Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Emigracja’ Category

Polska w zimie

Tak w zasadzie to jest tylko maly sprawdzian jak dziala blogowanie zdjec z Flickr do WordPress. W czasie ostatniego pobytu w Polsce (listopad) trafilam na pierwszy snieg i oczywiscie napstrykalam troche zdjec, mniej lub bardziej przewidywalnych. To w zalaczeniu to jest wlasnie jedno z nich (trudno mi bylo sie oprzec pelargoniom pod sniegiem!)

Sprawdzian wypadl OK – nie ma problemu z przesylaniem komentarzy i zdjec z Flickr do bloga, trzeba tylko wczesniej skonfigurowac swoje konto we Flickr. Zreszta zawsze mozna wszystko poprawic bezposrednio w edytorze bloga.

Do nastepnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Jestem człowiekiem roku

Opiniotwórczy amerykański tygodnik „Time” ogłosił wczoraj, że zostałam „Człowiekiem roku 2006”. OK – przesadziłam,  tytuł na okładce brzmi dokładnie „Człowiekiem roku 2006 jesteś Ty”. Ale skoro TY, to przeciez również JA, bo niby czemu nie? TY to przecież każdy użytkownik Internetu, który przyczynił się do rozwoju sieciowych treści, innymi słowy –  każdy blogger, każdy użytkownik „MySpace” i każdy amator-fotograf publikujący swoje zdjęcia na Flickr.com.

Nie wątpię, że zasłużyłam sobie na tytuł Człowieka Roku, bo:

  1. Mam własny blog a.k.a. Salon nowojorski.
  2. Publikuję zdjęcia na Flickr (co prawda dopiero od paru dni i mało kto je ogląda, ale nie od razu Kraków zbudowano…)
  3. W dużej mierze przyczyniłam się do zrównania z ziemią i odbudowania od zera serwisu Polonia.net, dzięki czemu liczba odwiedzin od września do grudnia zwiększyła się nam o jakieś 40%.

A teraz poważnie: w komentarzu uzasadnianiającym tegoroczny raczej nietypowy wybór „Człowieka roku” dziennikarz „Time’a” Lev Grossman napisał m.in.:

Za przejęcie sterów globalnych mediów, za ustanowienie i kształtowanie nowej, cyfrowej demokracji; za pracę za darmo i ogranie profesjonalistów w ich własnej grze – Ty zostajesz ‚Człowiekiem roku 2006’ „Time”.

Praca za darmo wreszcie doceniona. O tak, to zdecydowanie rozumiem. Jednym słowem – gratulacje dla kolegów i koleżanek po blogu, wszystkich szanownych użytkowników Internetu i oczywiście dla mnie:)

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Polsce po amerykańsku

Działające w Polsce firmy amerykańskie domagają sie zmiany przepisów o zatrudnieniu tak, aby na dłużej mogły zatrudniać pracowników tymczasowych oraz aby mogły szybciej się ich pozbywać – pisze „Gazeta Wyborcza” cytując „ŻW” .

Amerykańskie koncerny, które prowadzą swoje interesy w Polsce, domagają się dalszej liberalizacji przepisów o zatrudnieniu. Chcą m.in. dłużej zatrudniać na czas określony i szybciej pozbywać się pracowników w ciągu trzech dni, jeśli umowa jest krótsza niż na pół roku – podkreśla „ŻW”.
zródło

W Stanach można pracownika zwolnić nawet w ciągu jednej godziny i w wielu firmach jest to praktykowane. Pracownik może przyjść rano do pracy, po południu natomiast może dowiedzieć się, że już w firmie nie pracuje. Dostaje się wtedy mało gustowne kartonowe pudełko na spakowanie biurowego dobytku, po czym w ciągu kilkudziesięciu minut opuszcza się siedzibę firmy (w towarzystwie ochrony lub bez). W czasach amerykańskiego boomu dot-com, kiedy pojawiające się jak grzyby po deszczu firmy internetowe najpierw na potęgę przyjmowały ludzi do pracy, a potem masowo ich zwalniały, byłam świadkiem wielu tego rodzaju scen.

Inaczej wygląda to jedynie tam, gdzie działają związki zawodowe, oraz w dużych firmach, które dobrowolnie wprowadziły coś w rodzaju Employee Handbook i  zobowiązały sie do przestrzegania z góry określonych zasad zwalniania pracowników, przyznawania odpraw itd.  Jednakże w większości firm amerykańskich obowiązuje zasada employment at will, według której pracodawca ma prawo zwolnić pracownika z dnia na dzień, bez wcześniejszego wypowiedzenia, że o luksusach typu odprawa nie wspomnę.

Europejczykom, którzy przyjeżdżają do Stanów, czasem trudno jest zrozumieć zasady, na jakich funkcjonuje amerykańska gospodarka. Warto jednak pamiętać, że Stany mają zaledwie 5-procentowe bezrobocie, czyli na poziomie dużo niższym niż Europa.

Mam natomiast pewne wątpliwości co do tego, jak ta proponowana liberalizacja przepisów o zatrudnieniu zadziała w Polsce (o ile wejdzie w życie), gdzie nie ma mobilności pracy i gdzie taki zwolniony z dnia na dzień pracownik ma pewnie większe szanse na zasilenie szeregów bezrobotnych niż na znalezienie sensownej oferty.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Szaleństwo świąteczne zaczęło się w NY zaraz po Thanksgiving Day (czyli po święcie Dziękczynienia) i potrwa do samego Nowego Roku. Na Nowy Jork zstąpiły dzikie tłumy turystów – z Europy, Azji jak i z serca samej Ameryki. Każdy z nich – z przyczyn, które dla nowojorczyków są raczej trudne do zrozumienia – pała żądzą zrobienia zakupów na Piątej Alei (Saks Fifth Avenue, anyone?) oraz sfotografowania się przed największą choinką świata przy Rockefeller Center.

Tłumy rano:

… tak samo, jak wieczorem:

Efekt jest taki, że kto jako tako zna miasto i może sobie na ten luksus pozwolić, okolice Rockefeller Center omija z daleka, bo korki i tłumy tam są niemożliwe, od świtu do zmierzchu. A najlepsze zakupy ciuchowe robi się przecież nie w Saks Fifth Avenue (drogo albo bardzo drogo, chyba że jest się japońskim turystą), tylko w Century 21 na Dolnym Manhattanie, buty najlepiej kupować w DSW, a choinka była, jest i będzie.

Z pobudek czysto masochistycznych (albo po prostu w poszukiwaniu tematu) poszłam tam parę dni temu i mogę tylko potwierdzić, że zdecydowanie nie jest to miejsce dla agorafobów albo ludzi, którzy lubią zachowywać wokół własnej osoby przestrzeń prywatną o promieniu większym niż 5 cm.

Ale – uwaga – w ostatni piątek na stacji metra Rockefeller Center, udało mi się zrobić to zdjęcie:

Niby nic wielkiego, ale o dziesiątej rano było tam pusto… W zwykłe dni między siódmą a dziewiątą rano przewijają się przez tę stację tysiące nowojorczyków, którzy pracują w Midtown Manhattan. Dziesiąta rano – to dla nich za pózno, a dla turystów –  chyba za wcześnie – może więc przypadkiem zahaczyłam o nowojorską dziurę w czasie?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Krótka przerwa

Przez najbliższe kilka dwa tygodnie nie będę pisać w blogu, bo wyjeżdżam. Po powrocie opowiem, co mnie spotkało w miejscu, do którego jadę. A opowiadać na pewno będzie o czym, bo jest to bardzo interesujący zakątek świata;)

Tak więc zamykam Salon i do następnego razu!

Agnieszka

Read Full Post »

Tytuł powyższy wcale nie jest pomyłką, bo nie będę tutaj udzielać porad, jak skutecznie starać się o pracę w Stanach, czy gdzie indziej. A wręcz przeciwnie – to jest poradnik, jak o pracę starać się nie należy.

Po pierwsze, drugie i ostatnie, na pewno nie należy tego robić tak, jak niejaki A.V., imigrant z Uzbekistanu, a obecnie student Yale i ogólnie rzecz biorąc człowiek raczej bystry. Otóż młodzieniec ten wpadł na z pozoru niezły pomysł, aby swoje CV wzbogacić o materiał wizualny w postaci 6-minutowego filmiku wideo, który dołączył do podania o pracę wysłanego do UBS Investment Bank.

Filmik ten, nakręcony na pewno bardziej profesjonalnie i mniej drżącą ręką niż np. „Blair Witch Project”, przedstawia naszego bohatera w różnych nader budujących sytuacjach. Widzimy go, jak na siłowni wyciska po 100 kg w każdej ręce,  jak jedną ręką rozbija stos cegieł  i jak na sali balowej wywija piruety z dość skąpo odzianą panną. Wszystko to przeplatane umoralniającymi historyjkami w stylu „nie ma rzeczy niemożliwych”, płynącymi z ust samego bohatera (filmik utrzymany jest w konwencji filmowej rozmowy kwalifikacyjnej).

Cel tego projektu? Zachęcenie potencjalnego pracodawcy do zaoferowania A.V. dobrze płatnej posady w banku UBS. W jaki sposób to filmowe resume trafiło do YouTube, na razie pozostaje tajemnicą – póki co, wszystko wskazuje na to, że dział kadr UBS dyskrecją nie grzeszy i że któryś z jego pracownikow puścił ten materiał w eter. Natomiast faktem jest, że w YouTube filmik obejrzało kilkaset tysięcy ludzi.

I biedny A.V. nie tylko nadal jest bez pracy, ale stał się pośmiewiskiem najpierw całego Wall Street (gdzie podobno filmik wędrował z jednej skrzynki emailowej do następnej), a teraz chyba nawet i całych Stanów.  Nie pozostawiono na nim suchej nitki, każdy fakt został sto razy sprawdzony. Ktoś doszukał się, że organizacja charytatywna wymieniona w filmiku, jest fikcją, ktoś inny wygrzebał, że firma konsultingowa, którą A.V. wymieniał jako jedno ze swoich osiągnięć, też istnieje tylko na papierze. Nawet New York Times, MSNBC i New York Post napisały o tej historii.

 CV było niewątpliwie mocno przesadzone, bo chwalić się też trzeba z umiarem. Ale mnie interesuje inny aspekt tej sprawy – w dzisiejszych czasach wszystko, co przesyłane jest przez email, w każdej chwili może stać się własnością publiczną. Ktoś kiedyś powiedział, że przez email nie należy przesyłać niczego, co nie powinno trafić na pierwszą stronę New York Times’a.  I wygląda na to, że miał rację.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Polsce od pewnego już czasu trwa moda na krytykowanie wszystkiego, co amerykańskie. Co i rusz czytam teksty w polskiej prasie (że nie wspomnę o blogach) o amerykańskich grubasach, amerykańskiej arogancji, ignorancji,  braku dobrych manier i szerzeniu kultury spod znaku hamburgera, na którą w elitarnej Europie nie powinno być miejsca (przykład: Amerykanie ośmielili się wybudować Disneyland pod Paryżem. Pod  PARYZEM!)

W Ameryce nie ma powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych, wakacji dostaje się średnio dwa tygodnie w roku, a Polacy z wykształceniem wyższym, którzy trafili tutaj przez przypadek czy też z wyboru, często zaczynają od zamiatania podłóg, albo mieszania wapna na budowie. Oprócz tego znamy opinię Redlińskiego o „szczuropolakach” i oglądaliśmy film „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Na nowojorskich ulicach kolorowe śmieci fruwają często i bez zahamowań i daj nam Boże, aby latem nie strajkowały służby miejskie (kto kiedyś doświadczył zapachu nie wywiezionych śmieci w nowojorski lipcowy poranek, kiedy temperatura wynosi +38, a wilgotność powietrza 100%, wie dobrze, o czym mówię).

Wiele z rzeczy wymienionych powyżej to fakty, z którymi trudno polemizować. Europejczyk, który przyjeżdża do Nowego Jorku z płynną znajomością czterech języków, ale bez pozwolenia na pracę, szybko przekonuje się, że akurat z tych umiejętności nie zrobi użytku w tym mieście. Tu bez problemu można znalezć „native speakers” każdego języka na kuli ziemskiej, zwłaszcza w dzielnicy Queens. W tym momencie chowa się dumę do kieszeni i zaczyna wszystko od zera.

Ale to właśnie tutaj, w Stanach, takie rozpoczęcie od zera jest absolutnie wykonalne. To właśnie tutaj, o wiele częściej niż w Polsce czy jakimkolwiek innym kraju Europy zdarzają się jeszcze historie w stylu „od pucybuta do milionera”.

Układy czy znajomości pomagają wszędzie. Ale w Stanach ich brak nie przekreśla szansy na znalezienie satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, nawet jeśli przychodzi się znikąd – bezrobocie oscyluje tutaj na poziomie duzo niższym niz w Europie, bo w okolicach 5%. Tutaj nikogo nie dziwi, że ludzie w średnim wieku rozpoczynają od nowa, zmieniają zawód, miejsce zamieszkania, uczą się języków.  A poza tym w Polsce wiek średni zaczyna się gdzieś koło trzydziestki (kto nie wierzy, niech poczyta ogłoszenia o pracę), tu – o jakieś dwadzieścia lat później. W letnie niedzielne poranki można spotkac w Central Park zdrowych pięćdziesięciolatków zasuwających na rolkach. I nikt nie puka się w czoło.

Myślę, że przeciętnemu Europejczykowi, który w Stanach spędził najwyżej 2-tygodniowe wakacje, trudno zrozumieć ten kraj, stąd też skłonność do przesadnego upraszczania obrazu Ameryki (a że obecna polityka zagraniczna USA też raczej nie pomaga, to już temat na kolejny odcinek). Trzeba po prostu przyjąć  do wiadomosci, że pewne rzeczy wyglądają tutaj zupełnie inaczej niż w Europie czy Kanadzie. Im szybciej człowiek przestanie szukać tutaj małej europejskiej wygody z zabezpieczeniami socjalnymi itp., tym szybciej przejdzie do działania. A po to się tutaj przyjeżdża.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Błogosławiony niech będzie Internet, w którym nie tylko „śpiewać każdy może”, ale każdy  może też na tym lepszym lub gorszym śpiewaniu zarobić parę groszy, o ile oczywiście w miarę sprawnie posługuje się językiem angielskim.

Najnowszy amerykański pomysł na robienie kasy w Internecie to serwis www.PayPerPost.com, którego autorzy – wstępnie zabezpieczywszy sobie kilka milionów finansowania venture capital – sprzedają usługę polegającą na tym, że reklamodawcy mogą sobie kupować pseudo-bezstronne wpisy w blogach.

Innymi słowy, firma Nike lub Adidas może zaproponować honorarium w wysokości 5  dolarów (suma do ustalenia) za każdy wpis w blogu, w którym autor pozytywnie wyrazi się o butach sportowych jej produkcji. Czyli ja (oczywiście gdybym była o te 10 cm wyższa), mogłabym zamieścić w blogu swoje zdjęcie, na którym wbijajam piłkę do kosza  w butach Nike na nogach. I w komentarzu mogłabym od niechcenia wspomnieć, że buty sportowe Nike są najwygodniejsze na świecie i że po jednym założeniu zniknął mi nawet odcisk na małym palcu u lewej nogi.  I za te usługę skasowałabym odpowiednie honorarium.

Następnego zaś dnia mogłabym – równie bezstronnie i od niechcenia – wspomnieć, że po wczorajszym intensywnym treningu koszykówki jedyną rzeczą, która może mnie postawić na nogi, jest kawa Starbucks, najlepiej marki Cafe Verona. I za tę jakże bezstronną i niewinną wzmiankę skasowałabym kolejne honorarium.

Czy jest w tym coś złego? Dlaczego się czepiam? Otoż czepiam się dlatego, że gdzieś tam drobnym drukiem firma PayPerPost.com informuje, że nikt nie ma obowiązku zaznaczać, że jego tekst w blogu jest płatnym tekstem reklamowym. Czyli mamy tutaj do czynienia z takim małym internetowym „Truman Show”, w którym jedni wierzą, że czytają obiektywne opinie na jakiś temat, inni natomiast bez mrugnięcia okiem biorą kasę za wyrażanie takich „bezstronnych” opinii. Ale kto wie, może rzeczywiście wszystko jest już na sprzedaż?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przeprowadziłam właśnie przez Internet ciekawą konwersację z działem obsługi klienta pewnego sklepu w USA. I od razu zaznaczam – panowie, których nie interesuje kupowanie ciuchów przez Internet – proszę nie czytać. Poważnie. Bo nic tu nie będzie ani na temat Leppera, ani o kaczyzmie, ani o plakatach, ani o żadnym pro- lub anty- ‚izmie’.

A teraz do rzeczy. Otóż jakieś dwa miesiące temu wypatrzyłam na pewnej stronie  super kieckę – fajny fason, dobra firma, mój rozmiar, do tego na przecenie. Był jeden problem –  sukienka miała być dostępna dopiero w listopadzie. Co mi tam – pomyślałam i zapłacilam kartą kredytową zaznaczając, że towar ma być wysłany, kiedy będzie dostępny. I o całej sprawie zapomniałam.

No i wczoraj sklep uprzejmie poinformował mnie, że owszem – sukienkę mogą mi wysłać, ale pod warunkiem, że potwierdzę swoje dalsze zainteresowanie tym zakupem. Zamiast wysyłać staroświecki email, postanowiłam korzystać z opcji ‚live help’ czyli ‚pomoc na żywo’ przez Internet.

Z mojego doświadczenia w tym temacie wynikało niezbicie, że będę miała do czynienia z komputerem. Poniżej przedstawiam przebieg rozmowy w tłumaczeniu na polski:

Ja: Chcialam potwierdzic zamowienie XXX.
Komputer: Dzien dobry, witamy w naszym sklepie Agnieszka T.! Widze, ze chce Pani potwierdzic zamowienia nr XXX.
Ja: Tak.
Komputer: Czy moze Pani potwierdzic nazwe ulicy, gdzie zamowienie ma byc dostarczone?Prosze nie podawac pelnego adresu, bo nie zapewniamy poufnosci danych.
Ja: Nie rozumiem, o jakie informacje chodzi?
Komputer: Czy moze Pani potwierdzic nazwe ulicy, gdzie zamowienie ma byc dostarczone?Prosze nie podawac pelnego adresu, bo nie zapewniamy poufnosci danych.
Komputer: Tak – XXX, 6. Aleja, Nowy Jork.
Komputer: Dziekuje. Zamowienie jest na sukienke BCBG, rozmiar taki a taki?
Ja: Tak.
Komputer: Dziekuje. Wystawiam ‚FTC wait on the order’. W czym jeszcze moge pomoc?
Ja: Co to jest ”FTC wait on the order’? Ja po prostu chce dostac sukienke, ktorą zamowialam!
Komputer: Email zostal wyslany ze wzgledu na przepisy zwiazane z kartami kredytowymi. Zaznaczylam w systemie, ‚FTC wait on the order’.
Ja: Ja po prostu chce dostac swoje zamowienie, szanowna Pani Komputer!!!

[cisza]

Komputer: Dla Pani informacji  – za kazdym razem, kiedy kontaktuje sie Pani z nasza firma, ma Pani do czynienia z zywym czlowiekiem! Czy moge jeszcze w czyms pomoc?
Ja: Ja… ja… bardzo Pania przepraszam, myslalam ze mam do czynienia z systemem komputerowym. Dobranoc.

Ki czort? Gada jak komputer, wygląda jak komputer, ale to wcale nie jest komputer. Radzę więc dołożyć wszelkich starań, aby nie ranić uczuć pani, która być może tylko udaje, że jest komputerem.

Do następnego razu.
Agnieszka

Read Full Post »

Amerykański Departament Stanu ogłosił właśnie zasady tegorocznej loterii wizowej (czyli tzw. programu DV-2008), w ktorej 50 tys. szczęśliwców z całego świata wylosuje zielone karty, uprawniające do legalnego pobytu w Stanach. Podobnie jak w zeszłym roku, Polska nie została objęta loterią. A to ze względu na to, że w ostatnich 5 latach obywatelom naszego kraju przyznano w sumie ponad 50 tys. zielonych kart.

Rząd USA tak dba o różnorodność etniczną społeczeństwa amerykańskiego, że nie chce przyjmować zbyt wielu imigrantów z jednego kraju. I tak, jeśli dane państwo przekroczy limit 50 tys. wiz imigracyjnych w ciągu 5 lat, jest automatycznie wykluczane z loterii.

Oczywiście tego typu polityka to miecz obosieczny, bo coraz więcej jest miejsc w Stanach, gdzie po angielsku dogadać się nie sposób. Są chińskie, koreańskie i latynoskie dzielnice, gdzie nikt nie bawi się w tłumaczenie na angielski szyldów sklepów. Sama nie jeden raz robiłam w Nowym Jorku zakupy w miejscach, gdzie ze sprzedawcą porozumiewałam się na migi. I chyba powoli ta ‚różnorodność’ zaczyna Amerykanom wychodzić bokiem.

Do następnego razu!
Agnieszka

http://www.polonia.net/wiadomosci/polonijne.cfm?id=2038

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »