Feeds:
Wpisy
Komentarze

Morze atramentu wylano pisząc o pokonywaniu Atlantyku na pokładzie Polskich Linii Lotniczych LOT, ale niech i ja dołożę tutaj swoją kropelkę, żeby nie powiedzieć – niech i ja dołożę LOT-owi. Głęboki uraz psychiczny wywołany moją ostatnią podróżą z WAW do JFK na początku tego miesiąca zaczął się już z lekka powłóczyć mgiełką zapomnienia, aż tu dzisiaj The New York Times opublikował ten oto obrazek, sypiąc sól na świeże rany;)

nyt_podroze.jpg
Czy podać państwu siano czy słomę?
© The New York Times

Tekst w NYT pt. Class Conflict jest co prawda nie na temat LOT-u, tylko ogólnie o podróżowaniu samolotem w tzw. klasie ekonomicznej, ale pasuje jak ulał do moich ostatnich obserwacji związanych z przyjemnościami podróżowania PLL LOT.

Jak już kiedyś wspominałam, do Polski latam często i z uporem godnym lepszej sprawy, a z braku innej rozrywki obserwuję sobie rozwój akcji na pokładzie LOT-owskich samolotów. Nie da się ukryć – emocje są mocniejsze niż na spokojnym i nudnie przewidywalnym Finnairze czy innym Air France, o ile akurat nie ma tam strajku.

Czy dla pasażerów powyżej rzędu 30. wystarczy kurczaka? A jak będzie z winem – czy nieszczęśnicy usadzeni w rzędzie 35. będą skazani jedynie na piwo Zywiec tudzież wódkę z sokiem pomidorowym, bo wina już zabrakło? Czy jakaś rosła i przystojna Rosjanka będzie próbowała się włamywać do toalety, w której właśnie zabarykadował się ktoś w gorącej potrzebie? Czy w duty-free shop wystarczy żubrówki oraz „sobieskiej”? Czy będzie działała pokładowa telewizja, czy też z powodu awarii elektroniki jedyną dostępną rozrywką będzie lektura Gazety Wybiórczej, której zresztą też wystarczy co najwyżej do 15. rzędu?

Moje wrażenia z ostatniej podróży były – mówiąc oględnie – mieszane. Kurczaka niestety zabrakło, i w moim 37. rzędzie podano dość paskudny makaron posypany rozdrobnionymi na papkę szczątkami bliżej niezidentyfikowanego zwierzaka-nieptaka koloru szarego (wołowina? wieprzowina? kocina?), ale za to Bogu dzięki wystarczyło wina, i to w obydwu radosnych kolorach. Rosjan było co prawda na pokładzie niewielu, lecz podobnie rzecz się miała z butelkami żubrówki – jedynie w teorii do nabycia w sklepie duty-free. Telewizja pokładowa działała OK, czego natomiast nie dało się powiedzieć o sygnalizacji świetlnej toalet.

Ale są i dobre wieści – kolejka na lotnisku Okęcie tym razem szła szybko i sprawnie, tak więc bagaż oddałam już po jakichś po 20 minutach. Nie wiem, czy LOT poszedł wreszcie po rozum do głowy i dodał dodatkowe stanowiska odprawy, czy może teraz nie wszystkie samoloty na trasach transatlantyckich (Nowy Jork, Chicago, Toronto) odlatują z Warszawy dokładnie o tej samej godzinie, ale  wyglądało to zdecydowanie lepiej niż jeszcze przed rokiem.

Wróciłam do Nowego Jorku 11. listopada czyli w Święto Niepodległości – kolejna transatlantycka podróż przy akompaniamencie warkotu odrzutowego silnika i spuszczanej w toalecie wody oraz aromatu LOT-owskiego żarcia. Ponieważ od pewnego czasu wyjazdy planuję w ostatniej chwili (albo raczej w ogóle nie planuję), najczęściej siedzę „na kole” czyli w ogonie samolotu, a to ma swoje konsewkencje.

Tak mam już wbite do głowy, że wszystkie swoje amerykańskie urlopy spędzam w Polsce, a nie na przykład w Meksyku, na Karaibach czy innym miejscu, które jest ciepłe w listopadzie i gdzie dolar jest jeszcze coś wart. Więc chyba sama sobie jestem winna.

Do następnego razu!
Agnieszka

No to świętujemy

Święto Dziękczynienia czyli Thanksgiving jest moim ulubionym amerykańskim świętem, między innymi dlatego, że nie muszę go porównywać z niczym, co pamiętam z Polski. Cierpię bowiem na dość powszechną emigracyjną przypadłość, która sprawia, że większość obchodzonych tutaj w Stanach świąt jakoś mi tak blado wypada w porównaniu z polską wersją. Wielkanoc? Przechodzi prawie niezauważona, bo to tylko jeden dzień – niedziela jak każda inna. Boże Narodzenie? W Stanach to po prostu politycznie poprawny Holiday Season. W tym kraju niektóre wrażliwe gardła nie są w stanie wydusić z siebie Merry Christmas, aby nie zrobić afrontu tym, którzy akurat obchodzą Hanukkah i Kwanzaa.

A Thanksgiving to takie właśnie refleksyjne i nie narzucające żadnej politycznej poprawności święto, kiedy to można się spokojnie objadać indykiem, opychać słodkimi ziemniakami i popijając wino wybranego koloru zastanawiać się, czy w naszym życiu jest cokolwiek, za co tak naprawdę powinniśmy być losowi wdzięczni. I z żadną ojczyzną, „synczyzną” czy czymkolwiek polskim się w ogóle nie kojarzy, co akurat w tym kontekście uważam za rzecz pozytywną.

thanks.jpg

Jeśli chodzi o indyka, już jakiś czas temu zarzuciłam zwyczaj pieczenia całego ptaszyska, bo przy dwuosobowym gospodarstwie domowym oznacza to wielkie marnotrawstwo (nawet jeśli ma się gości), nie mówiąc już o godzinach zmarnotrawionych w kuchni. Potem człowiek pakuje resztki takiego nieboszczyka na zamrażalnik i przypomina sobie o nich dopiero w okolicach Wielkanocy, przy okazji wiosennych porządków i sprzątania lodówki. Ostatni raz całego indyka piekliśmy cztery lata temu – zrobiła go moja mama podczas swojej pierwszej i jak do tej pory jedynej wizyty w Stanach. Indyk mamy był przepyszny i jest to jeden z dwóch powodów, dla których Święto Dziękczynienia anno domni 2003 pamiętam lepiej niż wszystkie pozostałe.

W tym roku będzie pierś indyka na słodko z farszem jabłkowo-żurawinowym, pierś indyka w sosie czosnkowym (poprawka – tej nie było, bo nie chciało mi się gotować), ziemniaki pieczone z tymiankiem, sos grzybowy (z polskich prawdziwków!) i parę innych dań, jako że przy stole będą też wegetarianie. O ile czas mi pozwoli, postaram się co nieco sfotografować zanim zostanie pożarte przez domowników i gości.

Zbliża się czwarta, więc pędzę do kuchni. Dla tych, którzy dzisiaj świętują – Happy Thanksgiving!

Do następnego razu!
Agnieszka

Sprawa fotografii faceta z jabłkiem w odbycie przypomina mi się przy okazji każdej kolejnej dyskusji na temat wolności słowa w Internecie. Dobrych parę lat temu pracowałam w pewnej liczącej się i oczywiście notowanej na NASDAQ-u nowojorskiej agencji reklamowej, która miała wielu klientów z listy Fortune 500, jednym słowem – wśród najbogatszych firm w USA. Jednym z takich klientów była firma X, która – powiem oględnie, aby nie naruszyć tajemnicy zawodowej, za co ktoś nadgorliwy i złośliwy mógłby mnie podać do sądu – zajmowała się wyrobem produktów spożywczych przeznaczonych głównie dla dzieci.

Otóż właśnie na życzenie firmy X zaprojektowaliśmy i zbudowaliśmy zupełnie niesamowity jak na owe czasy website, w którym było wszystko, co wtedy uznawano tutaj za cutting-edge, czyli fantastyczną grafikę, multimedia, interaktywne gry w technologii Flash oraz forum dyskusyjne, na którym dzieciaki – pod czujnym okiem rodziców oczywiście, bo zasady COPPA (Children’s Online Privacy Protection Act) zdaje się już wtedy obowiązywały – mogły sobie gawędzić o szkole, grach komputerowych i ulubionym żarciu, produkowanym przez firmę X, jak łatwo się domyślić. Rok był to 1999 albo 2000 czyli jeszcze zanim cała internetowa gorączka zlota i NASDAQ z wielkim hukiem spadły na głowy naiwnych i żądnych zysku inwestorów giełdowych.

Projekt zaplanowano i zrealizowano z perfekcyjną precyzją i wszystko szło świetnie do momentu, kiedy okazało się, że zbudowane z myślą o dzieciakach w wieku od 10 do 13 lat forum dyskusyjne w dość krótkim czasie opanowane zostało przez osobników mocno podejrzanych, żeby nie powiedzieć – przez typy spod ciemnej gwiazdy. Jako że był to jeszcze okres stosunkowo wczesnego Internetu, ani zleceniodawcy, ani naszej agencji niestety nie przyszło do głowy, aby wyznaczyć osobę odpowiedzialną za funkcjonowanie tego forum i czuwanie nad jego zawartością oraz nad tym, kto i w jakim celu zamieszcza tam posty.

Ponieważ wszystko puszczono na żywioł, bez ograniczen honorując piękną zasadę wolności słowa, pewnego poniedziałkowego ranka na naszym profesjonalnie zaprojektowanym i precyzyjnie zaprogramowanym forum dyskusyjnym znaleźliśmy TO. Opublikowane w weekend zdjęcie faceta z jabłkiem w dupie…

Proszę mnie nie pytać, kto, jak, po co i dlaczego, ani tym bardziej, jak jest to w ogóle wykonalne, że akurat jabłko etc.  Odpowiedź jest tylko jedna – facet opublikował to zdjęcie na tym forum dlatego, że MOGŁ i nikt mu w tym nie przeszkodził. Nigdy nie byłam zwolenniczką cenzury, ani w Internecie, ani w żadnym innym medium, jednakże to, co wtedy zobaczyłam, błyskawicznie pozbawiło mnie mojej internetowej niewinności i przekonało, że wszystko musi mieć granice. Wolność wypowiedzi też. Nie muszę chyba dodawać, że nasze pięknie zaprojektowane forum dla dzieci zamknęło swoje podwoje zanim agencji lub firmie-zleceniodawcy wytoczono proces sądowy.

Jeśli chodzi o wolność słowa, nie ma chyba bardziej liberalnego kraju niż Stany Zjednoczone. Wolność słowa, prasy i mediów – to tutaj rzecz święta i można sobie wieszać psy na prezydencie czy wice-prezydencie bez obawy, że ktoś wytoczy nam proces o zniesławienie (że może to uderzyć po kieszeni, bo klienci wycofają reklamy – to już inna bajka). Ale i w Stanach są granice, których nie wolno przekroczyć, a przekonał się o tym każdy, kto spróbował namalować  sąsiadowi na płocie swastykę albo powiesić  na klamce wypleciony ze sznurka stryczek, o ile oczywiście dał się przyłapać na gorącym uczynku.

Do dzisiaj ciarki lecą mi po skórze na myśl o dzieciakach, które przez nasze niedbalstwo i naiwność oglądały to nieszczęsne zdjęcie.

Do następnego razu!
Agnieszka

Angielski wcale nie jest taki trudny trudny, podstawy można opanować w stopniu płynnym w stosunkowo krótkim czasie i bez specjalnego wysiłku. Pod warunkiem oczywiście, że zachowamy wszystkie wyniesione z języka ojczystego „przerywniki”, które uczynią naszą angielszczyznę bardziej zrozumiałą dla każdego Anglika czy innego tubylca. Niedowiarkom polecam poniższe wideo ilustrujące, jak to robić skutecznie. Przyjemnego słuchania;)

Do następnego razu!
Agnieszka

Śmierć emigranta

O tej sprawie było głośno parę tygodni temu – w październiku na lotnisku w Vancouver policja kanadyjska użyła  elektrycznego paralizatora (tasera) wobec 40-letniego emigranta z Polski Roberta Dziekańskiego. Mężczyzna nie przeżył. Wczoraj kanadyjskie media pokazały nakręcony amatorską kamerą przez naocznego świadka film przedstawiający cały incydent. Film w wersji 10-minutowej trafił już do YouTube (jest i smutny, i drastyczny, dlatego nie zamieszczam go bezpośrednio tutaj, a jedynie podaję link): http://www.youtube.com/watch?v=QPCgwCS3viQ

Smutne i przerażające jest to, że dla tego człowieka jego pierwsza podróż samolotem okazała się ostatnią. Podobno po wylądowaniu w Vancouver ponad dziesięć godzin spędził na hali odbioru bagażu, bo po prostu nie umiał z niej wyjść. Nie mówił po angielsku, a nikomu z obsługi lotniska czy kanadyjskich władz imigracyjnych nie przyszło do głowy, aby zainteresować się człowiekiem, który przez wiele godzin błąkał się po lotnisku nie wiedząc co robić. W końcu po wielu godzinach czekania zaczął przeklinać po polsku, przewracać krzesła, zachowywać się agresywnie, choć nie wiem, czy na tyle agresywnie, aby usprawiedliwiło to użycie wobec niego tasera przez policję.

Po drugiej stronie przez wiele godzin czekała na niego matka. Nie mogła nawet potwierdzić, czy jej syn był na pokładzie tego samolotu czy nie, bo nie chciano jej udzielić żadnych informacji.   Zginął człowiek – przez zbieg nieszczęśliwych przypadków, nieznajomość języka i brak dobrej woli ze strony ludzi, którzy mogli zareagować, kiedy był jeszcze na to czas, ale tego nie zrobili.

Do następnego razu!
Agnieszka

Choć nikt się do tego otwarcie nie przyzna, jest coś fascynującego w zaglądaniu bliźnim do portfela, zarówno wtedy, kiedy chodzi o sąsiadów z osiedla, jak i wtedy kiedy portfel należy do możnych tego świata. Przy okazji procesu Britney Spears i jej byłego męża o opiekę nad dziećmi i alimenty wyszło na jaw, ile gwiazda zarabia i na co wydaje pieniądze. Oto małe zestawienie, które podaję za Washington Post, a którego źródłem są dokumenty sądowe.

  • Miesięczne dochody: 737 000 dolarów (wtedy, kiedy gwiazda nic nie nagrywała ani nie występowała, na pewno wzrosną dzięki wydaniu ostatniego albumu)
  • Spłata pożyczki za dwa domy: 49 267 dol.
  • Ubrania: 16 000 dol.
  • Rozrywka, wakacje, prezenty: 102 000
  • Restauracje: 4 758
  • Donacje dla organizacji charytatywnych: 500
  • Alimenty na dzieci: 15 000
  • Alimenty na męża: 20 000

Do następnego razu!
Agnieszka

  

Wizowa figa z makiem

Polacy mają prawo wkurzać się na Amerykanów o przestarzałe F-16 kupione za ciężkie miliardy,  przeżarte rdzą Hummery Humvees i ogólne traktowanie sojusznika „per noga”, mimo to nieszczególnie ucieszyła mnie informacja, że podczas wczorajszej wizyty w Londynie Donald Tusk zapowiedział, iż nie będzie prosił Amerykanów o zniesienie wiz dla Polaków (Tusk o stanowczej polityce zagranicznej). Przyszły rząd Tuska nie będzie ubiegać się o zniesienie wiz z następującego powodu:

Jeżeli amerykańskie przepisy są tak skonstruowane, że nie pozwalają na to (zniesienie wiz dla Polaków – PAP), to damy sobie bez tego radę (…) Mój rząd na pewno będzie ze Stanami Zjednoczonymi rozmawiał inaczej – oświadczył Tusk na spotkaniu w ratuszu w dzielnicy Ealing w zachodnim Londynie.

Damy sobie bez tego radę? Rozumiem, że „my” – to przyszły rząd, bo ja na przykład nie jestem w stanie dać sobie „bez tego” rady i to już od momentu, kiedy to kilka lat temu 74-letni ojciec M. dostał w Konsulacie w Krakowie odmowę wizy z uzasadnieniem, że… mógłby podjąć nielegalną pracę w USA. Po dwóch listach protestacyjnych wysłanych do Konsulatu sprawę udało się przepchnąć i przekonać konsula, że starszy pan „po skefrach” („skefro”= scaffolding = rusztowanie) skakał nie będzie, ale konieczność korespondencyjnego „obcowania” z amerykańskimi biurokratami w tych okolicznościach nie jest czymś, co wspominam szczególnie miło.

Tego typu deklaracje z ust przyszłego premiera brzmią świetnie i są nagradzane gromkimi brawami, jeśli wygłaszane są na Wyspach Brytyjskich, a na sali obecni są Polacy mieszkający w Londynie, jednak trudno liczyć na podobny entuzjazm po naszej – gorszej – stronie Oceanu. Polacy w Stanach, którzy głosowali na PO (wiem, wiem – byliśmy tutaj w mniejszości), zapewne spodziewali się, że przyszły rząd będzie reprezentował ich interesy tak samo, jak interesy polskich emigrantów w Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Okazuje się jednak, że szybko wylano nam na głowę kubeł zimnej wody i przypomniano, gdzie jest nasze miejsce.

Dla nas zniesienie wiz do Stanów jest ważne, bo w Polsce mamy rodziny, krewnych i przyjaciół i chcielibyśmy, żeby mogli nas tutaj odwiedzać bez konieczności przechodzenia przez upierdliwe procedury wizowe w konsulatach amerykańskich. Oczywiście to nie polski rząd te procedury wymyślił i nie polski rząd zadecyduje o tym, czy wizy zostaną zniesione czy nie, ale jeśli już teraz ogłasza się, że nie będzie starań z polskiej strony w celu rozwiązania tej kwestii, to chyba na całej sprawie można już postawić krzyżyk.

Polacy na Wyspach dostaną w prezencie od nowego rządu abolicję podatkową („to już macie załatwione”), a my w Stanach – wizową figę z makiem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Kupą, mości panowie

Trasę Nowy Jork – Warszawa przemierzam kilka razy w roku na pokładzie samolotów przeróżnych linii lotniczych. Była już i Lufthansa, i Air France, i British, kilka razy Finnair, no i oczywiście LOT. Wybierając linie lotnicze kieruję się ceną biletu oraz jego dostępnością, a nie patriotyzmem, bo na przykład bilety na LOT bardzo trudno dostać na drugą połowę czerwca i początek lipca, kiedy to rozpoczynają się wakacje i dzieciaki z polskich rodzin są hurtem ładowane w samoloty LOT-u i wysyłane do dziadków na wakacje. Jak by nie patrzeć, LOT to jedyne linie oferujące bezpośrednie połączenia z Nowego Jorku do Warszawy, Krakowa czy Rzeszowa, a ostatnimi czasy bilety nie są wcale droższe niż na przeloty innymi liniami lotniczymi (czyli z przesiadką w Londynie albo Helsinkach).

Ciekawe scenki rodzajowe można zaobserwować na lotnisku przed odlotem samolotów LOT-u z JFK do Warszawy. Na innych liniach odlatujących do Europy pasażerowie wchodzą do samolotu w kolejności rzędów – od ostatniego do pierwszego, co oczywiście jest logiczne, bo dzięki zasadzie „pierwsi będą ostatnimi” pasażerowie z pierwszych rzędów nie blokują przejścia tym, którzy siedzą w ogonie, i można utrzymać przynajmniej względny porządek. LOT też próbuje tę zasadę stosować, niestety, bez większego powodzenia, bo rodacy – zamiast czekać spokojnie na boarding swojego rzędu – z sobie tylko znanych powodów od razu tworzą długaśną kolejkę, albo wręcz stoją wszyscy „na kupie”, natomiast nawoływania obsługi naziemnej, że „na pokład zapraszamy pasażerów z rzędów od do” traktowane są jak głos wołającego na puszczy. Może dlatego, że komunikaty LOT-u są nadawane tak cicho, że trudno w ogóle zrozumieć, o co w nich chodzi?

Miejsca w samolocie zostały już dawno przydzielone, można by więc zasiąść wygodnie w fotelu i czytając gazetę czekać na swoją kolejkę do wejścia. Niestety, nie przed odlotem samolotu do Warszawy, bo tutaj ludzie i tak ustawią się w kolejce. Na wszelki wypadek, bo a nuż zabraknie miejsca?


© Tomasz Madej www.polskaludowa.com

W ostatni piątek było chyba gorzej niż zwykle. Samolot odlatywał o godz. 18:05 z JFK (o dziwo, bez opóźnienia) i zanim jeszcze rozpoczęto boarding, przed wejściem zebrał się tłum, dokładnie blokujący przejście pasażerom z wzywanych rzędów. Jak zwykle, bilet kupiłam w ostatniej chwili, więc miejsce miałam z tyłu w 35 rzędzie i teoretycznie powinnam była wejść do samolotu w pierwszej grupie. Niestety, tylko w teorii, bo kiedy już udało mi się przedrzeć do wyjścia, w ostatniej chwili wepchnął się przede mnie i o mało nie powalił na ziemię wąsaty jegomość w kapeluszu, który pędził do samolotu, jakby groziła mu 9-godzinna podróż na stojąco.

Kto jak kto, ale właśnie Polacy powinni mieć system kolejkowy opracowany do perfekcji – po latach stania w kolejkach po mięso i papier toaletowy za czasów komuny i wynalazkach w rodzaju „komitetów kolejkowych” i „list kolejkowych” powinniśmy być narodem kolejkowo przykładnym i zdyscyplinowanym, w odróżnieniu od takich Amerykanów czy Anglików, którzy nie mieli okazji rozwinąć swojej kolejkowej inteligencji;)

A tu okazuje się, że jest akurat na odwrót – ustawiamy się w kolejce i przepychamy nawet przed wejściem na pokład samolotu czyli tam, gdzie nie ma to najmniejszego nawet sensu. Pocieszmy się jednak tym, że podobno ten, kto nie był w Chinach, nie wie, co to prawdziwa kolejka – tak przynajmniej twierdzą ci, którzy w Chinach byli.

Do następnego razu!
Agnieszka

Notatki z podróży

Mija pierwszy tydzień mojego urlopu w Polsce, czas więc na krótkie podsumowanie. Dzisiaj kilka słów na temat Warszawy widzianej „od kuchni”. W stolicy najbardziej brakuje mi niedrogich knajpek, w których można by zjeść przyzwoite śniadanie wcześnie rano, np. o siódmej. W Nowym Jorku prawie na każdym rogu jest mała knajpka, sklepik w stylu bodega czy choćby przenośna budka, gdzie od szóstej rano można kupić kawę, bułkę (najczęściej bagel z masłem, dżemem lub serkiem) albo jakieś śniadaniowe ciastko, za sumę nie wyższą niż 2-3 dol., do 5 w przypadku bardziej konkretnych śniadań złożonych z jajek serwowanych na dowolny sposób, kiełbasek, etc.

Akurat jeśli chodzi o śniadania na mieście, w Warszawie wybór jest niestety bardzo skromny. Oczywiście zawsze można wykupić śniadanie w hotelu, w którym się człowiek zatrzymał, za „jedyne” 15 euro, ale sama z reguły z tej opcji nie korzystam, bo po pierwsze – nie lubię jadać w hotelach, po drugie – 15 euro za śniadanie wydaje mi się ceną mocno wygórowaną, a po trzecie – lubię rano wyjść z hotelu i obserwować, jak żyje miasto. Poza śniadaniem hotelowym istnieją opcje takie, jak Dworzec Centralny (odpada z wiadomych względów), piekarnie (odpada, bo jak się tę bułkę już kupi, wypadałoby ją też czymś popić oraz gdzieś przysiąść, żeby ją zjeść), sieć MacDonalds czy Coffee Heaven oraz restauracje, które serwują śniadania od ósmej rano.

W tym roku skończyło się na śniadaniu w Atrio (Jana Pawła II 23) ze względu na bliskość hotelu, w którym się zatrzymałam. Restauracja jest otwierana o ósmej rano i oferuje spory wybór zestawów śniadaniowych, takich jak śniadanie polskie, amerykańskie, czy angielskie w cenie od 17 do 26 PLN (kawa lub herbata dodatkowo). Wybrałam śniadanie polskie (twarożek, bułki i jajecznica) i słusznie, bo wszystko było smaczne, świeże, a porcja taka w sam raz. Przy poprzednich wizytach w Warszawie zdarzało mi się jeść śniadania w kawiarni Szparka przy Placu Trzech Krzyży oraz u Bliklego.

Jak człowiek to śniadanie już gdzieś zje, to oczywiście później nie ma już problemu z innymi posiłkami, bo wybór jest naprawdę duży. W tym roku odwiedziłam moją ulubioną Pierogarnię na Bednarskiej, gdzie przepyszne pierogi razem z zupą i surówką można zjeść za jedyne 14 PLN (wybrałam pierogi diavolo – na ostro, z mięsem), restaurację Pod Samsonem na Freta (świetne dania kuchni polskiej i żydowskiej, miła obsługa oraz bardzo niewygórowane jak na tę część miasta ceny), oferującą doskonałe dania kuchni greckiej restaurację Meltemi na Drawskiej oraz jedno nowe miejsce – Bierhalle w galerii Arkadia przy Jana Pawła II.

Do Bierhalle wybraliśmy ze znajomymi w poniedziałek, a w poniedziałki Bierhalle oferuje tanie piwo – 5 PLN za 0,4 l, zamiast normalnej ceny 7 PLN. Wybraliśmy się tam co prawda nie ze względu na tanie piwo, ale po prostu żeby coś zjeść, natomiast już na miejscu okazało się, że 90% klientów przychodzi tam ze względu na piwo właśnie. Miejsce trudno nazwać kameralnym, jest dość głośno i dym papierosowy wciska się wszędzie, ale plusy jednak biorą górę nad minusami. W Bierhalle jest duży wybór piwa warzonego na miejscu, dania – tradycyjna kuchnia polsko-niemiecka, a porcje – ogromne.

Przed wizytą w Bierhalle najlepiej się dobrze przegłodzić, inaczej można mieć poważne problemy z pochłonięciem oferowanych przez restaurację porcji golonki czy kiełbasy z rusztu. Ja zdecydowałam się na tortillę z kurczakiem, choć zamawianie nad Wisłą dań kuchni meksykańskiej bywa loterią, raz się uda, raz nie. Tortilla była OK, nie przesadzono w niej z przyprawami, jednak pewne wątpliwości wzbudziła obecność na talerzu przecieru pomidorowego (nie sosu, ale właśnie przecieru). Moim zdaniem Bierhalle to fajne miejsce przede wszystkim ze względu na dobre piwo i atmosferę, ale jeśli ktoś zdecyduje się tam coś zjeść, a nie jest wegetarianinem, też nie pożałuje.

Do następnego razu!
Agnieszka

Cztery

Od czterech lat jestem w remisji. W onkologii za umowną granicę, od której chorego można uznać za wyleczonego, uważa się pięć lat. Nie przywiązuję specjalnej wagi do tego typu rocznic, bo wiem, że tak naprawdę przypadek zadecyduje o tym, czy przeżyję kolejnych pięć czy piętnaście lat. Na początku listopada anno domini 2003 miała miejsce moja ostatnia sesja radioterapii, poprzedzona operacją, chemią i leczeniem przy pomocy przeciwciał monoklonalnych, których skuteczność wtedy jeszcze nie do końca była dowiedziona przy tym właśnie rodzaju nowotworu, aczkolwiek wyniki badań klinicznych ostatnich lat są bardzo obiecujące.

Peruka leży w szufladzie nie używana. Od czasu do czasu wyjmuję ją z szafy i przymierzam. Bez konkretnego powodu.

Chciałabym móc tutaj napisać, że diagnoza oraz wszystko, co nastąpiło później, zmieniła moje życie na lepsze. Że po tych przejściach stałam się innym człowiekiem – oczywiście lepszym, bardziej szlachetnym, że wreszcie znalazłam czas na sprawy, na które wcześniej czasu mi brakowało, że odnalazłam sens w rzeczach, w których wcześniej sensu nie widziałam. Tak zazwyczaj mówią ludzie, z którymi przeprowadza się wywiady w telewizji – wreszcie docenili, zrozumieli, zmienili się na lepsze. Rak dodał im siły, pozwolił zrozumieć.

Nie mogę tego napisać. Nie wierzę, że leżenie w szpitalu pod maską tlenową, z rurą wystającą spomiędzy żeber, jest komukolwiek niezbędne do zrozumienia porządku świata lub osiągnięcia pełni rozwoju wewnętrznego. Jeśli już, to ten rozwój wewnętrzny jest wymuszonym efektem ubocznym, bo wiedząc, że wielu rzeczy mieć nie będę, cieszę się tymi, które mam. Rozpacz jest upadkiem, z którego trzeba powstać.

Wiele rzeczy zdarzyło się od tego czasu, mniej lub bardziej istotnych. Tutaj lista niektórych – kolejność bez znaczenia, choć mniej więcej w porządku chronologicznym.

Dwa tygodnie po ostatniej radioterapii i formalnym zakończeniu leczenia zostałam zwolniona z pracy. Bez podania konkretnego powodu, chociaż sama nie mam wątpliwości, jaki był prawdziwy powód. Stany jak wiadomo nie są państwem opiekuńczym, a wszelkie powtarzane w Europie historyjki, jak łatwo tutaj wytoczyć proces o cokolwiek – np. o dyskryminację – są tylko częściowo zgodne z prawdą (biura adwokackie podejmują się chętnie pewnego rodzaju spraw, a innych – już mniej chętnie). Od ponad trzech lat mam nowe zajęcie, bardziej satysfakcjonujące i lepiej płatne. Fajni ludzie, firma, o której każdy słyszał, mnóstwo ciekawych projektów.

Spłaciłam długi związane z chorobą. Większość kosztów leczenia pokryła firma ubezpieczeniowa, ale przy kosztach leczenia na sumę ponad 300 tys. dolarów, z różnych deductibles oraz co-payments, które musiałam pokryć z własnej kieszeni, zebrała się spora suma. Cynik mógłby to uznać za praktyczny sposób na wymierzenie wartości ludzkiego życia.

Trzy lata tem zaczęłam sponsorować dzieciaka gdzieś w Ameryce Południowej za pośrednictwem Christian Foundation for Children and Aging. Dwa razy w roku dostaję od niego zdjęcia i listy z opisem tego, co sobie kupił za pieniądze, które mu wysłałam. Spodnie, koszule, książki do szkoły. Sama nie piszę do niego prawie nigdy i mam z tego powodu wyrzuty sumienia, ale dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – wysyłam dyżurne kartki świąteczne. Niech tak na razie pozostanie.

Przygarnęliśmy nasze dwie psiny. Jestem uboższa o zasikany dywan i dwie pary zagryzionych na śmierć butów, ale nadal uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu (a w podejmowaniu decyzji jestem całkiem do niczego). Podobno statystycznie rzecz biorąc, pies może przedłużyć życie swojemu panu o siedem lat – ja więc przedłużam swoje o czternaście. Co najmniej, bo moje pieski mają dużo energii. Na zdjęciu – J., miłośnik damskich szpilek;)

DSC03526

Przyjeżdżam do Polski, kiedy tylko mogę. Odgrzebałam ważne stare przyjaźnie. Wiem, że nie powinnam niczego odkładać na później, bo na żadne „później” nie ma gwarancji. Przestałam się zastanawiać nad tym, co by było gdyby.

Nie mam dla nikogo rady ani recepty na nic, z wyjątkiem może carpe diem.

No proszę, przypadkowo wyszedł mi tekst całkiem odpowiedni na Dzień Wszystkich Świętych, który spędzam w Polsce.

Do następnego razu!
Agnieszka