Feeds:
Wpisy
Komentarze

… niż się odezwać i rozwiać wszelkie złudzenia. A tak poważnie – ostatnio nie piszę, bo nie jestem w stanie wygospodarować godziny czasu na napisanie tekstu z sensem, natomiast 15 minut nie wystarcza mi na wyprodukowanie komentarza, który miałby jakiekolwiek znaczenie.  Dla kogokolwiek. Może z wyjątkiem tekstu takiego, jak ten właśnie, pisanego w ekspresowym tempie i na dokładkę bez polskiej czcionki (OK, zmieniłam zdanie – po poprawkach jest już polska czcionka).

Wiem, wiem –  ludziom z Polski może się to wydać całkowicie niezrozumiałe, ale dla mnie używanie polskiej czcionki bywa chwilami mocno uciążliwe. Po angielsku piszę z prędkością 65 słów na minutę, po polsku – pewnie o połowę wolniej, bo nie opanowałam do końca sztuki szybkiego wciskania klawisza ALT z kombinacjami różnych liter, aby na amerykańskim systemie uzyskać polskie ogonki. I może milczeniem pominąć powinnam fakt, że niektóre z komputerów, z których regularnie korzystam (w sumie chyba pięć – praca, dom, biuro domowe), w swoich ustawieniach systemowych polskiej klawiatury po prostu nie mają.

Bruno miał chore oko. Kevorkian po ośmiu latach wyszedł z więzienia. Czeka mnie wizyta u onkologa.  Kongres poci się nad ustawą imigracyjną, dzięki której tania niewykształcona sila robocza  (pomoce kuchenne) ma zostać zastąpiona tanią wykształconą siłą roboczą (programiści i księgowi). W El Norte nigdy nie jest nudno.

A jednak… Pisanie byle jak i byle o czym kojarzy mi się z amerykańskim small talk w windzie.  How are you? Great – dzieciak właśnie złamał nogę, a oprocentowanie pożyczki skoczyło z 6 na 9 procent. How was your weekend? So much fun, thanks for asking – mąż zrobił mi awanturę, a w piwnicy cieknie woda. I tak dalej. Pada pytanie, które formalnie jest niby pytaniem, bo na jego końcu jak wyrzut sumienia wisi znak zapytania, jednak funkcjonalnie nie różni się niczym od polskiego „dzień dobry”, i należy na nie odpowiedzieć tylko w jeden z góry ustalony i całkowicie przewidywalny sposób, aby nie wyjść na gbura. Nawet opowiedz w rodzaju so, so (czyli „tak sobie”) jest pewnego rodzaju nietaktem, bo zobowiązuje współrozmówcę do okazania zainteresowania tym, co nas gnębi, a na to akurat nie ma on ani czasu ani ochoty.

Amerykanie są mistrzami takich rozmów o niczym, natomiast ludziom z naszego kręgu kulturowego często idą one jak po grudzie, bo kiedy nie mamy nic do powiedzenia, wolimy po prostu milczeć.

Do następnego razu!
Agnieszka

Co wiem na pewno

O przypadku Anny Radosz dowiedziałam się mniej więcej półtora tygodnia temu z artykułu „Walczyła o dziecko, przegrała z rakiem” opublikowanego w serwisie internetowym Telewizji Polskiej. Zaczęłam wtedy pisać swój komentarz na temat tej historii, ale potem odłożyłam brudnopis na wordpressową półkę.

Oto krótkie podsumowanie faktów: mieszkająca w Aberdeen w Szkocji Anna Radosz, będąc w szóstym miesiącu ciąży dowiedziała się o nawrocie choroby nowotworowej – czerniaka. Nie zgodziła się na chemioterapię, ponieważ nie chciała zaszkodzić swojemu nie narodzonemu dziecku. W listopadzie ubiegłego roku urodziła zdrowego synka, ale w tym momencie wystąpiły już przerzuty nowotworu do płuc i mózgu i okazało się, że jest za późno na leczenie metodami tradycyjnej onkologii w Szkocji. Pewną nadzieję dawało jedynie leczenie w klinice w Bostonie i przyjaciele Anny zbierali na ten cel pieniądze. Niestety, nie zdążyli, bo dziewczyna zmarła 11 maja.

Wracam do tego tematu teraz, bo dowiedziałam się, że minister edukacji Roman Giertych wystąpił z wnioskiem do prezydenta RP o pośmiertne nadanie Annie Radosz Złotego Krzyża Zasługi (wniosek ministra został opublikowany na stronie MEN). Politycy próbujący wykorzystać ludzkie tragedie do załatwiania własnych politycznych interesów – to nie jest ani zjawisko nowe, ani typowo polskie, ale jednak ten przypadek poruszył mnie szczególnie. Mam wrażenie, że czyjaś śmierć została potraktowana jako okazja do promowania pewnej – w rozumieniu ministra jedynie słusznej – postawy światopoglądowej.

Zakładam, że dziewczyna dokonała tego wyboru świadomie i w pełni zdając sobie sprawę z potencjalnie tragicznych konsekwencji swojej decyzji. Wybrała to, co było dla niej najważniejsze, i tragiczne jest, że za życie dziecka zapłaciła własnym. Można podziwiać jej poświęcenie, ale czy gdyby zdecydowała się na te chemioterapię chcąc ratować własne życie byłaby osobą godną pogardy i potępienia? Promującą „cywilizację śmierci”? Mam wrażenie, iż minister Giertych w mało subtelny sposób daje do zrozumienia innym kobietom, które mogą stanąć przed podobnym wyborem, że wybór może być tylko jeden – ochrona życia dziecka kosztem własnego.

Łatwo jest wydawać moralne wyroki, osądzać lub przyznawać laury, samemu będąc zdrowym jak ryba i mając jedynie teoretyczne wyobrażenie na temat tego, co czuje człowiek, który stanął oko w oko ze śmiertelną chorobą. Ja wiem na pewno, że w takiej sytuacji nie wolno nikomu narzucać żadnego wyboru ani potępiać za chęć ratowania własnego życia. 

A politycy powinni trzymać się od tej trumny z daleka z daleka.

Do następnego razu!
Agnieszka

Salon mało osobisty

Ktoś niedawno zwrócił mi uwagę, że Salon nowojorski jest jakiś taki mało osobisty. Faktycznie, niezbyt często piszę tutaj o sobie, przynajmniej ostatnimi czasy. Ale ci, którzy znają ten blog trochę dłużej, wiedzą, że raz na jakiś czas można tutaj nawet przeczytać, co „szefowa kuchni” przyrządziła na obiad, w jakiej restauracji warszawskiej zjadła najlepsze na świecie pierogi, albo jak się miewają psiaki.

Ograniczam tutaj pisanie o sobie nie dlatego, że nie widzę wartości w tzw. blogach osobistych. Szperając w sieci natrafiłam na wiele świetnie pisanych (lub fotografowanych) blogów z tego gatunku, a adresy niektórych z nich znaleźć można tutaj pod My zdies’ emigranty.

Jednakże dużo prawdy na temat Internetu jest w tym komentarzu z bloga Qui scribit bis legit:

Właściwie nie pamiętam, żeby ktoś był przygnębiony z powodu jakiegoś problemu drugiej osoby. Nie pamiętam, żeby ktoś martwił się o kogoś. Egocentryzm opanował człowieka. Jakaś moda nastała, żeby się nad sobą użalać. Jak ktoś nie ma na co się żalić, to wymyśla takie rzeczy, że w ogóle nic na to nie odpowiadam, bo mi sił brakuje. Internet to ich główne narzędzie.

Pisząc o sobie łatwo wpaść w pułapkę użalania się nad sobą, a tego boję się jak ognia.  Poza tym nigdy nie zakładałam, że będzie to blog osobisty, a wręcz przeciwnie – Salon nowojorski nosi podtytuł „Widziane zza Oceanu”, dlatego też w większości swoich tekstów staram się trzymać tematyki emigracyjnej, a jeśli piszę o Polsce, to  z punktu widzenia osoby, która mieszka za Oceanem na tyle długo, aby do pewnych polskich zjawisk podchodzić bez emocji.

Do następnego razu!
Agnieszka

Według powszechnie panującej opinii od pewnego czasu Polakom nie opłaca się przyjeżdżać do USA w celach zarobkowych,  i to nie tylko z powodu niskiego kursu dolara. Wiele osób uważa, że Stany Zjednoczone przestały być atrakcyjne jako kraj docelowy emigracji zarobkowej w momencie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, kiedy Anglia, Irlandia i Szwecja otworzyły dla nas swoje rynki pracy. Po co jechać do Stanów, skoro tak trudno o wizę amerykańską, podróż w jedną stronę trwa 9 godzin, a emigrantom bez pozwolenia na pracę coraz trudniej jest znaleźć jakieś w miarę dobrze płatne zajęcie? Do Londynu leci się dwie godziny, bilet tanimi liniami można kupić za 200 PLN, a zarobki są porównywalne z tymi po drugiej stronie Oceanu.

Faktem jest, że gra nie jest warta świeczki w przypadkach, kiedy komplikacje związane z nielegalnym pobytem w Stanach przewyższają potencjalne korzyści finansowe. Znalezienie w Stanach pracy jest oczywiście nadal jak najbardziej możliwe nawet jeśli przebywa się tutaj nielegalnie (nie zapominajmy, że w USA bezrobocie jest niższe niż w Europie i oscyluje na poziomie 5 proc.), ale dotyczy to głównie prac niewykwalifikowanych, a zarazem nisko płatnych, takich jak sprzątanie, proste prace pomocnicze na budowie, pomoc w kuchni, opieka nad osobami starszymi lub dziećmi, a w regionach rolniczych – praca na farmach opanowana przez imigrantów z Meksyku.

Jeśli nielegalny emigrant nie znajdzie w miarę szybko sposobu na zdobycie zielonej karty, na przykład przez małżeństwo z obywatelem USA (sponsorowanie przez pracę ciągnie się latami), praktycznie nie ma szansy na znalezienie bardziej ambitnego zajęcia, i to niezależnie od znajomości języka czy przywiezionego z Polski dyplomu studiów wyższych. Nie zapominajmy też, że przebywając w Nowym Jorku czy Chicago nielegalnie nie można wyskoczyć do Polski na dwutygodniowy urlop tak jak z Londynu czy Dublina, aby na łonie rodzinywyleczyć imigracyjną depresję. Czy zarobki rzędu 10 dol. na godzinę za pracę niewykwalifikowaną są tego warte?

Pisał o tym w marcu dziennik International Herald Tribune w artykule pod znamiennym tytułem In expanded EU, Poles no longer flock to the U.S. for a better life, czyli w wolnym tłumaczeniu „Po rozszerzeniu UE Polacy nie szukają już lepszego życia w USA”. Autor artykułu przytacza przykłady z Chicago, które ze swoimi 800 tys. osób polskiego pochodzenia nadal pozostaje największym skupiskiem Polaków poza granicami Polski. Typowo polskie restauracje w Chicago powoli zmieniają swój profil, a w ich menu obok gołąbków, pierogów i barszczu coraz częściej pojawia się pizza.

Nieco bardziej skomplikowany obraz wyłania się ze statystyk prowadzonych przez Department of Homeland Security, z których wynika, że liczba Polaków otrzymujących zielone karty w Stanach wcale się nie zmniejsza. Oto zestawienie z ostatnich dziesięciu lat (Yearbook of Immigration Statistics 2006):

Rok fiskalny   Liczba zielonych kart przyznanych Polakom
1997 12.035
1998 8.451
1999 8.773
2000 10.090
2001 11.769
2002 12.711
2003 10.510
2004 14.326
2005 15.352
2006 17.052

Czyli – z jednej strony spada w Stanach liczba nielegalnych imigrantów z Polski, z drugiej – nadal kilkanaście tysięcy Polaków rocznie legalizuje swój pobyt tutaj.  Nie zapominajmy, że wszyscy, którym uda się tę poprzeczkę przeskoczyć, mają przed sobą  o wiele lepsze perspektywy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Niedawno opublikowano w prasie informacje o ankiecie, z której wynikało, że 12 proc. (czyli  ponad 3 mln) Polaków chce wyjechać z kraju do pracy za granicą. Sondaż wśród Polaków w wieku od 15 do 64 lat przeprowadziła firma IMAS International na zlecenie „Rzeczpospolitej”.

Jeśli połączyć ten fakt z oficjalnymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w 2006 r. w celach zarobkowych wyjechało za granicę prawie 370 tys. rodaków, to wyłania się z tego niezbyt ciekawy dla polskiej gospodarki obraz. Gdyby wszyscy, którzy jeszcze nie wyjechali, ale teraz składają deklaracje wyjazdu, faktycznie to zrobili, to mielibyśmy w Polsce niezły kryzys…

Myślę zresztą, że ta ostatnia liczba jest mocno zaniżona – nie zapominajmy o tym, że GUS nie ma możliwości uwzględnienia w swoich statystykach osób, które za granicą pracują na czarno, a w krajowych rejestrach figurują jako bezrobotni, albo kursują między Warszawą a Londynem lub Dublinem.

Władze Londynu poinformowaly niedawno, że od momentu rozszerzenia Unii w maju 2004 r. do pracy w stolicy Wielkiej Brytanii przyjechało prawie 50 tys. Polaków, czyli jedna trzecia całej emigracji zarobkowej z Europy Środkowo-Wschodniej. Najczęściej pracują w gastronomii, w administracji, handlu, służbie zdrowia i różnych 3D-jobs, czyli dirty, difficult and  dangerous.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że firmy w Polsce zaczną trochę lepiej traktować swoich pracowników w sytuacji, kiedy trudniej będzie o znalezienie rąk do pracy, bo teraz nadal różnie z tym bywa. Przy okazji moich poprzednich wizyt w Polsce słyszałam historie o zatrudnianiu stałych pracowników na trzymiesięczne umowy-zlecenia i przedłużaniu tej umowy co 3 miesiące po to, aby uniknąć opłacania niektórych składek czy podatków i ogólnie traktowaniu „per noga”, w myśl zasady „nie będziesz ty, będzie inny”.

Do następnego razu!
Agnieszka

Parę tygodni temu przeniosłam Salon na domenę salon.polonia.net ze starego adresu na WordPressie. Niestety, są z tym pewne kłopoty, nie wiem jeszcze, czy to wina nowego serwera czy coś pomieszałam przy konfiguracji bloga na WordPressie. Skutek natomiast był opłakany, bo Salon po prostu padł i nie dalo się wejść na żadne strony.

Póki co wracam więc na stary wordpressowy adres czyli polonianet.wordpress.com i zobaczymy, co z tego dalej wyniknie. Chwilowo nie będę więcej grzebać w konfiguracji, a skoncentruję się na pisaniu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Polak (nie) potrafi

Wychodzi na to, że multimedialna prezentacja polsko-ukraińskiego turnieju Euro 2012 została zerżnięta żywcem z reklamy iPoda firmy Apple. W artykule pt. „Euro 2012 – polsko-ukraiński plagiat?”  „Wprost” pisze, że Apple rozważa wszczęcie kroków prawnych przeciwko organizatorom Euro 2012, bo wykorzystane w filmiku reklamowym pokazanym w Cardiff tańczące sylwetki i motywy muzyczne zostały skopiowane z reklamówki iPoda.

Porównajmy:
1. Spot iPoda – tańczące postacie na kolorowym zielono-czerwonym zmieniającym się tle, muzyka, w rękach – odtwarzacze iPoda, a w uszach – słuchawki:

2. Spot Euro 2012 – tańczące postacie na kolorowym zielono-czerwonym zmieniającym się tle, muzyka, ale zamiast tańca – kopanie piłki:

„Wprost” pisze, że do siedziby głównej Apple w Kalifornii uprzejmie doniósł o sprawie polski oddział Apple. Można się oczywiście spierać, czy to dokładna kopia czy jedynie taka sama stylistka, ale na mój gust – podobieństwo jest uderzające. W Stanach Zjednoczonych wytaczano – i wygrywano – procesy o bardziej subtelne „aluzje” do czyjegoś pomysłu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Konsulat Generalny w Nowym Jorku wprowadza klientów w błąd publikując na swojej stronie internetowej nieaktualne lub niedokładne informacje na temat procedur związanych z ubieganiem się o paszport polski. Jeśli ktokolwiek ma zamiar brać poważnie treści zamieszczone w dziale „Informacja paszportowa”, niech robi na własną odpowiedzialność, bo jest tam kilka błędów rzeczowych na tyle poważnych, że uniemożliwiają złożenie podania o paszport. Moja rada – dzwonić do Konsulatu i trzy razy pytać o każdą rzecz, aby nie narażać się na wielokrotne wyprawy do Konsulatu, zwłaszcza jeśli mieszka się poza Nowym Jorkiem.

Poniedziałek – moja pierwsza wizyta w Konsulacie w celu odnowienia paszportu, który w lutym stracił ważność.  Z wypełnionymi formularzami, starym paszportem i zdjęciami ustawiłam się w kolejce.  W poniedziałek kolejka była spora ponieważ w poprzednim tygodniu Konsulat był nieczynny przez dwa dni ze względu na święta 1 i 3 maja.

Mniej więcej po 20 minutach oczekiwania przypadkowo usłyszałam rozmowę potencjalnej petentki ze strażnikiem, który poinformował ją, że do każdego paszportu wymagane są trzy zdjęcia. Trzy, a nie dwa. Strażnik jak widać dysponuje bardziej aktualnymi informacjami o przepisach paszportowych niż internetowa wizytówka Konsulatu, na której pod nagłówkiem „Wymagane dokumenty” zamieszczono co następuje (podkreślenie moje):

Dwie aktualne fotografie o wymiarach 3,5 x 4,5 cm., wykonane w ciągu ostatnich 6 miesięcy na jednolitym jasnym tle, mające dobrą ostrość, pokazujące wyraźnie oczy i twarz z obu stron (en face).

Ponieważ zgodnie z powyższą instrukcją miałam przy sobie tylko dwa zdjęcia paszportowe, odeszłam z kolejki, aby wrócić następnego dnia, z trzema fotografiami.

Wtorek – moja druga wizyta w Konsulacie, w celu jak wyżej. Kolejka tym razem dużo krótsza, szybko dotarłam więc do okienka, z dokumentami i trzema przepisowymi fotografiami paszportowymi. Moja radość trwa jednak krótko, bo tym razem okazuje się, że umiejscowiony w polskim Urzędzie Stanu Cywilnego akt ślubu jest wymagany nie tylko przy wymianie paszportu ze względu na zmianę nazwiska (informacja opublikowana na stronie internetowej Konsulatu), ale w przypadku kobiet również wtedy, kiedy stary paszport (z nowym nazwiskiem) stracił ważność, a wystawiony był przed 2003 r. zdaje się. Cytuję informację ze strony:

Odpis aktu małżeństwa (oryginał lub notarialnie poświadczona kopia) wydany przez polski Urząd Stanu Cywilnego w przypadku ubiegania się o paszport z powodu zmiany nazwiska lub dokument potwierdzający powrót do nazwiska poprzednio używanego, wydany przez polski USC.

Jest to błędna informacja, niestety. Po raz drugi odchodzę z kwitkiem. Mam ten dokument, ale nie przy sobie.

Sroda – trzecia wizyta w Konsulacie, w celu jak wyżej. Coś chyba jest w powiedzeniu „do trzech razy sztuka”, bo tym razem mam wszystko, co potrzebne i moje podanie zostaje przyjęte. Paszport dostanę już… za cztery miesiące.

Przedwczoraj wysłałam do Działu Wizowo-Paszportowego Konsulatu email z prośbą o poprawienie błędów na stronie informacji paszportowej, ale póki co Konsulat dyskretnie milczy na ten temat i błędów nie poprawia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Amerykanie są co prawda autorami powiedzenia, że w reklamie sex sells, ale to Polacy doprowadzili je do perfekcji, przynajmniej w sferze nowych mediów. Polskie portale, portaliki i portalątka coraz więcej pracy wkładają w uatrakcyjnienie życia polskiego internauty, a może raczej seksonauty.

Wirtualna Polska na głównej stronie zamieszcza pikantne ploty i linki do galerii z roznegliżowanymi panienkami, portal Gazeta.pl, oprócz środowego dodatku specjalnego do Wyborczej Jak się kochać, czyli co chcielibyście wiedzieć o seksie, oferuje strony tylko dla dorosłych Limetka.pl oraz portal plotkarski Plotek.pl.

Wirtualna Polska
„Motoryzacja” w Wirtualnej Polsce

Jeden Onet – nie wiem, czy przez wrodzoną skromność redaktorów, czy może ze względu na pozycję lidera polskiego Internetu – chwilowo swoje co pikantniejsze newsy dyskretnie ukrywa po kątach, takich jak np. dział „Kultura”, do którego pewnie pies z kulawą nogą by nie zajrzał, gdyby nie apetyczne tytuły w stylu Piękna Tatiana nie zaśpiewa hymnu na Euro 2012 czy Posiadają najbardziej imponujące mięśnie brzucha. Czemu nie nazwać takiego plotkarskiego działu po prostu „Rozrywka”? Ano pewnie dlatego, że „Kultura” zawsze brzmi poważniej.

Onet
„Kultura” w Onecie

Każdy, kto ma trochę do czynienia z marketingiem internetowym, wie, że ilość sprzedanego towaru (sklepy internetowe) oraz liczba sprzedanych reklam (serwisy medialne) jest wprost proporcjonalna do liczby użytkowników, częstotliwości odwiedzin oraz oglądalności stron. Mimo to żadne poważne amerykańskie czasopismo nie zdecydowałoby się na utworzenie w swom serwisie internetowym działu porad erotycznych lub publikację materiałów w rodzaju tych, które w polskich portalach i serwisach internetowych są na porządku dziennym.

Być może przyczyna leży w przysłowiowej amerykańskiej pruderii, bo jak wiadomo w Stanach mainstream media szerokim łukiem omijają wszelką tematykę erotyczną w obawie przed utratą dbających o swój pro-rodzinny image sponsorów – producentów proszków do prania, szamponów i odżywek dla dzieci. Nawet jeśli przyczyną jest pruderia, to przynajmniej wiadomo, czego można spodziewać się po plotkarskim co prawda, ale nigdy nie schodzącym poniżej określonego poziomu serwisie People.com, a czego po stronach w rodzaju TMZ.com czy PerezHilton.com.

Do następnego razu!
Agnieszka

Po krótkiej przerwie czas na małe sprawozdanie z polonijnego podwórka, które będzie zapewne interesujące jedynie dla osób mieszkających po tej stronie Atlantyku. Trudno – niniejszy Salon, jak sama nazwa wskazuje, jest Salonem nowojorskim…

Najpotężniejsza polonijna firma na Wschodnim Wybrzeżu USA – Polsko-Słowiańska Unia Kredytowa – pod koniec maja organizuje wybory do Rady Dyrektorów. Statut P-SFUK orzeka, że raz w roku musi ona wymienić jedną trzecią swojego zarządu i odbywa się to poprzez demokratyczne wybory. Co ciekawe, spośród ponad 70 tys. członków P-SFKU każdego roku w głosowaniu bierze udział niewiele więcej niż 3 tys., bo większość zawiadomienia o wyborach najzwyczajniej w świecie wyrzuca do kosza.

Kiedyś – dawno, dawno temu – odsyłałam do Unii wypełnione karty do głosowania, jednak przestałam to robić w momencie, kiedy okazało się, że dość często do Rady Dyrektorów trafiają ludzie mocno ze sobą skłóceni. Wewnętrzne konflikty utrudniają pracę P-SFUK do tego stopnia, że jakiś czas temu w tej szacownej instytucji z aktywami wynoszącymi ponad 1 mld. dolarów wprowadzono zarząd komisaryczny. W tym roku mam dodatkowy powód, aby nie głosować – taki mianowicie, że parę tygodni temu trafiła do mojej skrzynki emailowej ulotka w stylu najlepszych peerelowskich donosów na temat tego, na kogo broń Boże NIE głosować… Jeśli metody reklamy negatywnej wobec konkurencji stosuje się, aby zdobyć poparcie dla swojego kandydata, to ja wolę trzymać się z daleka od tego typu akcji i nie głosować na nikogo.

Pocieszam się tym, że rodacy w Polsce nie pozostają w tyle i że zabawa w donosy jest w Starym Kraju zajęciem nadal bardzo popularnym (jedna z wiadomości opublikowanych ostatnio w portalu Interia.pl nosiła tytuł Rzeczpospolita donosicielska). Czyżby cecha narodowa?

Telewizja Polska pod koniec marca uruchomiła nowy portal telewizji interaktywnej www.itvp.pl – dla odbiorców w Stanach niestety w dużej części bezużyteczny, bo TVP blokuje niektórym użytkownikom spoza Polski dostęp do wielu programów (m.in. Wiadomości, Teleekspressu i Panoramy).

TVP nie pofatygowała się nawet, aby zamieścić gdzieś krótką informację, jakie kraje nie są godne zaszczytu oglądania w Internecie polskiej telewizji. Przy próbach załadowania plików wideo pojawia się jedynie dość enigmatyczny komunikat Dostęp do tego materiału nie jest możliwy z terytorium kraju z którego się z nami łączysz. Co ciekawe, TVP bez problemu pozwala rejestrować się w portalu użytkownikom ze Stanów.

Jako że jestem dociekliwa, napisałam do TVP z uprzejmym zapytaniem, jakie kraje są objęte tą blokadą. Ponieważ Telewizja Polska na razie pracuje nad zredagowaniem odpowiedzi na moje pytanie, podzielę się pewnym sekretem. Otóż blokada jest momentami dziurawa – wystarczy poklikać trochę na linkach Wybierz jakość: strumień 700kbps / strumień 70 kbps i jest szansa, że program się jednak włączy (zaznaczam, że jest to metoda bez gwarancji i działa od przypadku do przypadku, czasem na FireFoxie, a czasem na Explorerze).

LOT przeprojektował swoją stronę internetową www.lot.com. Sama już dawno temu zarzuciłam wchodzenie pod ten adres, bo przeglądarka zawieszała mi się z powodu mocno nieudolnie zrobionego filmiku Flasha na głównej stronie, więc chwała LOT-owi za tę zmianę. Wszystko wygląda teraz dużo lepiej.

A skoro jesteśmy juz przy temacie LOT-u, mój bilet Nowy Jork – Warszawa na drugą połowę czerwca kosztował ponad 1000 dolarów… Ouch!

Do następnego razu!
Agnieszka