Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polska’ Category

Afera ze Zbigniewem zatacza coraz szersze kręgi, bo jak czytam w Daily News, sam Konsul Generalny najjaśniejszej RP w Nowym Jorku Krzysztof Kasprzyk zabrał  głos w tej sprawie. W rozmowie z gazetą konsul miał wyrazić swoje wątpliwości co do tłumaczeń redaktora naczelnego New Yorkera, że rysunek wcale nie był kolejnym ‚Polish joke’. Konsul zapowiedział także, że pośle Remnickowi… butelkę luksusowej polskiej wódki Chopin albo Belvedere, skoro pismo i tak jest zdania, iż Polacy mają skłonność do nadużywania alkoholu (since the magazine apparently believes that Poles are prone to „excessive liquor consumption” he’s sending Remnick „an exquisite Chopin or Belvedere brand Polish vodka.”)

chopin vodka chopin vodka
Gusta się zmieniają: amerykańska reklama wódki Chopin sprzed paru lat i obecnie…

 A może by tak spece od marketingu ruszyli mózgami i zamiast płakać nad stereotypem Polaczka-pijaczka z Greenpointu wykorzystali to w reklamie? Wszyscy dobrze pamiętamy jak tuż przed referendum unijnym dwa lata temu prawica francuska  straszyła elektorat polskim hydraulikiem, który będzie pracował za połowę stawki i zabierze pracę rodowitym Francuzom. Polska Organizacja Turystyczna szybko wpadła na pomysł, aby całą sprawę obrócić w żart i wykorzystać w akcji reklamowej promującej wyjazdy turystyczne do Polski. I w ten oto sposób zrodził się słynny plakat z krzepko dzierżącym w dłoni klucz francuski seksownym polskim hydraulikiem i podpisem „Zostałem w Polsce. Przyjeżdżajcie”, który wkrótce trafił na pierwsze strony europejskich gazet.

Plakat z polskim hydraulikiem

Wtedy ktoś szybko i inteligentnie zamienił negatywny stereotyp na pozytywną promocję Polski, udowadniając, że nawet jeśli Polska kojarzy się  Francuzom z polskim hydraulikiem (a Amerykanom z polską wódką, pierogami czy niemożliwymi do wymówienia imionami!) to nie jest to jeszcze koniec świata.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po pierwsze – nie Zbigniew, tylko Agnieszka, a po drugie – nie byli wcale pijani, tylko pan w urzędzie gminy nie bardzo wiedział, jak poprawnie napisać „Wioletta”. Zresztą nie o Agnieszkę tu chodzi, ale właśnie o nieszczęsnego Zbigniewa.  Otóż w ostatnim wydaniu popularnego tygodnika New Yorker opublikowany został rysunek autorstwa Roberta Webera, przedstawiający dwoje dzieciaków na przystanku autobusowym. Podpis pod rysunkiem brzmi: „Rodzice dali mi na imię Zbigniew, bo byli pijani” (My parents named me Zbigniew because they were drunk).

new_yorker.gif
© New Yorker

Z powodu tego rysunku rozpętała się cała afera. Polacy dzwonią i piszą do redakcji pisma z protestami przeciw dyskryminacji. Gazety codzienne, w tym Daily News i International Herald Tribune, poświęcają temu tematowi artykuły na swoich łamach. Nowojorski Nowy Dziennik opisuje sprawę z detalami, cytując słowa młodego mieszkańca Greenpointu: „Jeśli żartuje się z czarnoskórych lub Latynosów, to jest się rasistą. Więc ludzie sobie myślą: zamiast tego pożartujmy sobie z Polaków.”  Głos w tej sprawie zabrał także Frank Milewski z nowojorskiego oddziału KPA, który powiedział Nowemu Dziennikowi, że „ten żart jest w pewnym stopniu obraźliwy. Nie jest jednak tak groźny jak inne żarty czy obelgi, z jakimi czasami mamy do czynienia”. Czyli możemy się obrazić, byle nie za bardzo…

Po iluś tam latach spędzonych w Stanach mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Amerykanie nie mają talentu do wymawiania obco brzmiących imion czy nazwisk i przekręcają je niemiłosiernie. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadano mi w nowej pracy brzmiało, czy moje imię ma jakąś łatwiejszą do wymówienia wersję. Hmmm… z tym jest akurat mały problem, bo za zdrobnieniami swojego imienia nie przepadam, a angielska wersja (Agnes) brzmi dla mnie zdecydowanie zbyt staroświecko. Ale wytężyłam pamięć i powiedziałam, że chętnie będę używać swojego imienia z dzieciństwa. Słowo ciałem się stało, i z tej okazji wysłano nawet oficjalny email z instrukcją, jak poprawnie wymawiać imię Isia (pronounced ‚eesha’). 

Z tego powodu wiarygodnie brzmi dla mnie wyjaśnienie redaktora naczelnego New Yorker Davida Remnicka – żart zakłada, że dziecko nie ma polskiego pochodzenia i nie chodziło wcale o kolejny Polish joke, ale po prostu o trudność, jaką dla przeciętnego Amerykanina przedstawia wymowa tego imienia: The heart of the joke is the difficulty in saying the name; there’s no ethnic slur.

Wydawany od 1925 roku New Yorker to ambitne pismo, które słynie nie tylko z publikowanych w każdym numerze rysunków satyrycznych, ale także z doskonałych artykułów na temat kultury oraz publikacji krótkich form literackich. Dla New Yorkera pisali m.in. Vladimir Nabokov, Philip Roth, Alice Munro, John Updike i inni giganci literatury angielskojęzycznej. Nie zakładam więc, że zniżyłoby się do opublikowania rysunku o jednoznacznie rasistowskim przesłaniu.

Z drugiej jednak strony warto się zastanowić nad pytaniem, czy to szacowne pismo opublikowałoby ten sam żart, gdyby użyto w nim jakiegoś trudnego do wymówienia azjatyckiego albo afrykańskiego imienia. „Rodzice dali mi na imię Lakeisha, bo byli pijani”?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W polskich mediach zawrzało ostatnio na temat artykułu o obecnym polskim rządzie opublikowanego w ostatnim numerze brytyjskiego tygodnika The Economist. Ponieważ staram się unikać czytania streszczeń, a z prenumeraty tego pisma zrezygnowałam jakieś trzy lata temu (notabene zaraz po tym, jak nie dostałam pracy w nowojorskim biurze The Economist mimo dość obiecującej rozmowy kwalifikacyjnej), postanowiłam sprawdzić, czy można ten artykuł przeczytać w całości w wersji internetowej pisma.

The EconomistOwszem, można – pod tym adresem: Turning the loose screw. Co prawda już jakiś czas temu The Economist wprowadził zasadę, że całość serwisu internetowego jest dostępna dla płatnych subskrybentów, jednakże można tę regułę obejść przy pomocy jednodniowej przepustki, którą uzyskuje się po obejrzeniu kilkunastosekundowego filmiku reklamowego. Ok – żaden to problem, moje szare komórki są w stanie wytrzymać zbawienne wpływy sieciowego marketingu…

Tytuł artykułu brzmi: Turning the loose screw. The Polish government flails, creaks and sheds ministers czyli w wolnym tłumaczeniu „Przykręcanie luźnej śruby. Polski rząd sieje zamęt, trzeszczy i pozbywa się ministrów”. Już pierwsze zdanie artykułu tłumaczy, dlaczego Lech Kaczyński uznał go za „skrajnie niesprawiedliwy, wręcz haniebny”: Poland’s fractious, pig-headed government has survived for nearly 18 months, against the expectations of most commentators. czyli „Kłótliwy, uparty jak osioł polski rząd przetrwał prawie osiemnaście miesięcy, wbrew oczekiwaniom większości komentatorów.”

Kolejny paragraf – mimo lekko ironizującego tonu – jest raczej pozytywny. Mowa w nim o rekordowych inwestycjach zagranicznych w Polsce w ostatnim roku w wysokości 14,7 miliarda USD, gospodarce rozwijającej się w tempie prawie 6 proc. rocznie, płynących z Brukseli funduszach i dobrych intencjach nieco „nadgorliwego” ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro.

Ale im dalej, tym gorzej: „W ciągu minionych dwóch tygodni rząd okazał skłonności do autodestrukcji. Pierwszy odszedł Radek Sikorski, minister obrony. Zrezygnował, ponieważ kontrwywiad wojskowy węszył koło jego osoby, z upoważnienia Antoniego Macierewicza – sojusznika Kaczyńskich. Macierewicz był odpowiedzialny za likwidację WSI, ale na jej miejsce stworzył prywatną służbę szpiegowską dla Kaczyńskich. Utrata Sikorskiego, jedynego ministra potrafiącego z sensem wypowiedzieć się po angielsku, tylko wyeksponuje słabości jego byłych kolegów” (the only minister able to talk sense in English).

Dalej wcale nie lepiej: „Każdy, kto chce przetrwać w tym rządzie, musi być bierny, mierny, ale wierny, jak mawiają Polacy. Jeden z polskich tygodników porównał nawet Jarosława Kaczyńskiego do Władimira Putina, co było obrazą, wstrząsającą i trącącą absurdem. Ale odgórne podejście Kaczyńskiego i jego brak poszanowania dla rozdziału władzy zaczynają powoli budzić niepokój.”

Na temat polskiej polityki zagranicznej The Economist pisze tak: „W polityce zagranicznej farsa miesza się z tragedią. Kaczyńscy nie pominęli żadnej okazji, żeby obrazić Niemcy, które pod rządami Angeli Merkel próbują przyjacielskiego podejścia. Stan dyplomacji można opisać jako komicznie niekompetentny. Nie ufa się doradcom, którzy wiedzą cokolwiek o zagranicy, często się ich nawet zwalnia. Nie ma już [w rządzie] prawie nikogo, kto rozumie Unię Europejską – poważny problem w przededniu wznowienia trudnych negocjacji w sprawie konstytucji UE”.

A oto podsumowanie artykułu: „Mściwy, uzależniony od kryzysów, podzielony i w większości niekompetentny rząd swoje przetrwanie zawdzięcza silnej gospodarce i słabej opozycji. Ale ani jedno, ani drugie nie będzie trwać wiecznie.”

Trochę dziwnie się to wszystko czyta nie będąc na miejscu, czyli w Polsce, i człowiek siłą rzeczy zaczyna się zastanawiać, czy faktycznie jest aż tak źle, czy może jest to tylko kolejny objaw dziennikarskiej histerii.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Długa rozłąka to śmierć związku. Temu panu – albo tej pani – dziękujemy. Koniec, kropka, amen, bez żadnych „ale przecież nas łączy coś zupełnie wyjątkowego”, „to tylko chwilowo”, „to jest zło konieczne” i temu podobnych dupereli. Chcecie emigrować? Proszę bardzo – emigrujcie, ale jeśli chcecie zostać razem – wyjeżdżajcie razem.  A jeśli jednak postanowicie, że jedno wyjeżdża, a drugie zostaje, to w razie czego bardzo proszę nie mieć pretensji do tego, kto wyjechał (albo do tego, kto pozostał), że jego (jej?) uczucie okazało się nie na miarę Heloizy i Abelarda. Ja tylko ostrzegam i w razie reklamacji proszę pisać na Berydczów.

Scenariusz jest banalny i przewidywalny aż do bólu. On – lub ona – wyjeżdża, aby trochę zarobić albo poprawić znajomość języka – do Niemiec, Anglii lub Stanów, z założenia nie na dłużej niż rok lub dwa. Trzeba tylko wykończyć dom, kupić lepszy samochód albo odłożyć trochę gotówki na czarną godzinę, a akurat trafia się okazja, bo kuzyn, który od roku pracuje we Frankfurcie, Londynie czy Nowym Jorku, ma pusty pokój do wynajęcia, a jego szef szuka ludzi do pracy. Za całkiem przyzwoite pieniądze. Kupiony bilet, pożegnanie na dworcu albo lotnisku – „kocham Cię, to długo nie potrwa, zobaczymy się w święta”. Cmok, cmok, ostatnie klepnięcie w tyłek.  Zakończyliśmy odprawę pasażerów odlatujących do Nowego Jorku lotem Polskich Linii Lotniczych LOT numer taki to a taki. Ta druga osoba pozostaje w kraju, z dziećmi lub nie, czekając na telefony, emaile (jeszcze parę lat temu były to listy) i przekazy pieniężne, które przez pierwszy rok przychodzą regularnie jak w zegarku – telefony w każdą niedzielę, prezenty na święta i urodziny, emaile – bardzo często. A potem jakby trochę mniej regularnie.

Intencje zawsze są jak najlepsze, ale czysty zbieg okoliczności sprawi, że nowo poznani znajomi – w Londynie, Frankfurcie lub Nowym Jorku – zaproszą na imprezę albo wspólne wyjście do dyskoteki (baru? restauracji? kina?) I tam poznałem X. Od tego momentu wszystko było już inaczej... Co jest z tymi zbiegami okoliczności? Bo to ZAWSZE dzieje się przypadkowo, albo tak przynajmniej twierdzą wszyscy, którym się to zdarzyło. Nikt nigdy nie chce nikomu rujnować życia, przecież z nami jest inaczej, przecież to miało być na zawsze…

Jeśli ktoś chce wierzyć, że „jak kocha to poczeka”, niech robi to na własną odpowiedzialność. Chciałabym być w błędzie, ale wiem, że nie jestem. A kto sam jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem!

I to są moje  emigracyjne refleksje na kilka dni przed Walentynkami.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dwa tygodnie po swoich urodzinach dowiedziałam się, że jestem chora. Po upływie kolejnych dwóch byłam już po biopsji i po pierwszej chemii, a po następnych dwóch – z loków do połowy pleców została łysa glaca. Może niedokładnie tak – jeszcze w szpitalu doradzono mi, żeby włosy obciąć jak najkrócej,  jeszcze zanim zaczną same wypadać, bo wiadomo było, że po Cytoxanie tak musi się stać. Obciąć włosy po to, żeby złagodzić szok (soften the blow – tak powiedziała pielęgniarka), żeby rano zbierać z poduszki pojedyncze kosmyki zamiast całych pukli.

Zrobiłam tak, jak mi doradzono. Zaraz po wyjściu ze szpitala poszłam do zakładu fryzjerskiego na Greenpoincie, do którego chodziłam od paru lat. Ela obcięła mi włosy na zapałkę nie zadając ani jednego zbędnego pytania.

Pamiętam, że to był czwartek, tak samo jak pamiętam to, że 9/11 to był wtorek. Wychodząc od fryzjera myślałam  jedynie o tym, że wyglądam jak świr. Nigdy w życiu nie nosiłam włosów krótszych niż do ramion, a tu – fryzura „na rekruta”. Ale na tym właśnie polega cała uroda Nowego Jorku – nawet, jeśli myślisz, że wyglądasz jak cudak, bardzo prawdopodobne jest, że tutaj nikt nie zwróci na Ciebie uwagi i bez problemu wtopisz się w chaotyczny nowojorski tłum. Mój jeżyk nie wzbudził niczyjego niezdrowego zainteresowania, podobnie zresztą jak czarny kapelusz, który zaczęłam nosić w czerwcu, w środku upalnego nowojorskiego lata.

Działo się to cztery lata temu. Jestem w remisji, żyję i jak dobrze pójdzie, dożyję czterdziestki:) Wszystko dzięki temu, że moje leczenie rozpoczęto natychmiast po ustaleniu diagnozy i  że oprócz tradycyjnej chemioterapii dostałam leki najnowszej generacji  – wszystko, co miała do zaoferowania współczesna medycyna.

Dlatego czarna rozpacz mnie ogarnia, kiedy czytam teksty takie, jak ostatnio ten w Wyborczej, zatytułowany Nie ma za co leczyć raka:

Centrum Onkologii na Ursynowie ogranicza, a nawet wstrzymuje podawanie chorym nowoczesnych leków na raka. Dyrekcja szpitala nie ma pieniędzy na drogie leczenie i nie chce wpaść w jeszcze większe długi.
Ważą się losy chorych, u których już zaczęto terapię lekami najnowszej generacji. Nie wiadomo, skąd wziąć pieniądze na kontynuowanie leczenia. Chodzi o miliony złotych. (Gazeta Wyborcza)

Dyrektorzy szpitala nie chcą wpaść w długi albo nie daj Boże zaprzepaścić swoich premii. Fundusz nie zwraca za leczenie, a dla osób chorych na raka odliczanie czasu już się rozpoczęło i zegar tyka bezlitośnie, bo leczenie onkologiczne opóznione o tydzień albo miesiąc to różnica między życiem a śmiercią. Przestają dziwić ponure statystyki, z których wynika, że w Polsce ponad połowa chorych na raka umiera w ciągu roku od diagnozy.

Dziwny to kraj, w którym miliony przeznacza się na świątynię Opatrzności Bozej, a w którym chorych pozostawia się samym sobie. I nie bardzo chrześcijański.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Czy to przekleństwo Indian jest naprawdę częścią amerykańskiej legendy, czy może zostało wymyślone przez Polaków nie potrafiących sobie znaleźć miejsca ani tu, ani tam – tego pewnie się nie dowiemy. Jest to historyjka, którą powitała mnie w Nowym Jorku moja przyjaciółka, kiedy x lat temu przyjechałam do Stanów na kilkumiesięczne – a trwające do dzisiaj – wakacje. Przekleństwo Indian polegać ma na tym, że każdy emigrant, który postawi stopę na ziemi amerykańskiej, zawsze będzie rozdarty między dwoma światami – krajem, z którego przyjechał i do którego już prawdopodobnie nie powróci, a nową amerykańską ojczyzną.

Fot. IStockPhoto

Historia ta przypomniała mi się wczoraj, a więc w dniu, kiedy przyjęłam obywatelstwo USA. Sam proces ubiegania się o to obywatelstwo z całą swoją bizantyjską biurokracją, pielgrzymkami od urzędu do urzędu, zagubionymi dokumentami, listami, podaniami itp. chyba w pewnym momencie zaczął przysłaniać mi znaczenie faktu, że mam zostać obywatelem Stanów Zjednoczonych – kraju, w którym mieszkam od dawna i który uważam za fantastyczne miejsce, ale z którym nigdy nie identyfikowałam się tak, jak z Polską. Czy mój amerykański paszport stawia więc kropkę nad „i” i jest ostatecznym potwierdzeniem tego, co sama od dawna podejrzewam, a mianowicie, że do Polski już nie wrócę?

Moje pierwsze lata w Nowym Jorku upłynęły pod znakiem tymczasowości. Wszystko działo się byle jak i na chwilę: mieszkanie dzielone z przypadkowo spotkanymi osobami, różne tymczasowe zajęcia oraz wszechobecne poczucie, że nie warto tutaj niczego trwałego budować, bo przecież i tak już niedługo wracam do Polski. Na stałe. Na zawsze. Niedługo – czyli jak tylko poprawię angielski, jak tylko odłożę więcej pieniędzy, jak tylko zdobędę doświadczenie zawodowe, które pomoże mi zrobić w Polsce karierę, jak tylko… Powodów, dla których opóźniałam powrót do kraju, było bez liku, i kiedy jeden znikał, zaraz pojawiał się następny.

Kiedy teraz o tym myślę, trudno mi jednoznacznie wskazać moment, w którym ta tymczasowość z wyboru zaczęła powoli przekształcać się w coś bardziej trwałego. Czy stało się to wtedy, kiedy razem z Moniką postanowiłyśmy przenieść się z wynajmowanego pokoju na Jackson Heights do naszego pierwszego samodzielnego mieszkania na Astorii, mimo że nie byłyśmy do końca pewne, jak sobie poradzimy z czynszem? Albo wtedy, kiedy zdecydowałam się ze swojej pensji sekretarki finansować studia w nadziei, że amerykańskie wykształcenie pomoże mi znaleźć jakieś bardziej kreatywne zajęcie?

W Stanach – mimo że czuję się tu jak ryba w wodzie – nadal jestem kimś „spoza”. Mój akcent – co prawda mocno już rozcieńczony i jak twierdzą moi amerykańscy znajomi, hard to place, ale jednak obcy. W Polsce – jestem kimś „stamtąd” i z rumieńcem na twarzy przyznaję, że zdarzyły mi się wpadki lingwistyczne typu „rezolucja monitora” (i nie chodziło bynajmniej o teksty prawne z Dziennika Ustaw i Monitora Polskiego) albo „zrobiłaś dobrą decyzję”.

Tak więc klątwa Indian nadal wisi mi nad głową i fakt posiadania podwójnego obywatelstwa nic pod tym względem nie zmienia. A może jest jakaś prawda w powiedzeniu, że konstrukcje tymczasowe są najtrwalsze?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Doda, czyli Dorota Rabczewska na jutrzejszą licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oddała… swój biustonosz. Znana piosenkarka i  żona bramkarza Radosława Majdana w jednej osobie jest jak widać kobietą bardzo hojną i lubi sypnąć groszem na cel tak zbożny i szlachetny, jak pomoc rodakom w potrzebie. Wiadomo – jak się człowiekowi w życiu jako tako powiedzie, nie można być sknerą i samolubem i trzeba się z bliźnimi podzielić tym, co się ma najlepszego.

Aby nie było wątpliwości co do autorstwa pomysłu, organizatorzy licytacji wyjaśniają, że inicjatywa wystawienia tego właśnie przedmiotu wyszła od samej gwiazdy:

Pani Dorota upierała się, by od niej właśnie ten gadżet został wystawiony na licytację – mówi Ania Drozdowska, szefowa sztabu WOŚP w Szczecinie. (GW)

Rozmiar, kolor, producent biustonosza oraz informacja, czy w zestawie znajdą się także majteczki do kompletu – wszystko to na razie owiane jest mgiełką tajemnicy, napięcie i zainteresowanie rośnie więc z minuty na minutę. Nie wątpię, że nie jeden potencjalny nabywca na wszelki wypadek przelicza już kasę w portfelu – skoro gwiazda polskiej estrady tak cenny przedmiot ofiarowała na aukcję, trzeba stanąć na wysokości zadania i nie poskąpić grosza. Z zapartym tchem czekam na wynik tej licytacji.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Gdańsku zorganizowano manifestację przeciwko umieszczeniu w schronisku pięciu gimnazjalistów, którzy trafili tam po tym, jak w październiku ubiegłego roku pod nieobecność nauczycielki molestowali w klasie swoją koleżankę. Dziewczynka następnego dnia popełniła samobójstwo.

Manifestujący mają ze sobą transparenty z takimi hasłami jak: „Znamy prawdę, nie będziemy cicho”, Wypuśćcie niewinne dzieci”, „Nasze dzieci – pierwsi więźniowie polityczni IV RP”, „To mógłby być twój syn, żądaj prawdy”, „Media wydały wyrok”. (GW)

Czegoś tu nie rozumiem – czy to przedstawiciele mediów ściągnęli dziewczynce spodnie, symulowali gwałt, rechocząc nagrywali całą scenę telefonem komórkowym, a na koniec postraszyli, że puszczą filmik do Internetu? Wszystko to zrobiły owe „dzieci”, które po dwóch miesiącach w schronisku nagle w cudowny sposób odzyskały swoją utraconą niewinność.

Jak to możliwe, że płaczący nad losem chłopaków ojcowie ani przez moment nie okazali skruchy i nie zastanowili się nad tym, że własnych synów wychowali na łobuzów wyżywających się nad słabszymi? Czy to, że nie doszło do faktycznego gwałtu, a chłopcy „tylko” rozebrali koleżankę i symulowali gwałt, usprawiedliwia tego typu wybryki?

Jak pisze Wyborcza, organizatorzy manifestacji rozdawali ulotki anonimowego autorstwa, z których można było się dowiedzieć, że Ania targnęła się na swoje życie bo „nie poradziła sobie z problemami, którymi nie podzieliła się z nikim”. Wniosek z tego, że zasada blame the victim  – perfekcyjnie opanowana przez amerykańskich adwokatów – jest w modzie także w Polsce, bo najłatwiej jest zrzucić winę na ofiarę: miała słabą psychikę, nie miała oparcia w domu, była odludkiem i z jakichś dziwnych powodów nie spodobała jej się szkolna „zabawa w gwałcenie”. Natomiast sprawcy –  to niewinne dzieci, które koleżankę tylko „podszczypywały” lub „poklepywały”. Równie dobrze można by powiedzieć, że ofiara napaści przy użyciu kija bejsbolowego też jest sobie sama winna, bo miała… zbyt słabe kości potylicy.

Nie wątpię, że gdyby winowajcy przewidzieli, jak tragiczne bedą skutki tych „igraszek”,  swoje łapska trzymaliby z daleka od Ani, i to jest jedyna okoliczność łagodzącą. Ale nie zapominajmy, że głupota nikogo nie czyni niewinnym.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W naszym instytucie na UW wykładał profesor, który nie tylko nie był zwolennikiem sztuki nowoczesnej, ale który wręcz określał dzieła artystów współczesnych mianem „bohomazów”. Profesor mawiał, że prawdziwego artystę poznać można po tym, że umie narysować konia. Anegdotę tę przytoczyła podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce moja przyjaciółka, bo choć sama byłam „nausznym” świadkiem kilku innych złotych myśli profesora G., akurat tej nie pamiętałam.


www.zeszytykomiksowe.org

Ta historia przypomniała mi się podczas ostatniego lotu z Okęcia do Nowego Jorku. Na tę 9-godzinną podróż zaopatrzyłam się w polskie lektury, wśród nich – wyróżnioną nagrodą Nike powieść Doroty Masłowskiej „Paw królowej”. Będąc zamkniętym w tubie żelastwa na wysokości kilku tysięcy metrów człowiek może się zmusić do przeczytania każdej książki, nawet jeśli w trakcie lektury nie daj Boże stwierdzi, że jest beznadziejna. Jaka jest bowiem alternatywa – zamawianie jednego drinka po drugim? Obserwowanie chrapiących sąsiadów? Lektura LOT-owskiego „Kalejdoskopu” sprzed dwóch miesięcy? Niestety, nie należę do szczęśliwców, którzy w samolocie zasypiają snem kamiennym, a budzą się dopiero w miejscu przeznaczenia.

W tym momencie pragnę zaznaczyć, że twórczość Masłowskiej nie jest mi obca, bo wcześniej przeczytałam „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” i wiedziałam z grubsza, w co się pakuję, zabierając ze sobą „Pawia” na lot transatlantycki. Lektura rozpoczęła się obiecująco – sprawna i niebanalna zabawa słowem, a w konstrukcji  zdań czuło się  hip-hopowy rytm. Opisy Pitz Patrycji i Retro Stanisława plus refren o piosence sfinansowanej z funduszy Unii Europejskiej sprawiły, że zaczęłam się śmiać na głos, pewnie ku lekkiemu przerażeniu współpasażerów.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby „Paw” był kilkunastostronicowym opowiadaniem – człowiek poczytałby trochę, trochę by się pośmiał i już. Tu jednak mamy do czynienia z powieścią i im bardziej zagłębiałam się w tej lekturze, tym bardziej zaczynałam się zastanawiać, o co tu właściwie chodzi. O lingwistyczną zabawę polszczyzną, eksperymenty słowne lub poszukiwanie czystej formy? Pewnie oberwie mi się od zwolenników Masłowskiej, ale w „Pawiu” treści praktycznie nie ma żadnej, a bohaterowie pojawiają się w powieści chyba jedynie po to, aby usprawiedliwić kontynuację hip-hopowej nowomowy. Wyłuskiwanie z „Pawia” jakiejś akcji czy fabuły to prawdziwa droga przez mękę i sama co chwila łapałam się na tym, że wracam do poprzednich stron, żeby zrozumieć, o czym jest mowa.

Literackie objawienie, manifest pokolenia dwudziestoparolatków, satyra na współczesną Polskę, krytycy rozpływający się w superlatywach  – ja to wszystko rozumiem, ale tak naprawdę chciałabym wiedzieć, czy cudowne dziecko polskiej literatury Masłowska Dorota… umie opisać konia. Jest mi wszystko jedno, jakiego – może być wyścigowy koń arabski, koń roboczy ciągnący pług gdzieś na Podbeskidziu, stara szkapa albo nawet koń z łękami.  Bo chociaż koń jaki jest, każdy widzi, to prawdziwego pisarza poznać można po tym, że potrafi konia opisać!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Z jednej strony trochę zazdroszczę tym, którzy w Polsce mają przed sobą jeszcze drugi dzień świąt, a z drugiej czuję lekką ulgę, że jutro nie ma już przymusu obżerania się od świtu do zmroku i że na śniadanie mogę zjeść najzwyklejsze płatki z mlekiem. Moj żołądek jest i tak u kresu wytrzymałości po pochłonięciu takich ilości jedzenia, więc im szybciej wrócę do normalnego menu, tym lepiej dla mnie. W Stanach święta Bożego Narodzenia trwają tylko jeden dzień, czyli dla nas jest już „po zawodach”. Jutro wracamy w Nowym Jorku do codziennego kieratu, podczas kiedy nasi przyjaciele w Warszawie będą sobie dalej świętować.


Zamiast karpia

Wigilia

… i po Wigilii

Poranny kac?

Mam przynajmniej częściowo czyste sumienie, bo nie spędziłam całego dnia przed telewizorem, udało mi się przeczytać spory kawałek „Lolity”, oraz wyszłam z psami na długi spacer. Wieczorem natomiast pod wpływem uczuć patriotycznych  przełączyłam telewizor na jedną z dwóch polskich stacji, do których mam u siebie dostęp, czyli TVN24. Tak sie jednak nieszczęśliwie złożyło, że trafiłam na kolejną debatę w stylu  „przy wigilijnym stole” z udziałem polityków, którzy na co dzień nie zostawiają na sobie suchej nitki, a dziś mieli zaprezentować dyskusję na cywilizowanym poziomie (że też Polacy umartwiają się takimi programami nawet w święta!) Co wyszło z tej cywilizowanej dyskusji – nie mam pojęcia, bo szybko wyłączyłam telewizor.

Kolejne święta zatem zaliczone, teraz jeszcze sylwestrowy terror. W odróżnieniu od red. Misia, który nie lubi świąt Bożego Narodzenia, ja gęsiej skórki dostaję na myśl o Sylwestrze. Dla mnie jest to dzień, kiedy pędzeni instynktem stada wszyscy mamy obowiązek uczestniczyć w zbiorowych hulankach i popijankach, a jeśli ktoś akurat w Sylwestra nie ma na to ochoty, może zostać uznany za odludka i dziwaka, chyba że ma solidne alibi (np. w postaci karmienia piersią).

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »