Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Kultura’ Category

susan_jacoby.jpgGdyby polegać na niektórych europejskich źródłach, stopniowanie przymiotnika „głupi” wyglądałoby tak, jak w powyższym tytule, z uwzględnieniem odpowiedniej wersji językowej oczywiście. W Europie od pewnego czasu panuje moda na pisanie o amerykańskiej głupocie, analfabetyzmie wtórnym, braku zainteresowania czymkolwiek, itd. Wynikałoby z tego, że przeciętny Amerykanin – to nie tylko osobnik nie umiejący czytać ani pisać i nie będący w stanie wypełnić formularza na prawo jazdy, ale także hałaśliwy, opychający się hamburgerami i ogólnie obleśny.
(więcej…)

Read Full Post »

Projektantom mody najwyrazniej znudziło się prezentowanie ciuchów przy udziale żywionych papierosami i szampanem anorektycznych modelek. Wychudzone kończyny, zapadnięte policzki oraz interesująca bladość lica przestały robić na kimkolwiek wrażenie, bo to przecież norma – na pokazach mody przynajmniej. Aby osiągnąć zamierzony efekt, trzeba więc korzystać z mocniejszych środków wyrazu.

Najlepiej z Apokalipsy rodem. W tym tygodniu na pokazie w Paryżu brytyjski projektant John Galliano zaprezentował tę oto kolekcję mody męskiej na sezon jesienno-zimowy 2008:

To drugie zdjęcie niewątpliwie przypomina inne, opublikowane wcześniej przy zdecydowanie mniej radosnej okazji (Guantanamo? Abu Ghraib?) No cóż, jesli projektanci mody wykorzystują swoje pokazowe kolekcje do bardziej lub mniej dyskretnego komentowania wojen i polityki jest to niewątpliwie znak, że koniec świata jest już bliski, niezależnie od tego, czy autorem pomysłu jest Galliano czy też United Colors of Benetton.

Pozostaje tylko czekać, aż kolekcja pojawi się na ulicach Paryża i Nowego Jorku, bowiem nic tak nie poprawia kobiecie apetytu przed śniadaniem, jak przystojniak w majtkach i siekierą w plecach, ewentualnie z pętlą na szyi (rogi u mężczyzny są natomiast zdecydowanie mniej intrygujące…). Szkoda, że nasz nadwiślanski klimat ogranicza tego rodzaju kreatywność, a dodanie kalesonów do tego stroju niestety popsuje efekt.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

9-minutowy filmik sprzed kilku lat, w którym Tom Cruise pod niebiosa wysławia zalety scjentologii, raz pojawia się na YouTube, Google Video i w kilku innych tego typu serwisach, a raz znika. Okazuje się, że wyznawcy scjentologii bardzo nie lubią jak się z nich stroi żarty – a niezmiennie taki właśnie obrót przybierają komentarze na temat filmiku – tak więc różne internetowe wersje szybko znikają z serwerów. Są usuwane na życzenie Kościoła Scjentologicznego (albo jak twierdzą niektórzy – sekty), który posiada prawa autorskie do tego dziela.

Póki co, filmik można obejrzeć na stronie Gawkera, choć niewiadomo jak długo jeszcze:
http://gawker.com/5002269/the-cruise-indoctrination-video-scientology-tried-to-suppress Trzeba go obejrzeć, bo okazuje się, że nie tylko zwykli zjadacze chleba pozwalają zrobić sobie wodę z mózgu, ale zdarza się to także możnym tego świata.


Akurat zbiegło się to w czasie z publikacją w Stanach nieautoryzowanej biografii aktora autorstwa Andrew Mortona („Tom Cruise: An Unauthorized Biography”). W książce pojawiaję się między innymi stwierdzenia takie jak to, że Tom i jego żona Katie sypiali w różnych skrzydłach wielkiego domu Cruise’a przez cały okres ciąży Katie oraz że ich córeczka Suri tak naprawdę nie jest dzieckiem Toma, lecz poczęta została przy pomocy <i>in vitro</i> z użyciem zamrożonej spermy Rona Hubbarda, który jest założycielem i „ojcem duchowym” scjentologii…

A książka Mortona, która dzisiaj pojawiła się na rynku, jest już na 5. miejscu listy bestsellerów księgarni Amazon.com. Czyżby zanosiło się na kolejny proces o zniesławienie?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Święto Dziękczynienia czyli Thanksgiving jest moim ulubionym amerykańskim świętem, między innymi dlatego, że nie muszę go porównywać z niczym, co pamiętam z Polski. Cierpię bowiem na dość powszechną emigracyjną przypadłość, która sprawia, że większość obchodzonych tutaj w Stanach świąt jakoś mi tak blado wypada w porównaniu z polską wersją. Wielkanoc? Przechodzi prawie niezauważona, bo to tylko jeden dzień – niedziela jak każda inna. Boże Narodzenie? W Stanach to po prostu politycznie poprawny Holiday Season. W tym kraju niektóre wrażliwe gardła nie są w stanie wydusić z siebie Merry Christmas, aby nie zrobić afrontu tym, którzy akurat obchodzą Hanukkah i Kwanzaa.

A Thanksgiving to takie właśnie refleksyjne i nie narzucające żadnej politycznej poprawności święto, kiedy to można się spokojnie objadać indykiem, opychać słodkimi ziemniakami i popijając wino wybranego koloru zastanawiać się, czy w naszym życiu jest cokolwiek, za co tak naprawdę powinniśmy być losowi wdzięczni. I z żadną ojczyzną, „synczyzną” czy czymkolwiek polskim się w ogóle nie kojarzy, co akurat w tym kontekście uważam za rzecz pozytywną.

thanks.jpg

Jeśli chodzi o indyka, już jakiś czas temu zarzuciłam zwyczaj pieczenia całego ptaszyska, bo przy dwuosobowym gospodarstwie domowym oznacza to wielkie marnotrawstwo (nawet jeśli ma się gości), nie mówiąc już o godzinach zmarnotrawionych w kuchni. Potem człowiek pakuje resztki takiego nieboszczyka na zamrażalnik i przypomina sobie o nich dopiero w okolicach Wielkanocy, przy okazji wiosennych porządków i sprzątania lodówki. Ostatni raz całego indyka piekliśmy cztery lata temu – zrobiła go moja mama podczas swojej pierwszej i jak do tej pory jedynej wizyty w Stanach. Indyk mamy był przepyszny i jest to jeden z dwóch powodów, dla których Święto Dziękczynienia anno domni 2003 pamiętam lepiej niż wszystkie pozostałe.

W tym roku będzie pierś indyka na słodko z farszem jabłkowo-żurawinowym, pierś indyka w sosie czosnkowym (poprawka – tej nie było, bo nie chciało mi się gotować), ziemniaki pieczone z tymiankiem, sos grzybowy (z polskich prawdziwków!) i parę innych dań, jako że przy stole będą też wegetarianie. O ile czas mi pozwoli, postaram się co nieco sfotografować zanim zostanie pożarte przez domowników i gości.

Zbliża się czwarta, więc pędzę do kuchni. Dla tych, którzy dzisiaj świętują – Happy Thanksgiving!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Sprawa fotografii faceta z jabłkiem w odbycie przypomina mi się przy okazji każdej kolejnej dyskusji na temat wolności słowa w Internecie. Dobrych parę lat temu pracowałam w pewnej liczącej się i oczywiście notowanej na NASDAQ-u nowojorskiej agencji reklamowej, która miała wielu klientów z listy Fortune 500, jednym słowem – wśród najbogatszych firm w USA. Jednym z takich klientów była firma X, która – powiem oględnie, aby nie naruszyć tajemnicy zawodowej, za co ktoś nadgorliwy i złośliwy mógłby mnie podać do sądu – zajmowała się wyrobem produktów spożywczych przeznaczonych głównie dla dzieci.

Otóż właśnie na życzenie firmy X zaprojektowaliśmy i zbudowaliśmy zupełnie niesamowity jak na owe czasy website, w którym było wszystko, co wtedy uznawano tutaj za cutting-edge, czyli fantastyczną grafikę, multimedia, interaktywne gry w technologii Flash oraz forum dyskusyjne, na którym dzieciaki – pod czujnym okiem rodziców oczywiście, bo zasady COPPA (Children’s Online Privacy Protection Act) zdaje się już wtedy obowiązywały – mogły sobie gawędzić o szkole, grach komputerowych i ulubionym żarciu, produkowanym przez firmę X, jak łatwo się domyślić. Rok był to 1999 albo 2000 czyli jeszcze zanim cała internetowa gorączka zlota i NASDAQ z wielkim hukiem spadły na głowy naiwnych i żądnych zysku inwestorów giełdowych.

Projekt zaplanowano i zrealizowano z perfekcyjną precyzją i wszystko szło świetnie do momentu, kiedy okazało się, że zbudowane z myślą o dzieciakach w wieku od 10 do 13 lat forum dyskusyjne w dość krótkim czasie opanowane zostało przez osobników mocno podejrzanych, żeby nie powiedzieć – przez typy spod ciemnej gwiazdy. Jako że był to jeszcze okres stosunkowo wczesnego Internetu, ani zleceniodawcy, ani naszej agencji niestety nie przyszło do głowy, aby wyznaczyć osobę odpowiedzialną za funkcjonowanie tego forum i czuwanie nad jego zawartością oraz nad tym, kto i w jakim celu zamieszcza tam posty.

Ponieważ wszystko puszczono na żywioł, bez ograniczen honorując piękną zasadę wolności słowa, pewnego poniedziałkowego ranka na naszym profesjonalnie zaprojektowanym i precyzyjnie zaprogramowanym forum dyskusyjnym znaleźliśmy TO. Opublikowane w weekend zdjęcie faceta z jabłkiem w dupie…

Proszę mnie nie pytać, kto, jak, po co i dlaczego, ani tym bardziej, jak jest to w ogóle wykonalne, że akurat jabłko etc.  Odpowiedź jest tylko jedna – facet opublikował to zdjęcie na tym forum dlatego, że MOGŁ i nikt mu w tym nie przeszkodził. Nigdy nie byłam zwolenniczką cenzury, ani w Internecie, ani w żadnym innym medium, jednakże to, co wtedy zobaczyłam, błyskawicznie pozbawiło mnie mojej internetowej niewinności i przekonało, że wszystko musi mieć granice. Wolność wypowiedzi też. Nie muszę chyba dodawać, że nasze pięknie zaprojektowane forum dla dzieci zamknęło swoje podwoje zanim agencji lub firmie-zleceniodawcy wytoczono proces sądowy.

Jeśli chodzi o wolność słowa, nie ma chyba bardziej liberalnego kraju niż Stany Zjednoczone. Wolność słowa, prasy i mediów – to tutaj rzecz święta i można sobie wieszać psy na prezydencie czy wice-prezydencie bez obawy, że ktoś wytoczy nam proces o zniesławienie (że może to uderzyć po kieszeni, bo klienci wycofają reklamy – to już inna bajka). Ale i w Stanach są granice, których nie wolno przekroczyć, a przekonał się o tym każdy, kto spróbował namalować  sąsiadowi na płocie swastykę albo powiesić  na klamce wypleciony ze sznurka stryczek, o ile oczywiście dał się przyłapać na gorącym uczynku.

Do dzisiaj ciarki lecą mi po skórze na myśl o dzieciakach, które przez nasze niedbalstwo i naiwność oglądały to nieszczęsne zdjęcie.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Choć nikt się do tego otwarcie nie przyzna, jest coś fascynującego w zaglądaniu bliźnim do portfela, zarówno wtedy, kiedy chodzi o sąsiadów z osiedla, jak i wtedy kiedy portfel należy do możnych tego świata. Przy okazji procesu Britney Spears i jej byłego męża o opiekę nad dziećmi i alimenty wyszło na jaw, ile gwiazda zarabia i na co wydaje pieniądze. Oto małe zestawienie, które podaję za Washington Post, a którego źródłem są dokumenty sądowe.

  • Miesięczne dochody: 737 000 dolarów (wtedy, kiedy gwiazda nic nie nagrywała ani nie występowała, na pewno wzrosną dzięki wydaniu ostatniego albumu)
  • Spłata pożyczki za dwa domy: 49 267 dol.
  • Ubrania: 16 000 dol.
  • Rozrywka, wakacje, prezenty: 102 000
  • Restauracje: 4 758
  • Donacje dla organizacji charytatywnych: 500
  • Alimenty na dzieci: 15 000
  • Alimenty na męża: 20 000

Do następnego razu!
Agnieszka

  

Read Full Post »

Tyle mniej więcej udało mi się zapamiętać z wykładów profesora G. na temat metalingwistyki w instytucie na Browarnej. Wykłady nieszczęśliwie odbywały się o godzinie ósmej rano, a z dojazdem z Grochowa na Powiśle jak wiadomo bywa różnie, więc przy robieniu notatek należało koncentrować się na rzeczach istotnych. Jak na przykład wiedzy, którą można by w życiu do czegoś konkretnego wykorzystać (zacytowania w blogu?), w odróżnienu od znajomości gramatyki generatywnej Chomsky’ego.

Powyższe powiedzenie da się sparafrazować w odniesieniu do blogowania – blog albo jest uaktualniany codziennie, albo jest bez sensu, tak jak mój od co najmniej miesiąca.  Może faktycznie zamiast „Salonu” powinien być „kwartalnik” albo „nieregularnik”? Ponieważ nie jestem w stanie obiecać, że ograniczę się wtedy do pisania nieregularnego, pozostanę jednak przy Salonie. No cóż, la donna è mobile.

Tłumaczyć się z niepisania nie będę, bo jak wiadomo blog – blogiem, a życie – życiem. Powiem tylko tyle, że w moim przypadku liczba pisanych tekstów jest odwrotnie proporcjonalna do liczby przeczytanych książek. Lista lektur z ostatnich tygodni wygląda następujaco:

  • Eat, Pray, Love: One Woman’s Search for Everything Across Italy, India and Indonesia (Elizabeth Gilbert) – babska lektura, polecam wszystkim paniom od lat 13 do 103.
  • Mother Teresa: Come Be My Light (listy Matki Teresy) – polecam wszystkim, bez względu na płeć i wyznanie.
  • This Year You Write Your Novel (Walter Mosley) – polecam wszystkim, którzy chcą coś napisać na jakikolwiek temat, a nie bardzo wiedzą, jak się do tego zabrać.

W drodze z Amazona jest też Bridge of Sighs Richarda Russo. Mam nadzieję, że będzie to równie dobre jak nagrodzona Pulitzerem powieść  Empire Falls. A do tego parę dni temu sprawiłam sobie Canona G9. Co z tego wyniknie, okaże się niedługo i nie omieszkam poinformować o efektach.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wiele się ostatnio u nas dzieje. Gawiedź żyje głównie plotami, więc zdjęcia i karykatury Britney Spears to istna kopalnia złota dla wszystkich plotkarskich czasopism i ploto-portali w rodzaju TMZ.com czy Daily Mail. Nie dość, że jej były małżonek Kevine Federline do tego stopnia zapałał ojcowską miłością do swoich pociech, że wytoczył byłej żonie proces o wyłączne prawa rodzicielskie (w razie czego, będzie miał z czego skubnąć na alimenty, bo jak ostatnio ujawniono, dochody Britney oscylują w przedziale 700-800 tys. dolarów miesięcznie, nawet kiedy nie koncertuje i nie nagrywa), to gwiazda popełniła ostatnio kilka ciężkich grzechów przeciwko zasadom dobrego gustu, ubierając się na przyklad tak:

Niestety, błędów w rodzaju niechlujnego stroju w Ameryce się łatwo nie wybacza i owocują one potem takimi oto karykaturami „przed” i „po”,  jak ta poniżej z Gallery of the Absurd:

Mam wrażenie, że im wyżej się w Ameryce zajdzie, tym łatwiej z tych wyżyn spaść na pysk prosto w paszczę hien, i Britney jest tego dobitnym, ale nie pierwszym i zapewne też nie ostatnim przykładem. Wielu gwiazdom czy gwiazdeczkom zdarza się zostać przyłapanym na mniejszych czy większych faux-pas, ale dawno nie widziałam takiej gorliwości w śledzeniu każdego ruchu gwiazdy, takiego obsesyjnego wręcz fotografowania pośladków czy podwianej przez wiatr spódnicy. Biedna bogata Britney nie może wyjść do sklepu ani do restauracji bez ciągnięcia za sobą ogona w postaci kilkudziesięciu żądnych sensacji paparazzi z przygotowanymi do akcji teleobiektywami.

Z innych wiadomości – bardzo pro-rodzinny i bardzo antygejowski republikański senator Larry Craig został ostatnio przyłapany na próbie poderwania faceta w publicznej toalecie na lotnisku. Niestety, podrywany facet okazał się policjantem w przebraniu, który w owej toalecie zajmował się tropieniem objawów nieprzyzwoitego zachowania, moralnej zgnilizny i innych wrzodów na zdrowym ciele narodu amerykańskiego.

Karierze senatora nie wróży to najlepiej, i zastanowić się tylko należy, dlaczego tego typu wpadki najczęściej przytrafiają się wzorowym ojcom rodzin i zagorzałym stróżom moralności. No cóż – dura sex, sed sex!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Czyja niewidzialna ręka wieczorową porą grzebie w Wikipedii i edytuje wpisy? Okazuje się, że takich niewidzialnych rąk jest wiele, łącznie z CIA, partiami politycznymi i korporacjami w rodzaju Wal-Mart czy Exxon. Dzięki programowi opracowanemu przez pewnego studenta można porównać ponad pięć milionów zmian wniesionych do Wikipedii w ciągu ostatnich pięciu lat z publicznie dostępną bazą adresów IP. WikiScanner Virgila Griffitha jest dostępny w Internecie pod adresem wikiscanner.virgil.gr

Tutaj garść pikantnych poprawek do Wikipedii różnego autorstwa wyłapanych przez pismo Wired:

  • ACLU uzupełnia biografię papieża Benedykta XVI o informację, że do funkcji papieża należy „molestowanie młodych chłopców i poniżanie kobiet„.
  • Exxon uważa, że wyciek ropy z tankowca Exxon Valdez miał minimalny wpływ na środowisko naturalne i wręcz przyczynił się do zwiększonych połowów łososia. Czyli – żadnej katastrofy ekologicznej nie było, a rybka lubi pływać. Najchętniej w ropie z tankowca.
  • Informacja, że średnie stawki dla pracowników sieci Wal-Mart są o 20% niższe niż stawki w innych sieciach handlowych, została zastąpiona wpisem, że przeciętne płace w WalMart są dwa razy wyższe od płacy minimalnej.  Jak wiadomo, the glass can be half-empty or half-full, a punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Autor poprawki – Wal-Mart.
  • Ambasada izraelska w Waszyngtonie dyskretnie usuwa z artykułu o wojnie w Libanie w 2006r.  wzmiankę o Palestyńczykach, którzy zginęli w strefie Gazy w wyniku ataku artylerii izraelskiej.
  • Korporacja Subway uzupełnia artykuł na swój temat o informację, że oferowane w menu kanapki są pyszne…  Pańskie oko konia tuczy, a nie zupa czy kanapka.

Trudno ocenić, jak długo te i inne „rewelacje” utrzymały się w Wikipedii, ale powinien to wziąć pod uwagę każdy uczeń (i nie daj Boże dziennikarz), który Wikipedię uznaje za wiarygodne zródło wiedzy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dzisiaj dalszy ciąg notatek z urlopu w Polsce (choć niekoniecznie na temat tytułowej Łodzi), a w nim parę słów o tym, czego w Polsce nie ma, czego jest pod dostatkiem oraz jakie głupie amerykańskie zwyczaje z powodzeniem przyjęły się na nadwiślańskim gruncie.

Wybrzeże
Zdecydowanie nie ma w Polsce gwarancji na letnią pogodę. O ile w Nowym Jorku lipiec i sierpień są pod tym względem całkowicie przewidywalne i jedyna niewiadoma to liczba dni, kiedy bez włączonego klimatyzatora absolutnie nie da się przespać nocy, to pogoda nad Bałtykiem bywa w lipcu kapryśna i nieprzewidywalna.

Pół biedy, jeśli człowiek jedzie na dwa tygodnie co najmniej – wtedy zawsze jest szansa, że złapie chociaż kilka dni słońca. Gorzej z krótkimi wyjazdami, bo co tu robić w Helu na Helu jeśli od rana do wieczora leje bez opamiętania? A na Hel mamy przeznaczone tylko trzy dni? Pozostaje któryś z barów przy głównej ulicy, gdzie można sobie taką barową pogodę przesiedzieć w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Pecunia non olet
Pytanie: gdzie w Polsce 1 euro jest warte tyle samo co 1 PLN? Odpowiedź: w toaletach publicznych we wszystkich większych miastach. Polskie babcie klozetowe wprowadziły interesujący przelicznik za swoje usługi – jeden złoty (w porywach do złoty pięćdziesiąt) = jedno euro. Jak zagraniczny turysta nie ma polskich drobnych, zawsze może zapłacić za tę usługę w euro.

Sprawa płatnych toalet w Polsce fascynuje mnie od pewnego czasu i nie wiem czy bardziej to smutne czy śmieszne. Na najmarniejszym dworcu autobusowym w Pcimiu Dolnym nadal trzeba płacić za toaletę. Co ciekawe, wiele toalet jest tak przemyślnie skonstruowanych, że babcia klozetowa (oraz częściej dziadek klozetowy) ma swoje „biuro” w środku między toaletą damską a męską, tak że nawet mysz się nie prześlizgnie nie zauważona.

Babć klozetowych i płatnych toalet jest w Polsce na pewno pod dostatkiem. A szczytem oszczędności wykazuje się pewna renomowana restauracja w Warszawie, która opłaty za korzystanie z toalety pobiera także od własnych klientów, kórzy wcześniej zjedli tam obiad za nie najmniejsze wcale pieniądze.

Amerykańska moda na przesiadywanie w shopping mall
Nowe centra handlowe rosną jak grzyby po deszczu (Złote Tarasy w Warszawie, Manufaktura w Łodzi etc.) – to dobrze. Młodzi ludzie przesiadują w nich od rana do wieczora – to już gorzej. Nigdy nie mogłam zrozumieć mentalności Amerykanów, traktujących swoje shopping mall jako miejsca spędzania wolnego czasu i wymieniających zakupy jako jedno ze swoich hobby. W wolny dzień idzie się tam z samego rana, pochodzi trochę po sklepach, kupi coś albo i nie, potem posiedzi trochę na ławce, a godziny mijają jedna za drugą. Ponieważ na miejscu są też różnego rodzaju niedrogie restauracje, można w ten sposób spędzić cały dzień.

Teraz widzę, że ta moda trafiła także do Polski. Grupy młodzieży błąkają się po tych shopping malls bez większego celu, zaś wielu młodzieńców wzorem swoich amerykańskich kolegów dumnie prezentuje spodnie z krokiem na wysokości kolan.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »