Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Polityka’ Category

Łapią dzieciaka, oblewają benzyną i podpalają. Chłopak ma pięć lat, lubi grać w piłkę, ale jaka to różnica. Jest przecież wojna, a dzieciak jest z rodziny sunnickiej, a może szyickiej, a może jest Kurdem. Jak wojna to wojna. Dzieciak wrzeszczy i sam próbuje na sobie ugasić ogień, który wypala mu wargi i powieki. Po paru minutach przybiega ktoś dorosły i gasi ogień.

Ktoś dzieciaka odwozi na pogotowie, gdzie mogą zrobić niewiele oprócz uratowania mu życia. Aż tyle albo tylko tyle. Bo jest szpital w Bagdadzie, a nie na East New York, gdzie robienie cudów i wyciąganie kul z mózgu to chleb powszedni. Nie piszę – „na Manhattanie”, bo tam postrzelonych i rozwalonych zdecydowanie mniej niż na East New York, więc pewnie nie mają aż takiej wprawy (przez kilka lat mieszkałam w odległości mniej więcej pięciu przecznic od granicy East NY, więc wiem co nieco na ten temat).

Od dłuższego czasu konsekwentnie omijam wszelkie raporty z wojny w Iraku, zarówno te, o  cywilnych ofiarach wojny, jak i te o powracających do Stanów weteranach, którzy strzelają sobie w łeb nie doczekawszy wizyty u wojskowego psychiatry.  Tego reportażu na CNN.com po prostu nie dało się ominąć, i to nie tylko dlatego, że link był na głównej stronie.

Nie do końca rozumiem, dlaczego historia tego chłopca bardziej ścina krew w żyłach niz dziesiątki artykułów prasowych na temat wojny w Iraku, w których prawie codziennie czyta się o setkach ofiar.  Może dlatego, że w momencie, kiedy wymieniono jego imię, przestał być anonimową ofiarą, victim of sectarian violence, jak to się elegancko nazywa w dziennikarskim żargonie.

Historia zaokrągla szkielety do zera.
Tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Ten oto cytat z George’a Bernarda Shawa (w oryginale „The 100% American is 99% idiot”)  telewizja PBS obrała sobie na motto strony internetowej  programu The Anti-Americans (A Hate/Love Relationship), który ma zostać wyemitowany 27 sierpnia czyli w przyszły poniedziałek. W Nowym Jorku program będzie pokazywany o godz. 10 wieczorem EST na kanale 13.

Mówiąc w wielkim skrócie, chodzi o anty-amerykańskie stereotypy rozpowszechnione w Europie, tyle przynajmniej można wywnioskować na podstawie kilku klipów. W tej chwili na YouTube jest w tej chwili co najmniej z dziesięć klipów z tego programu, tutaj mała próbka:

Opinie Europejczyków na temat Amerykanów:

Co Polacy myślą o wizach do USA (skróconą wersję tego klipa pierwszy wygrzebał w sieci Tomek Łysakowski):

Polska grupa „Sexy Texas”:

Z komentarzem powstrzymam się do momentu, jak obejrzę program. 

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wygląda na to, że wielu ludzi w Stanach jak ognia boi się ewentualnej amnestii dla nielegalnych imigrantów. Mimo że słowo „amnestia” bezpośrednio nie pojawiało się w obecnym projekcie reformy imigracyjnej, niektórzy tak właśnie interpretowali proponowane zmiany – ustawa przewidywała bowiem drogę do legalizacji pobytu (a w przyszłości – do obywatelstwa) dla 12 milionów imigrantów, którzy w tej chwili przebywają w Stanach nielegalnie.

Niestety, reforma utknęła w Senacie, a właściwie została zablokowana. Zwolennicy projektu próbowali wprowadzić go na szybką ścieżkę legislacyjną ograniczającą czas debaty i umożliwiającą ostateczne głosowanie w ciągu najbliższych tygodni. Nie udało im się tego planu zrealizować i chociaż nie oznacza to jeszcze, że sprawa przepadła z kretesem, to jednak nie wiadomo, kiedy powróci do porządku obrad.

