Gdzie byłam, jak mnie nie było? Ano, w wielu super ciekawych miejscach po tej lepszej, czyli europejskiej, stronie Oceanu. Od wielu lat swoje skromne amerykańskie urlopy konsekwentnie spędzam w Polsce – chroniczny problem nie do końca odciętej polskiej pępowiny zapewne – ewentualnie w miejscach, które można odwiedzić w drodze do Polski (w Paryżu, Londynie, Sztokholmie). Wychodzi więc na to, że wszystkie drogi prowadzą do Łodzi, lub dalej na zachód czyli do samego Sieradza. Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu / Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu…
Wróciłam do Stanów jakiś miesiąc temu, ale nie pisałam, bo mi się nie chciało, albo dokładniej – bo nie miałam siły. Trudno jest kogokolwiek przekonać, że rzecz, o której zaraz napiszę, nie jest tylko wymysłem osobników cierpiących na pospolite lenistwo. Oto człek budzi się rano i czuje się tak, jakby po nim walec przejechał. Tak i jeszcze pięć razy gorzej. Niewiele pomaga to, że śpi 10 godzin na dobę i nie robi nic poza rzeczami absolutnie niezbędnymi do życia. Nie da się tego opisać słowem „zmęczenie”, bo to trochę tak tak, jakby tsunami określić mianem fali.
Mam na myśli chroniczne zmęczenie (chronic fatigue) spowodowane chemią lub radioterapią, albo kombinacją jednego i drugiego. Nawet jeśli od terapii minęło killka lat, „to” nagle zwala się na głowę w najmniej oczekiwanym momencie i całkowicie paraliżuje życie. Trwa tydzień albo miesiąc, po czym mija tak samo szybko, jak się pojawiło. A potem jest kilka tygodni (albo daj Boże miesięcy) spokoju – aż do następnego epizodu. Sprawa została szeroko opisana w wielu czasopismach medycznych, ale lekarstwa póki co nie znaleziono, więc jedyne, co pozostaje, to po prostu przeczekać, przespać, przeleżeć.
Tyle tytułem wyjaśnień, teraz czas na obiecaną dawno temu kontynuację opisu mniej lub bardziej optymistycznych wrażeń z Polski.
Polskie drogi
Polska jest krajem psów konających przy trasach szybkiego ruchu. Nie mogę sobie wybić z głowy obrazu potrąconego przez samochód kundla, który dogorywał przy trasie Łódź-Warszawa. Widziałam go tylko kątem oka, nie dłużej niż przez sekundę, ale wystarczyło. Otwarte zlamanie, psia mordka skrzywiona w bólu nie do wytrzymania. Jeszcze żył, na swoje nieszczęście chyba, ale pozostałe tego typu przypadki to po prostu kupa krwawego futra, która kiedyś była czyimś psem albo kotem. Tego typu scen widziałam dużo, zdecydowanie za dużo jak na cywilizowany kraj w centrum Europy.
Dlaczego Polacy nie przyswoili sobie zwyczaju zamykania furtek i bram, przynajmniej wtedy, kiedy mieszkają przy ruchliwych drogach i mają w domu zwierzaki? Polecam lekturę Małego Księcia, może przypomni komuś, że „jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło”. Bo w Polsce po prostu wzrusza się ramionami i mówi, że „samochód psa mi przejechał, bo wiesz, u nas coraz większy ruch.” Tak jakby to obowiązkiem psa było uważanie na ruch uliczny i przechodzenie przez jezdnię na przejściu dla pieszych.
Zresztą w Polsce do stworzeń oswojonych, które napotkać można przy drogach szybkiego ruchu, a za które nikt nie chce wziąć odpowiedzialności, należą nie tylko rozjechane psy i koty. Są też mówiące z akcentem i zdecydowanie zbyt mocno opalone dziewczyny w wieku od lat 15 do – no właśnie, kto to wie jakiego?
W mieście Łodzi
Prababka Rozalia o Łodzi nigdy nie mówiła inaczej niż „miasto Łódź”. Nigdy nie jeździła do Łodzi, zawsze – do „miasta Łodzi”. Koszyki pełne jajek, masła i innych wiejskich smakołyków ładowała na plecy zaraz po północy, żeby dojść do odległej o cztery kilometry stacji kolejowej i zdążyć na pierwszy poranny pociąg, do miasta Łodzi wlaśnie. Grób prababki ostatnio mocno ucierpiał z powodu wichury, która połamała na cmentarzu wiele drzew, natomiast miasto Łódź zmieniło się nie do poznania (a może nie do Poznania…)



Wraz ze zgonem nieboszczki PRL minęła moda na anioł dzieweczki, co to w łódzkich fabrykach „przędły jedwabne niteczki”, więc Łódź zeszła na boczny tor przemian i inwestycji, wlekąc się w ogonie neo-kapitalistycznego postępu, za Warszawą, Krakowem czy Poznaniem. Wysokie bezrobocie i stan ogólnego przygnębienia.
Z tym większą przyjemnością donoszę, że ostatnio zaczęło się to zmieniać. Łódź rozwija się jak szalona, z prząśniczkami albo i bez. Powstają nowe osiedla i inwestycje w rodzaju Manufaktury, która na mordę bije wszelkie amerykańskie shopping malls, że nie wspomnę o warszawskich Złotych Tarasach. Manufaktura powstała na terenach, których właścielem był niejaki Izrael Poznański i na których Wajda kręcił Ziemię Obiecaną. Tereny starej fabryki przekształcono w centrum handlowo-rozrywkowe nie z tej ziemi. Sklepy, restauracje, bezpłatny tramwaj, którym można dojechać do Placu Wolności (kto miasto Łódź trochę zna, wie, że to nie aż tak daleko, ale dobre i to.) W Manufakturze godziny mijają jak minuty, że nie wspomnę o tym, co się dzieje z naszymi wymienionymi na złotówki marnymi dolarami. Jak woda, proszę Państwa, jak woda…
Prababka w najbliższych tygodniach dostanie nowy grobowiec, w miejsce tego zniszczonego przez wichurę, a w Łodzi wreszcie coś się dzieje. Tak więc obydwie – prababka i jej ukochane miasto – dziarskim krokiem podążają sobie do Europy. Jednym słowem – postęp.
Media
Nie da się tego czytać ani oglądać. Ani tych z lewa, ani tych z prawa. Rozróżnienie między informacją a komentarzem nie istnieje, na głównych stronach tzw. opiniotwórczych wydawnictw zamieszcza się mało dowcipne karykatury prawdziwych lub urojonych wrogów politycznych, w artykułach wstępnych swobodnie szafuje się epitetami z rodzaju tych rynsztokowych lub rynsztokowatych. Akurat podczas mojego pobytu w Polsce Wprost(ak) opublikował osławiony fotomontaż Angeli Merkel z cyckami i doczepionymi do tych cycków braćmi Kaczyńskimi. Chyba jednak już wolę pruderyjne Stany, gdzie goły cycek raczej nie ma racji bytu, chyba że w pornografii lub podręczniku medycyny.
C.d.n.
Do następnego razu!
Agnieszka
Read Full Post »