkach będąc podłączonym do butli z tlenem, to chyba można zostać uznanym za eksperta…

2. Lista „amerykańskich bohaterów” zaproszonych przez prezydenta do Kongresu, w ramach zapoczątkowanej przez Reagana tradycji zapraszania do udziału w Orędziu grupy American heroes, czyli tzw. przeciętnych Amerykanów, którzy z takich lub innych względów mają ilustrować amerykański sukces, wygląda następująco:

  • Dikembe Mutombo – imigrant z Konga i koszykarz NBA, który 40 mln dolarów przeznaczył na budowę szpitala w swoim kraju ojczystym;
  • Wesley Autrey – nowojorczyk, który parę tygodni temu wskoczył na tory metra, aby uratować czlowieka przed śmiercią pod kołami rozpędzonego pociągu;
  • Tommy Rieman – weteran wojny w Iraku;
  • Julie Aigner-Clark – założycielka produkującej edukacyjne filmy dla dzieci firmy Baby Einstein, którą to firmę Disney kupił niedawno za „jedyne” 200 mln dolarów.

be_logo.gifHmm… Zarobienie kupy kasy na biznesie jako wyczyn bohaterski i godny prezydenckiego zaproszenia do Kongresu? Nie wątpię, że mamy tu do czynienia z osobą bardzo obrotną i głęboko przekonaną o słuszności misji polegającej na sprzedaży filmów mających zmienić paromiesięcznego niemowlaka w… tego, no, jak mu tam – Einsteina. Muszę przyznać, że wybór to interesujący i nietuzinkowy, choć nie jestem do końca przekonana, czy w pełni usprawiedliwiony.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Słuch po mnie ostatnio jakby zaginął, a Salon nowojorski – niepodlewany od ponad tygodnia – zaczął już z lekka przysychać, bo nawet jeśli milczenie jest złotem, to na pewno nie wtedy, kiedy się pisze blog.

Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze, ostatnio jestem trochę bardziej niż zwykle zajęta zarabianiem $, a jak wiadomo, praca i blogowanie nie zawsze idą w parze. Po drugie, po wiosennej temperaturze w grudniu i na początku stycznia, teraz w Nowym Jorku zrobiła się prawdziwa zima – jak nie śnieg, to marznący deszcz, jak nie wichura, to ulewa, jak nie urok, to … i tak w kółko. Przy takiej pogodzie zmogło mnie juz drugie tej zimy przeziębienie, w związku z czym siadam do komputera tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne.

Pierwszy snieg

Pierwszy śnieg: rozwiane fryzury i wygięte smycze, bo wiatr chcial nam urwać głowy

Z innych ciekawych rzeczy – w zeszłym tygodniu moje psiaki po raz pierwszy w życiu zobaczyły śnieg, bowiem radosne dzieciństwo i wczesną psią młodość spędziły na słonecznej Florydzie, a w Wielkim Jabłku zamieszkały dopiero w sierpniu ubiegłego roku. Skończyło się na nonszalanckim polizaniu śniegu i mokrych łapach, a reszta spaceru przebiegła według stałego protokołu (czyli number 1 i number 2).

A śnieg – no cóż, prawie taki jak piasek z plaż nad Zatoką Meksykańską, przynajmiej w psim rozumienu świata.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Nareszcie! Po trzech latach oczekiwania, pokornych pielgrzymek do Urzędu Imigracyjnego na Manhattanie, pisania listów, odwołań oraz ogólnego rzucania grochem o ścianę biurokracji moje podanie o przyznanie obywatelstwa amerykańskiego zostało rozpatrzone. Widocznie w słowach piosenki Stuhra Nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać, jest zawarta głęboka życiowa prawda:)

Paszport

Zawiadomienie przyszło wczoraj – biała urzędowa koperta z adresem i pieczęcią U.S. Citizenship and Immigration Services w Garden City, a w niej – zaproszenie na uroczystą przysięgę czyli Naturalization Oath Ceremony w siedzibie USCIS na Brooklynie – jeszcze w styczniu!

Chronologia całego procesu wygląda następująco:
Styczeń 2004: składam podanie o przyznanie obywatelstwa USA.
Luty 2004: otrzymuję potwierdzenie, że dokumenty zostały otrzymane przez USCIS.
Maj 2004: idę na pobranie odcisków palców.
Styczeń 2005: otrzymuję zawiadomienie o citizenship interview czyli rozmowie kwalifikacyjnej wyznaczonej na maj.
Maj 2005: odbywa się moje citizenship interview, w czasie którego zostaję poinformowana, że rozmowa co prawda przebiegła pomyślnie, ale urząd nadal czeka na dodatkowe dokumenty w mojej sprawie (related files).
Styczeń 2006: wizyta w USCIS na Manhattanie z zapytaniem o status sprawy; otrzymuję informację, że dokumenty jeszcze się nie odnalazły.
Marzec – sierpień 2006: wysyłam trzy albo cztery listy z zapytaniem o status sprawy, ale na żaden nie otrzymuję odpowiedzi.
– Grudzień 2006: wysyłam skargę do biura senatora stanu Nowy Jork.
Styczeń 2007: kolejna wizyta w Urzędzie Imigracyjnym na Manhattanie, opisana z detalami w tym blogu – nadal żadnych konkretów. Dziesięć dni pózniej (czyli wczoraj) przychodzi zawiadomienie o dacie przysięgi.

Nie mam pojęcia, co w końcu odetkało tę biurokratyczną rurę – list do senatora czy moja ostatnia „pielgrzymka” do urzędu –  ale to już chyba bez znaczenia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Doda, czyli Dorota Rabczewska na jutrzejszą licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oddała… swój biustonosz. Znana piosenkarka i  żona bramkarza Radosława Majdana w jednej osobie jest jak widać kobietą bardzo hojną i lubi sypnąć groszem na cel tak zbożny i szlachetny, jak pomoc rodakom w potrzebie. Wiadomo – jak się człowiekowi w życiu jako tako powiedzie, nie można być sknerą i samolubem i trzeba się z bliźnimi podzielić tym, co się ma najlepszego.

Aby nie było wątpliwości co do autorstwa pomysłu, organizatorzy licytacji wyjaśniają, że inicjatywa wystawienia tego właśnie przedmiotu wyszła od samej gwiazdy:

Pani Dorota upierała się, by od niej właśnie ten gadżet został wystawiony na licytację – mówi Ania Drozdowska, szefowa sztabu WOŚP w Szczecinie. (GW)

Rozmiar, kolor, producent biustonosza oraz informacja, czy w zestawie znajdą się także majteczki do kompletu – wszystko to na razie owiane jest mgiełką tajemnicy, napięcie i zainteresowanie rośnie więc z minuty na minutę. Nie wątpię, że nie jeden potencjalny nabywca na wszelki wypadek przelicza już kasę w portfelu – skoro gwiazda polskiej estrady tak cenny przedmiot ofiarowała na aukcję, trzeba stanąć na wysokości zadania i nie poskąpić grosza. Z zapartym tchem czekam na wynik tej licytacji.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Gdańsku zorganizowano manifestację przeciwko umieszczeniu w schronisku pięciu gimnazjalistów, którzy trafili tam po tym, jak w październiku ubiegłego roku pod nieobecność nauczycielki molestowali w klasie swoją koleżankę. Dziewczynka następnego dnia popełniła samobójstwo.

Manifestujący mają ze sobą transparenty z takimi hasłami jak: „Znamy prawdę, nie będziemy cicho”, Wypuśćcie niewinne dzieci”, „Nasze dzieci – pierwsi więźniowie polityczni IV RP”, „To mógłby być twój syn, żądaj prawdy”, „Media wydały wyrok”. (GW)

Czegoś tu nie rozumiem – czy to przedstawiciele mediów ściągnęli dziewczynce spodnie, symulowali gwałt, rechocząc nagrywali całą scenę telefonem komórkowym, a na koniec postraszyli, że puszczą filmik do Internetu? Wszystko to zrobiły owe „dzieci”, które po dwóch miesiącach w schronisku nagle w cudowny sposób odzyskały swoją utraconą niewinność.

Jak to możliwe, że płaczący nad losem chłopaków ojcowie ani przez moment nie okazali skruchy i nie zastanowili się nad tym, że własnych synów wychowali na łobuzów wyżywających się nad słabszymi? Czy to, że nie doszło do faktycznego gwałtu, a chłopcy „tylko” rozebrali koleżankę i symulowali gwałt, usprawiedliwia tego typu wybryki?

Jak pisze Wyborcza, organizatorzy manifestacji rozdawali ulotki anonimowego autorstwa, z których można było się dowiedzieć, że Ania targnęła się na swoje życie bo „nie poradziła sobie z problemami, którymi nie podzieliła się z nikim”. Wniosek z tego, że zasada blame the victim  – perfekcyjnie opanowana przez amerykańskich adwokatów – jest w modzie także w Polsce, bo najłatwiej jest zrzucić winę na ofiarę: miała słabą psychikę, nie miała oparcia w domu, była odludkiem i z jakichś dziwnych powodów nie spodobała jej się szkolna „zabawa w gwałcenie”. Natomiast sprawcy –  to niewinne dzieci, które koleżankę tylko „podszczypywały” lub „poklepywały”. Równie dobrze można by powiedzieć, że ofiara napaści przy użyciu kija bejsbolowego też jest sobie sama winna, bo miała… zbyt słabe kości potylicy.

Nie wątpię, że gdyby winowajcy przewidzieli, jak tragiczne bedą skutki tych „igraszek”,  swoje łapska trzymaliby z daleka od Ani, i to jest jedyna okoliczność łagodzącą. Ale nie zapominajmy, że głupota nikogo nie czyni niewinnym.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Rzut na taśmę?

Wczorajsze przemówienie Busha do narodu amerykańskiego przyniosło dwie wiadomości – jedną dobrą, a drugą złą. Dobra wiadomość to ta, że wczoraj Bush po raz pierwszy od początku swojej prezydentury przyznał się do popełnienia jakiegokolwiek błędu, a bardziej konkretnie –  przyjął na siebie odpowiedzialność za katastrofę zwaną wojną w Iraku. Natomiast zła to ta, że raczej nie zanosi się na szybkie zakończenie tej wojenki,  bo Bush zapowiedział zwiększenie kontyngentu wojsk amerykańskich o ponad 20 tys. żołnierzy. A jakby jednej awantury było mało – w swoje przemówienie strategicznie wplótł kolejne pogróżki pod adresem Iranu i Syrii.

Przeciętni Amerykanie są tą wojną po prostu zmęczeni. O ile  zaraz po wejściu do Iraku w marcu 2003r. wielu uwierzyło zapewnieniom Busha, że jest to wojna z terroryzmem i że lepiej ją toczyć za Oceanem niż u siebie, to w miarę jak przybywało trumien amerykańskich żołnierzy nastroje zaczęły się zmieniać z hurra-patriotycznych na coraz bardziej minorowe. Kropkę nad „i” postawiły listopadowe wybory do Kongresu, które republikanie przegrali z kretesem – w ten sposób większość elektoratu dała wyraz temu, co naprawdę myśli o tej wojnie.

Natomiast Bush zdaje sobie sprawę, że za dwa lata przestanie być prezydentem i jeśli nie uda mu się znaleźć sensownego rozwiązania, to prawdopodobnie przejdzie do historii jako prezydent, który wplątał Stany w drugi Wietnam (porównania z wojną w Wietnamie słyszy się coraz częściej). Dlatego ta decyzja o wysłaniu dodatkowych wojsk do Iraku wygląda jak ostatni rzut na taśmę.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Tajemniczy przypominający woń gazu odór zniknął z Manhattanu tak szybko, jak się pojawił, czyli jeszcze w poniedziałek. W międzyczasie zaangażowano do akcji siły policji i strazy pożarnej, burmistrz zwołał konferencje prasową i na wszelki wypadek ewakuowano pracowników niektórych biur w okolicach Rockefeller Center oraz uczniów czterech szkół. Smród  najsilniej odczuwano w rejonie Chelsea, przy Bleecker Street na północ od Greenwich Village.

Skad się to wzięło? Dokladnie nie wiadomo, ale wczoraj władze miejskie wskazały na bagna znajdujące się na przemysłowym nabrzeżu New Jersey tuż po przeciwnej stronie Hudson River jako prawdopodobną przyczynę.

Więc 8 stycznia przejdzie do historii Nowego Jorku po prostu jako „śmierdzący poniedziałek”:)

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Piszę to z lekkim przekąsem, bo dzisiaj od rana na sporej części Manhattanu czuć silny zapach gazu i nikt nie wie, co to jest i skąd się wzięło. Zaczęło się koło dziewiątej rano, kiedy policja i straż pożarna zaczęły dostawać telefony z zupełnie różnych części miasta od ludzi, ktorzy uskarżali się na fetor. A Manhattan to znowu nie taka malutka wysepka, żeby jedna pęknięta rurka w jakimś wieżowcu zasmrodziła pół miasta.

W momencie, kiedy piszę ten tekst, nadal nie wiadomo, co to jest i skąd się wzięło, ale na wszelki wypadek ewakuowanych zostało parę budynków – zarówno mieszkalnych, jak i biurowców, zwłaszcza w samym centrum, w okolicach Rockefeller Center, gdzie pracuję. W moim budynku nastąpiła dobrowolna ewakuacja – kto chciał mógł opuścić biuro.  Część osób nadal tu jest, tylko tak nam jakoś… niemiło.


© Yahoo! News

Burmistrz Bloomberg zapewnia, że chociaż nie wiadomo jeszcze co to jest, to na pewno nie jest niebezpieczne. Tylko… jak może być wiadomo, że nie jest to niebezpieczne, skoro nie wiadomo, co to jest?! Chyba że się wyznaje zasadę „od smrodu jeszcze nikt nie umarł”…

Wyborcza wprowadza lekki zamęt tytułem Tajemniczy zapach sparaliżował Manhattan, bo Amerykanie o żadnym paraliżu nie informują, oprócz tego, że nie kursuje kolejka Path do New Jersey). A dowcipnisie z Forum GW mają już oczywiście wytłumaczenie:

Przyczyną zapewne jest niezdrowa i wiatropędna dieta mieszkańców USA.

dzis poniedzialek wiec chlopaki z polski (ci od azbestow, budowlanki i rozwalania budynkow) przyszli do roboty po weekendzie… i jak w kazdy poniedzialek od kilkudziesieciu lat tak wali od nich kacem, ze pol nowego jorku nie moze oddychac….

A nam tutaj jakby trochę mniej do śmiechu. 

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Older Posts »