Nie rozumiem, dlaczego w ogóle ktoś mówił tutaj o amnestii, a może raczej straszył amnestią. Samo słowo „amnestia” sugeruje coś za nic, a proponowany w ustawie proces ubiegania się o zieloną kartę miał być obwarowany dziesiątkami warunków, takich jak kara pieniężna w wysokości 5 tys. dolarów, dobra znajomość angielskiego, konieczność powrotu do kraju pochodzenia oczekiwanie tam na rozpatrzenie sprawy – w sumie cały proces miałby trwać 13 lat! Tak więc na pewno nie można tutaj mówić o podawaniu komuś obywatelstwa na tacy.

Natomiast twierdzenie, że Stany Zjednoczone nie powinny zezwolić na legalizację pobytu tej grupy imigrantów, jest zwykłym chowaniem głowy w piasek. „Nielegalni” już tutaj są i raczej trudno liczyć na to, że wyjadą stąd dobrowolnie, a żaden trzeźwo myślący polityk nie pokusiłby się na zaproponowanie, aby deportować 12 milionów ludzi, nawet jeślie takie byłyby oczekiwania konserwatywnej części elektoratu. A skoro deportacja nie wchodzi w grę (jeśli nie liczyć symbolicznych „łapanek”, które urząd imigracyjny urządza od czasu do czasu) to jaka pozostaje alternatywa? Przymykanie oczu i udawanie, że nie ma problemu?

Prawda jest taka, że ludzie ci są na tyle wtopieni w gospodarkę amerykańską, zwłaszcza w wielkich aglomeracjach miejskich takich jak Nowy Jork, że trudno wyobrazić sobie normalne funkcjonowanie miasta bez ich udziału. Nie trafia do mnie argument, że nielegalni emigranci ponoszą winę za niskie stawki wynagrodzenia w niektórych dziedzinach – nie zapominajmy o wpływie globalizacji i eksportu amerykańskich miejsc pracy do krajów, gdzie za taką samą pracę płaci się jedną czwartą amerykańskiej stawki. Wie o tym każdy, kto czasem dzwoni do swojego, amerykańskiego przecież, banku, a rozmawia z kimś na drugiej półkuli.

Nie jestem też przekonana, że amnestia imigracyjna zwiększyłaby obciążenie wątłej amerykańskiej sieci zabezpieczeń socjalnych. Ludzie, którzy tutaj przebywają nielegalnie, i tak korzystają z amerykańskich szpitali i szkół, ale często nie składają rozliczeń podatkowych, bo boją się pozostawiania jakichkolwiek urzędowych śladów swojej obecności tutaj. Otwarcie drogi do legalnego pobytu mogłoby tę sytuację zmienić.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Po 9/11 bardzo wzrosła w Stanach liczba deportacji nielegalnych imigrantów. W większości przypadków są to pracujący na czarno robotnicy wyłowieni przy okazji „łapanek” w fabrykach, sieciach handlowych i na farmach, gdzie za jednym zamachem służby imigracyjne wysyłają do więzienia nawet kilkadziesiąt osób. Najczęściej dotyczy to imigrantów zza południowej granicy, natomiast o deportacjach Polaków słyszy się rzadko.

Pierwszy raz z tego typu historią dotycząca polskiej rodziny (gdzieś z Wschodniego Wybrzeża) zetknęłam się kilka lat temu. Rodzina ta została deportowana do Polski razem z dwojgiem nastoletnich dzieci, które przyjechały tutaj z rodzicami w bardzo młodym wieku, ale ponieważ urodziły się w Polsce, nie miały szansy na obywatelstwo amerykańskie. Po kilkunastu latach obracania się w amerykańskim środowisku dzieci przestały mówić po polsku (moim zdaniem –  duży błąd i zaniedbanie ze strony rodziców), a rodzice mieli tutaj dom i normalne życie, więc można sobie tylko wyobrazić, co oznaczał dla nich nakaz opuszczenia Stanów nieomal z dnia na dzień.

W tym tygodniu gazety polskie i amerykańskie opisały przypadek Janiny Wasilewskiej -mieszkającej w Chicago od 18 lat Polki, która właśnie otrzymała nakaz deportacji wraz z zakazem wjazdu do Stanów przez dziesięć lat („Dziennik” – Polka wyrzucona z USA po 18 latach pobytu, „Rzeczpospolita” – Wraz z Bushem przyleci deportowana Polka oraz „Chicago Tribune”- Clock Is Ticking for Asylum Seeker). Kobieta zabiera ze sobą sześcioletniego synka, który urodził się w Stanach i nawet imię ma typowo amerykańskie, a pozostawia – męża, który jest na drodze do uzyskania obywatelstwa amerykańskiego i z którym prowadziła tutaj własny biznes.


Fot. Chicago Tribune

Dziennik pisze tak:

Pani Janina przyjechała do USA w marcu 1989 roku. Od razu wystąpiła o azyl polityczny. W kraju działała w „Solidarności”. Amerykański sąd długo rozpatrywał jej wniosek. W końcu w 1995 roku odmówił Polce azylu. Uznał, że skoro w Polsce jest już demokracja, to pani Janina może wrócić do ojczyzny.

Swego czasu dużo słyszało się tutaj o obrotnych agencjach, które w zamian za spore opłaty obiecywały szybkie załatwienie numeru ubezpieczenia społecznego Social Security oraz pozwolenia na pracę. Klient dostawał do podpisania kilka formularzy i często nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że w jego imieniu zostaje złożone podanie o azyl polityczny w USA. Przy podaniach o azyl pozwolenie na pracę dostaje się tutaj bardzo szybko, a ponieważ sama sprawa ciągnie się latami (amerykański urząd imigracyjny znany jest ze swojej opieszałości), można sobie tutaj mieszkać i pracować, przez kilka lat żyjąc w błogiej nieświadomości.

Niestety, kiedy sprawa w końcu zostanie rozpatrzona – w zdecydowanej większości przypadków odmownie – dostaje się nakaz natychmiastowego opuszczenia Stanów Zjednoczonych. Nie jest dla mnie do końca jasne, w jaki sposób opisana w tych artykułach kobieta mogła tutaj być jeszcze przez 12 lat od momentu odrzucenia jej podania o azyl – jedyne wyjaśnienie, jakie mi przychodzi do głowy jest takie, że kiedyś nakazów deportacji po prostu nie egzekwowano. Czasy się jednak zmieniły.

Tekst w „Dzienniku” opatrzony jest podtytułem „Bezduszna decyzja amerykańskiego sądu”. No cóż, sądy – tak samo polskie, jak i amerykańskie – są od egzekwowania obowiązującego prawa, przynajmniej w teorii, a  my wszyscy ponosimy konsekwencje podejmowanych decyzji.  Żal tych ludzi, bo w najlepszym wypadku czeka ich małżeństwo na odległość,  i wyobrażam sobie, jaki szok muszą teraz przeżywać. Jednak dla innych osób w podobnej sytuacji powinno to być poważne ostrzeżenie: siedzenie w Stanach latami bez uregulowanego pobytu to coś w rodzaju rosyjskiej ruletki – jednym się uda, innym nie.  Stany Zjednoczone anno domini 2007 niestety nie są już tym samym krajem, jakim były kilkanaście lat temu, kiedy na wiele rzeczy patrzyło się przez palce i kiedy bez prawa legalnego pobytu można było kupić dom i prowadzić własny biznes – wszystko bez większych problemów.

Nie rozumiem jednak przesadnie tragizującego tonu tych artykułów, tak jakby chodziło  o deportację do kraju, gdzie prosto z lotniska zabiera się deportowanego na tortury, a nie Polskę –  cywilizowany kraj w środku Europy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Z dużym zainteresowaniem obserwuję falę emocji, jaka ostatnio ogarnęła Stany w związku z proponowaną przez Senat ustawą imigracyjną, która – o ile wejdzie w życie – spowoduje całkowitą zmianę reguł przyznawania amerykańskich wiz pobytowych czyli tzw. zielonych kart. Od projektu do realizacji droga daleka, bo najpierw ustawa musi zostać zatwierdzona przez Kongres i podpisana przez prezydenta, ale jeśli wejdzie w życie w proponowanym kształcie, to zanosi się na prawdziwą rewolucję w amerykańskim prawie imigracyjnym.

Proponowane zasady praktycznie wyeliminują sponsorowanie przez krewnych i popularną wśród niektórych nacji „imigrację łańcuszkową” do Stanów, kiedy to osoba posiadająca obywatelstwo amerykańskie sponsoruje swoje rodzeństwo, rodziców lub dorosłe dzieci. Z kolei sami sponsorowani,  po uzyskaniu zielonej karty, a po pięciu latach amerykańskiego obywatelstwa, taką samą przysługę wyświadczają kolejnym krewnym. Według nowych zasad obywatele amerykańscy nadal mieliby prawo do sponsorowania współmałżonków oraz niepełnoletnich dzieci, natomiast zostałaby wyeliminowana lub mocno ograniczona możliwość sponsorowania rodzeństwa, rodziców oraz dorosłych dzieci.

Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych ma zostać wprowadzony system punktowy, według którego osoby ubiegające się o pobyt stały w Stanach będą otrzymywać punkty za wykształcenie, znajomość angielskiego oraz kwalifikacje zawodowe (STEM – czyli science, technology, engineering, mathematics)  do maksymalnej liczby 100 punktów. Natomiast mniejsze znaczenie będzie miał fakt, że ma się w Stanach krewnych – nadal będzie można uzyskać za to kilka punktów, ale ich znaczenie będzie stosunkowo niewielkie.

Według proponowanej reformy fala niewykwalifikowanych i słabo znających angielski imigrantów ma zostać zastąpiona ludźmi wykształconymi i reprezentującymi poszukiwane zawody. Dzisiejszy The New York Times przedstawia ciekawą prognozę opartą na analizie statystycznej obecnych trendów imigracyjnych. Z analizy tej wynika, że najwięcej ludzi z wyższym wykształceniem (magisterium lub doktorat) przyjeżdża do Stanów z Indii i Chin, natomiast niewykwalifikowana siła robocza – głównie zza południowej granicy czyli z Meksyku i innych krajów Ameryki Środkowej.

Proponowany system punktowy (pełna informacja na stronie NYT):

  • Zawód – do 47 pkt.
    20 pkt. – „wybrane zawody”
    2 pkt. – każdy rok przepracowany w amerykanskiej firmie do max. 10 pkt.
    3 pkt. – wiek od 25 do 39 lat.
  • Wykształcenie – do 28 pkt. 
    20 pkt.  – magisterium
    16 pkt – B.A.
    6 pkt. – szkoła średnia
  • Znajomość angielskiego i historii USA – do 15 pkt.
    15 pkt. – native speaker lub egzamin TOEFL na poziomie co najmniej 75
  • Krewni w USA – do 10 pkt. pod warunkiem, że kandydat uzyskał min. 55 pkt. w pozostałych kategoriach
    8 pkt. – dorosłe dziecko obywatela USA
    6 pkt. – dorosłe dziecko stałego rezydenta
    4 pkt. – rodzeństwo obywatela USA lub stałego rezydenta.

Oddycham z ulgą, bo mój dziewiczy amerykański paszport od lutego leży sobie spokojnie w szufladzie i czeka na swoją pierwszą pieczątkę.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

O przypadku Anny Radosz dowiedziałam się mniej więcej półtora tygodnia temu z artykułu „Walczyła o dziecko, przegrała z rakiem” opublikowanego w serwisie internetowym Telewizji Polskiej. Zaczęłam wtedy pisać swój komentarz na temat tej historii, ale potem odłożyłam brudnopis na wordpressową półkę.

Oto krótkie podsumowanie faktów: mieszkająca w Aberdeen w Szkocji Anna Radosz, będąc w szóstym miesiącu ciąży dowiedziała się o nawrocie choroby nowotworowej – czerniaka. Nie zgodziła się na chemioterapię, ponieważ nie chciała zaszkodzić swojemu nie narodzonemu dziecku. W listopadzie ubiegłego roku urodziła zdrowego synka, ale w tym momencie wystąpiły już przerzuty nowotworu do płuc i mózgu i okazało się, że jest za późno na leczenie metodami tradycyjnej onkologii w Szkocji. Pewną nadzieję dawało jedynie leczenie w klinice w Bostonie i przyjaciele Anny zbierali na ten cel pieniądze. Niestety, nie zdążyli, bo dziewczyna zmarła 11 maja.

Wracam do tego tematu teraz, bo dowiedziałam się, że minister edukacji Roman Giertych wystąpił z wnioskiem do prezydenta RP o pośmiertne nadanie Annie Radosz Złotego Krzyża Zasługi (wniosek ministra został opublikowany na stronie MEN). Politycy próbujący wykorzystać ludzkie tragedie do załatwiania własnych politycznych interesów – to nie jest ani zjawisko nowe, ani typowo polskie, ale jednak ten przypadek poruszył mnie szczególnie. Mam wrażenie, że czyjaś śmierć została potraktowana jako okazja do promowania pewnej – w rozumieniu ministra jedynie słusznej – postawy światopoglądowej.

Zakładam, że dziewczyna dokonała tego wyboru świadomie i w pełni zdając sobie sprawę z potencjalnie tragicznych konsekwencji swojej decyzji. Wybrała to, co było dla niej najważniejsze, i tragiczne jest, że za życie dziecka zapłaciła własnym. Można podziwiać jej poświęcenie, ale czy gdyby zdecydowała się na te chemioterapię chcąc ratować własne życie byłaby osobą godną pogardy i potępienia? Promującą „cywilizację śmierci”? Mam wrażenie, iż minister Giertych w mało subtelny sposób daje do zrozumienia innym kobietom, które mogą stanąć przed podobnym wyborem, że wybór może być tylko jeden – ochrona życia dziecka kosztem własnego.

Łatwo jest wydawać moralne wyroki, osądzać lub przyznawać laury, samemu będąc zdrowym jak ryba i mając jedynie teoretyczne wyobrażenie na temat tego, co czuje człowiek, który stanął oko w oko ze śmiertelną chorobą. Ja wiem na pewno, że w takiej sytuacji nie wolno nikomu narzucać żadnego wyboru ani potępiać za chęć ratowania własnego życia. 

A politycy powinni trzymać się od tej trumny z daleka z daleka.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Rząd proponuje utworzenie okręgu wyborczego dla Polaków mieszkających za granicą i umożliwienie głosowania za pośrednictwem poczty. Odrębny okręg wyborczy miałby zachęcić Polaków przebywających za granicą do wzięcia udziału w wyborach, a możliwość głosowania pocztą – ułatwić życie w przypadkach, kiedy odległość między punktem wyborczym a miejscem zamieszkania sięga tysięcy kilometrów.

Bardzo ładnie, że rząd tak się o nas troszczy, ja jednak proponuję, aby najpierw rozwiązać problem polskich paszportów, bardzo uciążliwy dla Polaków mieszkających w USA.

Po pierwsze, od pewnego czasu podanie o wydanie polskiego paszportu trzeba składać osobiście. Nie ma z tym problemu, jeśli mieszka się w mieście, gdzie jest polski konsulat – można wtedy położyć papiery na biurku urzędnika nawet w czasie przerwy na lunch. Natomiast nie jest to już takie proste, jeśli mieszka się na Florydzie albo gdzieś w Ohio czy Teksasie. Ponieważ stan Floryda „podlega” Ambasadzie RP w Waszyngtonie, w tym przypadku złożenie podania o paszport oznacza co najmniej 2-dniową wyprawę. Nie ma mowy, aby udało się tę sprawę załatwić w jeden dzień – trzeba dojechać na lotnisko, polecieć samolotem do miasta, gdzie mieści się konsulat, a po załatwieniu sprawy – wrócić na lotnisko i udać się w powrotną podróż do domu (polecam lekturę tego komentarza). Co ciekawe, całą operację trzeba powtórzyć przy odbiorze paszportu, bo paszport trzeba odebrać osobiście.

Po drugie, na wydanie polskiego paszportu czeka się miesiącami. Konsulat RP w Nowym Jorku radzi składać podanie o paszport… na 6 miesięcy przed wygaśnięciem starego!

Zaleca się złożenie wniosku na nowy paszport minimum 6 miesięcy przed upływem ważności dotychczas posiadanego paszportu.

Na paszport amerykański czekałam 8 dni od momentu złożenia dokumentów (cały proces ubiegania się o obywatelstwo to inna sprawa – ciagnęło się to w moim przypadku prawie trzy lata), a formularz mogłam wydrukować ze strony internetowej poczty amerykańskiej. Paszport przysłano mi pocztą do domu. Jak widać, jedni mogą, inni – nie.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Sama oczywiście nie pamiętam czasów, kiedy pieśń „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta czerwieńsze ma od malin” była w modzie, ale jej treść jest mi znana z opowiadań mojego ojca, którego młodość przypadła na lata 50-te. Zapewne jest to dość swobodne skojarzenie, ale owe „usta czerwieńsze od malin” przypominają mi się przy lekturze niektórych tekstów polemicznych z polskiej blogosfery w sytuacji, kiedy pisze się o kobietach  – niezależnie od tego, czy chodzi o prezydenta Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, posłankę Samoobrony Lewandowską, czy też o którąś z dziennikarek radiowych czy telewizyjnych.

Nie mam zamiaru rozpisywać się tutaj na temat polskiej sceny politycznej, bo są od tego inni, którzy po pierwsze –  siedzą na miejscu, a nie jak ja w Nowym Jorku, a po drugie – na polityce i pisaniu o polityce zęby zjedli, podczas kiedy mojemu sercu bliższe są tematy emigracyjne.  Tak więc chodzi mi tutaj wyłącznie o formę polemiki i jej aspekty językowo-obyczajowe.

Na podstawie regularnej lektury polskich blogów (zarówno tych z lewa, jak i z prawa) dochodzę do wniosku, że wiele dyskusji przybiera dość przewidywalny obrót w sytuacji, kiedy oponentem jest kobieta – wszelkie chwyty stają się wtedy dozwolone i argumenty merytoryczne chętnie zastępowane są regułami z wolnej amerykanki rodem. Najchętniej dyskutuje się wtedy o kolorze włosów (łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż blondynce zrobić karierę w polskiej polityce…), oraz wypomina niedoskonałości, takie jak zaawansowany wiek (jak wiadomo, w kraju zgrzybiałych czterdziestolatków oznacza to więcej niż lat trzydzieści) lub… zwiotczała skóra. Nie chcę byc gołosłowna, tak więc posłużę się tekstami z różnych krańców politycznego spektrum, popełnionymi tak samo przez amatorów, jak i profesjonalistów (wszystkie podkreślenia moje):

Internetowy Obserwator Mediów o dziennikarkach programu „Misja specjalna” pisze tak:

te zasępione twarze żelaznych dziewic polskiego dziennikarstwa, zesznurowanymi w zbrzydzony ciup zwiędniętymi usteczkami recytujące najbardziej idiotyczne wersje kretyńskiego sloganu o ‚wyzwoleniu przez prawdę’

Dziennik Gajowego Maruchy z kolei takie ma zdanie na temat Manueli Gretkowskiej:

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia znana polskojęzyczna grafomanka, Manuela Gretkowska, przedstawicielka tzw. literatury menstruacyjnej, zapowiedziała iż wystąpi o rejestrację Partii Kobiet.(…) Pani Gretkowskiej życzymy z okazji Świąt Bożego Narodzenia, aby rzadziej przesalała zupy.

„Nonsensopedia” (polska encyklopedia humoru) o posłance Sandrze Lewandowskiej ma do powiedzenia co następuje:

Sandra Lewandowska (ps. „Sandrynka-Landrynka”, „Sandra-Salamandra”, ur. 8 czerwca 1977 w Jeleniej Górze) – polska polityk. Osładza i ubarwia życie męskiej częsci posłów. Jest blondynką, więc z łatwością dostała się do Sejmu, bo takich posłowie lubią. Sandra to obiekt zazdrości Anity Błochowiak, Renaty Beger, Aleksandry Jakubowskiej. Nie współżyje z władzami swojej partii.

Wiem, wiem – „Nonsensopedia”, jak sama nazwa wskazuje, jest pisana dla jaj i tak dalej. Tylko dlaczego w tej samej „polskiej encyklopedii humoru” póki co nie uświadczysz równie wesołej biografii partyjnego szefa posłanki Lewandowskiej Janusza Maksymiuka, który razem z nią plażował w Egipcie i który łaskawie pozwolił sobie olejkiem nacierać plecy? Ano, widocznie co wolno 60-letniemu facetowi, to nie 30-letniej kobitce. A może raczej, co wolno napisać o 30-letniej kobitce, to nie o 60-letnim facecie…

Szukajmy dalej. Jeden z bardziej popularnych ostatnio polskich blogów politycznych – Bufetowa Watch poświęcony osobie Hanny Gronkiewicz-Waltz – swoim wdzięcznym tytułem nawiązuje do przezwiska Bufetowa, którym obdarowano panią prezydent Warszawy jeszcze w trakcie kampanii wyborczej. Autor bloga zapewnia, że inspirację zaczerpnął z bloga BlairWatch monitorującego poczynania brytyjskiego premiera. Dlaczego więc „Bufetowa Watch”, a nie na przykład „Gronkiewicz-Waltz Watch” lub „HGW Watch”? To pozostanie już jego słodką tajemnicą.  Tu autorowi muszę jednak oddać sprawiedliwość, że poza złośliwym tytułem bloga stara się koncentrować bardziej na poczynaniach Gronkiewicz-Waltz jako prezydenta stolicy, niż na jej fryzurze, długości spódnicy albo umiejętnościach kulinarnych.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Sporo zamieszania wywołał ostatni raport Eurostatu, według którego w Polsce rodzi się najmniej dzieci w całej Unii. „Wskaźnik dzietności” w Polsce w 2005 wynosi tylko 1,24  – czyli dzieciak i ćwierć na statystyczną polską parę – w porównaniu z unijną średnią 1,51. Ale Polska jest widać krajem zamożnym, bo parlamentarzyści szybko zaproponowali lekarstwo na polski niż demograficzny –  finansowany przez ZUS 3-letni płatny urlop macierzyński. Pieniądze na ten cel mają się podobno znaleźć dzięki… likwidacji żłobków (Posłanka Sobecka proponuje likwidację żłobków). Gdyby te pieniądze dostały matki, to byłoby i zmniejszone bezrobocie, i zadowolone dzieci i matki – twierdzi Sobecka.

Fajny kraj ta Polska… Dla porównania – w USA po urodzeniu dziecka  kobiecie ustawowo przysługuje 12 tygodni bezpłatnego urlopu macierzyńskiego udzielanego w ramach tzw. Family and Medical Leave Act (FMLA), i to tylko w przypadku firm zatrudniających co najmniej 50 pracowników. Tylko przez taki okres czasu pracodawca ma obowiązek zagwarantować zatrudnienie i ubezpieczenie zdrowotne. A to ostatnie – o ile je w ogóle oferował, bo to też wcale nie jest takie oczywiste. Tyle samu urlopu zdrowotnego dostaje się w przypadku poważnej choroby albo konieczności opieki nad członkiem najbliższej rodziny. Owszem, pracodawca ma prawo być  bardziej hojnym, ale zależy to tylko i wyłącznie od jego dobrej woli i takie rzeczy zdarzają się tylko w najbogatszych firmach, z tzw. listy Fortune 500. A jeśli pracownik zechce sobie ten 12-tygodniowy urlop przedłużyć, musi się z pracą pożegnać i poszukać nowej, jak wydobrzeje.

Wiem, wiem – drapieżne Stany to nie to samo, co opiekuńcza i prorodzinna Europa i nie jest tutaj moim zamiarem obrona systemu amerykańskiego. Z drugiej jednak strony propozycja, aby w ramach „prorodzinnej” polityki likwidować żłobki i w ten sposób zachęcać kobiety do siedzenia w domu i opieki nad ogniskiem domowym, brzmi z lekka absurdalnie.  A co na przykład zrobić z takim fantem jak studentki, które mają dzieci i którym żłobki są po prostu niezbędne? Zdaje się takiego zjawiska polski wariant bezżłobkowo-becikowy nie przewiduje wcale.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W polskich mediach zawrzało ostatnio na temat artykułu o obecnym polskim rządzie opublikowanego w ostatnim numerze brytyjskiego tygodnika The Economist. Ponieważ staram się unikać czytania streszczeń, a z prenumeraty tego pisma zrezygnowałam jakieś trzy lata temu (notabene zaraz po tym, jak nie dostałam pracy w nowojorskim biurze The Economist mimo dość obiecującej rozmowy kwalifikacyjnej), postanowiłam sprawdzić, czy można ten artykuł przeczytać w całości w wersji internetowej pisma.

The EconomistOwszem, można – pod tym adresem: Turning the loose screw. Co prawda już jakiś czas temu The Economist wprowadził zasadę, że całość serwisu internetowego jest dostępna dla płatnych subskrybentów, jednakże można tę regułę obejść przy pomocy jednodniowej przepustki, którą uzyskuje się po obejrzeniu kilkunastosekundowego filmiku reklamowego. Ok – żaden to problem, moje szare komórki są w stanie wytrzymać zbawienne wpływy sieciowego marketingu…

Tytuł artykułu brzmi: Turning the loose screw. The Polish government flails, creaks and sheds ministers czyli w wolnym tłumaczeniu „Przykręcanie luźnej śruby. Polski rząd sieje zamęt, trzeszczy i pozbywa się ministrów”. Już pierwsze zdanie artykułu tłumaczy, dlaczego Lech Kaczyński uznał go za „skrajnie niesprawiedliwy, wręcz haniebny”: Poland’s fractious, pig-headed government has survived for nearly 18 months, against the expectations of most commentators. czyli „Kłótliwy, uparty jak osioł polski rząd przetrwał prawie osiemnaście miesięcy, wbrew oczekiwaniom większości komentatorów.”

Kolejny paragraf – mimo lekko ironizującego tonu – jest raczej pozytywny. Mowa w nim o rekordowych inwestycjach zagranicznych w Polsce w ostatnim roku w wysokości 14,7 miliarda USD, gospodarce rozwijającej się w tempie prawie 6 proc. rocznie, płynących z Brukseli funduszach i dobrych intencjach nieco „nadgorliwego” ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro.

Ale im dalej, tym gorzej: „W ciągu minionych dwóch tygodni rząd okazał skłonności do autodestrukcji. Pierwszy odszedł Radek Sikorski, minister obrony. Zrezygnował, ponieważ kontrwywiad wojskowy węszył koło jego osoby, z upoważnienia Antoniego Macierewicza – sojusznika Kaczyńskich. Macierewicz był odpowiedzialny za likwidację WSI, ale na jej miejsce stworzył prywatną służbę szpiegowską dla Kaczyńskich. Utrata Sikorskiego, jedynego ministra potrafiącego z sensem wypowiedzieć się po angielsku, tylko wyeksponuje słabości jego byłych kolegów” (the only minister able to talk sense in English).

Dalej wcale nie lepiej: „Każdy, kto chce przetrwać w tym rządzie, musi być bierny, mierny, ale wierny, jak mawiają Polacy. Jeden z polskich tygodników porównał nawet Jarosława Kaczyńskiego do Władimira Putina, co było obrazą, wstrząsającą i trącącą absurdem. Ale odgórne podejście Kaczyńskiego i jego brak poszanowania dla rozdziału władzy zaczynają powoli budzić niepokój.”

Na temat polskiej polityki zagranicznej The Economist pisze tak: „W polityce zagranicznej farsa miesza się z tragedią. Kaczyńscy nie pominęli żadnej okazji, żeby obrazić Niemcy, które pod rządami Angeli Merkel próbują przyjacielskiego podejścia. Stan dyplomacji można opisać jako komicznie niekompetentny. Nie ufa się doradcom, którzy wiedzą cokolwiek o zagranicy, często się ich nawet zwalnia. Nie ma już [w rządzie] prawie nikogo, kto rozumie Unię Europejską – poważny problem w przededniu wznowienia trudnych negocjacji w sprawie konstytucji UE”.

A oto podsumowanie artykułu: „Mściwy, uzależniony od kryzysów, podzielony i w większości niekompetentny rząd swoje przetrwanie zawdzięcza silnej gospodarce i słabej opozycji. Ale ani jedno, ani drugie nie będzie trwać wiecznie.”

Trochę dziwnie się to wszystko czyta nie będąc na miejscu, czyli w Polsce, i człowiek siłą rzeczy zaczyna się zastanawiać, czy faktycznie jest aż tak źle, czy może jest to tylko kolejny objaw dziennikarskiej histerii.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »