Feeds:
Wpisy
Komentarze

Polska scena polityczna coraz bardziej przypomina cyrk. Jeszcze parę dni temu odsądzono od czci i wiary rzekomego molestanta posła Samoobrony Łyżwińskiego, który miał zmajstrować dzieciaka zatrudnionej w swojej kancelarii Anecie Krawczyk, a następnie przy pomocy swego asystenta-weterynarza aplikować jej środki wczesnoporonne. Dziś są pierwsze informacje, że badania DNA domniemane ojcostwo Łyżwińskiego wykluczyły.

Sprawę ujawniła w poniedziałek „Gazeta Wyborcza”. Aneta Krawczyk – była radna Samoobrony w łódzkim sejmiku i była dyrektorka biura poselskiego Łyżwińskiego – twierdziła, że pracę w partii miała dostać w zamian za usługi seksualne świadczone Łyżwińskiemu i szefowi Samoobrony Lepperowi. We wtorek w telewizji TVN Krawczyk oznajmiła , że Łyżwiński jest ojcem jej 3,5-letniej córki.

Natomiast w dzisiejszej „Wyborczej” czytamy:

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania na zwołanej konferencji prasowej poinformował, że z wyników badań DNA posła Stanisława Łyżwińskiego wynika, że nie jest on ojcem najmłodszego dziecka Anety Krawczyk.

Jeśli ta informacja się potwierdzi, to wychodzi na to, że „Wyborcza” wyciagnęła pannę Krawczyk jak królika z kapelusza, aby skompromitować kolejnego „buraka” z Samoobrony. Wbrew zasadzie, że w cywilizowanych krajach udowodnić należy winę, nie zaś jej brak, chyba że akurat w Polsce obowiązuje zasada guilty until proven innocent.

No cóż, prawdziwa krytyka cnoty się nie boi, a niektórzy rodacy – zamiast brać się do roboty – z lubością grzebią w cudzych rozporkach. Ja natomiast z dużym zainteresowaniem czekam na dalszy ciąg afery rozporkowej.

Do następnego razu!
Agnieszka

W Warszawie jest tak wiele ciekawych pubów i barów, że każdy odwiedzający stolicę naprawdę ma w czym wybierać. Ponieważ byłam w Warszawie krótko i przejazdem, a od czasów, kiedy mieszkałam w stolicy, wiele wody upłynęło w Wiśle, przeprowadziłam wśród znajomych małą sondę na temat ciekawych miejsc, gdzie można przyjemnie spędzić czas. Jedyny warunek – miejsce miało być oryginalne i w centrum.

Nasz wybór padł na restaurację-bar Republica Latina przy Placu Trzech Krzyży. Wystrój zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie –  urządzone w ciepłych latynoskich barwach wnętrze, na ścianach – kilimy i stylizowane wielkie lustra, a nad prowadzącymi na piętro drewnianymi schodami przykuwający wzrok ogromny kryształowy żyrandol (nawet jesli czepialscy stwierdzą, że w nijak się on nie ma do latynoskiej tematyki lokalu). Na parterze nie było miejsc, bo okazało się, że w piątkowe wieczory wcześniejsze zrobienie rezerwacji jest bardzo wskazane. Skierowano nas zatem do sali na piętrze, gdzie były co prawda wolne stoliki, ale jak nam powiedziano, te również czekały na gości z wcześniejszą rezerwacją.

Usiadłyśmy więc przy gigantycznym barze zajmującym sporą część przestronnej sali na piętrze i na pocieszenie mogłyśmy się dokładniej przyjrzeć oferowanym trunkom, gustownie wystawionym w podświetlanych witrynach. Nasz wybór padł na martini extra dry (dla mnie) i koktajl bezalkoholowy (dla Moniki), do tego gorące przekąski: taco czyli tortilla z farszem z czarnej fasoli i avocado oraz jalapeno chicken wings – skrzydełka kurczaka w pikantnym sosie, jako że Republica specjalizuje się w kuchni latynoamerykańskiej, a dokładniej Tex-Mex.

Drinki pojawiły się bardzo szybko i jak się łatwo domyślić zniknęły też raczej szybko. Natomiast przekąski – o, to już zupełnie inna para kaloszy. Po mniej więcej 20 minutach oczekiwania zapytałyśmy barmana, czy nastąpił jakiś postęp w realizacji naszego zamówienia. Pan barman – lekko tylko zmieszany – pobiegł do kuchni sprawdzić, po czym oznajmił, że dzisiaj potrwa to trochę dłużej, bo w kuchni urzęduje… sam szef. Ha! Rozumiem, że szefowi raczej nie zależało na szybkiej obsłudze, może w myśl zasady, że im dłużej klient czeka na jedzenie, tym więcej kasy pozostawi w barze? Tak się na pewno stało w naszym przypadku, bo szybko zamówiłyśmy następną kolejkę (niestety, tym razem moje martini pojawiło się bez oliwki – czyżby w Republice przysługiwała tylko jedna na klienta?)

W międzyczasie nowy barman zastąpił pierwszego, zarezerwowane stoliki świeciły pustkami, a nasze zamówienie nadal się nie materializowało. Po kolejnych 20 minutach oczekiwania postanowiłyśmy wtajemniczyć w sytuację nowego barmana, który po kolejnym sprawdzeniu w kuchni oznajmił, że „dania już idą” (sądząc po tempie, w jakim się to odbywało, miały biedactwa za sobą długą droge, a przed sobą – jeszcze dłuższą). W koncu – porządnie juz wygłodniałe i po 50 minutach czekania – dostałyśmy nasze taco i skrzydełka. I dzięki Bogu, warto było tyle czekać, bo dania były naprawdę pyszne – chrupiące pikantne skrzydełka podane z aromatycznym dipem serowym, a taco  zadowoliłoby największego konesera kuchni latynoskiej.

Werdykt? Na pewno warto wybrać się do Republica Latina, ale pod warunkiem, że ma się dużo (albo jeszcze lepiej bardzo dużo) czasu, bo tempo, z jakim serwuje się tu dania, pozostawia sporo do życzenia. Oprócz tego pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego godzinami trzyma się rezerwację stolika dla klienta, który się nie pojawił – w czasie naszego ponad dwugodzinnego pobytu w lokalu co najmniej dwa stoliki cały czas stały puste, ale za to z kartką „Rezerwacja”.

Do następnego razu!
Agnieszka

Polska od kuchni

Mój ostatni pobyt w Polsce bez wątpienia obfitował w przeżycia natury kulinarnej. Tym razem udało mi się odwiedzić kilka bardzo interesujących dla żołądka miejsc, jeśli nawet nie od Bałtyku po gór szczyty, to przynajmniej od Warszawy po Sieradz.

Pierogarnia na Bednarskiej, Warszawa

Pierogarnia na Bednarskiej oferuje najlepsze pierogi, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się jeść – wielki wybór,  zarówno na słodko, jak i na ostro – pierogi Macieja, pierogi szwagra, pierogi Diavolo i jeszcze cała wymyślna gama smaków, o których nie wiedziałam, że można je zastosować do pierogów. Do zamówienia można dostać pikantny sos śmietanowo-czosnkowy albo delikatniejszy słodkawy sos chili (sos chili do pierogów to prawdziwa rewelacja!) Co najważniejsze, wszystkie te pyszności można zamówić za bardzo niewygórowaną cenę: przykładowo zestaw złożony z pierogów i zupy dnia kosztuje jedynie 14 złotych.

Jest to restauracja samoobsługowa, ale ani wystrój, ani jakość jedzenia na pewno nie przypominają barów mlecznych z czasów nieboszczki PRL. Nic dziwnego, że Pierogarnia przyciąga tak samo polskich studentów, jak i niemieckich turystów czy japońskich biznesmenów.

Małe ostrzeżenie: jeśli trafi się na moment, kiedy w restauracji jest większa grupa z zamówioną wcześniej rezerwacją (co nam się niestety przytrafiło), jest się zdanym na łaskę obsługujących pań, które – kiedy przepracowane – bywają trochę mniej miłe niż zwykle. Minusy? W Pierogarni nie podaje się alkoholu.

Meltemi, ul. Drawska / róg Szczęśliwickiej, Warszawa

Doskonała kuchnia grecka, do tego muzyka na żywo z Półwyspu Bałkańskiego. Meltemi dysponuje również kartą win doskonałej jakości. A jeśli ktoś się upiera, aby pić greckie wino, albo jest niezdecydowany, może zawsze zamówić dzbanek retsiny. My nie popełniłyśmy tego błędu i zamówiłyśmy również znakomite południowoafrykańskie Savignon Blanc.

Tak na marginesie – kupowanie i zamawianie win w Polsce jest dla mnie zawsze pewnego rodzaju loterią. Tyle razy zdarzyło mi się wydać nie najmniejsze wcale pieniądze na marnej jakości kwasior, że coraz częściej biorę po prostu piwo, bo jeśli chodzi o to ostatnie, to oferta większości polskich pubów i restauracji jest bez zarzutu.

Republica Latina, Plac Trzech Krzyży, Warszawa
Jest to z lekka przereklamowana restauracja i bar w centrum stolicy, która jednak zasługuje na poczesne miejsce w II części mojego opisu Polski od kuchni – miejmy nadzieję cz. II zostanie opublikowana w najbliższych dniach.

Cafe Szparka, Plac Trzech Krzyży, Warszawa

 

Cafe Szparka to jedno z niewielu znanych mi miejsc w centrum stolicy (oczywiście poza Dworcem Centralnym), gdzie wcześnie rano można spokojnie zjeść bardzo dobre śniadanie, a potem bez problemu zdążyć na Okęcie. Jest to prawdziwe zbawienie, jeśli nie chce się przepłacać w hotelowych restauracjach. Do wyboru – śniadania mięsne i wegetariańskie w kilku zestawach (np. jajcarskie, konkretne, serowe). W niedzielę o 8 rano nie było tam tłoczno, jesli nie liczyć pary polskich yuppies, pary Brytyjczyków (ona – o urodzie modelki, paląca duże ilości papierosów, on – chyba na kacu ewentualnie haju) oraz mnie. Minusy? Jeśli komuś nie odpowiada dym papierosowy o godzinie ósmej rano, chyba powinien pójść gdzie indziej.

Restauracja We Młynie, przy trasie Sieradz – Zduńska Wola
Restauracja istnieje mniej więcej od dwóch lat i mieści się w stylizowanym na chatę góralską budynku, po prawej stronie trasy E-12 ze Zduńskiej Woli do Sieradza.  Jedzenie jest znakomite, a obsługa bardzo miła. Podziwiać należy konsekwencję, z jaką opracowano kartę dań i z jaka urządzono wnętrze restauracji – wszystko na ludowo, i to wcale nie w wymuszonym cepeliowskim stylu. 

Tak więc w menu znajdziemy „rosół z babcynej kury” i „kapuśniok z prażokami”, a do korzystania z toalety zachęci nas wdzięczny napis „Wychodek”. Do tego w płynącym przez środek chaty strumyku pływają różnokolorowe rybki, a na oknie drzemią sobie dwa leniwe koty. Leniwe do tego stopnia, że dobrą chwilę zajęło mi stwierdzenie, że są to jednak żywe stworzenia, a nie atrapy ustawione na parapecie ku uciesze klienta. Niestety, nie mam zdjęcia dla zilustrowania tego miejsca, ale szczerze polecam Młyn wszystkim, którzy znajdą się w okolicach Sieradza albo Zduńskiej Woli – na pewno nie pożałujecie wizyty w tym miejscu, a i kieszeń na tym też bardzo nie ucierpi.

Do następnego razu!
Agnieszka

Po dłuższej krótkiej przerwie witam ponownie. Tak naprawdę tytuł tego postu powinien brzmieć raczej „Z krainy rzeczy dziwnych a ciekawych”, bo bardzo dużo takich udało mi się zaobserwować w Starym Kraju. Dziś będzie tylko w skrócie, bo muszę znowu się wprawić do blogowania – jak wiadomo, organ nieużywany zanika.

Moja (dzisiaj bardzo skrócona, ale ciąg dalszy na pewno nastąpi) lista rzeczy dziwnych, a ciekawych zaobserwowanych w Polsce wygląda mniej więcej tak:

–  Polskie Koleje Państwowe znów zarabiają pieniądze. W pociągu na trasie Sieradz – Warszawa był spory tłok, i chyba tylko cudem udało mi się znaleźć miejsce dla siebie i moich dwóch (co prawda niewielkich) walizek w przedziale II klasy.

– Panowie koło 60-tki są w Polsce zdecydowanie bardziej szarmanccy od studentów. Starszy pan (nawet z zadyszką) od razu zrywa się z miejsca, aby kobiecie wrzucić na półkę walizkę, podczas gdy student o wyglądzie koszykarza rusza tyłek z siedzenia rzadko i niechętnie.

– Sądząc po liczbie reklam leków w telewizji, Polacy to nie tylko naród cherlawy, ale również umiejący się z tej cherlawości wyleczyć  bez pomocy lekarza, a jedynie przy pomocy dostępnych bez recepty lekarstw wszelkiego rodzaju. Liczba reklamowanych produktów farmaceutycznych bije wszelkie rekordy – od leków na grypę i przeziębienie, poprzez wszelkiego rodzaju witaminy, do cudownych preparatów rzekomo usuwających skórkę pomarańczową z kobiecych ud. (Drogie panie – nie dajcie się nabrać, skórkę pomarańczową może usunąć jedynie dieta beztłuszczowa plus pilates trzy razy w tygodniu!)

– Polacy w wolnych chwilach nadal zajmują sie zbiorowym nienawidzeniem Romana Giertycha, nawet wówczas kiedy ten mówi z sensem (własnie tak – Roman Giertych czasem mówi z sensem!). Jak na przykład wtedy, kiedy zapowiedział wprowadzenie w polskich szkolach polityki „Zero tolerancji”.  W czasie mojego pobytu w Polsce miała miejsce smutna historia 14-letniej Ani z Gdanska, która popełniła samobójstwo po tym, jak była molestowana przez swoich kolegów z klasy. Po tej tragedii w polskich mediach rozpętała się prawdziwa burza – kto tylko miał dostęp do mikrofonu, proponował swoje recepty na ogólne zdziczenie obyczajów. 

Natomiast pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego „protestanci” oprotestowali akurat ministra edukacji Giertycha, a nie na przykład pełnych buty tatusiów kilkunastoletnich gwałcicieli, którzy bez cienia skruchy czy zażenowania wykrzykiwali przed kamerami „a gdzie nauczyciele, a gdzie szkoła”, tak jakby sami nie mieli żadnego wpływu na wychowanie własnych synów.

OK, w tym momencie moja lista rzeczy dziwnych a ciekawych z rozrywkowej przerodziła się w poważną – by nie powiedzieć przygnębiającą. Myślę więc, że dokończę ten temat przy najbliższej okazji.

Do następnego razu!
Agnieszka

P.S. Dziękuję wszystkim, którzy mimo mojej nieobecności ciągle tutaj zaglądali. Jestem i będę pisać.

Krótka przerwa

Przez najbliższe kilka dwa tygodnie nie będę pisać w blogu, bo wyjeżdżam. Po powrocie opowiem, co mnie spotkało w miejscu, do którego jadę. A opowiadać na pewno będzie o czym, bo jest to bardzo interesujący zakątek świata;)

Tak więc zamykam Salon i do następnego razu!

Agnieszka

Tytuł powyższy wcale nie jest pomyłką, bo nie będę tutaj udzielać porad, jak skutecznie starać się o pracę w Stanach, czy gdzie indziej. A wręcz przeciwnie – to jest poradnik, jak o pracę starać się nie należy.

Po pierwsze, drugie i ostatnie, na pewno nie należy tego robić tak, jak niejaki A.V., imigrant z Uzbekistanu, a obecnie student Yale i ogólnie rzecz biorąc człowiek raczej bystry. Otóż młodzieniec ten wpadł na z pozoru niezły pomysł, aby swoje CV wzbogacić o materiał wizualny w postaci 6-minutowego filmiku wideo, który dołączył do podania o pracę wysłanego do UBS Investment Bank.

Filmik ten, nakręcony na pewno bardziej profesjonalnie i mniej drżącą ręką niż np. „Blair Witch Project”, przedstawia naszego bohatera w różnych nader budujących sytuacjach. Widzimy go, jak na siłowni wyciska po 100 kg w każdej ręce,  jak jedną ręką rozbija stos cegieł  i jak na sali balowej wywija piruety z dość skąpo odzianą panną. Wszystko to przeplatane umoralniającymi historyjkami w stylu „nie ma rzeczy niemożliwych”, płynącymi z ust samego bohatera (filmik utrzymany jest w konwencji filmowej rozmowy kwalifikacyjnej).

Cel tego projektu? Zachęcenie potencjalnego pracodawcy do zaoferowania A.V. dobrze płatnej posady w banku UBS. W jaki sposób to filmowe resume trafiło do YouTube, na razie pozostaje tajemnicą – póki co, wszystko wskazuje na to, że dział kadr UBS dyskrecją nie grzeszy i że któryś z jego pracownikow puścił ten materiał w eter. Natomiast faktem jest, że w YouTube filmik obejrzało kilkaset tysięcy ludzi.

I biedny A.V. nie tylko nadal jest bez pracy, ale stał się pośmiewiskiem najpierw całego Wall Street (gdzie podobno filmik wędrował z jednej skrzynki emailowej do następnej), a teraz chyba nawet i całych Stanów.  Nie pozostawiono na nim suchej nitki, każdy fakt został sto razy sprawdzony. Ktoś doszukał się, że organizacja charytatywna wymieniona w filmiku, jest fikcją, ktoś inny wygrzebał, że firma konsultingowa, którą A.V. wymieniał jako jedno ze swoich osiągnięć, też istnieje tylko na papierze. Nawet New York Times, MSNBC i New York Post napisały o tej historii.

 CV było niewątpliwie mocno przesadzone, bo chwalić się też trzeba z umiarem. Ale mnie interesuje inny aspekt tej sprawy – w dzisiejszych czasach wszystko, co przesyłane jest przez email, w każdej chwili może stać się własnością publiczną. Ktoś kiedyś powiedział, że przez email nie należy przesyłać niczego, co nie powinno trafić na pierwszą stronę New York Times’a.  I wygląda na to, że miał rację.

Do następnego razu!
Agnieszka

W Polsce od pewnego już czasu trwa moda na krytykowanie wszystkiego, co amerykańskie. Co i rusz czytam teksty w polskiej prasie (że nie wspomnę o blogach) o amerykańskich grubasach, amerykańskiej arogancji, ignorancji,  braku dobrych manier i szerzeniu kultury spod znaku hamburgera, na którą w elitarnej Europie nie powinno być miejsca (przykład: Amerykanie ośmielili się wybudować Disneyland pod Paryżem. Pod  PARYZEM!)

W Ameryce nie ma powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych, wakacji dostaje się średnio dwa tygodnie w roku, a Polacy z wykształceniem wyższym, którzy trafili tutaj przez przypadek czy też z wyboru, często zaczynają od zamiatania podłóg, albo mieszania wapna na budowie. Oprócz tego znamy opinię Redlińskiego o „szczuropolakach” i oglądaliśmy film „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Na nowojorskich ulicach kolorowe śmieci fruwają często i bez zahamowań i daj nam Boże, aby latem nie strajkowały służby miejskie (kto kiedyś doświadczył zapachu nie wywiezionych śmieci w nowojorski lipcowy poranek, kiedy temperatura wynosi +38, a wilgotność powietrza 100%, wie dobrze, o czym mówię).

Wiele z rzeczy wymienionych powyżej to fakty, z którymi trudno polemizować. Europejczyk, który przyjeżdża do Nowego Jorku z płynną znajomością czterech języków, ale bez pozwolenia na pracę, szybko przekonuje się, że akurat z tych umiejętności nie zrobi użytku w tym mieście. Tu bez problemu można znalezć „native speakers” każdego języka na kuli ziemskiej, zwłaszcza w dzielnicy Queens. W tym momencie chowa się dumę do kieszeni i zaczyna wszystko od zera.

Ale to właśnie tutaj, w Stanach, takie rozpoczęcie od zera jest absolutnie wykonalne. To właśnie tutaj, o wiele częściej niż w Polsce czy jakimkolwiek innym kraju Europy zdarzają się jeszcze historie w stylu „od pucybuta do milionera”.

Układy czy znajomości pomagają wszędzie. Ale w Stanach ich brak nie przekreśla szansy na znalezienie satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, nawet jeśli przychodzi się znikąd – bezrobocie oscyluje tutaj na poziomie duzo niższym niz w Europie, bo w okolicach 5%. Tutaj nikogo nie dziwi, że ludzie w średnim wieku rozpoczynają od nowa, zmieniają zawód, miejsce zamieszkania, uczą się języków.  A poza tym w Polsce wiek średni zaczyna się gdzieś koło trzydziestki (kto nie wierzy, niech poczyta ogłoszenia o pracę), tu – o jakieś dwadzieścia lat później. W letnie niedzielne poranki można spotkac w Central Park zdrowych pięćdziesięciolatków zasuwających na rolkach. I nikt nie puka się w czoło.

Myślę, że przeciętnemu Europejczykowi, który w Stanach spędził najwyżej 2-tygodniowe wakacje, trudno zrozumieć ten kraj, stąd też skłonność do przesadnego upraszczania obrazu Ameryki (a że obecna polityka zagraniczna USA też raczej nie pomaga, to już temat na kolejny odcinek). Trzeba po prostu przyjąć  do wiadomosci, że pewne rzeczy wyglądają tutaj zupełnie inaczej niż w Europie czy Kanadzie. Im szybciej człowiek przestanie szukać tutaj małej europejskiej wygody z zabezpieczeniami socjalnymi itp., tym szybciej przejdzie do działania. A po to się tutaj przyjeżdża.

Do następnego razu!
Agnieszka

Jeśli komuś słowo ‚macho’ kojarzy się  z kulturą latynoską lub południowoeuropejską, to może powinien zrewidować poglądy i poszukać na naszym własnym polskim podwórku albo za bliską granicą. Bo ani się nie obejrzeliśmy, jak na naszej pszenno-buraczanej glebie wyrósł specjalny gatunek wschodnioeuropejskiego macho-polityka.

Pierwszy był Andrzej Lepper, który jakiś czas temu „zabłysnął” intelektem komentując na konferencji prasowej przypadek swojego kolegi z Samoobrony i eurodeputowanego Bogdana G. oskarżonego o gwałt na belgijskiej prostytutce – „Nie wiedziałem, że prostytutkę można zgwałcić”.

Według aktu oskarżenia pijanemu posłowi G. „żądze wypełzły na twarz” i zapragnął je zaspokoić w ramionach pewnej damy lekkich obyczajów. Nic w tym nie byłoby dziwnego, bo jakby nie było, jest to najstarszy zawód świata i pan G. nie jest ani pierwszym ani ostatnim, któremu taki pomysł przyszedł do głowy. Ale nasz poseł nie chciał „tego” robić w prezerwatywie i kiedy owa dama odmówiła usługi, po prostu ją zgwałcił. A tak na europejskich salonach spraw się nie załatwia. Natomiast przewodniczący Lepper widocznie uznał, że kobieta lekkich obyczajów praw żadnych nie posiada, zwłaszcza jeśli ma do czynienia z polskim eurodeputowanym, do tego posłem Samoobrony i protegowanym pana Leppera, stąd ten mało subtelny komentarz.

A w tym tygodniu do klubu wschodnioeuropejskich macho-polityków dołączył nie byle kto, bo sam prezydent Rosji batiuszka Putin, który z wdziękiem niedźwiedzia syberyjskiego pochwalił wyczyny oskarżonego o gwałt prezydenta Izraela – „Dziesięć kobiet zgwałcił! Wszyscy mu zazdrościmy!”. (Dla przypomnienia: prokuratura zarzuca prezydentowi Kacawowi m.in. gwałt i molestowanie seksualne, on sam zaś zaprzecza tym oskarżeniom.)

Putin wygłosił ten komentarz podczas rozmowy z  goszczącym w Rosji premierem Izraela Ehudem Olmertem. Podobno Putin myślał, że mikrofony były wyłączone, ale był w błędzie i ten „żart” podchwyciły rosyjskie dzienniki Kommiersant i Izwiestja, a za nimi prasa światowa.

Nie trzeba tu żadnych wojujących feministek ani sufrażystek, aby stwierdzić, że w przy tej okazji sposób Putinowi coś zaczęło wystawać…  Czy przypadkiem nie słoma z wylakierowanych butów?

Do następnego razu!
Agnieszka

http://serwisy.gazeta.pl/metro/1,75932,3694145.html

Błogosławiony niech będzie Internet, w którym nie tylko „śpiewać każdy może”, ale każdy  może też na tym lepszym lub gorszym śpiewaniu zarobić parę groszy, o ile oczywiście w miarę sprawnie posługuje się językiem angielskim.

Najnowszy amerykański pomysł na robienie kasy w Internecie to serwis www.PayPerPost.com, którego autorzy – wstępnie zabezpieczywszy sobie kilka milionów finansowania venture capital – sprzedają usługę polegającą na tym, że reklamodawcy mogą sobie kupować pseudo-bezstronne wpisy w blogach.

Innymi słowy, firma Nike lub Adidas może zaproponować honorarium w wysokości 5  dolarów (suma do ustalenia) za każdy wpis w blogu, w którym autor pozytywnie wyrazi się o butach sportowych jej produkcji. Czyli ja (oczywiście gdybym była o te 10 cm wyższa), mogłabym zamieścić w blogu swoje zdjęcie, na którym wbijajam piłkę do kosza  w butach Nike na nogach. I w komentarzu mogłabym od niechcenia wspomnieć, że buty sportowe Nike są najwygodniejsze na świecie i że po jednym założeniu zniknął mi nawet odcisk na małym palcu u lewej nogi.  I za te usługę skasowałabym odpowiednie honorarium.

Następnego zaś dnia mogłabym – równie bezstronnie i od niechcenia – wspomnieć, że po wczorajszym intensywnym treningu koszykówki jedyną rzeczą, która może mnie postawić na nogi, jest kawa Starbucks, najlepiej marki Cafe Verona. I za tę jakże bezstronną i niewinną wzmiankę skasowałabym kolejne honorarium.

Czy jest w tym coś złego? Dlaczego się czepiam? Otoż czepiam się dlatego, że gdzieś tam drobnym drukiem firma PayPerPost.com informuje, że nikt nie ma obowiązku zaznaczać, że jego tekst w blogu jest płatnym tekstem reklamowym. Czyli mamy tutaj do czynienia z takim małym internetowym „Truman Show”, w którym jedni wierzą, że czytają obiektywne opinie na jakiś temat, inni natomiast bez mrugnięcia okiem biorą kasę za wyrażanie takich „bezstronnych” opinii. Ale kto wie, może rzeczywiście wszystko jest już na sprzedaż?

Do następnego razu!
Agnieszka

… trochę lepiej lub gorzej. Ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi.

Korciło mnie strasznie, aby przytoczyć ten cytat z piosenki Stuhra właśnie  w kontekście pisania o blogosferze – niekoniecznie polskiej, ale w ogóle jakiejkolwiek. Nie bierzcie mi tego za złe – blogi to znakomita sprawa, bo są tematy, które  zanim trafią do głównego nurtu mediów, najpierw zostają gruntownie rozpracowane w blogach. Tu w Stanach właśnie w blogach zdemaskowano kilka istotnych wpadek politycznych czy dziennikarskich, takich jak np.  gafa Dana Rathera ze stacji CBS, który zaprezentował na antenie sfałszowane dokumenty dotyczące służby wojskowej prezydenta Busha.

Nie ulega wątpliwości, że obecny prezydent USA to wytrawny dekownik, który wojnę wietnamską przesiedział bezpiecznie na głębokiej prowincji, a do swojej jednostki Gwardii Narodowej zgłaszał się jedynie po to, aby leczyć zęby. Niemniej jednak Rather popełnił niewybaczalny błąd opierając swój raport na sfałszowanych dokumentach.

Ale blogi to miecz obosieczny. Praktycznie każdy, kto jest szczęśliwym posiadaczem komputera i podłączenia do Internetu, z dnia na dzien może stać się pisarzem, dziennikarzem, albo ekspertem od czegoś tam, bo przecież publikuje. Nic nie szkodzi, że publikuje sam siebie, z łaski któregoś z kolei darmowego blogowego serwisu, że klawiaturę obsługuje jednym palcem, a i z ortografią bywa trochę na bakier. Ważne, że publikuje.  Wiara w moc słowa drukowanego niewiele się zmieniła od czasów Gutenberga.

Kto mi zabroni założyć blog na temat odnawialnych źródeł energii albo życia seksualnego orangutanów, nawet jeśli są to tematy, o których pojęcie mam raczej blade? Mogę to zrobić choćby jutro! A jeszcze lepiej – mogę najpierw „wygooglować” parę gorących tematów, sprawdzić, które się najlepiej sprzedają w sieci reklamowej i gotowe!

Do tego blogi pozwalają elegancko rozprawić się z wszystkimi ewentualnymi wrogami z życia niewirtualnego, którzy jako jeszcze nie zblogowani żyją w słodkiej nieświadomości i nie mają bladego pojęcia,  że ktoś przyprawia im w Internecie ‚gembe’.

W taki oto sposób powstaje nie tyle blogowa sieć, co sieczka, w której coraz trudniej wyłowić rzeczy wartościowe. I konia z rzędem temu, kto wie, jak się przed tym bronić. Póki co, dodaję do listy ulubionych różne blogi z sensem, pisane przez ludzi, którzy nie podają się za ekspertów od czegokolwiek. A sama nie zakładam blogu o orangutanach.

Do następnego razu!
Agnieszka