Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polityka’ Category

Wiosna Obamy

barack_obama.jpgW momencie, kiedy piszę ten tekst (wtorek, parę minut przed północą), wszystko wskazuje na to, że w dzisiejszych prawyborach Partii Demokratycznej Barack Obama zdobył solidną przewagę nad Hillary Clinton w Wisconsin, gdzie walka toczyła się o 74 delegatów, oraz na Hawajach, gdzie w grę wchodzi 24 delegatów. Nie da się ukryć, że w ostatnich tygodniach Obama złapał wiatr w żagle i porządnie ugruntował swoja przewagę jako kandydat Demokratów.

Jak tak dalej pójdzie, zapewni sobie nominację jeszcze w marcu (wybory w Teksasie i Ohio 4. marca będą praktycznie rzecz biorąc ostatnią deską ratunku dla Hillary) albo najpoóźniej w kwietniu (wybory w Pensylwanii). 

(więcej…)

Read Full Post »

Wczoraj Barack Obama wygral prawybory w kolejnych trzech stanach – Waszyngtonie, Luizjanie oraz Nebrasce. Radzilabym jednak powstrzymac sie ze spisywaniem Hillary Clinton na straty, bo przed nami jeszcze prawybory w wielkich amerykanskich stanach z duza liczba delegatow – Teksasie, Ohio oraz Pensylwanii, a tam Hillary ma jak do tej pory przewage, przynajmniej teoretycznie. W tej chwili rozklad sil miedzy Obama a Hillary wyglada nastepujaco: Barack Obama – 1039 delegatow, Hillary Clinton – 1100 (wyliczenia CNN.com).
(więcej…)

Read Full Post »

hillary_crying.jpgChłop to ma jednak dobrze – w pewnych okolicznościach ma prawo płakać i nikt nie będzie się go czepiał, że udaje. Facet może sobie śmiało łzy ronić nie tylko wtedy, kiedy ktoś bliski zejdzie mu z tego świata, ale także wtedy, kiedy się upije na smutno (może być codziennie), kiedy żona lub narzeczona przyprawi mu rogi oraz jeśli jest kibicem Wisły-Kraków, a Kamil Kosowski właśnie odszedł z drużyny. Płacz faceta to sprawa poważna i we wszystkich wyżej wymienionych okolicznościach jak najbardziej usprawiedliwiona, a kto wie – może wręcz wskazana ze względu na działanie terapeutyczne i oczyszczające.
(więcej…)

Read Full Post »

„Obama girl” nie głosowała na Obamę! Nie głosowała też  na Hillary Clinton, ani na nikogo innego, bo po prostu nie głosowała w ogóle. Tyle było szumu i hałasu wokół sprytnej kampanii wiralnej Baracka Obamy na YouTube,  z Obama girl w roli głównej oczywiście, a jak przyszło co do czego, wyszedł lekki obciach, bo panienka sprawę olała i nie poszła głosować (w klipie poniżej Obama girl cieszy się z wyników głosowania w Iowa, gdzie Obama wygrał).
(więcej…)

Read Full Post »

Polacy mają prawo wkurzać się na Amerykanów o przestarzałe F-16 kupione za ciężkie miliardy,  przeżarte rdzą Hummery Humvees i ogólne traktowanie sojusznika „per noga”, mimo to nieszczególnie ucieszyła mnie informacja, że podczas wczorajszej wizyty w Londynie Donald Tusk zapowiedział, iż nie będzie prosił Amerykanów o zniesienie wiz dla Polaków (Tusk o stanowczej polityce zagranicznej). Przyszły rząd Tuska nie będzie ubiegać się o zniesienie wiz z następującego powodu:

Jeżeli amerykańskie przepisy są tak skonstruowane, że nie pozwalają na to (zniesienie wiz dla Polaków – PAP), to damy sobie bez tego radę (…) Mój rząd na pewno będzie ze Stanami Zjednoczonymi rozmawiał inaczej – oświadczył Tusk na spotkaniu w ratuszu w dzielnicy Ealing w zachodnim Londynie.

Damy sobie bez tego radę? Rozumiem, że „my” – to przyszły rząd, bo ja na przykład nie jestem w stanie dać sobie „bez tego” rady i to już od momentu, kiedy to kilka lat temu 74-letni ojciec M. dostał w Konsulacie w Krakowie odmowę wizy z uzasadnieniem, że… mógłby podjąć nielegalną pracę w USA. Po dwóch listach protestacyjnych wysłanych do Konsulatu sprawę udało się przepchnąć i przekonać konsula, że starszy pan „po skefrach” („skefro”= scaffolding = rusztowanie) skakał nie będzie, ale konieczność korespondencyjnego „obcowania” z amerykańskimi biurokratami w tych okolicznościach nie jest czymś, co wspominam szczególnie miło.

Tego typu deklaracje z ust przyszłego premiera brzmią świetnie i są nagradzane gromkimi brawami, jeśli wygłaszane są na Wyspach Brytyjskich, a na sali obecni są Polacy mieszkający w Londynie, jednak trudno liczyć na podobny entuzjazm po naszej – gorszej – stronie Oceanu. Polacy w Stanach, którzy głosowali na PO (wiem, wiem – byliśmy tutaj w mniejszości), zapewne spodziewali się, że przyszły rząd będzie reprezentował ich interesy tak samo, jak interesy polskich emigrantów w Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Okazuje się jednak, że szybko wylano nam na głowę kubeł zimnej wody i przypomniano, gdzie jest nasze miejsce.

Dla nas zniesienie wiz do Stanów jest ważne, bo w Polsce mamy rodziny, krewnych i przyjaciół i chcielibyśmy, żeby mogli nas tutaj odwiedzać bez konieczności przechodzenia przez upierdliwe procedury wizowe w konsulatach amerykańskich. Oczywiście to nie polski rząd te procedury wymyślił i nie polski rząd zadecyduje o tym, czy wizy zostaną zniesione czy nie, ale jeśli już teraz ogłasza się, że nie będzie starań z polskiej strony w celu rozwiązania tej kwestii, to chyba na całej sprawie można już postawić krzyżyk.

Polacy na Wyspach dostaną w prezencie od nowego rządu abolicję podatkową („to już macie załatwione”), a my w Stanach – wizową figę z makiem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej polskie media i elity polityczne mniej lub bardziej konsekwentnie zaczęły dzielić emigrantów na „emigrację A” i „emigrację B”, że posłużę się  tutaj znaną analogią. Emigracja A – to ludzie, którzy wyjechali z kraju w ciągu ostatnich trzech lat, głównie do Wielkiej Brytanii i Irlandii, a więc w większości urodzeni po stanie wojennym i nie pamietający kolejek, kartek na mięso ani półek sklepowych wypełnionych octem i groszkiem konserwowym. Emigracja B – to cała reszta, łącznie z solidarnościową emigracją lat 80-tych w Stanach Zjednoczonych.

O względy emigracji A zabiegają polscy politycy, hołubią ją media, fotografując przy piwie w irlandzkich pubach i przy smażeniu hamburgerów, robiąc wywiady i opisując, jak fajnie Polacy radzą sobie w Londynie oraz Dublinie. Nic zatem dziwnego, że przed październikowymi wyborami na Wyspach Brytyjskich trwała intensywna kampania wyborcza, w której politycy prześcigali się w pomysłach, jak by tu jak najwięcej ludzi ściągnąć na swoje spotkania i zachęcić do przełknięcia jak największego kawałka wyborczej kiełbasy.

Parę tygodni temu Gazeta rozpisywała się na temat przedwyborczej Bitwy o Anglię, w której stawką miały być głosy polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii i Irlandii.  No cóż, nie da się ukryć, że bitwy o Chicago ani o Nowy Jork nie było.  Emigracja B, ta w USA i Kanadzie, jest mniej fotogeniczna, żeby nie powiedzieć „szpetna”, przynajmniej w rozumieniu polskich polityków i mediów, bo w dużej mierze złożona z ludzi, którzy osiemnaście lat skończyli dość dawno temu i którzy pamiętają zarówno stan wojenny, jak i upadek komunizmu w Polsce. Jeśli się cokolwiek o tej emigracji pisze, to głównie w kontekście zacofania i zaściankowości, tak jakby Polonia amerykańska żyła na innej planecie albo w XIX wieku.

Ostatnimi czasy mało kto emigruje z Polski za Ocean, bo drogo, daleko, a na dodatek trudno o wizę do Stanów, że nie wspomnę już o tym, że bliższe ciału funciaki niż dolary. Nic zatem dziwnego, że średnia wieku polskich emigrantów w USA rośnie w zastraszającym tempie. Twarz nam blednie, włos nam rzednie, psują się nam zęby przednie…

Przewodniczący różnych partii politycznych nawet nie próbowali w Stanach rozkręcać jakiejkolwiek kampanii wyborczej. Jedyna partia, która się tutaj w ogóle pokazała, to PiS, który – jak wszystkim wiadomo – wygrał wybory jedynie w Stanach, i to niebagatelną przewagą 67 procent głosów. Platforma zmobilizowała się jedynie do wystosowania protestu do Państwowej Komisji Wyborczej w sprawie wykorzystania przez PiS jakiegoś koncertu zorganizowany dla Polonii w Chicago do prowadzenia kampanii wyborczej. Natomiast z tego, co mi wiadomo, ani Tusk, ani nikt z jego najbliższych współpracowników w Nowym Jorku ani w Chicago nogi nie postawił.

Uchowaj mnie Boże od wypowiadania się w jakimkolwiek imieniu innym niż moje własne, a w imieniu Polonii amerykańskiej w szczególności, bo to stwór wielogłowy, białostocko-nowosądecko-warszawski i choćby z tego wzgledu zadziorny i trudny do zdefiniowania. Myślę jednak, że to, jak polska emigracja w Stanach jest traktowana przez polskich polityków, w dużym stopniu tłumaczy, dlaczego Polacy w USA w przytłaczającej większości głosowali na PiS. Głosując na partię Kaczyńskich, szpetna emigracja B „zemściła się” na elitach, które dawno temu spisały ją na straty, żeby nie powiedzieć – olały. O tym się nie mówi ani nie pisze, bo to taki niemodny temat, natomiast pojawiają się już dyżurne teksty, w których Polaków w Stanach przedstawia się jako kiełbasożernych tępaków zjednoczonych pod sztandarem Radyja (my są już Amerykany… i głosujemy na PiS).

Powiem tylko tyle – w „województwie chicagowskim” wygrała partia, której jako jedynej zależało, aby tutaj wygrać. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Związkowi Radzieckiemu.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Są już pierwsze nieoficjalne wyniki wyborów za granicą. Według sondaży, Polacy głosujący w Wielkiej Brytanii i Irlandii w większości poparli PO – ponad 77 proc., drugie miejsce zajęła koalicja LiD z 12 proc. głosów, a dopiero trzecie – PiS z 9 proc. (Polacy na Wyspach poparli PO – TVN24). PiS zwyciężyło natomiast w USA, zgodnie z moimi przewidywaniami zresztą, gdzie uzyskało 67 procent głosów, PO – 28 procent, a LiD – 3,5 procent.

W Nowym Jorku PiS zebrało 56 procent głosów, na drugim miejscu znalazła się PO z 35-procentowym poparciem, a trzecie miejsce zajął LiD z 5 procentami. PiS zdecydowanie wygrało na Greenpoincie i w New Jersey, zaś Platforma – na Manhattanie i w okręgach wyborczych w Waszyngtonie i Los Angeles (Polonia.net). W Chicago PiS zdobyło aż 80 proc. głosów. Full disclosure: głosowałam na PO, aczkolwiek bez wielkiego entuzjazmu.

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję na temat frekwencji wyborczej w Stanach. Polskie gazety powtarzają, że „w USA frekwencja wyborcza wyniosła 80 procent”, ale nikt nie wyjaśnia, w jaki sposób liczy się ten procent. Nie chodzi tu bynajmniej o ogólną liczbę Polaków mieszkających lub przebywających czasowo w USA i uprawnionych do głosowania. W USA przebywa blisko pół miliona osób legitymujących się polskim obywatelstwem (i nie mam na myśli osób polskiego pochodzenia w drugim czy trzecim pokoleniu, bo tych jest dużo więcej), więc gdyby 80 procent z nich zagłosowało w wyborach, w lokalach wyborczych w USA musiałoby się stawić coś koło 400 tys. osób. Wiadomo natomiast, że na listach wyborców zarejestrowało się w całych Stanach Zjednoczonych jakieś 40 tys. osób, z tego 16 tys. w Chicago oraz 14 tys. w Nowym Jorku. Tak więc ta 80-procentowa frekwencja wyborcza w Stanach oznacza, że głosowało około 30 tys. z 40 tys. zarejestrowanych obywateli polskich w USA, których głosy – razem z innymi oddanymi za granicą – trafią do 800-tysięcznego warszawskiego worka.

Skoro chodzi tylko o 30 tys. głosów oddanych przez Polaków w USA, skąd więc cała ta histeria na temat „zacofanych fanatyków religijnych ze Stanów”, którzy chcą wpływać na losy kraju, w którym nie mieszkają? Jeśli ktoś nie wierzy, że tak oceniają nas rodacy z kraju, niech zajrzy sobie na przykład na forum dyskusyjne TVN24.

Wypadałoby tutaj  sprostować niektóre mity związane z głosowaniem za granicą:

Aby wziąć udział w wyborach, należało się najpierw zarejestrować w ambasadzie lub konsulacie. Rejestracji trzeba było dokonać najpóźniej na 5 dni przed wyborami, a w dniu wyborów należało się stawić osobiście w lokalu wyborczym, często odległym o kilkadziesiąt mil od miejsca zamieszkania, i przedstawić ważny polski paszport. Tak więc sama procedura wcześniejszej rejestracji  od razu wyeliminowała ludzi, którzy nie czują się z Polską związani, nie śledzą na bieżąco polskich mediów, w Polsce nie bywają i nie zadbali o przedłużenie ważności polskiego paszportu. Oni nie pójdą głosować, bo Polska ich po prostu nie interesuje. Koniec kropka.

Nie pójdą głosować także ci, którzy mieszkają zbyt daleko od najbliższego punktu wyborczego. Polonia w Nowym Jorku i Chicago takiego problemu nie ma, ale mają ludzie mieszkający np. na Florydzie czy w stanach, gdzie nie ma polskich placówek dyplomatycznych.

Są też ludzie, którzy z założenia nie głosują w polskich wyborach, bo uznają, że skoro mieszkają od x lat za granicą i nie będą ponosić konsekwencji swojego wyboru, to głosować nie powinni. Jest to ich prywatna decyzja, z którą polemizować nie mam zamiaru (sama miałam taki właśnie dylemat). Z drugiej jednak strony nie można odmawiać tego prawa ludziom, którzy chociaż mieszkają za granicą od wielu lat, zachowali polskie obywatelstwo i mają dobre rozeznanie w polskich realiach (czasy, kiedy emigrant wsiadał na statek i po przepłynięciu Atlantyku przepadał jak kamień w wodę, minęły już dawno). Polski paszport daje im prawo do głosowania, więc z tego prawa korzystają, tak samo, jak obywatele mieszkający w kraju.

Czas więc skończyć z powtarzaniem historyjek o zacofanych Polakach ze Stanów, którzy albo nie mówią po polsku i nie mają pojęcia, co się w Polsce dzieje, albo są niedouczonymi prostakami, którzy w dzień podają cegłę, a wieczorem zalewają robaka przy pomocy butelki żytniej. I raz na parę lat pchają się do urn wyboczych, głosując oczywiście nie tak, jak trzeba.

Raczej ubolewać należy nad faktem, że wiele osób w Polsce nadal czerpie swoją wiedzę na temat polskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych z filmu „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Zapewniam, że nie tracimy rozumu w momencie przekroczenia granicy, a fakt mieszkania za Oceanem nie czyni nas ćwierć-Polakami.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przyszłam, zobaczyłam, zagłosowałam. Ze względu na różnicę czasu, po naszej stronie Atlantyku wybory odbywają już dzisiaj, czyli w sobotę. Zarejestrowawszy się wcześniej na liście wyborców w Konsulacie w Nowym Jorku, spełniłam – a może raczej popełniłam – swój patriotyczny obowiązek i oddałam głos w wyborach do Sejmu i Senatu kraju, w którym nie mieszkam od piętnastu lat.  Jak tłumaczyłam przy innej okazji, głosowałam na partię, która wydaje mi się najmniej bezsensowna biorąc pod uwagę wszystko, co się teraz w Polsce dzieje. Nie napiszę, na jaką, bo tak czy inaczej zawsze znajdzie się ktoś, kto zaliczy mnie do wykształciuchów-moherowych beretów-komuchów (niepotrzebne skreślić). Powiem tylko tyle, że decyzję podjęłam w ostatniej chwili, po kolejnym przeanalizowaniu listy nazwisk osób kandydujących z ramienia każdej partii.

Wygląda na to, że jestem swing voter, który do końca nie wie, na kogo odda głos i który w każdej chwili może zmienić zdanie, przynajmniej w polskich wyborach. Ważne jest to, że głosowałam w zgodzie z własnym sumieniem i że na tegoroczne wybory stawiłam się… w dniu wyborów, a nie na przykład dzień później. Z bólem serca muszę wyznać, że parę lat temu mojej uwadze umknął istotny fakt, że w Stanach Zjednoczonych głosuje się dzień wcześniej niż w Polsce – u was w niedzielę, a u nas w sobotę. Było-minęło, ale do dziś pamiętam rześki rechot, którym powitano mnie wtedy w Konsulacie, więc od tego czasu uważnie czytam wszelkie przedwyborcze obwieszczenia w prasie polonijnej.

Dzisiejsze wybory w Konsulacie na Manhattanie wyglądały jak na obrazkach poniżej. Okazuje się, że Polacy w Stanach rzadko noszą nazwiska zaczynające się od liter T-Z, dzięki czemu nie musiałam stać w kolejce do złożenia podpisu na liście obecności, w odróżnieniu od wszelakich Jarczewskich, Kowalskich czy Nowaków.

wybory-2007-nowy-jork_1.jpg

wybory-2007-nowy-jork_2.jpg

wybory-2007-nowy-jork_3.jpg

wybory-2007-nowy-jork_4.jpg

wybory-2007-nowy-jork_5.jpg

Podobno na Greenpoincie od rana ustawiła się długa kolejka do głosowania. W Konsulacie kolejki co prawda nie było, ale już o dziewiątej rano było sporo ludzi. W samym Nowym Jorku zarejestrowało się do wyborów ponad 14 tys. osób, a w całych Stanach – ponad 40 tys.

Polacy w Stanach głosują inaczej niż w Polsce, zwłaszcza starsze pokolenie. Dla nich solidarnościowy mit, antykomunizm, Bóg-Honor-Ojczyzna liczą się chyba bardziej niż usprawnienie systemu podatkowego lub wprowadzenie ułatwień biznesowych w Polsce, w związku z tym przewiduję, że wybory w Stanach wygra PiS, na drugim miejscu – głównie dzięki młodszej emigracji – znajdzie się Platforma, a za nimi cała reszta. Już za kilkanaście godzin okaże się, czy miałam rację.

Nie sądzę też, aby wybory tutaj miały większy wpływ na ogólny wynik, mogą mieć co najwyżej znaczenie symboliczne. Nie ma nas w Stanach aż tak wielu, a jeszcze mniej jest tych, którzy są w miarę na bieżąco z polską polityką i głosują, więc chyba wam za dużo w tych wyborach nie namieszamy.

Teraz już wszystko w rękach konia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przed chwilą zarejestrowałam się na stronie Konsulatu w Nowym Jorku, bo jednak mam zamiar głosować w sobotę. Polacy mieszkający za granicą w tegorocznych wyborach głosują na listę warszawską, niezależnie od ostatniego stałego adresu w Polsce. Państwo z Krakowa – również, więc w tej rundzie mamy 1:0 dla Warszawy. Sama w Warszawie głosowałam tylko raz, w pamiętnym roku 1990, kiedy to Stan Tymiński o mały włos nie został prezydentem Najjaśniejszej RP. Ciekawe to były czasy, ale nie da się ukryć, że mocno już zamierzchłe i nie przepuszczę okazji, aby przez chwilę znowu poczuć się warszawianką, jak za starych dobrych czasów.

Co mnie w tym roku ostatecznie przekonało? Na przykład „polska piosenka na wybory” z YouTube:)

Musiałam chwilę poszperać w różnych źródłach, żeby dowiedzieć się, jak z grubsza ta lista warszawska wygląda –  272 kandydatów walczy o 19 miejsc w Sejmie, 12 kandydatów ubiega się o 4 miejsca w Senacie. Kandydaci na senatorów z listy warszawskiej to:

  • PiS – Zbigniew Romaszewski, Andrzej Krajewski i Anna Gręziak,
  • LiD – Bartosz Dominiak, Maria Kaczmarska, Agnieszka Kuncewicz, Robert Smoktunowicz, Barbara Borys-Damięcka, Krzysztof Piesiewicz
  • PO – Marek Rocki, Barbara Borys-Damięcka, Krzysztof Piesiewicz,
  • PSL – Walentyna Rakiel-Czarnecka,
  • Komitet Nowa Wizja Polski – Krystyna Krzekotowska.

Liderami na listach kandydatów do Sejmu są:

  • PiS – Jarosław Kaczyński,
  • PO – Donald Tusk,
  • LiD – Marek Borowski,
  • Partia Kobiet – pisarka Manuela Gretkowska,
  • PSL – twórca Gadu Gadu Łukasz Foltyn.
  • Samoobrona – b. szef PPS Piotr Ikonowicz,
  • LPR – szef UPR Wojciech Popiela.

Nie da się ukryć, że z wszystkich wyżej wymienionych partii o względy Polonii amerykańskiej najbardziej zabiega PiS (oj, co to będzie, co to będzie), popierany na przykład przez Kongres Polonii Amerykańskiej. A do mojej skrzynki emailowej – oprócz odezwy KPA stanu New Jersey popierającej PiS – trafił też tekst wywiadu wysłanego przez biuro prasowe Marka Borowskiego. PO natomiast bardziej zabiegała o głosy nowej emigracji w Anglii i Irlandii niż tej „starej” za Oceanem. Może i dobrze dla PO, bo w USA pewien działacz polonijny z Chicago niedawno pomylił Kaczyńskiego z Wałęsą (jak Lech, to Lech), więc na tak kompetentny elektorat trudno liczyć.

Ja głosuję na zasadzie mniejszego zła – na partię, która wydaje mi się najmniej bezsensowna. Ale i tak wszystkie nasze emigracyjne głosy trafią razem do tego samego warszawskiego worka.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Bardzo miło, że polski rząd zadaje sobie tyle trudu, aby zorganizować okręgi wyborcze dla Polaków mieszkających za granicą, ale nadal nie jestem pewna, czy będę głosować w październikowych wyborach. I to wcale nie dlatego, że procedura głosowania dla Polaków mieszkających za granicą jest nieco bardziej skomplikowana niż dla rodaków w kraju. W Stanach na przykład nie wystarczy po prostu stawić się z polskim paszportem w wybranym lokalu wyborczym w dniu głosowania czyli 20 października (u nas głosowanie odbywa się dzień wcześniej niż w Polsce). Najpierw trzeba się zarejestrować, najpóźniej na pięć dni przed wyborami, podając swoje dane osobiste i wybierając okręg wyborczy, ktorych w naszym regionie jest pięć, w tym jeden w Konsulacie na Manhattanie – ten pewnie sama wybiorę, o ile jednak zdecyduję się głosować. Na szczęście rejestracji można dokonać za pośrednictwem strony internetowej Konsulatu w Nowym Jorku.

Wracając do tytułowego dylematu emigranta – owszem, interesuje mnie, co się dzieje w Polsce, bo mimo kilkunastu lat spędzonych w Stanach nadal mam bliski kontakt z krajem, tam mieszka moja rodzina i przyjaciele. Jednakże sama mieszkam tutaj, i tak naprawdę wszelkie awantury i kompromitacje polskiej sceny politycznej ostatnich lat mają minimalny wpływ na moje życie, jeśli nie liczyć chwilowych skoków ciśnienia wywołanych notatkami prasowymi o kolejnym wygłupie przewodniczącego takiej lub innej partii politycznej. 

Czy powinnam więc decydować o tym, kto będzie rządził w kraju, w którym od kilkunastu lat nie mieszkam i nie płacę podatków i którego system podatkowy nie ma wpływu na zawartość mojego portfela? Co ciekawe, to w Polsce właśnie spotkałam się z tego typu opiniami- „Wyjechaliście? Nie powinniście mieć nic do gadania w wyborach”.

Z drugiej strony – nadal jestem obywatelką Polski, o polski paszport zabiegałam w Konsulacie RP długo i uparcie, co zresztą opisałam z detalami w niniejszym blogu. Podatków polskich faktycznie nie płacę, ale podczas urlopów w Polsce zawsze dokładnie opróżniam zawartość portfela, wspomagając w ten sposób lokalne biznesy tudzież mafie. I zawsze kołacze mi się w głowie myśl, że może jednak kiedyś tam wrócę, a wtedy lepiej byłoby wrócić do kraju, w którym stanowiska rządowe nie są obsadzane kombinatorami, złodziejami czy nadgorliwymi hipokrytami.

Więc może jednak mój głos do czegoś się przyda, o ile oczywiście nie zagłosuję głupio?

Głosuj bez meldunku!

Jeśli mieszkasz za granicą, a chcesz głosować, więcej informacji znajdziesz tutaj:

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »