Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Życie w USA’ Category

Sprawa fotografii faceta z jabłkiem w odbycie przypomina mi się przy okazji każdej kolejnej dyskusji na temat wolności słowa w Internecie. Dobrych parę lat temu pracowałam w pewnej liczącej się i oczywiście notowanej na NASDAQ-u nowojorskiej agencji reklamowej, która miała wielu klientów z listy Fortune 500, jednym słowem – wśród najbogatszych firm w USA. Jednym z takich klientów była firma X, która – powiem oględnie, aby nie naruszyć tajemnicy zawodowej, za co ktoś nadgorliwy i złośliwy mógłby mnie podać do sądu – zajmowała się wyrobem produktów spożywczych przeznaczonych głównie dla dzieci.

Otóż właśnie na życzenie firmy X zaprojektowaliśmy i zbudowaliśmy zupełnie niesamowity jak na owe czasy website, w którym było wszystko, co wtedy uznawano tutaj za cutting-edge, czyli fantastyczną grafikę, multimedia, interaktywne gry w technologii Flash oraz forum dyskusyjne, na którym dzieciaki – pod czujnym okiem rodziców oczywiście, bo zasady COPPA (Children’s Online Privacy Protection Act) zdaje się już wtedy obowiązywały – mogły sobie gawędzić o szkole, grach komputerowych i ulubionym żarciu, produkowanym przez firmę X, jak łatwo się domyślić. Rok był to 1999 albo 2000 czyli jeszcze zanim cała internetowa gorączka zlota i NASDAQ z wielkim hukiem spadły na głowy naiwnych i żądnych zysku inwestorów giełdowych.

Projekt zaplanowano i zrealizowano z perfekcyjną precyzją i wszystko szło świetnie do momentu, kiedy okazało się, że zbudowane z myślą o dzieciakach w wieku od 10 do 13 lat forum dyskusyjne w dość krótkim czasie opanowane zostało przez osobników mocno podejrzanych, żeby nie powiedzieć – przez typy spod ciemnej gwiazdy. Jako że był to jeszcze okres stosunkowo wczesnego Internetu, ani zleceniodawcy, ani naszej agencji niestety nie przyszło do głowy, aby wyznaczyć osobę odpowiedzialną za funkcjonowanie tego forum i czuwanie nad jego zawartością oraz nad tym, kto i w jakim celu zamieszcza tam posty.

Ponieważ wszystko puszczono na żywioł, bez ograniczen honorując piękną zasadę wolności słowa, pewnego poniedziałkowego ranka na naszym profesjonalnie zaprojektowanym i precyzyjnie zaprogramowanym forum dyskusyjnym znaleźliśmy TO. Opublikowane w weekend zdjęcie faceta z jabłkiem w dupie…

Proszę mnie nie pytać, kto, jak, po co i dlaczego, ani tym bardziej, jak jest to w ogóle wykonalne, że akurat jabłko etc.  Odpowiedź jest tylko jedna – facet opublikował to zdjęcie na tym forum dlatego, że MOGŁ i nikt mu w tym nie przeszkodził. Nigdy nie byłam zwolenniczką cenzury, ani w Internecie, ani w żadnym innym medium, jednakże to, co wtedy zobaczyłam, błyskawicznie pozbawiło mnie mojej internetowej niewinności i przekonało, że wszystko musi mieć granice. Wolność wypowiedzi też. Nie muszę chyba dodawać, że nasze pięknie zaprojektowane forum dla dzieci zamknęło swoje podwoje zanim agencji lub firmie-zleceniodawcy wytoczono proces sądowy.

Jeśli chodzi o wolność słowa, nie ma chyba bardziej liberalnego kraju niż Stany Zjednoczone. Wolność słowa, prasy i mediów – to tutaj rzecz święta i można sobie wieszać psy na prezydencie czy wice-prezydencie bez obawy, że ktoś wytoczy nam proces o zniesławienie (że może to uderzyć po kieszeni, bo klienci wycofają reklamy – to już inna bajka). Ale i w Stanach są granice, których nie wolno przekroczyć, a przekonał się o tym każdy, kto spróbował namalować  sąsiadowi na płocie swastykę albo powiesić  na klamce wypleciony ze sznurka stryczek, o ile oczywiście dał się przyłapać na gorącym uczynku.

Do dzisiaj ciarki lecą mi po skórze na myśl o dzieciakach, które przez nasze niedbalstwo i naiwność oglądały to nieszczęsne zdjęcie.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

O tej sprawie było głośno parę tygodni temu – w październiku na lotnisku w Vancouver policja kanadyjska użyła  elektrycznego paralizatora (tasera) wobec 40-letniego emigranta z Polski Roberta Dziekańskiego. Mężczyzna nie przeżył. Wczoraj kanadyjskie media pokazały nakręcony amatorską kamerą przez naocznego świadka film przedstawiający cały incydent. Film w wersji 10-minutowej trafił już do YouTube (jest i smutny, i drastyczny, dlatego nie zamieszczam go bezpośrednio tutaj, a jedynie podaję link): http://www.youtube.com/watch?v=QPCgwCS3viQ

Smutne i przerażające jest to, że dla tego człowieka jego pierwsza podróż samolotem okazała się ostatnią. Podobno po wylądowaniu w Vancouver ponad dziesięć godzin spędził na hali odbioru bagażu, bo po prostu nie umiał z niej wyjść. Nie mówił po angielsku, a nikomu z obsługi lotniska czy kanadyjskich władz imigracyjnych nie przyszło do głowy, aby zainteresować się człowiekiem, który przez wiele godzin błąkał się po lotnisku nie wiedząc co robić. W końcu po wielu godzinach czekania zaczął przeklinać po polsku, przewracać krzesła, zachowywać się agresywnie, choć nie wiem, czy na tyle agresywnie, aby usprawiedliwiło to użycie wobec niego tasera przez policję.

Po drugiej stronie przez wiele godzin czekała na niego matka. Nie mogła nawet potwierdzić, czy jej syn był na pokładzie tego samolotu czy nie, bo nie chciano jej udzielić żadnych informacji.   Zginął człowiek – przez zbieg nieszczęśliwych przypadków, nieznajomość języka i brak dobrej woli ze strony ludzi, którzy mogli zareagować, kiedy był jeszcze na to czas, ale tego nie zrobili.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Trasę Nowy Jork – Warszawa przemierzam kilka razy w roku na pokładzie samolotów przeróżnych linii lotniczych. Była już i Lufthansa, i Air France, i British, kilka razy Finnair, no i oczywiście LOT. Wybierając linie lotnicze kieruję się ceną biletu oraz jego dostępnością, a nie patriotyzmem, bo na przykład bilety na LOT bardzo trudno dostać na drugą połowę czerwca i początek lipca, kiedy to rozpoczynają się wakacje i dzieciaki z polskich rodzin są hurtem ładowane w samoloty LOT-u i wysyłane do dziadków na wakacje. Jak by nie patrzeć, LOT to jedyne linie oferujące bezpośrednie połączenia z Nowego Jorku do Warszawy, Krakowa czy Rzeszowa, a ostatnimi czasy bilety nie są wcale droższe niż na przeloty innymi liniami lotniczymi (czyli z przesiadką w Londynie albo Helsinkach).

Ciekawe scenki rodzajowe można zaobserwować na lotnisku przed odlotem samolotów LOT-u z JFK do Warszawy. Na innych liniach odlatujących do Europy pasażerowie wchodzą do samolotu w kolejności rzędów – od ostatniego do pierwszego, co oczywiście jest logiczne, bo dzięki zasadzie „pierwsi będą ostatnimi” pasażerowie z pierwszych rzędów nie blokują przejścia tym, którzy siedzą w ogonie, i można utrzymać przynajmniej względny porządek. LOT też próbuje tę zasadę stosować, niestety, bez większego powodzenia, bo rodacy – zamiast czekać spokojnie na boarding swojego rzędu – z sobie tylko znanych powodów od razu tworzą długaśną kolejkę, albo wręcz stoją wszyscy „na kupie”, natomiast nawoływania obsługi naziemnej, że „na pokład zapraszamy pasażerów z rzędów od do” traktowane są jak głos wołającego na puszczy. Może dlatego, że komunikaty LOT-u są nadawane tak cicho, że trudno w ogóle zrozumieć, o co w nich chodzi?

Miejsca w samolocie zostały już dawno przydzielone, można by więc zasiąść wygodnie w fotelu i czytając gazetę czekać na swoją kolejkę do wejścia. Niestety, nie przed odlotem samolotu do Warszawy, bo tutaj ludzie i tak ustawią się w kolejce. Na wszelki wypadek, bo a nuż zabraknie miejsca?


© Tomasz Madej www.polskaludowa.com

W ostatni piątek było chyba gorzej niż zwykle. Samolot odlatywał o godz. 18:05 z JFK (o dziwo, bez opóźnienia) i zanim jeszcze rozpoczęto boarding, przed wejściem zebrał się tłum, dokładnie blokujący przejście pasażerom z wzywanych rzędów. Jak zwykle, bilet kupiłam w ostatniej chwili, więc miejsce miałam z tyłu w 35 rzędzie i teoretycznie powinnam była wejść do samolotu w pierwszej grupie. Niestety, tylko w teorii, bo kiedy już udało mi się przedrzeć do wyjścia, w ostatniej chwili wepchnął się przede mnie i o mało nie powalił na ziemię wąsaty jegomość w kapeluszu, który pędził do samolotu, jakby groziła mu 9-godzinna podróż na stojąco.

Kto jak kto, ale właśnie Polacy powinni mieć system kolejkowy opracowany do perfekcji – po latach stania w kolejkach po mięso i papier toaletowy za czasów komuny i wynalazkach w rodzaju „komitetów kolejkowych” i „list kolejkowych” powinniśmy być narodem kolejkowo przykładnym i zdyscyplinowanym, w odróżnieniu od takich Amerykanów czy Anglików, którzy nie mieli okazji rozwinąć swojej kolejkowej inteligencji;)

A tu okazuje się, że jest akurat na odwrót – ustawiamy się w kolejce i przepychamy nawet przed wejściem na pokład samolotu czyli tam, gdzie nie ma to najmniejszego nawet sensu. Pocieszmy się jednak tym, że podobno ten, kto nie był w Chinach, nie wie, co to prawdziwa kolejka – tak przynajmniej twierdzą ci, którzy w Chinach byli.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Cztery

Od czterech lat jestem w remisji. W onkologii za umowną granicę, od której chorego można uznać za wyleczonego, uważa się pięć lat. Nie przywiązuję specjalnej wagi do tego typu rocznic, bo wiem, że tak naprawdę przypadek zadecyduje o tym, czy przeżyję kolejnych pięć czy piętnaście lat. Na początku listopada anno domini 2003 miała miejsce moja ostatnia sesja radioterapii, poprzedzona operacją, chemią i leczeniem przy pomocy przeciwciał monoklonalnych, których skuteczność wtedy jeszcze nie do końca była dowiedziona przy tym właśnie rodzaju nowotworu, aczkolwiek wyniki badań klinicznych ostatnich lat są bardzo obiecujące.

Peruka leży w szufladzie nie używana. Od czasu do czasu wyjmuję ją z szafy i przymierzam. Bez konkretnego powodu.

Chciałabym móc tutaj napisać, że diagnoza oraz wszystko, co nastąpiło później, zmieniła moje życie na lepsze. Że po tych przejściach stałam się innym człowiekiem – oczywiście lepszym, bardziej szlachetnym, że wreszcie znalazłam czas na sprawy, na które wcześniej czasu mi brakowało, że odnalazłam sens w rzeczach, w których wcześniej sensu nie widziałam. Tak zazwyczaj mówią ludzie, z którymi przeprowadza się wywiady w telewizji – wreszcie docenili, zrozumieli, zmienili się na lepsze. Rak dodał im siły, pozwolił zrozumieć.

Nie mogę tego napisać. Nie wierzę, że leżenie w szpitalu pod maską tlenową, z rurą wystającą spomiędzy żeber, jest komukolwiek niezbędne do zrozumienia porządku świata lub osiągnięcia pełni rozwoju wewnętrznego. Jeśli już, to ten rozwój wewnętrzny jest wymuszonym efektem ubocznym, bo wiedząc, że wielu rzeczy mieć nie będę, cieszę się tymi, które mam. Rozpacz jest upadkiem, z którego trzeba powstać.

Wiele rzeczy zdarzyło się od tego czasu, mniej lub bardziej istotnych. Tutaj lista niektórych – kolejność bez znaczenia, choć mniej więcej w porządku chronologicznym.

Dwa tygodnie po ostatniej radioterapii i formalnym zakończeniu leczenia zostałam zwolniona z pracy. Bez podania konkretnego powodu, chociaż sama nie mam wątpliwości, jaki był prawdziwy powód. Stany jak wiadomo nie są państwem opiekuńczym, a wszelkie powtarzane w Europie historyjki, jak łatwo tutaj wytoczyć proces o cokolwiek – np. o dyskryminację – są tylko częściowo zgodne z prawdą (biura adwokackie podejmują się chętnie pewnego rodzaju spraw, a innych – już mniej chętnie). Od ponad trzech lat mam nowe zajęcie, bardziej satysfakcjonujące i lepiej płatne. Fajni ludzie, firma, o której każdy słyszał, mnóstwo ciekawych projektów.

Spłaciłam długi związane z chorobą. Większość kosztów leczenia pokryła firma ubezpieczeniowa, ale przy kosztach leczenia na sumę ponad 300 tys. dolarów, z różnych deductibles oraz co-payments, które musiałam pokryć z własnej kieszeni, zebrała się spora suma. Cynik mógłby to uznać za praktyczny sposób na wymierzenie wartości ludzkiego życia.

Trzy lata tem zaczęłam sponsorować dzieciaka gdzieś w Ameryce Południowej za pośrednictwem Christian Foundation for Children and Aging. Dwa razy w roku dostaję od niego zdjęcia i listy z opisem tego, co sobie kupił za pieniądze, które mu wysłałam. Spodnie, koszule, książki do szkoły. Sama nie piszę do niego prawie nigdy i mam z tego powodu wyrzuty sumienia, ale dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – wysyłam dyżurne kartki świąteczne. Niech tak na razie pozostanie.

Przygarnęliśmy nasze dwie psiny. Jestem uboższa o zasikany dywan i dwie pary zagryzionych na śmierć butów, ale nadal uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu (a w podejmowaniu decyzji jestem całkiem do niczego). Podobno statystycznie rzecz biorąc, pies może przedłużyć życie swojemu panu o siedem lat – ja więc przedłużam swoje o czternaście. Co najmniej, bo moje pieski mają dużo energii. Na zdjęciu – J., miłośnik damskich szpilek;)

DSC03526

Przyjeżdżam do Polski, kiedy tylko mogę. Odgrzebałam ważne stare przyjaźnie. Wiem, że nie powinnam niczego odkładać na później, bo na żadne „później” nie ma gwarancji. Przestałam się zastanawiać nad tym, co by było gdyby.

Nie mam dla nikogo rady ani recepty na nic, z wyjątkiem może carpe diem.

No proszę, przypadkowo wyszedł mi tekst całkiem odpowiedni na Dzień Wszystkich Świętych, który spędzam w Polsce.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Niewiele jest w Stanach miejsc, gdzie można sobie jeszcze poradzić nie mając prawa jazdy lub samochodu. Nowy Jork jest jednym z nich, głównie dzięki świetnie rozwiniętemu systemowi komunikacji miejskiej. W obrębie pięciu dzielnic miasta metrem można dojechać prawie wszędzie, trochę trudniej jest jedynie na Staten Island, ale i tam jeździ jedna linia metra. Metro nowojorskie jest takie brzydkie, że aż ładne, a każdy, kto tutaj trochę pomieszkał, wie, co mam na myśli.

Pierwsze wrażenie dla kogoś, kto nigdy nowojorskim metrem nie jechał, z reguły nie jest pochlebne – stare brudnawe kafelki, bezdomni rozłożeni ze swoimi pakunkami na peronowych ławkach, a na niektórych stacjach – wypasione oswojone szczury, bezczelnie śmigające po torach, a czasem nawet po platformach peronów. Zaraz po przyjeździe do Nowego Jorku bałam się jeździć metrem – że niebezpiecznie, że napadną, pobiją albo okradną. Potem jednak okazało się, że metrem po Nowym Jorku jeździ się po prostu najszybciej, a póki co (odpukać w niemalowane), jedyny środek transportu w którym mnie okradziono – to warszawski autobus miejski…

Tak któregoś dnia w zeszłym tygodniu wyglądała moja droga do domu:

IMG_0384
Come See Dr Z! Dermatolog Zizmor reklamuje się w metrze nowojorskim od co najmniej piętnastu lat. I od piętnastu lat nie zmienił się styl jego reklam – im więcej kolorów i krojów czcionki, tym lepiej…

IMG_0387
Robienie makijażu w metrze jest jak na porządku dziennym. Dobre światło? Oszczędność czasu?

IMG_0396
Moża też sobie uciąć drzemkę, pod warunkiem oczywiście, że ma się miejsce siedzące. Chociaż widziałam i przypadki śpiących na stojąco.

IMG_0402

IMG_0418
Ostatni odcinek – już autobusem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Tyle mniej więcej udało mi się zapamiętać z wykładów profesora G. na temat metalingwistyki w instytucie na Browarnej. Wykłady nieszczęśliwie odbywały się o godzinie ósmej rano, a z dojazdem z Grochowa na Powiśle jak wiadomo bywa różnie, więc przy robieniu notatek należało koncentrować się na rzeczach istotnych. Jak na przykład wiedzy, którą można by w życiu do czegoś konkretnego wykorzystać (zacytowania w blogu?), w odróżnienu od znajomości gramatyki generatywnej Chomsky’ego.

Powyższe powiedzenie da się sparafrazować w odniesieniu do blogowania – blog albo jest uaktualniany codziennie, albo jest bez sensu, tak jak mój od co najmniej miesiąca.  Może faktycznie zamiast „Salonu” powinien być „kwartalnik” albo „nieregularnik”? Ponieważ nie jestem w stanie obiecać, że ograniczę się wtedy do pisania nieregularnego, pozostanę jednak przy Salonie. No cóż, la donna è mobile.

Tłumaczyć się z niepisania nie będę, bo jak wiadomo blog – blogiem, a życie – życiem. Powiem tylko tyle, że w moim przypadku liczba pisanych tekstów jest odwrotnie proporcjonalna do liczby przeczytanych książek. Lista lektur z ostatnich tygodni wygląda następujaco:

  • Eat, Pray, Love: One Woman’s Search for Everything Across Italy, India and Indonesia (Elizabeth Gilbert) – babska lektura, polecam wszystkim paniom od lat 13 do 103.
  • Mother Teresa: Come Be My Light (listy Matki Teresy) – polecam wszystkim, bez względu na płeć i wyznanie.
  • This Year You Write Your Novel (Walter Mosley) – polecam wszystkim, którzy chcą coś napisać na jakikolwiek temat, a nie bardzo wiedzą, jak się do tego zabrać.

W drodze z Amazona jest też Bridge of Sighs Richarda Russo. Mam nadzieję, że będzie to równie dobre jak nagrodzona Pulitzerem powieść  Empire Falls. A do tego parę dni temu sprawiłam sobie Canona G9. Co z tego wyniknie, okaże się niedługo i nie omieszkam poinformować o efektach.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

… niż się odezwać i rozwiać wszelkie złudzenia. A tak poważnie – ostatnio nie piszę, bo nie jestem w stanie wygospodarować godziny czasu na napisanie tekstu z sensem, natomiast 15 minut nie wystarcza mi na wyprodukowanie komentarza, który miałby jakiekolwiek znaczenie.  Dla kogokolwiek. Może z wyjątkiem tekstu takiego, jak ten właśnie, pisanego w ekspresowym tempie i na dokładkę bez polskiej czcionki (OK, zmieniłam zdanie – po poprawkach jest już polska czcionka).

Wiem, wiem –  ludziom z Polski może się to wydać całkowicie niezrozumiałe, ale dla mnie używanie polskiej czcionki bywa chwilami mocno uciążliwe. Po angielsku piszę z prędkością 65 słów na minutę, po polsku – pewnie o połowę wolniej, bo nie opanowałam do końca sztuki szybkiego wciskania klawisza ALT z kombinacjami różnych liter, aby na amerykańskim systemie uzyskać polskie ogonki. I może milczeniem pominąć powinnam fakt, że niektóre z komputerów, z których regularnie korzystam (w sumie chyba pięć – praca, dom, biuro domowe), w swoich ustawieniach systemowych polskiej klawiatury po prostu nie mają.

Bruno miał chore oko. Kevorkian po ośmiu latach wyszedł z więzienia. Czeka mnie wizyta u onkologa.  Kongres poci się nad ustawą imigracyjną, dzięki której tania niewykształcona sila robocza  (pomoce kuchenne) ma zostać zastąpiona tanią wykształconą siłą roboczą (programiści i księgowi). W El Norte nigdy nie jest nudno.

A jednak… Pisanie byle jak i byle o czym kojarzy mi się z amerykańskim small talk w windzie.  How are you? Great – dzieciak właśnie złamał nogę, a oprocentowanie pożyczki skoczyło z 6 na 9 procent. How was your weekend? So much fun, thanks for asking – mąż zrobił mi awanturę, a w piwnicy cieknie woda. I tak dalej. Pada pytanie, które formalnie jest niby pytaniem, bo na jego końcu jak wyrzut sumienia wisi znak zapytania, jednak funkcjonalnie nie różni się niczym od polskiego „dzień dobry”, i należy na nie odpowiedzieć tylko w jeden z góry ustalony i całkowicie przewidywalny sposób, aby nie wyjść na gbura. Nawet opowiedz w rodzaju so, so (czyli „tak sobie”) jest pewnego rodzaju nietaktem, bo zobowiązuje współrozmówcę do okazania zainteresowania tym, co nas gnębi, a na to akurat nie ma on ani czasu ani ochoty.

Amerykanie są mistrzami takich rozmów o niczym, natomiast ludziom z naszego kręgu kulturowego często idą one jak po grudzie, bo kiedy nie mamy nic do powiedzenia, wolimy po prostu milczeć.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

O przypadku Anny Radosz dowiedziałam się mniej więcej półtora tygodnia temu z artykułu „Walczyła o dziecko, przegrała z rakiem” opublikowanego w serwisie internetowym Telewizji Polskiej. Zaczęłam wtedy pisać swój komentarz na temat tej historii, ale potem odłożyłam brudnopis na wordpressową półkę.

Oto krótkie podsumowanie faktów: mieszkająca w Aberdeen w Szkocji Anna Radosz, będąc w szóstym miesiącu ciąży dowiedziała się o nawrocie choroby nowotworowej – czerniaka. Nie zgodziła się na chemioterapię, ponieważ nie chciała zaszkodzić swojemu nie narodzonemu dziecku. W listopadzie ubiegłego roku urodziła zdrowego synka, ale w tym momencie wystąpiły już przerzuty nowotworu do płuc i mózgu i okazało się, że jest za późno na leczenie metodami tradycyjnej onkologii w Szkocji. Pewną nadzieję dawało jedynie leczenie w klinice w Bostonie i przyjaciele Anny zbierali na ten cel pieniądze. Niestety, nie zdążyli, bo dziewczyna zmarła 11 maja.

Wracam do tego tematu teraz, bo dowiedziałam się, że minister edukacji Roman Giertych wystąpił z wnioskiem do prezydenta RP o pośmiertne nadanie Annie Radosz Złotego Krzyża Zasługi (wniosek ministra został opublikowany na stronie MEN). Politycy próbujący wykorzystać ludzkie tragedie do załatwiania własnych politycznych interesów – to nie jest ani zjawisko nowe, ani typowo polskie, ale jednak ten przypadek poruszył mnie szczególnie. Mam wrażenie, że czyjaś śmierć została potraktowana jako okazja do promowania pewnej – w rozumieniu ministra jedynie słusznej – postawy światopoglądowej.

Zakładam, że dziewczyna dokonała tego wyboru świadomie i w pełni zdając sobie sprawę z potencjalnie tragicznych konsekwencji swojej decyzji. Wybrała to, co było dla niej najważniejsze, i tragiczne jest, że za życie dziecka zapłaciła własnym. Można podziwiać jej poświęcenie, ale czy gdyby zdecydowała się na te chemioterapię chcąc ratować własne życie byłaby osobą godną pogardy i potępienia? Promującą „cywilizację śmierci”? Mam wrażenie, iż minister Giertych w mało subtelny sposób daje do zrozumienia innym kobietom, które mogą stanąć przed podobnym wyborem, że wybór może być tylko jeden – ochrona życia dziecka kosztem własnego.

Łatwo jest wydawać moralne wyroki, osądzać lub przyznawać laury, samemu będąc zdrowym jak ryba i mając jedynie teoretyczne wyobrażenie na temat tego, co czuje człowiek, który stanął oko w oko ze śmiertelną chorobą. Ja wiem na pewno, że w takiej sytuacji nie wolno nikomu narzucać żadnego wyboru ani potępiać za chęć ratowania własnego życia. 

A politycy powinni trzymać się od tej trumny z daleka z daleka.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Ktoś niedawno zwrócił mi uwagę, że Salon nowojorski jest jakiś taki mało osobisty. Faktycznie, niezbyt często piszę tutaj o sobie, przynajmniej ostatnimi czasy. Ale ci, którzy znają ten blog trochę dłużej, wiedzą, że raz na jakiś czas można tutaj nawet przeczytać, co „szefowa kuchni” przyrządziła na obiad, w jakiej restauracji warszawskiej zjadła najlepsze na świecie pierogi, albo jak się miewają psiaki.

Ograniczam tutaj pisanie o sobie nie dlatego, że nie widzę wartości w tzw. blogach osobistych. Szperając w sieci natrafiłam na wiele świetnie pisanych (lub fotografowanych) blogów z tego gatunku, a adresy niektórych z nich znaleźć można tutaj pod My zdies’ emigranty.

Jednakże dużo prawdy na temat Internetu jest w tym komentarzu z bloga Qui scribit bis legit:

Właściwie nie pamiętam, żeby ktoś był przygnębiony z powodu jakiegoś problemu drugiej osoby. Nie pamiętam, żeby ktoś martwił się o kogoś. Egocentryzm opanował człowieka. Jakaś moda nastała, żeby się nad sobą użalać. Jak ktoś nie ma na co się żalić, to wymyśla takie rzeczy, że w ogóle nic na to nie odpowiadam, bo mi sił brakuje. Internet to ich główne narzędzie.

Pisząc o sobie łatwo wpaść w pułapkę użalania się nad sobą, a tego boję się jak ognia.  Poza tym nigdy nie zakładałam, że będzie to blog osobisty, a wręcz przeciwnie – Salon nowojorski nosi podtytuł „Widziane zza Oceanu”, dlatego też w większości swoich tekstów staram się trzymać tematyki emigracyjnej, a jeśli piszę o Polsce, to  z punktu widzenia osoby, która mieszka za Oceanem na tyle długo, aby do pewnych polskich zjawisk podchodzić bez emocji.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Parę tygodni temu przeniosłam Salon na domenę salon.polonia.net ze starego adresu na WordPressie. Niestety, są z tym pewne kłopoty, nie wiem jeszcze, czy to wina nowego serwera czy coś pomieszałam przy konfiguracji bloga na WordPressie. Skutek natomiast był opłakany, bo Salon po prostu padł i nie dalo się wejść na żadne strony.

Póki co wracam więc na stary wordpressowy adres czyli polonianet.wordpress.com i zobaczymy, co z tego dalej wyniknie. Chwilowo nie będę więcej grzebać w konfiguracji, a skoncentruję się na pisaniu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »