Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polska’ Category

Wschodzący BiałystokTu wschodzące słońce i tam wschodzące słońce, tu złociste promienie i tam złociste promienie – białostoccy internauci wyszperali kilka dni temu, że nowe logo ich rodzinnego miasta jest trochę mniej oryginalne i „świeże” niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Mocno bowiem przypomina logo pewnej znanej nowojorskiej organizacji. Jakiej? The Lesbian, Gay, Bisexual and Transgender Community Center.
(więcej…)

Read Full Post »

Od kilku dni jestem w Polsce i nie mam dostępu do Internetu. A dokładniej – mam dostęp, ale bardzo wolny, bo wygląda to tak, że do swojej Motoroli ładuję kartę SIM Orange Free na Kartę i podłączam kablem USB do laptopa. Mam w ten sposób dość prowizoryczny modem, którym łączę się z Internetem jak przez zwykły staroświecki dial-up. Laptop ma wewnętrzne gniazdo SIM, kartę bezprzewodową, mam też modem bezprzewodowy Huawei, ale nie udało mi się tego uruchomić, bo sterownik, który ściągnęłam ze strony producenta, jakoś nie chce mi się zainstalować na Windows Vista.
(więcej…)

Read Full Post »

Podobno wracają do Polski i nie do końca wiadomo, czy bardziej z powodu padającego na pysk funta oraz dolara, czy też za sprawą tzw. cudu Tuska (jak ktoś zna definicję, niech do mnie napisze).  Z Ameryki – już od pewnego czasu, a teraz podobno także z Wysp. Jeszcze niedawno media brytyjskie załamywały ręce nad najazdem Polaków na Wyspy, a tutaj okazuje się, że polskie pospolite ruszenie co prawda nadal trwa, ale tym razem w drugą stronę – Polacy z Anglii pakują funciaki do walizek i z Wysp grzeją z powrotem do Polski.

W ostatnich miesiącach brytyjskie media coraz częściej z niepokojem wspominają o tym, że polscy emigranci zaczynają wracać do domu. Z niepokojem, bo to oznacza, że na Wyspach będzie trudniej o tanią i wykwalifikowaną siłę roboczą. (Wielki powrót z Wysp)

(więcej…)

Read Full Post »

jakub_t.jpgW zadumę połączoną z niedowierzaniem wprawiły mnie informacje prasowe o marszu protestacyjnym zorganizowanym w Poznaniu w obronie Jakuba T., skazanego w Anglii na podwójne dożywocie za brutalny gwałt popełniony na 48-letniej mieszkance Exeter. „Wolność dla Jakuba”, „Proces poszlakowy – wyrok pokazowy”, „Brak sprawiedliwości – sprawca na wolności” – porywające hasła, w sam raz na duży i widoczny z daleka transparent (takie najlepiej wyglądają później w telewizji), szkoda tylko, że w obronie bezsensownej sprawy.
(więcej…)

Read Full Post »

Morze atramentu wylano pisząc o pokonywaniu Atlantyku na pokładzie Polskich Linii Lotniczych LOT, ale niech i ja dołożę tutaj swoją kropelkę, żeby nie powiedzieć – niech i ja dołożę LOT-owi. Głęboki uraz psychiczny wywołany moją ostatnią podróżą z WAW do JFK na początku tego miesiąca zaczął się już z lekka powłóczyć mgiełką zapomnienia, aż tu dzisiaj The New York Times opublikował ten oto obrazek, sypiąc sól na świeże rany;)

nyt_podroze.jpg
Czy podać państwu siano czy słomę?
© The New York Times

Tekst w NYT pt. Class Conflict jest co prawda nie na temat LOT-u, tylko ogólnie o podróżowaniu samolotem w tzw. klasie ekonomicznej, ale pasuje jak ulał do moich ostatnich obserwacji związanych z przyjemnościami podróżowania PLL LOT.

Jak już kiedyś wspominałam, do Polski latam często i z uporem godnym lepszej sprawy, a z braku innej rozrywki obserwuję sobie rozwój akcji na pokładzie LOT-owskich samolotów. Nie da się ukryć – emocje są mocniejsze niż na spokojnym i nudnie przewidywalnym Finnairze czy innym Air France, o ile akurat nie ma tam strajku.

Czy dla pasażerów powyżej rzędu 30. wystarczy kurczaka? A jak będzie z winem – czy nieszczęśnicy usadzeni w rzędzie 35. będą skazani jedynie na piwo Zywiec tudzież wódkę z sokiem pomidorowym, bo wina już zabrakło? Czy jakaś rosła i przystojna Rosjanka będzie próbowała się włamywać do toalety, w której właśnie zabarykadował się ktoś w gorącej potrzebie? Czy w duty-free shop wystarczy żubrówki oraz „sobieskiej”? Czy będzie działała pokładowa telewizja, czy też z powodu awarii elektroniki jedyną dostępną rozrywką będzie lektura Gazety Wybiórczej, której zresztą też wystarczy co najwyżej do 15. rzędu?

Moje wrażenia z ostatniej podróży były – mówiąc oględnie – mieszane. Kurczaka niestety zabrakło, i w moim 37. rzędzie podano dość paskudny makaron posypany rozdrobnionymi na papkę szczątkami bliżej niezidentyfikowanego zwierzaka-nieptaka koloru szarego (wołowina? wieprzowina? kocina?), ale za to Bogu dzięki wystarczyło wina, i to w obydwu radosnych kolorach. Rosjan było co prawda na pokładzie niewielu, lecz podobnie rzecz się miała z butelkami żubrówki – jedynie w teorii do nabycia w sklepie duty-free. Telewizja pokładowa działała OK, czego natomiast nie dało się powiedzieć o sygnalizacji świetlnej toalet.

Ale są i dobre wieści – kolejka na lotnisku Okęcie tym razem szła szybko i sprawnie, tak więc bagaż oddałam już po jakichś po 20 minutach. Nie wiem, czy LOT poszedł wreszcie po rozum do głowy i dodał dodatkowe stanowiska odprawy, czy może teraz nie wszystkie samoloty na trasach transatlantyckich (Nowy Jork, Chicago, Toronto) odlatują z Warszawy dokładnie o tej samej godzinie, ale  wyglądało to zdecydowanie lepiej niż jeszcze przed rokiem.

Wróciłam do Nowego Jorku 11. listopada czyli w Święto Niepodległości – kolejna transatlantycka podróż przy akompaniamencie warkotu odrzutowego silnika i spuszczanej w toalecie wody oraz aromatu LOT-owskiego żarcia. Ponieważ od pewnego czasu wyjazdy planuję w ostatniej chwili (albo raczej w ogóle nie planuję), najczęściej siedzę „na kole” czyli w ogonie samolotu, a to ma swoje konsewkencje.

Tak mam już wbite do głowy, że wszystkie swoje amerykańskie urlopy spędzam w Polsce, a nie na przykład w Meksyku, na Karaibach czy innym miejscu, które jest ciepłe w listopadzie i gdzie dolar jest jeszcze coś wart. Więc chyba sama sobie jestem winna.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Mija pierwszy tydzień mojego urlopu w Polsce, czas więc na krótkie podsumowanie. Dzisiaj kilka słów na temat Warszawy widzianej „od kuchni”. W stolicy najbardziej brakuje mi niedrogich knajpek, w których można by zjeść przyzwoite śniadanie wcześnie rano, np. o siódmej. W Nowym Jorku prawie na każdym rogu jest mała knajpka, sklepik w stylu bodega czy choćby przenośna budka, gdzie od szóstej rano można kupić kawę, bułkę (najczęściej bagel z masłem, dżemem lub serkiem) albo jakieś śniadaniowe ciastko, za sumę nie wyższą niż 2-3 dol., do 5 w przypadku bardziej konkretnych śniadań złożonych z jajek serwowanych na dowolny sposób, kiełbasek, etc.

Akurat jeśli chodzi o śniadania na mieście, w Warszawie wybór jest niestety bardzo skromny. Oczywiście zawsze można wykupić śniadanie w hotelu, w którym się człowiek zatrzymał, za „jedyne” 15 euro, ale sama z reguły z tej opcji nie korzystam, bo po pierwsze – nie lubię jadać w hotelach, po drugie – 15 euro za śniadanie wydaje mi się ceną mocno wygórowaną, a po trzecie – lubię rano wyjść z hotelu i obserwować, jak żyje miasto. Poza śniadaniem hotelowym istnieją opcje takie, jak Dworzec Centralny (odpada z wiadomych względów), piekarnie (odpada, bo jak się tę bułkę już kupi, wypadałoby ją też czymś popić oraz gdzieś przysiąść, żeby ją zjeść), sieć MacDonalds czy Coffee Heaven oraz restauracje, które serwują śniadania od ósmej rano.

W tym roku skończyło się na śniadaniu w Atrio (Jana Pawła II 23) ze względu na bliskość hotelu, w którym się zatrzymałam. Restauracja jest otwierana o ósmej rano i oferuje spory wybór zestawów śniadaniowych, takich jak śniadanie polskie, amerykańskie, czy angielskie w cenie od 17 do 26 PLN (kawa lub herbata dodatkowo). Wybrałam śniadanie polskie (twarożek, bułki i jajecznica) i słusznie, bo wszystko było smaczne, świeże, a porcja taka w sam raz. Przy poprzednich wizytach w Warszawie zdarzało mi się jeść śniadania w kawiarni Szparka przy Placu Trzech Krzyży oraz u Bliklego.

Jak człowiek to śniadanie już gdzieś zje, to oczywiście później nie ma już problemu z innymi posiłkami, bo wybór jest naprawdę duży. W tym roku odwiedziłam moją ulubioną Pierogarnię na Bednarskiej, gdzie przepyszne pierogi razem z zupą i surówką można zjeść za jedyne 14 PLN (wybrałam pierogi diavolo – na ostro, z mięsem), restaurację Pod Samsonem na Freta (świetne dania kuchni polskiej i żydowskiej, miła obsługa oraz bardzo niewygórowane jak na tę część miasta ceny), oferującą doskonałe dania kuchni greckiej restaurację Meltemi na Drawskiej oraz jedno nowe miejsce – Bierhalle w galerii Arkadia przy Jana Pawła II.

Do Bierhalle wybraliśmy ze znajomymi w poniedziałek, a w poniedziałki Bierhalle oferuje tanie piwo – 5 PLN za 0,4 l, zamiast normalnej ceny 7 PLN. Wybraliśmy się tam co prawda nie ze względu na tanie piwo, ale po prostu żeby coś zjeść, natomiast już na miejscu okazało się, że 90% klientów przychodzi tam ze względu na piwo właśnie. Miejsce trudno nazwać kameralnym, jest dość głośno i dym papierosowy wciska się wszędzie, ale plusy jednak biorą górę nad minusami. W Bierhalle jest duży wybór piwa warzonego na miejscu, dania – tradycyjna kuchnia polsko-niemiecka, a porcje – ogromne.

Przed wizytą w Bierhalle najlepiej się dobrze przegłodzić, inaczej można mieć poważne problemy z pochłonięciem oferowanych przez restaurację porcji golonki czy kiełbasy z rusztu. Ja zdecydowałam się na tortillę z kurczakiem, choć zamawianie nad Wisłą dań kuchni meksykańskiej bywa loterią, raz się uda, raz nie. Tortilla była OK, nie przesadzono w niej z przyprawami, jednak pewne wątpliwości wzbudziła obecność na talerzu przecieru pomidorowego (nie sosu, ale właśnie przecieru). Moim zdaniem Bierhalle to fajne miejsce przede wszystkim ze względu na dobre piwo i atmosferę, ale jeśli ktoś zdecyduje się tam coś zjeść, a nie jest wegetarianinem, też nie pożałuje.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Są już pierwsze nieoficjalne wyniki wyborów za granicą. Według sondaży, Polacy głosujący w Wielkiej Brytanii i Irlandii w większości poparli PO – ponad 77 proc., drugie miejsce zajęła koalicja LiD z 12 proc. głosów, a dopiero trzecie – PiS z 9 proc. (Polacy na Wyspach poparli PO – TVN24). PiS zwyciężyło natomiast w USA, zgodnie z moimi przewidywaniami zresztą, gdzie uzyskało 67 procent głosów, PO – 28 procent, a LiD – 3,5 procent.

W Nowym Jorku PiS zebrało 56 procent głosów, na drugim miejscu znalazła się PO z 35-procentowym poparciem, a trzecie miejsce zajął LiD z 5 procentami. PiS zdecydowanie wygrało na Greenpoincie i w New Jersey, zaś Platforma – na Manhattanie i w okręgach wyborczych w Waszyngtonie i Los Angeles (Polonia.net). W Chicago PiS zdobyło aż 80 proc. głosów. Full disclosure: głosowałam na PO, aczkolwiek bez wielkiego entuzjazmu.

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję na temat frekwencji wyborczej w Stanach. Polskie gazety powtarzają, że „w USA frekwencja wyborcza wyniosła 80 procent”, ale nikt nie wyjaśnia, w jaki sposób liczy się ten procent. Nie chodzi tu bynajmniej o ogólną liczbę Polaków mieszkających lub przebywających czasowo w USA i uprawnionych do głosowania. W USA przebywa blisko pół miliona osób legitymujących się polskim obywatelstwem (i nie mam na myśli osób polskiego pochodzenia w drugim czy trzecim pokoleniu, bo tych jest dużo więcej), więc gdyby 80 procent z nich zagłosowało w wyborach, w lokalach wyborczych w USA musiałoby się stawić coś koło 400 tys. osób. Wiadomo natomiast, że na listach wyborców zarejestrowało się w całych Stanach Zjednoczonych jakieś 40 tys. osób, z tego 16 tys. w Chicago oraz 14 tys. w Nowym Jorku. Tak więc ta 80-procentowa frekwencja wyborcza w Stanach oznacza, że głosowało około 30 tys. z 40 tys. zarejestrowanych obywateli polskich w USA, których głosy – razem z innymi oddanymi za granicą – trafią do 800-tysięcznego warszawskiego worka.

Skoro chodzi tylko o 30 tys. głosów oddanych przez Polaków w USA, skąd więc cała ta histeria na temat „zacofanych fanatyków religijnych ze Stanów”, którzy chcą wpływać na losy kraju, w którym nie mieszkają? Jeśli ktoś nie wierzy, że tak oceniają nas rodacy z kraju, niech zajrzy sobie na przykład na forum dyskusyjne TVN24.

Wypadałoby tutaj  sprostować niektóre mity związane z głosowaniem za granicą:

Aby wziąć udział w wyborach, należało się najpierw zarejestrować w ambasadzie lub konsulacie. Rejestracji trzeba było dokonać najpóźniej na 5 dni przed wyborami, a w dniu wyborów należało się stawić osobiście w lokalu wyborczym, często odległym o kilkadziesiąt mil od miejsca zamieszkania, i przedstawić ważny polski paszport. Tak więc sama procedura wcześniejszej rejestracji  od razu wyeliminowała ludzi, którzy nie czują się z Polską związani, nie śledzą na bieżąco polskich mediów, w Polsce nie bywają i nie zadbali o przedłużenie ważności polskiego paszportu. Oni nie pójdą głosować, bo Polska ich po prostu nie interesuje. Koniec kropka.

Nie pójdą głosować także ci, którzy mieszkają zbyt daleko od najbliższego punktu wyborczego. Polonia w Nowym Jorku i Chicago takiego problemu nie ma, ale mają ludzie mieszkający np. na Florydzie czy w stanach, gdzie nie ma polskich placówek dyplomatycznych.

Są też ludzie, którzy z założenia nie głosują w polskich wyborach, bo uznają, że skoro mieszkają od x lat za granicą i nie będą ponosić konsekwencji swojego wyboru, to głosować nie powinni. Jest to ich prywatna decyzja, z którą polemizować nie mam zamiaru (sama miałam taki właśnie dylemat). Z drugiej jednak strony nie można odmawiać tego prawa ludziom, którzy chociaż mieszkają za granicą od wielu lat, zachowali polskie obywatelstwo i mają dobre rozeznanie w polskich realiach (czasy, kiedy emigrant wsiadał na statek i po przepłynięciu Atlantyku przepadał jak kamień w wodę, minęły już dawno). Polski paszport daje im prawo do głosowania, więc z tego prawa korzystają, tak samo, jak obywatele mieszkający w kraju.

Czas więc skończyć z powtarzaniem historyjek o zacofanych Polakach ze Stanów, którzy albo nie mówią po polsku i nie mają pojęcia, co się w Polsce dzieje, albo są niedouczonymi prostakami, którzy w dzień podają cegłę, a wieczorem zalewają robaka przy pomocy butelki żytniej. I raz na parę lat pchają się do urn wyboczych, głosując oczywiście nie tak, jak trzeba.

Raczej ubolewać należy nad faktem, że wiele osób w Polsce nadal czerpie swoją wiedzę na temat polskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych z filmu „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Zapewniam, że nie tracimy rozumu w momencie przekroczenia granicy, a fakt mieszkania za Oceanem nie czyni nas ćwierć-Polakami.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przyszłam, zobaczyłam, zagłosowałam. Ze względu na różnicę czasu, po naszej stronie Atlantyku wybory odbywają już dzisiaj, czyli w sobotę. Zarejestrowawszy się wcześniej na liście wyborców w Konsulacie w Nowym Jorku, spełniłam – a może raczej popełniłam – swój patriotyczny obowiązek i oddałam głos w wyborach do Sejmu i Senatu kraju, w którym nie mieszkam od piętnastu lat.  Jak tłumaczyłam przy innej okazji, głosowałam na partię, która wydaje mi się najmniej bezsensowna biorąc pod uwagę wszystko, co się teraz w Polsce dzieje. Nie napiszę, na jaką, bo tak czy inaczej zawsze znajdzie się ktoś, kto zaliczy mnie do wykształciuchów-moherowych beretów-komuchów (niepotrzebne skreślić). Powiem tylko tyle, że decyzję podjęłam w ostatniej chwili, po kolejnym przeanalizowaniu listy nazwisk osób kandydujących z ramienia każdej partii.

Wygląda na to, że jestem swing voter, który do końca nie wie, na kogo odda głos i który w każdej chwili może zmienić zdanie, przynajmniej w polskich wyborach. Ważne jest to, że głosowałam w zgodzie z własnym sumieniem i że na tegoroczne wybory stawiłam się… w dniu wyborów, a nie na przykład dzień później. Z bólem serca muszę wyznać, że parę lat temu mojej uwadze umknął istotny fakt, że w Stanach Zjednoczonych głosuje się dzień wcześniej niż w Polsce – u was w niedzielę, a u nas w sobotę. Było-minęło, ale do dziś pamiętam rześki rechot, którym powitano mnie wtedy w Konsulacie, więc od tego czasu uważnie czytam wszelkie przedwyborcze obwieszczenia w prasie polonijnej.

Dzisiejsze wybory w Konsulacie na Manhattanie wyglądały jak na obrazkach poniżej. Okazuje się, że Polacy w Stanach rzadko noszą nazwiska zaczynające się od liter T-Z, dzięki czemu nie musiałam stać w kolejce do złożenia podpisu na liście obecności, w odróżnieniu od wszelakich Jarczewskich, Kowalskich czy Nowaków.

wybory-2007-nowy-jork_1.jpg

wybory-2007-nowy-jork_2.jpg

wybory-2007-nowy-jork_3.jpg

wybory-2007-nowy-jork_4.jpg

wybory-2007-nowy-jork_5.jpg

Podobno na Greenpoincie od rana ustawiła się długa kolejka do głosowania. W Konsulacie kolejki co prawda nie było, ale już o dziewiątej rano było sporo ludzi. W samym Nowym Jorku zarejestrowało się do wyborów ponad 14 tys. osób, a w całych Stanach – ponad 40 tys.

Polacy w Stanach głosują inaczej niż w Polsce, zwłaszcza starsze pokolenie. Dla nich solidarnościowy mit, antykomunizm, Bóg-Honor-Ojczyzna liczą się chyba bardziej niż usprawnienie systemu podatkowego lub wprowadzenie ułatwień biznesowych w Polsce, w związku z tym przewiduję, że wybory w Stanach wygra PiS, na drugim miejscu – głównie dzięki młodszej emigracji – znajdzie się Platforma, a za nimi cała reszta. Już za kilkanaście godzin okaże się, czy miałam rację.

Nie sądzę też, aby wybory tutaj miały większy wpływ na ogólny wynik, mogą mieć co najwyżej znaczenie symboliczne. Nie ma nas w Stanach aż tak wielu, a jeszcze mniej jest tych, którzy są w miarę na bieżąco z polską polityką i głosują, więc chyba wam za dużo w tych wyborach nie namieszamy.

Teraz już wszystko w rękach konia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dzisiejszy New York Times publikuje artykuł na temat polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii zatytułowany „As the Poles Get Richer, Fewer Seek British Jobs”. To już któryś z kolei artykuł w prasie amerykańskiej na temat polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii właśnie (jakiś czas temu pisał na ten temat TIME, o czym informowałam w moim blogu – Nie taki Polak straszny). No cóż, widocznie miejscowi imigranci z Polski tutaj w Stanach są dla dziennikarzy zdecydowanie mniej fotogeniczni i mniej warci opisania niż ci w Wielkiej Brytanii.

Zresztą przy padającym na pysk dolarze i obecnej polityce imigracyjnej (a raczej anty-imigracyjnej) Stanów Zjednoczonych nie jest dziwne, że Polacy już się do Stanów nie pchają. Zresztą takie jest właśnie przesłanie tego artykułu z NYT. W miarę wzrostu dochodów w Polsce, coraz mniej ludzi decyduje się na wyjazd, nie tylko do Stanów, ale i do krajów Europy Zachodniej.

emigranci_anglia.jpg
Fot. New York Times

Dziennikarz przeprowadza wywiad z młodym małżeństwem z Polski, które wyemigrowało do Anglii trzy lata temu. Po dość wyboistych, aczkolwiek typowych, emigracyjnych początkach (on – programista z Polski – na początku pracował na budowie, ona – nauczycielka – dorabiała sobie przy smażeniu hamburgerów), oboje znaleźli lepiej płatne zajęcia i osiedlili się w okolicach Londynu, gdzie kupili dom i gdzie mają zamiar zostać na stałe. Chwalą sobie poziom życia w Anglii, silną gospodarkę, wielokulturowe społeczeństwo oraz to, że… sprzedawczyni w sklepie uśmiecha się do nich, bo podobno Polacy w Polsce nie mają takiego zwyczaju. Tutaj pragnę zaoponować, bo moim skromnym zdaniem sprawa jest co najmniej dyskusyjna.

NYT podsumowuje, że od 2004r. do Wielkiej Brytanii wyjechało ponad 1,1 mln Polaków, którzy stali się w tym kraju trzecią po Hindusach i Irlandczykach najliczniejszą grupą emigracyjną. Według powszechnie panującej opinii, właśnie imigrantom z Europy Wschodniej gospodarka brytyjska zawdzięcza swój wzrost gospodarczy ostatnich lat. Autor twierdzi także, że polscy robotnicy budowlani, nianie i opiekunki cieszą się w tym kraju tak dobrą opinią, że emigranci z innych krajów Europy Wschodniej często „udają” Polaków, aby zwiększyć swoje szanse otrzymania pracy. Polacy w Wielkiej Brytanii  zarabiają średnio £7.30 ($14.93) na godzinę, w porównaniu ze przeciętnym wynagrodzeniem £11.10 ($22.70) dla Brytyjczyka.

Ale ostatnimi czasy ten obraz zaczyna się zmieniać, bo Polacy, którzy w miarę przyzwoicie opanowali angielski, zaczynają się rozglądać za bardziej ambitnymi i lepiej płatnymi zajęciami. A to stwarza pewien problem dla pracodawców, którzy tradycyjnie wśród nowo przybyłych imigrantów szukają kandydatów do najmniej wdzięcznych, a zarazem najgorzej płatnych prac. Anglicy zaczynają się obawiać, że może im znowu zabraknąć rąk do pracy, zwłaszcza że wiele ich potrzeba w związku z organizowanymi w 2012r. w Londynie letnimi igrzyskami olimpijskimi.

Wersja internetowa artykułu NYT wzbogacona została materiałem fotograficznym w postaci zdjęć kiełbasy, rumianych polskich imigrantów-kiełbasożerców oraz podkładem muzycznym w postaci krakowiaka (poważnie).

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przed chwilą zarejestrowałam się na stronie Konsulatu w Nowym Jorku, bo jednak mam zamiar głosować w sobotę. Polacy mieszkający za granicą w tegorocznych wyborach głosują na listę warszawską, niezależnie od ostatniego stałego adresu w Polsce. Państwo z Krakowa – również, więc w tej rundzie mamy 1:0 dla Warszawy. Sama w Warszawie głosowałam tylko raz, w pamiętnym roku 1990, kiedy to Stan Tymiński o mały włos nie został prezydentem Najjaśniejszej RP. Ciekawe to były czasy, ale nie da się ukryć, że mocno już zamierzchłe i nie przepuszczę okazji, aby przez chwilę znowu poczuć się warszawianką, jak za starych dobrych czasów.

Co mnie w tym roku ostatecznie przekonało? Na przykład „polska piosenka na wybory” z YouTube:)

Musiałam chwilę poszperać w różnych źródłach, żeby dowiedzieć się, jak z grubsza ta lista warszawska wygląda –  272 kandydatów walczy o 19 miejsc w Sejmie, 12 kandydatów ubiega się o 4 miejsca w Senacie. Kandydaci na senatorów z listy warszawskiej to:

  • PiS – Zbigniew Romaszewski, Andrzej Krajewski i Anna Gręziak,
  • LiD – Bartosz Dominiak, Maria Kaczmarska, Agnieszka Kuncewicz, Robert Smoktunowicz, Barbara Borys-Damięcka, Krzysztof Piesiewicz
  • PO – Marek Rocki, Barbara Borys-Damięcka, Krzysztof Piesiewicz,
  • PSL – Walentyna Rakiel-Czarnecka,
  • Komitet Nowa Wizja Polski – Krystyna Krzekotowska.

Liderami na listach kandydatów do Sejmu są:

  • PiS – Jarosław Kaczyński,
  • PO – Donald Tusk,
  • LiD – Marek Borowski,
  • Partia Kobiet – pisarka Manuela Gretkowska,
  • PSL – twórca Gadu Gadu Łukasz Foltyn.
  • Samoobrona – b. szef PPS Piotr Ikonowicz,
  • LPR – szef UPR Wojciech Popiela.

Nie da się ukryć, że z wszystkich wyżej wymienionych partii o względy Polonii amerykańskiej najbardziej zabiega PiS (oj, co to będzie, co to będzie), popierany na przykład przez Kongres Polonii Amerykańskiej. A do mojej skrzynki emailowej – oprócz odezwy KPA stanu New Jersey popierającej PiS – trafił też tekst wywiadu wysłanego przez biuro prasowe Marka Borowskiego. PO natomiast bardziej zabiegała o głosy nowej emigracji w Anglii i Irlandii niż tej „starej” za Oceanem. Może i dobrze dla PO, bo w USA pewien działacz polonijny z Chicago niedawno pomylił Kaczyńskiego z Wałęsą (jak Lech, to Lech), więc na tak kompetentny elektorat trudno liczyć.

Ja głosuję na zasadzie mniejszego zła – na partię, która wydaje mi się najmniej bezsensowna. Ale i tak wszystkie nasze emigracyjne głosy trafią razem do tego samego warszawskiego worka.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »