Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polska’ Category

Taki oto tytuł znalazłam dzisiaj rano na stronie głównej portalu Wirtualna Polska – kto wie, może jeszcze tam jest. Fakt istnienia Polaka bez uprzedzeń rasowych – ba! nawet dwóch – jest bez wątpienia godny zarówno umieszczenia na głównej stronie, jak i uwiecznienia w galerii fotograficznej jednego z najpopularniejszych serwisów internetowych w Polsce. Zaintrygowana, oczywiście pospieszyłam dowiedzić się, kim są owi dzielni rodacy bez uprzedzeń rasowych.

wp_polak_bez_uprzedzen.jpg
www.wp.pl

Chodzi o sprawę całkiem sympatyczną – dwójka młodych Polaków (tak, dwoje, a nie dwóch) ze Stargardu Szczecińskiego występujących razem jako duet Save The Beats zgłosiła się do udziału w sponsorowanym przez PepsiCo konkursie „Skomponuj sobie występ z The Black Eyed Peas”. Stworzyli taneczną interpretację utworu „More”, konkurs wygrali, a w finale wystąpili razem z The Black Eyed Peas. Czyli fajna sprawa, wygrany konkurs, który być może otworzy dla tej utalentowanej pary jakieś drzwi do dalszej kariery.

Ale kto w Wirtualnej Polsce wymyśla tego typu „sensacyjne” tytuły – czwartoklasista na etacie? Już sobie wyobrażam, jak ten tytuł można by przetłumaczyć na angielski Meet two young Poles who are not racist… (hi hi). No i mamy hasło promujące uroki naszego kraju za granicą – takie, że sam Borat by się nie powstydził.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Bardzo miło, że polski rząd zadaje sobie tyle trudu, aby zorganizować okręgi wyborcze dla Polaków mieszkających za granicą, ale nadal nie jestem pewna, czy będę głosować w październikowych wyborach. I to wcale nie dlatego, że procedura głosowania dla Polaków mieszkających za granicą jest nieco bardziej skomplikowana niż dla rodaków w kraju. W Stanach na przykład nie wystarczy po prostu stawić się z polskim paszportem w wybranym lokalu wyborczym w dniu głosowania czyli 20 października (u nas głosowanie odbywa się dzień wcześniej niż w Polsce). Najpierw trzeba się zarejestrować, najpóźniej na pięć dni przed wyborami, podając swoje dane osobiste i wybierając okręg wyborczy, ktorych w naszym regionie jest pięć, w tym jeden w Konsulacie na Manhattanie – ten pewnie sama wybiorę, o ile jednak zdecyduję się głosować. Na szczęście rejestracji można dokonać za pośrednictwem strony internetowej Konsulatu w Nowym Jorku.

Wracając do tytułowego dylematu emigranta – owszem, interesuje mnie, co się dzieje w Polsce, bo mimo kilkunastu lat spędzonych w Stanach nadal mam bliski kontakt z krajem, tam mieszka moja rodzina i przyjaciele. Jednakże sama mieszkam tutaj, i tak naprawdę wszelkie awantury i kompromitacje polskiej sceny politycznej ostatnich lat mają minimalny wpływ na moje życie, jeśli nie liczyć chwilowych skoków ciśnienia wywołanych notatkami prasowymi o kolejnym wygłupie przewodniczącego takiej lub innej partii politycznej. 

Czy powinnam więc decydować o tym, kto będzie rządził w kraju, w którym od kilkunastu lat nie mieszkam i nie płacę podatków i którego system podatkowy nie ma wpływu na zawartość mojego portfela? Co ciekawe, to w Polsce właśnie spotkałam się z tego typu opiniami- „Wyjechaliście? Nie powinniście mieć nic do gadania w wyborach”.

