Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2007

Niektóre media polonijne przespały fakt, że sprawa abpa Wielgusa w ciągu ostatnich dwóch dni przybrała jakby trochę inny obrót, do czego niewątpliwie przyczyniło się to, że arcybiskupią teczkę w IPN przeglądają teraz aż dwie komisje – jedna państwowa powołana przez Rzecznika Praw Obywatelskich, a druga kościelna.

Wirtualna Polonia nadal  z pierwszej strony rzuca gromy na „linczowników, szczekaczy” i „hańbicieli” narodu polskiego:

Jak długo jeszcze będzie trwał publiczny lincz naszego, polskiego kapłana – Stanisława Wielgusa! Niesprawiedliwość i pohańbienie naszego narodu dotarła do granic wytrzymałości myślącego człowieka. Przed całym światem publikuje się materiały ubeków, esbeków jako dowodowy wiarygodności. (Lusia Ogińska – „Ingres w atmosferze linczu„)

Na poczesnym miejscu portal publikuje także Oświadczenie USOPAŁ-u przefaksowane z samego Montevideo, w którym możemy m.in. przeczytać o zorganizowanej w Polsce faryzejskiej akcji moralnego linczowania polskiego kapłana, pretekscie do ubezwłasnowolniania Kościoła Katolickiego w Polsce, podważaniu zaufania wiernych do swych duszpasterzy itp.

Takie rzeczy można było publikować jeszcze kilka dni temu, kiedy jedynym konkretem w sprawie współpracy arcybiskupa z bezpieką był artykuł w „Gazecie Polskiej”, która uparcie żadnych solidnych dowodów zaprezentować nie chciała, a może nie była w stanie. W międzyczasie jednak komisja kościelna z formalnym upoważnieniem samego abpa Wielgusa przejrzała kilkadziesiąt stron materiałów, które niestety potwierdzają tajną współpracę ks. Wielgusa z SB jeszcze w latach 60-tych, a potem z wywiadem MSW.

Dzisiaj Arcybiskup Wielgus zrezygnował z funkcji metropolity warszawskiego –  czy stało się tak przez biskupie wyrzuty sumienia czy może na prośbę Watykanu, tego my owieczki szare pewnie się nie dowiemy. Tak czy inaczej pora, aby konserwatywne portale polonijne przyjęły do wiadomości, że arcybiskup padł ofiarą własnych błędów, a nie masońskiego spisku.

Chociaż… coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby te nieszczęsne teczki raz na zawsze zatopiono w Wiśle.  Jak długo będzie jeszcze trwało to sprawdzanie przeszłości i szukanie ludzi nieskazitelnych? Pewnie owi „nieskazitelni” to tylko ci, którzy urodzili się po 1975r i w momencie upadku komuny mieli nie więcej niż 14-15 lat.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Rodzice 9-letniej ciężko upośledzonej dziewczynki z Seattle zdecydowali się zastosować wobec niej bardzo niestandardowe leczenie, o ile w ogóle można w tym przypadku użyć słowa „leczenie”. Na życzenie rodziców, lekarze zaaplikowali jej lek powstrzymujący dalszy wzrost, po to, aby łatwiej było się nią opiekować.

Ashley mieszka w stanie Waszyngton i cierpi na encefalopatię, czyli trwałe uszkodzenie mózgu powodujące, że w wieku 9 lat pozostaje na poziomie rozwoju 3-miesięcznego niemowlęcia. Wiadomo już, że stan jej rozwoju umysłowego nigdy tego poziomu nie przekroczy. Ashley nie siedzi, nie mówi, nie jest w stanie sama jeść – jest karmona przez tubę. Wymaga opieki 24 godziny na dobę przez 365 dni w roku.

Na życzenie rodziców, oprócz zastosowania kuracji hormonalnej, która zahamowała wzrost dziewczynki (obecnie mierzy około 132 cm) lekarze usunęli jej macicę i część piersi, tak więc Ashley nigdy nie wejdzie w okres dojrzewania i pozostanie wiecznym dzieckiem, nawet za 10 czy 20 lat, o ile oczywiście dożyje takiego wieku. Rodzice tłumaczą, że zahamowanie fizycznego wzrostu dziewczynki ułatwi opiekę nad nią, a także zmniejszy ryzyko odleżyn i innych obrażeń, bo Ashley spędza praktycznie cały czas w łóżku. Wiadomo, że łatwiej jest opiekować się ważącym 30 kg dzieckiem niz dorosłą osobą o wadze 60 czy 70 kg. Rodzice piszą o tej decyzji w swoim blogu ashleytreatment.spaces.live.com/blog


Fot. ashleytreatment.spaces.live.com/blog

W amerykańskiej blogosferze rozpętała się na ten temat prawdziwa burza. Wielu potępia rodziców Ashley i odzywają się głosy porównujące ich decyzję do eugeniki.  Ja zaś uważam, że łatwo jest osądzać kogoś, samemu siedząc wygodnie w fotelu, popijając zimne piwo i patrząc na własnego zdrowego dzieciaka, jak buduje wieżę z klocków lego. Rodzice Ashley nie porzucili jej, nie oddali do przytułku, chcą się nią dalej opiekować i wybrali to, co ich zdaniem jest dla niej (i dla nich) najlepsze.

A kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Miejsce akcji: Urząd Imigracyjny w Nowym Jorku. Czas akcji:  godzina 6:45 rano. Właśnie o tej porze ustawiam się w mniej więcej pięćdziesięcioosobowej kolejce petentów czekających przed budynkiem, aby porozmawiać  z urzędnikiem imigracyjnym.

Drzwi są już otwarte, ale przecież nie można petentów wpuścić  na wypastowane podłogi bez uprzedniego wprowadzenia atmosfery szacunku dla Urzędu. W związku z tym przed odgrodzoną metalowymi barierkami kolejką przechadza się Pan Strażnik, który z  urzędową miną informuje o konieczności natychmiastowego opróżnienia kieszeni spodni oraz zdjęcia pasków (na szczęście mam na sobie spódnicę). Faceci z kolejki zaczynają posłusznie majstrować  przy portkach, wyciągają z kieszeni komórki i klucze oraz odpinają paski.

Następnie Pan Strażnik zabiera się do przeglądania zawartości damskich torebek – mogę tylko przypuszczać, że to z ciekawości czysto poznawczej, bo wewnątrz wszystko i tak przechodzi przez urządzenie prześwietlające.

Po kilkunastu minutach oczekiwania zostajemy wpuszczeni do środka, gdzie czeka nas kontrola w stylu tych, jakie odbywają się teraz na wszystkich lotniskach. Kładziemy na taśmie torby i zdejmujemy płaszcze i kurtki, które Pani Strażniczka kijem od szczotki wpycha do wnętrza maszyny prześwietlającej. Zapewne aby nie pobrudzić rąk, bo wiadomo, że higiena jest bardzo ważna w okresie grypowym.

OK, przeszła. Teraz idę na trzecie piętro, gdzie po odczekaniu w następnej kolejce zostaję wysłuchana przez Pana Urzędnika, który pragnie wiedzieć, co sprowadza mnie do Urzędu. Odpowiadam, że podanie o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu i które ugrzęzło w martwym punkcie po tym, jak moje dokumenty zaginęły w bliżej nie wyjaśnionych okolicznościach. Pan Urzędnik przyjmuje powyższe do wiadomości, po czym wręcza mi różowy formularz z numerkiem i kieruje na siódme piętro. Różowy kolor dla formularza? Może jednak jest jeszcze nadzieja?

Jestem prawie u celu. Znowu czekanie, ale tu można przynajmniej usiąść w poczekalni. Teraz idzie już szybko, bo przede mną tylko dwie osoby. Wreszcie podchodzę do okienka i referuję sprawę.

Ja: Chciałam dowiedzieć się, jaki jest status mojego podania o obywatelstwo, które złożyłam ponad trzy lata temu.
Urzędniczka: Proszę pokazać kopie dokumentów.
Ja: Pokazuję dokumenty. Czekam bardzo długo i chciałam zapytać, czy odnaleziono moją teczkę, którą Urząd Imigracyjny zagubił.
Urzędniczka: Nasz Urząd NIGDY nie gubi dokumentów.
Ja: Hmm… Podczas egzaminu na obywatelstwo dwa lata temu powiedziano mi, że sprawa zostanie załatwiona, jak tylko odnajdzie się teczka. A rok później powiedziano mi dokładnie to samo, tzn. że teczka się jeszcze nie odnalazła i poradzono napisać odwołanie – tu są kopie moich…
Urzędniczka: Warczy. Musiała pani źle zrozumieć. Mówię wyraźnie: Urząd Imigracyjny N-I-E   G-U-B-I  dokumentów!!!
Ja: Ok, ok. Jaki jest więc status mojego podania?
Urzędniczka: Stuka na komputerze. Teraz musi pani od nowa zrobić odciski palców, potem FBI je sprawdzi…

Ponieważ pobranie odcisków palców i background check w FBI to zawsze pierwszy – a nie ostatni – krok w sprawach o przyznanie obywatelstwa USA, szczerze powątpiewam, że moja nieszczęsna teczka jeszcze w ogóle istnieje, ale ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi. Pozostaje jedynie pytanie, kiedy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts