Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 2007

Po wielkiej awanturze  galeria  Lab Gallery na Manhattanie zrezygnowała z wystawienia w Wielkim Tygodniu czekoladowej rzeźby ukrzyżowanego Chrystusa. Zatytułowana My Sweet Lord rzeźba autorstwa Kanadyjczyka Cosimo Cavallaro miała być częścią wielkanocnej wystawy (strona internetowa artysty – www.cosimocavallaro.com).

Rzezba Chrystusa z czekoladyFakt odwołania wystawy stał się początkiem zażartej dyskusji na temat tego, czy artyści powinni ulegać presjom zewnętrznym  i podporządkowywać się oczekiwaniom „nieartystycznego” i „nierozumiejącego” tłumu – w tym przypadku katolików, którzy wysłając setki listów i emaili z protestami dopięli swego i skłonili galerię z wycofania się z tego przedsięwzięcia.

Nie wątpię, że czytelnikom w Polsce cała sprawa może się niebezpiecznie kojarzyć z protestującymi o byle co słuchaczami „Radyja”, mocno jednak odradzam takie podejście do tematu. Przede wszystkim trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że w Stanach Zjednoczonych tego typu kontrowersyjna artystyczna ekspresja na przedmiot swojej swobodnej interpretacji prawie wyłącznie wybiera symbole chrześcijaństwa, a prawie nigdy -islamu, judaizmu czy innych religii.

Powoli zaczynam podejrzewać, że obrońcy wolności artystycznej sami nie są wolni od grzechu pruderii i zaślepienia, o który tak ochoczo oskarżają swoich oponentów. Swiadczy o tym chociażby ich mocno wybiórcze podejście do zagadnienia wolności słowa w sztuce, bo często pieniądze decydują o tym, gdzie „wolno być wolnym”, a gdzie lepiej trzymać się zasad poprawności politycznej. Nie każde przedsięwzięcie artystyczne znajdzie bowiem chętnych do otwarcia portfela sponsorów, najpierw trzeba się więc zastanowić, komu warto się narazić i jakie kontrowersje są bardziej opłacalne.

Czy znalazłaby się w Nowym Jorku galeria zainteresowana wystawieniem czekoladowej figury Mahometa z obnażonymi genitaliami? Jedynie pod warunkiem posiadania solidnego ubezpieczenia od szkód.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Z okazji weekendu porozmawiajmy o tym, co lubimy wiedzieć o innych i czego nie lubimy ujawniać o sobie, czyli o pieniądzach. Konkretnie o tym, czy faktycznie w Stanach Zjednoczonych życie jest tańsze niż w Europie, jak to się powszechnie uważa. W przytaczanych tutaj przykładach posłużę się danymi z Nowego Jorku, a bardziej konkretnie – nie tyle ze stanu Nowy Jork, co z samego miasta. Oczywiście w samym mieście różnice też są ogromne w zależności od tego, czy mówimy o Manhattanie, gdzie za milion dolarów można kupić średniej wielkości mieszkanie, czy o którejś z czterech pozostałych nowojorskich dzielnic – Brooklyn, Bronx, Staten Island czy Queens.

fake_dollar.jpg

Ile kosztuje wynajęcie mieszkania w Nowym Jorku?
W wielu częściach Queensu za wynajęcie 1-sypialniowego mieszkania trzeba zapłacić średnio 1100-1300 dolarów miesięcznie. W tzw. lepszych dzielnicach Queensu, takich jak np. Forest Hills, czynsz za podobne mieszkanie będzie nieco wyższy i wyniesie ponad 1500 dolarów, a za mieszkanie 2-sypialniowe odpowiednio więcej. Natomiast jeśli ktoś ma skromniejsze wymagania i wystarczy mu studio czyli lokum w rodzaju polskiej kawalerki, to pewnie znajdzie takie za jakieś 800-1000. Dane te dotyczą wolnego rynku, bo zupełnie inaczej mają się sprawy z budynkami z kontrolowanym czynszem. Jeśli ktoś wynajął takie mieszkanie kilkanaście lat temu, to jego czynsz wzrastał w tempie nie większym niz 4% rocznie (lub 7% na dwa lata) i w tej chwili jest grubo poniżej stawek wolnorynkowych.

I tutaj uwaga adresowana do wszystkich, którzy z bliżej nie wyjaśnionych powodów w pogardzie mają Greenpoint. Otóż ceny mieszkań na Greenpoincie, tak samo kupna, jak i wynajmu, rosną jak szalone, rośnie prestiż tej dzielnicy i to, co dziesięć lat temu na temat Greenpointu wypisywał Redliński, można spokojnie między bajki włożyć.

Ile kosztuje kupno domu albo mieszkania?
Szeregowy dom jednorodzinny (3 niewielkie sypialnie, 1-2 łazienki, garaż) na Middle Village, Rego Park lub Glendale na Queensie uszczupli nasze konto bankowe o jakieś 500-630 tys. dolarów (oczywiście większość ceny zakupu zostanie sfinansowana przy pomocy pożyczki hipotecznej rozłożonej na 15 lub 30 lat, sami natomiast musimy wysupłać mniej więcej 20% ceny domu). Jeśli natomiast „szeregowiec” nas nie zadowala i marzy się nam ogródek powierzchniowo większy niż rozłożona gazeta The New York Times, trzeba będzie dołożyć jeszcze jakieś 200-300 tys. i kupić wolnostojący dom z porządną działką za 800-950 tys. dolarów. Nie zapominajmy przy tym, że na Manhattanie taka sama suma wystarczy nam jedynie na mieszkanie – z balkonem albo i bez.

Ile kosztuje tzw. życie?
Jedzenie, alkohol, kosmetyki, artykuły gospodarstwa domowego – wszystko to kosztuje grosze. Zakupy żywnościowe dla dwóch dorosłych osób nie przekroczą 350-400 dolarów miesięcznie, o ile zawsze gotujemy w domu. Jeśli chcemy dorzucić do tego alkohol, za butelkę przyzwoitego wina (najlepiej z Chile lub Argentyny, bo z nie do końca wyjaśnionych powodów tańsze wina europejskie bywają w Stanach dość podłe) zapłacimy 10-20 dolarów, a za sześciopak piwa – około 8.

Nie chce się gotować? Nie ma problemu, zamówienie szybkiego chińskiego obiadu uszczupli naszą portmonetkę o jedyne 4-7 dolarów od dania. Apetyt na sushi? Kupowana w supersamie porcja kosztuje około 5-7 dolarów, a w pewnym dobrze mi znanym sklepie C-Town na Yellowstone Blvd. po godz. 18 taka sama porcja kosztuje jedynie 3 dolary. Wyjście do restauracji przyzwoitej klasy restauracji w dzielnicy Queens będzie nas kosztować około 50-70 dol. za dwie osoby (przystawka plus danie główne), a jeśli dorzucimy drinki, kawę i deser – o jakieś 30-40 dol. więcej. Natomiast zdecydowanie odradzam palenie – za paczkę Marlboro zapłacimy w Nowym Jorku jakieś 7-8 zielonych.

Ile się zarabia w Nowym Jorku?
To pytanie jest nieco bardziej skomplikowane, bo wszystko zależy od okoliczności, takich jak doświadczenie w zawodzie, wykształcenie, wielkość firmy, czy firma jest na Manhattanie czy poza nim itd. Federalnie ustalona stawka minimalna w USA wynosi obecnie 5,15 dolarów na godzinę (przed podatkiem), jednakże w wielu stanach jest ona wyższa niz federalne minimum. Do tej grupy należy stan Nowy Jork, gdzie płaca minimalna wynosi obecnie $7,15 na godzinę. Zainteresowanych szczegółami odsyłam na stronę Department of Labor: http://www.dol.gov/esa/minwage/america.htm.

Niewiele ponad minimum zarabia się przy niewykwalifikowanych zajęciach typu sprzątanie czy pomoc w kuchni, jedynie z tą różnicą, że przy pracy „na czarno” nie płaci się podatku, więc cała suma trafia do kieszeni pracownika. Niewykwalifikowany robotnik na budowie zarobi w Nowym Jorku mniej więcej 12-15 na godzinę, pracownik wykwalifikowany – ponad 20. Policjanci i nauczyciele zarabiają w Nowym Jorku 35-40 tys. dolarów rocznie (przed podatkiem), początkująca sekretarka – 25-30 tys. dolarów, a po paru latach doświadczenia odpowiednio więcej. Pracownik działu marketingu w dużej firmie może liczyć na 45-50 tys. rocznie, programista z kilkuletnim doświadczeniem – na 70-90 tys. w zależności od specjalizacji (za znajomość Java czy C# dostaje się więcej niż za języki skryptowe), a adwokat – powyżej 100 tys.

Liczby podane powyżej dotyczą Nowego Jorku, gdzie zarowno ceny jak i zarobki są wyższe niż w wielu innych częściach Stanów Zjednoczonych. Pieniądze to temat-rzeka, dlatego ciąg dalszy tego tematu nastąpi już niedługo. Odpowiemy w nim na pytanie, gdzie wcięło naszą amerykańską wypłatę…

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dopiero wczoraj wpadł mi w ręce numer czasopisma Time z zeszłego tygodnia – ten, w którym opublikowano artykuł na temat polskiej emigracji do Anglii i Irlandii po 2004 r.  Artykuł nosi tytuł Positive Poles i można go przeczytać w całości w internetowym wydaniu tygodnika. A tak na marginesie –  Positive Poles – to taka sympatyczna gra słów w angielszczyźnie, która znaczyć może zarówno „pozytywni Polacy”, jak i „dodatnie bieguny”.

Autor tekstu Andrew Purvis na wstępie przypomina o ksenofobicznych obawach, z jakimi w 2004 r. państwa Europy Zachodniej oczekiwały przyjęcia do Unii Europejskiej kolejnych państw członkowskich, w tym Polski, a także o osławionej antypolskiej kampanii rozpętanej w 2005 r. przez lidera francuskich eurosceptyków Philippe de Villers, który straszył Francuzów „polskim hydraulikiem”. W atmosferze strachu przed najazdem bezrobotnych tłumów z Europy Wschodniej jedynie Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja zdecydowały się otworzyć swoje rynki pracy dla obywateli nowo przyjętych krajów członkowskich UE, w tym Polski.


Iwona Chudzicka – prezenterka polskiej telewizji w Irlandii. © Fot. Sarah Doyle for TIME.

Zgodnie z przewidywaniami, kilkadziesiąt tysięcy Polaków wyemigrowało do Anglii i Irlandii, ale ich przybycie bynajmniej nie zaszkodziło gospodarce tych krajów. Wręcz przeciwnie – polska przedsiębiorczość i pracowitość przyczyniły się do bezprecedensowego wzrostu gospodarczego w tych krajach – zauważa autor. I tak oto w Irlandii poziom bezrobocia jest o wiele niższy niż w protekcjonistycznej Francji, a według szacunków dublińskiego Economic and Social Research Institute napływowi nowej siły roboczej z tzw. nowej Europy zawdzięczać należy wzrost dochodu narodowego Irlandii o 2% od 2004 r.

Także w Niemczech od pewnego czasu trwa debata na temat tego, czy zamknięcie niemieckiego rynku pracy dla obywateli nowo przyjętych panstw członkowskich UE nie było błędem. Cytowany w artykule Time’a niemiecki ekspert do spraw emigracji Herbert Brücker uważa, że z Polski „wyemigrowała duża grupa najlepiej wykwalifikowanych pracowników, którzy niestety nie przyjechali do Niemiec. Za pięć lat dostaną się nam tylko resztki, a wtedy może być już za późno.”

Jeśli jest jedna cecha, która odróżnia Polaków od innych emigrantów, to jest nią pracowitość, i to niezależnie od tego, czy są lekarzami czy mechanikami – tak przynajmniej twierdzi wielu pracodawców – czytamy w artykule (if there is one characteristic that distinguishes Poles, whether they are wielding a wrench or a stethoscope, it’s a capacity for work–at least, that’s what many employers say).

Dalej podobnie – same superlatywy:) Tak więc – drogi czytelniku – jeśli potrzebujesz szybkiej odtrutki na tzw. kompleks polski, serdecznie polecam lekturę tego właśnie artykułu. Tekst polecam również wszystkim tym, których nauczyciel-polonista skrzywdził (albo skrzywił…)  kiedyś w szkole  lekturą wiersza Andrzeja Bursy Modlitwa dziękczynna z wymówką:

Nie uczyniłeś mnie ślepym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie garbatym
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem
Dzięki Ci za to Panie

Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem
hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory
Dzięki Ci za to Panie

Ale dlaczego uczyniłeś mnie polakiem?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wyjazd do Salt Lake City mocno wybił mnie z blogowego rytmu, tak więc zamiast komentarza zamieszczam tutaj kilka zdjęć z Salt Lake City. Więcej na ten temat napiszę, jak wróci forma pisarska.

DSC02907
Próba chóru Mormon Tabernacle Choir. Otwarte dla publiczności próby odbywają się w czwartki i niedziele wieczorem.

DSC02913
Swiątynia mormonów.

DSC02918
Olympic Legacy Plaza. W 2002r. w Salt Lake City odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie.

DSC02892
Panorama miasta z okna hotelu Grand America

DSC02920
Miso Soup + kieliszek Savignon Blanc. Samotnie, ale nie na smutno.

DSC02869
Wyrzeźbione z lodu logo firmy Omniture, „sprawcy” mojego wyjazdu do SLC.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Z krainy mormonów

Mój kilkudniowy wyjazd do Salt Lake City przedłużył się z tzw. przyczyn obiektywnych, a konkretnie – z powodu piątkowego ataku zimy na Wschodnim Wybrzeżu, który unieruchomił ruch lotniczy na trzech głównych lotniskach metropolii nowojorskiej.  Na szczęście w piątek rano wykazałam się pewną przytomnością umysłu i zamiast od razu pojechać na lotnisko, zadzwoniłam z hotelu do biura podróży obsługującego naszą firmę, żeby potwierdzić swój lot powrotny do Nowego Jorku.

Powiedziano mi, że Nowy Jork jest praktycznie odcięty od świata i że szanse na powrót do domu przed niedzielą są raczej marne, po czym zaproponowano mi super wygodne połączenie z Salt Lake City do Nowego Jorku przez… Phoenix w Arizonie. Nie trzeba być ekspertem w geografii, żeby zdawać sobie sprawę z pewnej absurdalności tej propozycji. No, chyba że jest się zwolennikiem podróżowania do Krakowa przez Alpy…

Po kilku kolejnych telefonach udało mi się wybłagać lot na sobotę, tym razem przez Chicago. Okazało się, że i tak miałam sporo szczęścia, bo w ostatni weekend kilkadziesiąt tysięcy podróżujących na Wschodnie Wybrzeże musiało swoje plany poprzekładać o dwa lub nawet trzy dni albo utknęło gdzieś na lotniskowych poczekalniach.

Tak oto mój pobyt w malowniczym stanie Utah przedłużył się o jeden dzień, dzięki czemu zyskałam trochę czasu na zapoznanie się z historią mormonów, zaliczenie paru sklepów w centrum handlowym The Gateway oraz zjedzenie doskonałego łososia po koreańsku w restauracji o dzwięcznej nazwie Thaifoon.

Oczywiście zatrzymując się w mieście będącym główną siedzibą wyznania mormonów nie mogłam przegapić okazji do zwiedzenia słynnej świątyni w Salt Lake City. Dokładnie rzecz ujmując, do samej świątyni nie mozna wejść nie będąc członkiem kościoła Jezusa Chrystusa Swiętych w Dniach Ostatnich – bo tak brzmi pełna nazwa wyznania – ale mozna zwiedzić teren świątyni łącznie z Assembly Hall, Conference Center i Tabernacle, gdzie w czwartki i niedziele odbywają się próby znanego na całym świecie chóru Mormon Tabernacle Choir. Przy wejściu na teren świątyni dostaje się przewodnika – z reguły misjonarza odbywającego ochotniczą służbę – który przez 20-30 minut pokazuje obiekty i opowiada o historii kościoła i jego wyznawców.

Wpływy kościoła i mormońskiej moralności na wiele dziedzin życia są widoczne wszędzie, a zwłaszcza w przepisach regulujących konsumpcję alkoholu (Utah liquor laws): w całym stanie bary są otwarte nie dłużej niż do godziny 1. nad ranem (jeśli ktoś lubi nocne włóczęgi po barach, niech lepiej nie wyjeżdża z Nowego Jorku), a w restauracji nie można dostać lampki wina, o ile nie zamawia się również posiłku.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Kilka miesięcy temu okazało się, że bliskiej mi osobie grozi utrata wzroku, więc chcąc nie chcąc musiałam zdobyć jak najwięcej informacji na temat polskiej służby zdrowia, łącznie z tym, gdzie najlepiej leczyć odwarstwienie siatkówki. Szukałam szpitali w Polsce, gdzie robi się tego typu zabiegi i stąd wiem, że prowadzona przez profesor G. klinika okulistyczna w Katowicach poziomem usług medycznych bije na głowę większość tego typu placówek w Polsce. Wiem też, że parę lat temu Czeslaw Miłosz zdecydował się na leczenie właśnie w klinice na ul. Ceglanej w Katowicach, a nie u któregoś z amerykańskich specjalistów.

Ma to znaczenie o tyle, że kiedy policja przyłapała panią profesor „w stanie wskazującym na spożycie”, wszystkie gazety w Polsce rzuciły się na ten temat jak hieny na porządny kawał padliny. W kraju, w którym jak wiadomo nikt za kołnierz wylewa, nie zabrakło stróżów moralności chętnych do rzucenia kamieniem, wszystko zresztą dzięki uprzejmości pewnego redaktora-donosiciela mającego w tym dniu przeprowadzić wywiad z prof. G.

 „Okulistka przyłapana na piciu znowu leczy” – ten tytuł pochodzi z przedwczorajszej Gazety Wyborczej, a artykuł – wyprodukowany przez panią redaktor, której zapewne nigdy nie groziła ślepota – utrzymany jest w takim tonie, jakby chodziło o zalanego w trzy d… weterynarza z Pcimia Dolnego, a nie o kogoś, kto setkom pacjentów uratował wzrok.  W podobnym tonie utrzymana jest także część komentarze czytelników pod tym artykułem – zazdrość, Schadenfreude i polskie piekło w jednym:

sprawdzcie jej majątek już kilka lat temu zarabiała powyżej 100tys miesięcznie, czas iś na emeryturę a sława wynika z poparcia i sprzetu jakim dysponowała

To pijaczka!!!nareszcie ktoś tą sprawę wydobył na światło dzienne.

Rozumiem, że przychodzenie do pracy „na rauszu” nie jest zachowaniem, za które należałaby się nagroda, ale czy z drugiej strony nie jest grubą przesadą twierdzenie, że 0,87 promila powinno zakonczyć karierę wybitnego profesora okulistyki, i to w sytuacji, kiedy żaden pacjent nie ucierpiał. Dla porządku przypominam, że w wielu cywilizowanych krajach – w tym w USA, Włoszech i Wielkiej Brytanii – można legalnie prowadzić samochód mając we krwi 0,8 promila alkoholu.

Mam nieodparte wrażenie, że cała ta awantura ma co nieco wspólnego z nazwiskiem prof. G., które nie wszystkim najlepiej się kojarzy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Sporo zamieszania wywołał ostatni raport Eurostatu, według którego w Polsce rodzi się najmniej dzieci w całej Unii. „Wskaźnik dzietności” w Polsce w 2005 wynosi tylko 1,24  – czyli dzieciak i ćwierć na statystyczną polską parę – w porównaniu z unijną średnią 1,51. Ale Polska jest widać krajem zamożnym, bo parlamentarzyści szybko zaproponowali lekarstwo na polski niż demograficzny –  finansowany przez ZUS 3-letni płatny urlop macierzyński. Pieniądze na ten cel mają się podobno znaleźć dzięki… likwidacji żłobków (Posłanka Sobecka proponuje likwidację żłobków). Gdyby te pieniądze dostały matki, to byłoby i zmniejszone bezrobocie, i zadowolone dzieci i matki – twierdzi Sobecka.

Fajny kraj ta Polska… Dla porównania – w USA po urodzeniu dziecka  kobiecie ustawowo przysługuje 12 tygodni bezpłatnego urlopu macierzyńskiego udzielanego w ramach tzw. Family and Medical Leave Act (FMLA), i to tylko w przypadku firm zatrudniających co najmniej 50 pracowników. Tylko przez taki okres czasu pracodawca ma obowiązek zagwarantować zatrudnienie i ubezpieczenie zdrowotne. A to ostatnie – o ile je w ogóle oferował, bo to też wcale nie jest takie oczywiste. Tyle samu urlopu zdrowotnego dostaje się w przypadku poważnej choroby albo konieczności opieki nad członkiem najbliższej rodziny. Owszem, pracodawca ma prawo być  bardziej hojnym, ale zależy to tylko i wyłącznie od jego dobrej woli i takie rzeczy zdarzają się tylko w najbogatszych firmach, z tzw. listy Fortune 500. A jeśli pracownik zechce sobie ten 12-tygodniowy urlop przedłużyć, musi się z pracą pożegnać i poszukać nowej, jak wydobrzeje.

Wiem, wiem – drapieżne Stany to nie to samo, co opiekuńcza i prorodzinna Europa i nie jest tutaj moim zamiarem obrona systemu amerykańskiego. Z drugiej jednak strony propozycja, aby w ramach „prorodzinnej” polityki likwidować żłobki i w ten sposób zachęcać kobiety do siedzenia w domu i opieki nad ogniskiem domowym, brzmi z lekka absurdalnie.  A co na przykład zrobić z takim fantem jak studentki, które mają dzieci i którym żłobki są po prostu niezbędne? Zdaje się takiego zjawiska polski wariant bezżłobkowo-becikowy nie przewiduje wcale.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Ostatnio praca zabiera mi zdecydowanie więcej czasu niż bym chciała, stąd moja chwilowa (i mam nadzieję, że usprawiedliwiona) nieobecność w Salonie. A wszystko to z powodu przygotowań do konferencji na temat Web analytics, na którą wybieram się w najbliższym czasie. Moja praca programisty od pewnego czasu coraz bardziej dryfuje właśnie w kierunku Web analytics czyli analizy danych internetowych. Najrozsądniejsze tłumaczenie na polski, jakie mi przychodzi do głowy, to analiza zachowań użytkownika w sieci, choć nie jestem na 100 % pewna, czy polscy fachowcy od Internetu nie nazywają tego jeszcze inaczej.

Swego czasu zastanawiałam się nawet, czy od czasu do czasu nie napisać tutaj czegoś na ten właśnie temat. Doszłam jednak do wniosku, że póki co Salon nowojorski powinien pozostać po prostu Salonem nowojorskim (z naciskiem na przymiotniku „nowojorski”), czyli prywatnym blogiem o życiu na emigracji. A pisanie o najnowszych rozwiązaniach sieciowych pozostawię innym, bo w Polsce nie brakuje ludzi świetnie znających temat, o ile oczywiście nie wyjechali jeszcze do Irlandii, Niemiec lub Stanów.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »