Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2006

Polskie portale internetowe prześcigają się w pomysłach – kto pokaże najbardziej interesujące zdjęcie nieboszczyka, kto wymyśli najbardziej sensacyjny tytuł, kto poda najwięcej pikantnych szczegółów – na przykład, jaki dźwięk wydawały pękające kręgi szyjne. Mówię oczywiście o dokonanej dziś rano w Iraku egzekucji Saddama Husajna.

Wirtualna Polska: Telewizja pokazała Saddama z pętlą na szyi, świadkowie opisują egzekucję, do tego zdjęcie Saddama z pętlą na szyi (a jakże) plus trzy galerie fotograficzne, jedna pod znamiennym tytułem Saddam w cieniu szubienicy. Onet nieco bardziej powściągliwie: Saddam Husajn zostal stracony, ale ta powściągliwość na tytule się kończy, bo zdjęcie Saddama z pętlą na szyi oczywiście jest, do tego towarzyszące fotoreportaże. Ale nikt nie pobije Wyborczej, która na głównej stronie prezentuje zdjęcie Saddama nie przed egzekucją, ale tuż po. Dla zainteresowanych jest także wideo – wolałam nie sprawdzać, co na nim jest.

Wyjaśniam, że nie chodzi mi tutaj o to, czy Saddam powinien zostać stracony czy nie – skoro takie jest prawo w Iraku, tak się stać musiało, niezależnie od tego, jakie zdanie ma na ten temat Unia Europejska. Nie mam też zamiaru komentować, w jaki sposób został przeprowadzony sam proces w okupowanym (albo jak ktoś woli – wyzwolonym) Iraku. Chodzi mi o styl, w jakim utrzymane są komentarze na temat tej egzekucji w mediach –  im więcej krwawych szczegołów, tym lepiej, bo większe szanse na zwiększenie oglądalności. Teraz tylko czekać, aż sfilmowana w całości egzekucja pojawi się na YouTube.

Wszystko to budzi wielki niesmak.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W naszym instytucie na UW wykładał profesor, który nie tylko nie był zwolennikiem sztuki nowoczesnej, ale który wręcz określał dzieła artystów współczesnych mianem „bohomazów”. Profesor mawiał, że prawdziwego artystę poznać można po tym, że umie narysować konia. Anegdotę tę przytoczyła podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce moja przyjaciółka, bo choć sama byłam „nausznym” świadkiem kilku innych złotych myśli profesora G., akurat tej nie pamiętałam.


www.zeszytykomiksowe.org

Ta historia przypomniała mi się podczas ostatniego lotu z Okęcia do Nowego Jorku. Na tę 9-godzinną podróż zaopatrzyłam się w polskie lektury, wśród nich – wyróżnioną nagrodą Nike powieść Doroty Masłowskiej „Paw królowej”. Będąc zamkniętym w tubie żelastwa na wysokości kilku tysięcy metrów człowiek może się zmusić do przeczytania każdej książki, nawet jeśli w trakcie lektury nie daj Boże stwierdzi, że jest beznadziejna. Jaka jest bowiem alternatywa – zamawianie jednego drinka po drugim? Obserwowanie chrapiących sąsiadów? Lektura LOT-owskiego „Kalejdoskopu” sprzed dwóch miesięcy? Niestety, nie należę do szczęśliwców, którzy w samolocie zasypiają snem kamiennym, a budzą się dopiero w miejscu przeznaczenia.

W tym momencie pragnę zaznaczyć, że twórczość Masłowskiej nie jest mi obca, bo wcześniej przeczytałam „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” i wiedziałam z grubsza, w co się pakuję, zabierając ze sobą „Pawia” na lot transatlantycki. Lektura rozpoczęła się obiecująco – sprawna i niebanalna zabawa słowem, a w konstrukcji  zdań czuło się  hip-hopowy rytm. Opisy Pitz Patrycji i Retro Stanisława plus refren o piosence sfinansowanej z funduszy Unii Europejskiej sprawiły, że zaczęłam się śmiać na głos, pewnie ku lekkiemu przerażeniu współpasażerów.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby „Paw” był kilkunastostronicowym opowiadaniem – człowiek poczytałby trochę, trochę by się pośmiał i już. Tu jednak mamy do czynienia z powieścią i im bardziej zagłębiałam się w tej lekturze, tym bardziej zaczynałam się zastanawiać, o co tu właściwie chodzi. O lingwistyczną zabawę polszczyzną, eksperymenty słowne lub poszukiwanie czystej formy? Pewnie oberwie mi się od zwolenników Masłowskiej, ale w „Pawiu” treści praktycznie nie ma żadnej, a bohaterowie pojawiają się w powieści chyba jedynie po to, aby usprawiedliwić kontynuację hip-hopowej nowomowy. Wyłuskiwanie z „Pawia” jakiejś akcji czy fabuły to prawdziwa droga przez mękę i sama co chwila łapałam się na tym, że wracam do poprzednich stron, żeby zrozumieć, o czym jest mowa.

Literackie objawienie, manifest pokolenia dwudziestoparolatków, satyra na współczesną Polskę, krytycy rozpływający się w superlatywach  – ja to wszystko rozumiem, ale tak naprawdę chciałabym wiedzieć, czy cudowne dziecko polskiej literatury Masłowska Dorota… umie opisać konia. Jest mi wszystko jedno, jakiego – może być wyścigowy koń arabski, koń roboczy ciągnący pług gdzieś na Podbeskidziu, stara szkapa albo nawet koń z łękami.  Bo chociaż koń jaki jest, każdy widzi, to prawdziwego pisarza poznać można po tym, że potrafi konia opisać!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Zaczęło się zaraz we wtorek, czyli w dniu obchodzonym w Polsce jako drugi dzień świąt. Tłumy „zakupowiczów” z obłędem w oczach rozpoczęły szturm na domy towarowe i różne większe i mniejsze centra handlowe, w poszukiwaniu poświątecznych obniżek cen i wyprzedaży.  Poświąteczne obniżki cen to w Stanach jedna z bożonarodzeniowych tradycji, bo czego się nie sprzeda przed, trzeba koniecznie upchnąć zaraz po, choćby za połowę albo nawet jedna czwartą ceny, aby zrobić miejsce dla nowych kolekcji i gadżetów.

Sklepy prześcigają sie w pomysłach, jak zachęcić klientów do zostawienia w kasie jak największych sum pieniędzy – kupisz jedno, dostaniesz drugie za połowę ceny, kupisz dwa, dostaniesz trzecie za darmo. Wiadomo – „im więcej wydasz, tym więcej zaoszczędzisz”.  Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym hasłem reklamowym (The more you spend, the more you save!) , ciężko mi było się pogodzić z jego opaczną logiką. Ale przecież w reklamie nie chodzi o to, żeby była logiczna, ale raczej o to, żeby wbijała się w pamięć, co autorom tej na pewno się udało.


Fot. Mattymatt

W dziale drogeryjnym każdego większego domu towarowego człowiek jest od razu atakowany przez zdesperowanych sprzedawców, którzy prawie na siłę wciskają próbki perfum i rozpylają w powietrzu zapachy Chanel, Lancome, czy Donny Karan. Oczywiście najlepiej na takie zakupy wybrać się rano, bo w godzinach popołudniowych sklepy wyglądają jakby przeszedł przez nie tajfun – walające się po podłodze ciuchy, pootwierane pudełka, brak papieru toaletowego w łazience, że nie wspomnę o tym, że najlepsze okazje zawsze są zarezerwowane dla early birds czyli rannych ptaszków.

Co prawda po powrocie z takiej wyprawy człowiek zastanawia się, czy kolejna spódnica – trochę przyciasna,  ale za to kupiona za połowę ceny – to faktycznie dobra inwestycja. Ale co okazja, to okazja – dużo wydałam, więc dużo zaoszczędziłam…

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Z jednej strony trochę zazdroszczę tym, którzy w Polsce mają przed sobą jeszcze drugi dzień świąt, a z drugiej czuję lekką ulgę, że jutro nie ma już przymusu obżerania się od świtu do zmroku i że na śniadanie mogę zjeść najzwyklejsze płatki z mlekiem. Moj żołądek jest i tak u kresu wytrzymałości po pochłonięciu takich ilości jedzenia, więc im szybciej wrócę do normalnego menu, tym lepiej dla mnie. W Stanach święta Bożego Narodzenia trwają tylko jeden dzień, czyli dla nas jest już „po zawodach”. Jutro wracamy w Nowym Jorku do codziennego kieratu, podczas kiedy nasi przyjaciele w Warszawie będą sobie dalej świętować.


Zamiast karpia

Wigilia

… i po Wigilii

Poranny kac?

Mam przynajmniej częściowo czyste sumienie, bo nie spędziłam całego dnia przed telewizorem, udało mi się przeczytać spory kawałek „Lolity”, oraz wyszłam z psami na długi spacer. Wieczorem natomiast pod wpływem uczuć patriotycznych  przełączyłam telewizor na jedną z dwóch polskich stacji, do których mam u siebie dostęp, czyli TVN24. Tak sie jednak nieszczęśliwie złożyło, że trafiłam na kolejną debatę w stylu  „przy wigilijnym stole” z udziałem polityków, którzy na co dzień nie zostawiają na sobie suchej nitki, a dziś mieli zaprezentować dyskusję na cywilizowanym poziomie (że też Polacy umartwiają się takimi programami nawet w święta!) Co wyszło z tej cywilizowanej dyskusji – nie mam pojęcia, bo szybko wyłączyłam telewizor.

Kolejne święta zatem zaliczone, teraz jeszcze sylwestrowy terror. W odróżnieniu od red. Misia, który nie lubi świąt Bożego Narodzenia, ja gęsiej skórki dostaję na myśl o Sylwestrze. Dla mnie jest to dzień, kiedy pędzeni instynktem stada wszyscy mamy obowiązek uczestniczyć w zbiorowych hulankach i popijankach, a jeśli ktoś akurat w Sylwestra nie ma na to ochoty, może zostać uznany za odludka i dziwaka, chyba że ma solidne alibi (np. w postaci karmienia piersią).

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Kapusta, pierogi z grzybami, barszcz z uszkami, karp w galarecie, śledzie, makowiec – wszystko ze sklepu Staropolski Market, do tego słodycze z firmowego sklepu Wedla, bo nie ma to jak Greenpoint, niezależnie od tego, jakie zdanie ma na ten temat Redliński.

Staropolski i Wedel na Greenpoincie

Choinka ubrana już dawno, na drzwiach wisi wieniec bożonarodzeniowy, psy wykąpane i uczesane – tak, uczesane, bo jak każdy szanujący się właściciel psa rasy shih-tzu dobrze wiem, że czesanie futerka to mój „psi” obowiązek. Jeśli się go zaniedba, futerko zmieni się w paskudny kołtun i potem trzeba będzie strzyc przy samej skórze, a przecież cała uroda shih-tzu to właśnie futerko.


Bruno i Joey

Greenpoint jest dziś zatłoczony niemiłosiernie, przed Kiszką kolejka aż na ulicy, a w innych sklepach też niewiele lepiej. Nam poszło w miarę sprawnie, po godzinie mogliśmy już wyjechać z zakupami z Greenpointu. A w domu czekała na nas sporej wielkości psia kupa – na nasze szczęście Bruno i Joey to dobrze wychowane psiaki i jeśli nie uda im się doczekać spaceru, robią „to” na gazecie, a na dywanie tylko w wyjątkowych sytuacjach (na przykład po ogryzieniu kostki z kurczaka…)


….a u Kiszki kolejka

Teraz trzeba jeszcze posprzątać, odkurzyć psie włosy i wykazać na tyle dobrej woli, żeby jednak kilka dań przygotować własnoręcznie. Jutro zrobię więc makiełki (Wielkopolanie wiedzą, co to jest, a inni niech zapytają Wielkopolan albo sprawdzą w Google), ugotuję kompot z suszonych owocow i upiekę pstrąga w ziołach. Pstrąg zastępuje u nas wigilijnego karpia, a karp będzie tylko ten w galarecie, ze Staropolskiego.

Pstrąg to znakomita ryba i do tego prosta w przygotowaniu – jeśli ktoś umie ugotować jajko na miękko, nie powinien mieć problemu z przyrządzeniem pstrąga. Ja robię go tak: oczyszczoną rybę przyprawiam ziołami – może być taragon, koper, polska „przyprawa do ryb” (co w niej jest – nie mam pojęcia), szczypiorek i odrobina soli, wkładam do środka trochę masła, zawijam rybę w folię aluminiową i piekę przez 20 minut w temperaturze 450 F (ile to w celsujszach?). Ponieważ ryba jest w folii i ma w środku masło, prawdopodobieństwo, że się wysuszy na wiór, jest raczej znikome, nawet gdy posiedzi w piecu albo na grillu o kilka minut za długo. Do ryby robię sos jogurtowy – jogurt, trochę majonezu i chrzanu oraz drobno posiekany koper, wszystko wymieszane na gładką masę. Proszę mnie nie pytać o proporcje, bo jestem kucharzem-improwizatorem i większość rzeczy robię na oko, popijając winem.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Polsce wiek podeszły zaczyna się zaraz po czterdziestce, diabli zresztą wiedzą, może już po trzydziestce, skoro nawet mając lat 35 jest się za starym na znalezienie pracy? Ostatnio Wyborcza opublikowała artykuł na temat 40-paroletnich pracowników polskich MacDonald’s tytułując go McDonald’s zatrudnia babcie i dziadków:

Na ok. 10 tys. osób zatrudnionych w 210 restauracjach McDonald’s jest już blisko setka babć. Niektóre pracują od lat. 47-letnia Ela Mańk (od trzech lat babcia małej Wiktorii) do baru w Jankach pod Warszawą trafiła dziewięć lat temu – syn, idąc ze szkoły, znalazł ulotkę o pracy.

Może autor tego artykułu chciał podkreślić raczej sam fakt posiadania wnuków niż wiek metrykalny. Niezależnie od intencji wyszło jednak inaczej i jeśli ktoś poprzestałby na przeczytaniu samego tytułu, mógłby pomyśleć, że polskie MacDonald’s zatrudniają 80-letnich staruszków i nie domyślić się,  że chodzi tutaj o ludzi czterdziestoparoletnich.

Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd się bierze to, że Polacy w średnim wieku zaczynają być uważani – i zaczynają sami siebie uważać – za starych. Czyżby wpływ sławnego rodaka Polańskiego (Może mieć nawet i piętnaście lat, byle tylko młodo wyglądała)? Nie, gdzie tam, przecież nie każdy rodak oglądał „Pianistę” czy choćby „Chinatown”…  Przyczyna leży gdzie indziej – Polacy i Polki z reguły wcześnie się żenią/wychodzą za mąż. Jeśli kobieta rodzi pierwsze dziecko w wieku lat dwudziestu, a jej córka podobnie, wtedy faktycznie ma duże szanse zostać babcią zaraz po 40-tce. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zaraz potem siłą rozpędu wszyscy – w tym również zainteresowana (zainteresowany) – zaczynają uważać,  że człowiek nadaje się tylko do zabawiania wnuków. 


© Alice G.

Amerykanie są pod tym względem na zupełnie przeciwnym biegunie. Coraz później się żenią, coraz później mają dzieci, i nie mają najmniejszych oporów przed rozpoczynaniem studiów czy nauką nowego zawodu w wieku, który przeciętnego Polaka dyskwalifikuje jako dziadka. Najlepiej się o tym przekonać obserwując w niedzielne poranki  towarzystwo jeżdżące na rolkach albo na rowerze w Central Park.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Przeczytałam przed chwilą blogowy komentarz Olgierda pt. Jewish Nigga  na temat występu Michaela Richardsa – Amerykanom znanego głównie z roli Cosmo Kramera w sitcomie „Seinfeld” – podczas którego aktor wyzwał dwóch ciemnoskórych widzów od czarnuchów (na deser dorzucając jeszcze kawałek na temat linczowania Murzynów w czasach segregacji)  za to, że przeszkadzali mu w czasie występu.

Olgierd pisze m.in.

Sęk w tym, że słowa mogli dotąd używać Czarni (przepraszam: Afroamerykanie, a może nawet Afro-Amerykanie) w hiphopowych przyśpiewkach, ale już w ustach Białego uznaje się to za najcięższe wyzwisko.

Osobiście nie jestem zwolenniczką tzw. poprawności politycznej w wydaniu amerykańskim, ale „Kramer” (a.k.a. Michael Richards) tym razem przegiął bezlitośnie. Po obejrzeniu  nagrania, które ktoś wyprodukował przy pomocy swojej komórki, nie miałam wątpliwości, że całkowicie puściły mu nerwy.  Niestety, jeśli się wybiera ten rodzaj kariery trzeba się liczyć z tym, że występ nie każdemu się spodoba. Kto nie wierzy, niech obejrzy sobie to nagranie:

A teraz w sprawie słowa nigger i pokrewnych w hip-hopie i poza nim:  kontekst zmienia wszystko. Pewien mój kolega z pracy – Żyd – pasjami lubi opowiadać Jewish jokes, na co ja od czasu do czasu rzucam jakiś Polish joke (co prawda rzadko, bo nie mam pamięci do dowcipów). Nikt tego nigdy nie powiedział głośno, ale każdy czuje przez skórę, że co wolno jemu, to nie mnie, i vice versa. Podobnie słowo nigger w czarnym hip-hopie jest OK, poza nim – nie bardzo.

Kontekst, kontekst i jeszcze raz kontekst.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Polska w zimie

Tak w zasadzie to jest tylko maly sprawdzian jak dziala blogowanie zdjec z Flickr do WordPress. W czasie ostatniego pobytu w Polsce (listopad) trafilam na pierwszy snieg i oczywiscie napstrykalam troche zdjec, mniej lub bardziej przewidywalnych. To w zalaczeniu to jest wlasnie jedno z nich (trudno mi bylo sie oprzec pelargoniom pod sniegiem!)

Sprawdzian wypadl OK – nie ma problemu z przesylaniem komentarzy i zdjec z Flickr do bloga, trzeba tylko wczesniej skonfigurowac swoje konto we Flickr. Zreszta zawsze mozna wszystko poprawic bezposrednio w edytorze bloga.

Do nastepnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Boruc narozrabiał?

Boruc zebrał masę pochwał za doskonałą grę w niedzielnym meczu Celticu Glasgow z Rangersami, ale chyba będzie miał  kłopoty, bo w trakcie meczu… przeżegnał się. Czytam w Wyborczej:

Polak zagrał świetnie, ale znowu może mieć problemy. Fani Rangers oskarżają go o kolejną prowokację. W lutym, po poprzednich derbach na Ibrox Park kibice Rangers, w większości protestanci, zeznali w prokuraturze, że Polak ich prowokował, ostentacyjnie czyniąc znak krzyża. Policja potwierdziła, że swoim zachowaniem Boruc wzburzył tłum, ale telewizyjne kamery nie uchwyciły tego momentu. Gdy prokuratura pouczyła polskiego bramkarza, wywołało to burzę wśród szkockich katolików, którzy twierdzili, że skandalem jest karanie zawodnika za przeżegnanie się. sport.gazeta.pl/GW/1,75693,3801473.html

Teraz pozostaje pytanie, czy Artur Boruc przeżegnał się, aby zagrać na nosie kibicom Rangersów, czy dlatego, że robi to zawsze, gdy wchodzi do bramki, podobnie jak inni bramkarze z Włoch czy Hiszpanii. Ja mam taki zwyczaj, ilekroć wsiadam do samolotu, i mało mnie wzrusza fakt, że współpasażerowie na liniach Finnair pewnie patrzą na mnie jak na zabobonną wariatkę.

Jednakże wychodzi na to, że co wolno szarakowi, to nie bramarzowi Borucowi. Bramkarz w europejskiej lidze ma być widocznie politycznie poprawny i światopoglądowo niezależny. Co ciekawe, protestują – nomen omen – protestanci, czyli chrześcijanie, a nie na przykład żydzi czy wyznawcy Allaha, którzy mieliby prawo poczuć się z lekka nieswojo, gdyby ktoś im nad głową kreślił znak krzyża.

Teraz zapewne zacznie się w mediach dorabianie teorii, że u podłoża afery leży stary konflikt między protestantani a katolikami na Wyspach Brytyjskich itepe, itede, ale moim zdaniem jest to tłumaczenie na siłę. Boruc mieszka w Europie i ma prawo wyznawać religię, jaką chce, z kultem strumieni albo Światowida czy Swarożyca włącznie.  I jeśli przed meczem lubi się przeżegnać albo splunąć trzy razy przez lewe ramię, to jest to jego prywatna sprawa, a tłumowi nic do tego.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

I co z tego, że powinno być z Brooklyn-U, kiedy rym w tytule diabli by wzięli? Dajmy więc sobie spokój z poprawianiem gramatyki, tylko przejdźmy do meritum. Dziewczyna z Brooklyna jest bohaterką lekko rozbieranego kalendarza na 2007r.  Wiem, wiem – rozbieranych kalendarzy jest wszędzie pełno  (ale niektórzy uważają, że dobrego nigdy za dużo), jednak ten jest naprawdę wyjątkowy. Kto nie wierzy, niech zajrzy tutaj: http://www.iheartbrooklyngirls.com/meet.html 

Dziewczyny reprezentują nie tylko różne dzielnice Brooklynu, ale tez różne epoki – od 1905 po 2017. Co prawda, osobiście mam pewne wątpliwości co do kryteriów, którymi kierowano się przy wyborze reprezentantek poszczególnych dzielnic i epok, a może raczej przy robieniu im makijażu i doborze strojów. W kolekcji mamy bowiem kilka anorektyczek, co najmniej dwie panny ucharakteryzowane na luksusowe prostytutki, dwie z raczej męskimi tatuażami, a jedna ‚pochodzi’ z 2017 roku. 

Po obejrzeniu powyższego materiału znajomy stwierdził, że gdyby nie Miss Brighton Beach, to można by stracić nadzieję, że na Brooklynie są jeszcze dziewczyny, na których można zawiesić oko.

Nie ma to jak Słowianki, a niewtajemniczonym tłumaczę, że Brighton Beach to najbardziej rosyjska z nowojorskich dzielnic.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Older Posts »