Z drugiej strony – nadal jestem obywatelką Polski, o polski paszport zabiegałam w Konsulacie RP długo i uparcie, co zresztą opisałam z detalami w niniejszym blogu. Podatków polskich faktycznie nie płacę, ale podczas urlopów w Polsce zawsze dokładnie opróżniam zawartość portfela, wspomagając w ten sposób lokalne biznesy tudzież mafie. I zawsze kołacze mi się w głowie myśl, że może jednak kiedyś tam wrócę, a wtedy lepiej byłoby wrócić do kraju, w którym stanowiska rządowe nie są obsadzane kombinatorami, złodziejami czy nadgorliwymi hipokrytami.

Więc może jednak mój głos do czegoś się przyda, o ile oczywiście nie zagłosuję głupio?

Głosuj bez meldunku!

Jeśli mieszkasz za granicą, a chcesz głosować, więcej informacji znajdziesz tutaj:

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Ten oto cytat z George’a Bernarda Shawa (w oryginale „The 100% American is 99% idiot”)  telewizja PBS obrała sobie na motto strony internetowej  programu The Anti-Americans (A Hate/Love Relationship), który ma zostać wyemitowany 27 sierpnia czyli w przyszły poniedziałek. W Nowym Jorku program będzie pokazywany o godz. 10 wieczorem EST na kanale 13.

Mówiąc w wielkim skrócie, chodzi o anty-amerykańskie stereotypy rozpowszechnione w Europie, tyle przynajmniej można wywnioskować na podstawie kilku klipów. W tej chwili na YouTube jest w tej chwili co najmniej z dziesięć klipów z tego programu, tutaj mała próbka:

Opinie Europejczyków na temat Amerykanów:

Co Polacy myślą o wizach do USA (skróconą wersję tego klipa pierwszy wygrzebał w sieci Tomek Łysakowski):

Polska grupa „Sexy Texas”:

Z komentarzem powstrzymam się do momentu, jak obejrzę program. 

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W komedii When Harry Met Sally jest scena, w której Sally dzieli się z Harrym zamiarem studiowania w Nowym Jorku. Harry komentuje to tak – a jeśli zakończysz życie „po nowojorsku” – jak ludzie, których śmierci nikt nie zauważy i których zwłoki zostaną odnalezione po dwóch tygodniach? (Finally you die in one of those New York deaths which nobody notices for two weeks until the smell drifts into the hallway.) Może dlatego czasem mam wrażenie, że pies czy kot jest dla wielu w tym mieście odtrutką na samotność i brak rodziny. Zresztą nowojorczycy mają lekkiego bzika nie tylko na punkcie psów czy kotów, ale także innych udomowionych zwierzaków – świnek morskich, oswojonych szczurów i czego tam jeszcze.

W Polsce, zwłaszcza na wsi, pies to tylko pies – stworzenie niższego rzędu, podległe człowiekowi, o które owszem, należy dbać do pewnych granic – aby nie zdechło z głodu czy zimna, które jednak powinno znać swoje miejsce w hierarchii gospodarstwa domowego. Po polsku mówi się, że pies ma swojego „pana”, „panią”, „właściciela”. W angielszczyźnie, oprócz neutralnego owner czyli właściciel, chętnie są używane określenia w rodzaju mommy, daddy i parents, jak w pewnym ogłoszeniu prasowym, kóre niedawno czytałam – pets and their parents are invited…

pieski.jpg

Niedawno znalazłam na YouTube przedstawiony poniżej filmik na temat gadających psów, a dokładniej – na temat psów wydających dźwięki, które przy odrobinie wyobraźni można uznać za słowa lub nawet pełne zdania (po angielsku oczywiście). Takie, jak I want my mama

Podczas ostatniego pobytu w Polsce ktoś zbeształ mnie za to, że na wizytę u weterynarza dla naszych dwóch psiaków wydałam 650 dolarów (część tej sumy to wydatki nie do uniknięcia, takie jak obowiązkowe szczepienia, natomiast reszta – to drobne psie luksusy w rodzaju drogiej szczepionki Revolution, Lean Treats oraz różne takie). Niestety, takie są tutaj ceny za uslugi tego rodzaju, a targowanie się z doktorem – także weterynarzem – póki co do moich zwyczajów nie należy .

Takie pieniądze wydaję na psy, a gdzieś tam ludzie głodują… Pytanie niby na miejscu, warto by się jednak zastanowić, dlaczego podobne pytania rzadko wywołuje informacja, że ktoś kupił auto za 40 tys. dolarów albo pojechał na 2-tygodniową wycieczkę do Indii. Wychodzi na to, że łatwiej zapłakać nad głodem w Afryce słysząc o kilkuset dolarach „zmarnowanych” na psa, niż o kilkudziesięciu tysiącach wydanych na Mercedesa.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dzisiaj dalszy ciąg notatek z urlopu w Polsce (choć niekoniecznie na temat tytułowej Łodzi), a w nim parę słów o tym, czego w Polsce nie ma, czego jest pod dostatkiem oraz jakie głupie amerykańskie zwyczaje z powodzeniem przyjęły się na nadwiślańskim gruncie.

Wybrzeże
Zdecydowanie nie ma w Polsce gwarancji na letnią pogodę. O ile w Nowym Jorku lipiec i sierpień są pod tym względem całkowicie przewidywalne i jedyna niewiadoma to liczba dni, kiedy bez włączonego klimatyzatora absolutnie nie da się przespać nocy, to pogoda nad Bałtykiem bywa w lipcu kapryśna i nieprzewidywalna.

Pół biedy, jeśli człowiek jedzie na dwa tygodnie co najmniej – wtedy zawsze jest szansa, że złapie chociaż kilka dni słońca. Gorzej z krótkimi wyjazdami, bo co tu robić w Helu na Helu jeśli od rana do wieczora leje bez opamiętania? A na Hel mamy przeznaczone tylko trzy dni? Pozostaje któryś z barów przy głównej ulicy, gdzie można sobie taką barową pogodę przesiedzieć w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Pecunia non olet
Pytanie: gdzie w Polsce 1 euro jest warte tyle samo co 1 PLN? Odpowiedź: w toaletach publicznych we wszystkich większych miastach. Polskie babcie klozetowe wprowadziły interesujący przelicznik za swoje usługi – jeden złoty (w porywach do złoty pięćdziesiąt) = jedno euro. Jak zagraniczny turysta nie ma polskich drobnych, zawsze może zapłacić za tę usługę w euro.

Sprawa płatnych toalet w Polsce fascynuje mnie od pewnego czasu i nie wiem czy bardziej to smutne czy śmieszne. Na najmarniejszym dworcu autobusowym w Pcimiu Dolnym nadal trzeba płacić za toaletę. Co ciekawe, wiele toalet jest tak przemyślnie skonstruowanych, że babcia klozetowa (oraz częściej dziadek klozetowy) ma swoje „biuro” w środku między toaletą damską a męską, tak że nawet mysz się nie prześlizgnie nie zauważona.

Babć klozetowych i płatnych toalet jest w Polsce na pewno pod dostatkiem. A szczytem oszczędności wykazuje się pewna renomowana restauracja w Warszawie, która opłaty za korzystanie z toalety pobiera także od własnych klientów, kórzy wcześniej zjedli tam obiad za nie najmniejsze wcale pieniądze.

Amerykańska moda na przesiadywanie w shopping mall
Nowe centra handlowe rosną jak grzyby po deszczu (Złote Tarasy w Warszawie, Manufaktura w Łodzi etc.) – to dobrze. Młodzi ludzie przesiadują w nich od rana do wieczora – to już gorzej. Nigdy nie mogłam zrozumieć mentalności Amerykanów, traktujących swoje shopping mall jako miejsca spędzania wolnego czasu i wymieniających zakupy jako jedno ze swoich hobby. W wolny dzień idzie się tam z samego rana, pochodzi trochę po sklepach, kupi coś albo i nie, potem posiedzi trochę na ławce, a godziny mijają jedna za drugą. Ponieważ na miejscu są też różnego rodzaju niedrogie restauracje, można w ten sposób spędzić cały dzień.

Teraz widzę, że ta moda trafiła także do Polski. Grupy młodzieży błąkają się po tych shopping malls bez większego celu, zaś wielu młodzieńców wzorem swoich amerykańskich kolegów dumnie prezentuje spodnie z krokiem na wysokości kolan.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Gdzie byłam, jak mnie nie było? Ano, w wielu super ciekawych miejscach po tej lepszej, czyli europejskiej, stronie Oceanu. Od wielu lat swoje skromne amerykańskie urlopy konsekwentnie spędzam w Polsce – chroniczny problem nie do końca odciętej polskiej pępowiny zapewne – ewentualnie w miejscach, które można odwiedzić w drodze do Polski (w Paryżu, Londynie, Sztokholmie). Wychodzi więc na to, że wszystkie drogi prowadzą do Łodzi, lub dalej na zachód czyli do samego Sieradza. Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu / Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu…

Wróciłam do Stanów jakiś miesiąc temu, ale nie pisałam, bo mi się nie chciało, albo dokładniej – bo nie miałam siły. Trudno jest kogokolwiek przekonać, że rzecz, o której zaraz napiszę, nie jest tylko wymysłem osobników cierpiących na pospolite lenistwo. Oto człek budzi się rano i czuje się tak, jakby po nim walec przejechał. Tak i jeszcze pięć razy gorzej. Niewiele pomaga to, że śpi 10 godzin na dobę i nie robi nic poza rzeczami absolutnie niezbędnymi do życia. Nie da się tego opisać słowem „zmęczenie”, bo to trochę tak tak, jakby tsunami określić mianem fali.

Mam na myśli chroniczne zmęczenie (chronic fatigue) spowodowane chemią lub radioterapią, albo kombinacją jednego i drugiego. Nawet jeśli od terapii minęło killka lat, „to” nagle zwala się na głowę w najmniej oczekiwanym momencie i całkowicie paraliżuje życie. Trwa tydzień albo miesiąc, po czym mija tak samo szybko, jak się pojawiło. A potem jest kilka tygodni (albo daj Boże miesięcy) spokoju – aż do następnego epizodu. Sprawa została szeroko opisana w wielu czasopismach medycznych, ale lekarstwa póki co nie znaleziono, więc jedyne, co pozostaje, to po prostu przeczekać, przespać, przeleżeć.

Tyle tytułem wyjaśnień, teraz czas na obiecaną dawno temu kontynuację opisu mniej lub bardziej optymistycznych wrażeń z Polski.

Polskie drogi
Polska jest krajem psów konających przy trasach szybkiego ruchu. Nie mogę sobie wybić z głowy obrazu potrąconego przez samochód kundla, który dogorywał przy trasie Łódź-Warszawa. Widziałam go tylko kątem oka, nie dłużej niż przez sekundę, ale wystarczyło. Otwarte zlamanie, psia mordka skrzywiona w bólu nie do wytrzymania. Jeszcze żył, na swoje nieszczęście chyba, ale pozostałe tego typu przypadki to po prostu kupa krwawego futra, która kiedyś była czyimś psem albo kotem. Tego typu scen widziałam dużo, zdecydowanie za dużo jak na cywilizowany kraj w centrum Europy.

Dlaczego Polacy nie przyswoili sobie zwyczaju zamykania furtek i bram, przynajmniej wtedy, kiedy mieszkają przy ruchliwych drogach i mają w domu zwierzaki? Polecam lekturę Małego Księcia, może przypomni komuś, że „jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło”. Bo w Polsce po prostu wzrusza się ramionami i mówi, że „samochód psa mi przejechał, bo wiesz, u nas coraz większy ruch.” Tak jakby to obowiązkiem psa było uważanie na ruch uliczny i przechodzenie przez jezdnię na przejściu dla pieszych.

Zresztą w Polsce do stworzeń oswojonych, które napotkać można przy drogach szybkiego ruchu, a za które nikt nie chce wziąć odpowiedzialności, należą nie tylko rozjechane psy i koty. Są też mówiące z akcentem i zdecydowanie zbyt mocno opalone dziewczyny w wieku od lat 15 do – no właśnie, kto to wie jakiego?

W mieście Łodzi
Prababka Rozalia o Łodzi nigdy nie mówiła inaczej niż „miasto Łódź”. Nigdy nie jeździła do Łodzi, zawsze – do „miasta Łodzi”. Koszyki pełne jajek, masła i innych wiejskich smakołyków ładowała na plecy zaraz po północy, żeby dojść do odległej o cztery kilometry stacji kolejowej i zdążyć na pierwszy poranny pociąg, do miasta Łodzi wlaśnie. Grób prababki ostatnio mocno ucierpiał z powodu wichury, która połamała na cmentarzu wiele drzew, natomiast miasto Łódź zmieniło się nie do poznania (a może nie do Poznania…)

Wraz ze zgonem nieboszczki PRL minęła moda na anioł dzieweczki, co to w łódzkich fabrykach „przędły jedwabne niteczki”, więc Łódź zeszła na boczny tor przemian i inwestycji, wlekąc się w ogonie neo-kapitalistycznego postępu, za Warszawą, Krakowem czy Poznaniem. Wysokie bezrobocie i stan ogólnego przygnębienia.

Z tym większą przyjemnością donoszę, że ostatnio zaczęło się to zmieniać. Łódź rozwija się jak szalona, z prząśniczkami albo i bez. Powstają nowe osiedla i inwestycje w rodzaju Manufaktury, która na mordę bije wszelkie amerykańskie shopping malls, że nie wspomnę o warszawskich Złotych Tarasach. Manufaktura powstała na terenach, których właścielem był niejaki Izrael Poznański i na których Wajda kręcił Ziemię Obiecaną. Tereny starej fabryki przekształcono w centrum handlowo-rozrywkowe nie z tej ziemi. Sklepy, restauracje, bezpłatny tramwaj, którym można dojechać do Placu Wolności (kto miasto Łódź trochę zna, wie, że to nie aż tak daleko, ale dobre i to.) W Manufakturze godziny mijają jak minuty, że nie wspomnę o tym, co się dzieje z naszymi wymienionymi na złotówki marnymi dolarami. Jak woda, proszę Państwa, jak woda…

Prababka w najbliższych tygodniach dostanie nowy grobowiec, w miejsce tego zniszczonego przez wichurę, a w Łodzi wreszcie coś się dzieje. Tak więc obydwie – prababka i jej ukochane miasto – dziarskim krokiem podążają sobie do Europy. Jednym słowem – postęp.

Media
Nie da się tego czytać ani oglądać. Ani tych z lewa, ani tych z prawa. Rozróżnienie między informacją a komentarzem nie istnieje, na głównych stronach tzw. opiniotwórczych wydawnictw zamieszcza się mało dowcipne karykatury prawdziwych lub urojonych wrogów politycznych, w artykułach wstępnych swobodnie szafuje się epitetami z rodzaju tych rynsztokowych lub rynsztokowatych. Akurat podczas mojego pobytu w Polsce Wprost(ak) opublikował osławiony fotomontaż Angeli Merkel z cyckami i doczepionymi do tych cycków braćmi Kaczyńskimi. Chyba jednak już wolę pruderyjne Stany, gdzie goły cycek raczej nie ma racji bytu, chyba że w pornografii lub podręczniku medycyny.

C.d.n.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Każda wizyta w Polsce przypomina mi o dwóch sprawach – dlaczego czasem brakuje mi Polski aż do bólu oraz dlaczego bywają momenty, kiedy z prawdziwą ulgą oddycham, że piętnaście lat temu zamieniłam bruk warszawski na nowojorski. Teraz od kilku dni jestem w Polsce i dostęp do komputera mam jedynie od przypadku do przypadku, tak więc przez najbliższy czas będę pisać tutaj trochę mniej regularnie. Póki co czas na podsumowanie pierwszego tygodnia po drugiej stronie Oceanu.

W Warszawie coraz więcej świetnych knajp i barów z miłą obsługą i bogatym menu. Moje kulinarne odkrycie tego lata to Oberża pod Czerwonym Wieprzem na Żelaznej, może znana wielu tubylcom, ale dla mnie nowość. Knajpa konsekwetnie realizuje swój image komunistycznego przybytku z czasów PRL-u – ściany zdobią plakaty z traktorzystkami z lat pięćdziesiątych, a z głośników płynie muzyka z czasów późnego Gomułki lub wczesnego Gierka. Samo menu przypomina swoim formatem dawną „Trybunę Ludu”, a lista dań podzielona została na dwie części – dania „dla proletariatu” (tańsze) oraz „dla burżujów” (droższe). Nie mogłam sobie odmówić przyjemności sprawdzenia menu dla burżujów i przy pierwszej wizycie zamówiłam sznycel z dzika, a przy drugiej – „placek Kadara z gulaszem”, do tego beczkowy Żywiec i zestaw surówek. Wszystko było doskonałe, łącznie ze złożoną ze smalcu i ogórków przekąską. Może warto wspomnieć, że niektóre restauracje w stolicy (w tym „Wieprz”) wprowadziły zwyczaj automatycznego doliczania 10% za serwis, warto więc zatem rzucić okiem na rachunek, jeśli chce się uniknąć płacenia podwójnego napiwku.

Warszawa pięknieje z dnia na dzień. Dużo się buduje i remontuje i wreszcie zajęto się renowacją Krakowskiego Przedmieścia. Póki co spora część Traktu Królewskiego jest rozkopana, ale jak remont się skończy, na pewno wyjdzie on warszawiakom na zdrowie. Jest dużo miejsc, gdzie można miło spędzić czas, oczywiście jeśli ma się w kieszeni parę złotych. Tanio na pewno nie jest, ale podobno Warszawa jest najdroższym miastem wśród stolic tzw. Nowej Europy – przed Budapesztem czy Pragą.

Teraz o rzeczach, które mnie denerwują. Na Okęciu co prawda już dobrych parę lat temu zlikwidowano mafię taksówkarską, ale niektórzy kierowcy z firm obsługujących lotnisko nadal nie pozbyli się starych nawyków. Znajoma, która z dzieckiem przyleciała do Warszawy mniej więcej w tym samym czasie co ja, została dowieziona z lotniska do centrum przez taksówkarza Sawy, który pojechał z wyłączonym licznikiem, a potem zainkasował 60 PLN, czyli o jakieś 20 PLN więcej niż powinien. Znajoma niestety bywa w Warszawie dużo rzadziej niż ja, więc nawet nie pisnęła słówka.

Mam też wrażenie, że minął okres super-uprzejmości polskich sprzedawców sprzed kilku czy kilkunastu lat czyli z początków kapitalistycznej handlowej ekspansji. Teraz znów jakby częściej słyszy się mało uprzejme odburkiwanie albo wręcz wciskanie kitu. „Buty na panią za duże? Nie ma mniejszego numeru, ale włoży pani wkładkę i będą jak ulał. Buty za małe? Na pewno się rozchodzą, a pani ma szerokie stopy, więc i tak pani nie dobierze”. Podejrzewam, że uprzejmość osób obsługujących jest odwrotnie proporcjonalna do liczby ofert pracy, a tych ostatnio dużo więcej, dlatego chyba niektórzy mniej się starają.

Zaczynam się też poważnie zastanawiać, czy nie zostawiając suchej nitki na różnych amerykańskich urzędach nie popełniłam ciężkiego grzechu. Niektóre polskie urzędy to prawdziwe twierdze zgorzkniałych i wściekłych na cały świat urzędasów, a załatwienie czegokolwiek wymaga dużej dozy cierpliwości oraz umiejętności negocjatorskich. Miałam okazję się o tym przekonać przy zasięganiu informacji na temat wymiany dowodu osobistego. Zamiast udzielić mi rzeczowych informacji urzędniczka poinstruowała mnie, że powinnam… natychmiast wymeldować się ze swojego miejsca zamieszkania w Polsce (niestety, popełniłam ten błąd i wspomniałam, że w tej chwili przebywam za granicą).

C.d.n.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Niedawno premier Kaczyński publicznie przyznał się, że nie ma konta bankowego, teraz minister zdrowia Religa nie decyduje się na chemioterapię, bo nie wierzy w jej skuteczność. Z mieszanymi uczuciami czytam informacje tego typu  – mam wrażenie, jakby niektórzy polscy politycy byli naiwnie nieświadomi faktu, że są jak szewcy zachwalający zalety chodzenia boso i że w momencie objęcia stanowisk rządowych na amen zrzekli się swojego prawa do prywatności.

Zbigniew Religa jako osoba prywatna ma prawo do podejmowania dowolnych decyzji w tak trudnej i osobistej sprawie, jak wybór metody leczenia onkologicznego – w podobnej sytuacji niektórzy chcą spróbować wszelkich dostępnych metod leczenia i łapią się każdej szansy, a inni powiedzą, że żyli już wystarczająco długo i nie będą się męczyć chemioterapią. Prof. Religa jako minister zdrowia, odmawiając dalszego leczenie nie daje dobrego przykładu innym pacjentom, którzy korzystają z tego samego systemu opieki zdrowotnej i teraz zapewne zachodzą w głowę, po co w ogóle próbować, skoro chemia i tak jest nieskuteczna.

Religa jest profesorem medycyny i zapewne ma podstawy twierdzić, że akurat w jego przypadku ewentualna chemioterapia tylko nieznacznie zwiększa prawdopodobieństwo wyleczenia, nawet jeśli wielu onkologów jest odmiennego zdania. Ludzie w podobnej sytuacji muszą wybierać między jakością życia  a jego długością – niektórzy wolą dać sobie spokoj z leczeniem i pożyć spokojnie jakiś czas bez paskudnych skutków ubocznych związanych z tradycyjną chemioterapią.

Niestety, tak to już jest w polityce, że każda decyzja, prywatna czy urzędowa, trafia pod szkło powiększające opinii publicznej, i w przypadku prof. Religi też nie jest inaczej.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dziennikarze po raz kolejny nie odrobili pracy domowej. Opisana z detalami historia człowieka, który rzekomo po 19 latach wybudził się ze śpiączki, okazała się w dużej mierze wyssana z palca. Chory był owszem, w nie najlepszym stanie, ale nie w śpiączce w rozumieniu medycznym – rozumiał, co się do niego mówi, dawał znaki oczyma itd.

Kiedy przeczytałam w prasie pierwszą wzmiankę na ten temat, pewne szczegóły nie za bardzo pasowały – jak to, przez dziewiętnaście lat żona karmiła łyżeczką chorego w śpiączce? Co prawda nie jestem lekarzem, ale byłby to chyba pierwszy znany medycynie przypadek karmienia łyżką chorego w stanie wieloletniej śpiączki.

A teraz Wyborcza prostuje:

Szeroko komentowana w mediach informacja o rzekomym wybudzeniu Jana Grzebskiego po 19 latach śpiączki to zdaniem szpitala nieprawda. W tym przypadku można mówić nie o śpiączce, lecz afazji, czyli zaburzeniach mowy i artykulacji. – W efekcie przeżywamy szturm dziennikarzy, co zakłóca pracę działdowskiego szpitala, w którym pacjent był leczony – powiedziała dyrektor ds. opieki zdrowotnej SPZOZ w Działdowie dr Joanna Hensel.

Dziennikarze nie dość, że nazmyślali w gazetach, to jeszcze na dokładkę kobiecie zadeptali dywan w salonie… Pani Grzebska nie była zachwycona całym zamieszaniem wokół sprawy i narzekała na tłumy dziennikarzy, którzy pchali się jej do domu w niezbyt dokładnie wyczyszczonych butach i zniszczyli dywan.

No cóż, pewne tematy są na tyle „fotogeniczne”, że media nie potrafią odmówić sobie przyjemności ich rozwinięcia, nawet jeśli trzeba to czy owo wyolbrzymić albo podkolorować. A pucybutów w Polsce jak na lekarstwo.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

O przypadku Anny Radosz dowiedziałam się mniej więcej półtora tygodnia temu z artykułu „Walczyła o dziecko, przegrała z rakiem” opublikowanego w serwisie internetowym Telewizji Polskiej. Zaczęłam wtedy pisać swój komentarz na temat tej historii, ale potem odłożyłam brudnopis na wordpressową półkę.

Oto krótkie podsumowanie faktów: mieszkająca w Aberdeen w Szkocji Anna Radosz, będąc w szóstym miesiącu ciąży dowiedziała się o nawrocie choroby nowotworowej – czerniaka. Nie zgodziła się na chemioterapię, ponieważ nie chciała zaszkodzić swojemu nie narodzonemu dziecku. W listopadzie ubiegłego roku urodziła zdrowego synka, ale w tym momencie wystąpiły już przerzuty nowotworu do płuc i mózgu i okazało się, że jest za późno na leczenie metodami tradycyjnej onkologii w Szkocji. Pewną nadzieję dawało jedynie leczenie w klinice w Bostonie i przyjaciele Anny zbierali na ten cel pieniądze. Niestety, nie zdążyli, bo dziewczyna zmarła 11 maja.

Wracam do tego tematu teraz, bo dowiedziałam się, że minister edukacji Roman Giertych wystąpił z wnioskiem do prezydenta RP o pośmiertne nadanie Annie Radosz Złotego Krzyża Zasługi (wniosek ministra został opublikowany na stronie MEN). Politycy próbujący wykorzystać ludzkie tragedie do załatwiania własnych politycznych interesów – to nie jest ani zjawisko nowe, ani typowo polskie, ale jednak ten przypadek poruszył mnie szczególnie. Mam wrażenie, że czyjaś śmierć została potraktowana jako okazja do promowania pewnej – w rozumieniu ministra jedynie słusznej – postawy światopoglądowej.

Zakładam, że dziewczyna dokonała tego wyboru świadomie i w pełni zdając sobie sprawę z potencjalnie tragicznych konsekwencji swojej decyzji. Wybrała to, co było dla niej najważniejsze, i tragiczne jest, że za życie dziecka zapłaciła własnym. Można podziwiać jej poświęcenie, ale czy gdyby zdecydowała się na te chemioterapię chcąc ratować własne życie byłaby osobą godną pogardy i potępienia? Promującą „cywilizację śmierci”? Mam wrażenie, iż minister Giertych w mało subtelny sposób daje do zrozumienia innym kobietom, które mogą stanąć przed podobnym wyborem, że wybór może być tylko jeden – ochrona życia dziecka kosztem własnego.

Łatwo jest wydawać moralne wyroki, osądzać lub przyznawać laury, samemu będąc zdrowym jak ryba i mając jedynie teoretyczne wyobrażenie na temat tego, co czuje człowiek, który stanął oko w oko ze śmiertelną chorobą. Ja wiem na pewno, że w takiej sytuacji nie wolno nikomu narzucać żadnego wyboru ani potępiać za chęć ratowania własnego życia. 

A politycy powinni trzymać się od tej trumny z daleka z daleka.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »