Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2006

Krótka przerwa

Przez najbliższe kilka dwa tygodnie nie będę pisać w blogu, bo wyjeżdżam. Po powrocie opowiem, co mnie spotkało w miejscu, do którego jadę. A opowiadać na pewno będzie o czym, bo jest to bardzo interesujący zakątek świata;)

Tak więc zamykam Salon i do następnego razu!

Agnieszka

Read Full Post »

Tytuł powyższy wcale nie jest pomyłką, bo nie będę tutaj udzielać porad, jak skutecznie starać się o pracę w Stanach, czy gdzie indziej. A wręcz przeciwnie – to jest poradnik, jak o pracę starać się nie należy.

Po pierwsze, drugie i ostatnie, na pewno nie należy tego robić tak, jak niejaki A.V., imigrant z Uzbekistanu, a obecnie student Yale i ogólnie rzecz biorąc człowiek raczej bystry. Otóż młodzieniec ten wpadł na z pozoru niezły pomysł, aby swoje CV wzbogacić o materiał wizualny w postaci 6-minutowego filmiku wideo, który dołączył do podania o pracę wysłanego do UBS Investment Bank.

Filmik ten, nakręcony na pewno bardziej profesjonalnie i mniej drżącą ręką niż np. „Blair Witch Project”, przedstawia naszego bohatera w różnych nader budujących sytuacjach. Widzimy go, jak na siłowni wyciska po 100 kg w każdej ręce,  jak jedną ręką rozbija stos cegieł  i jak na sali balowej wywija piruety z dość skąpo odzianą panną. Wszystko to przeplatane umoralniającymi historyjkami w stylu „nie ma rzeczy niemożliwych”, płynącymi z ust samego bohatera (filmik utrzymany jest w konwencji filmowej rozmowy kwalifikacyjnej).

Cel tego projektu? Zachęcenie potencjalnego pracodawcy do zaoferowania A.V. dobrze płatnej posady w banku UBS. W jaki sposób to filmowe resume trafiło do YouTube, na razie pozostaje tajemnicą – póki co, wszystko wskazuje na to, że dział kadr UBS dyskrecją nie grzeszy i że któryś z jego pracownikow puścił ten materiał w eter. Natomiast faktem jest, że w YouTube filmik obejrzało kilkaset tysięcy ludzi.

I biedny A.V. nie tylko nadal jest bez pracy, ale stał się pośmiewiskiem najpierw całego Wall Street (gdzie podobno filmik wędrował z jednej skrzynki emailowej do następnej), a teraz chyba nawet i całych Stanów.  Nie pozostawiono na nim suchej nitki, każdy fakt został sto razy sprawdzony. Ktoś doszukał się, że organizacja charytatywna wymieniona w filmiku, jest fikcją, ktoś inny wygrzebał, że firma konsultingowa, którą A.V. wymieniał jako jedno ze swoich osiągnięć, też istnieje tylko na papierze. Nawet New York Times, MSNBC i New York Post napisały o tej historii.

 CV było niewątpliwie mocno przesadzone, bo chwalić się też trzeba z umiarem. Ale mnie interesuje inny aspekt tej sprawy – w dzisiejszych czasach wszystko, co przesyłane jest przez email, w każdej chwili może stać się własnością publiczną. Ktoś kiedyś powiedział, że przez email nie należy przesyłać niczego, co nie powinno trafić na pierwszą stronę New York Times’a.  I wygląda na to, że miał rację.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Polsce od pewnego już czasu trwa moda na krytykowanie wszystkiego, co amerykańskie. Co i rusz czytam teksty w polskiej prasie (że nie wspomnę o blogach) o amerykańskich grubasach, amerykańskiej arogancji, ignorancji,  braku dobrych manier i szerzeniu kultury spod znaku hamburgera, na którą w elitarnej Europie nie powinno być miejsca (przykład: Amerykanie ośmielili się wybudować Disneyland pod Paryżem. Pod  PARYZEM!)

W Ameryce nie ma powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych, wakacji dostaje się średnio dwa tygodnie w roku, a Polacy z wykształceniem wyższym, którzy trafili tutaj przez przypadek czy też z wyboru, często zaczynają od zamiatania podłóg, albo mieszania wapna na budowie. Oprócz tego znamy opinię Redlińskiego o „szczuropolakach” i oglądaliśmy film „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Na nowojorskich ulicach kolorowe śmieci fruwają często i bez zahamowań i daj nam Boże, aby latem nie strajkowały służby miejskie (kto kiedyś doświadczył zapachu nie wywiezionych śmieci w nowojorski lipcowy poranek, kiedy temperatura wynosi +38, a wilgotność powietrza 100%, wie dobrze, o czym mówię).

Wiele z rzeczy wymienionych powyżej to fakty, z którymi trudno polemizować. Europejczyk, który przyjeżdża do Nowego Jorku z płynną znajomością czterech języków, ale bez pozwolenia na pracę, szybko przekonuje się, że akurat z tych umiejętności nie zrobi użytku w tym mieście. Tu bez problemu można znalezć „native speakers” każdego języka na kuli ziemskiej, zwłaszcza w dzielnicy Queens. W tym momencie chowa się dumę do kieszeni i zaczyna wszystko od zera.

Ale to właśnie tutaj, w Stanach, takie rozpoczęcie od zera jest absolutnie wykonalne. To właśnie tutaj, o wiele częściej niż w Polsce czy jakimkolwiek innym kraju Europy zdarzają się jeszcze historie w stylu „od pucybuta do milionera”.

Układy czy znajomości pomagają wszędzie. Ale w Stanach ich brak nie przekreśla szansy na znalezienie satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, nawet jeśli przychodzi się znikąd – bezrobocie oscyluje tutaj na poziomie duzo niższym niz w Europie, bo w okolicach 5%. Tutaj nikogo nie dziwi, że ludzie w średnim wieku rozpoczynają od nowa, zmieniają zawód, miejsce zamieszkania, uczą się języków.  A poza tym w Polsce wiek średni zaczyna się gdzieś koło trzydziestki (kto nie wierzy, niech poczyta ogłoszenia o pracę), tu – o jakieś dwadzieścia lat później. W letnie niedzielne poranki można spotkac w Central Park zdrowych pięćdziesięciolatków zasuwających na rolkach. I nikt nie puka się w czoło.

Myślę, że przeciętnemu Europejczykowi, który w Stanach spędził najwyżej 2-tygodniowe wakacje, trudno zrozumieć ten kraj, stąd też skłonność do przesadnego upraszczania obrazu Ameryki (a że obecna polityka zagraniczna USA też raczej nie pomaga, to już temat na kolejny odcinek). Trzeba po prostu przyjąć  do wiadomosci, że pewne rzeczy wyglądają tutaj zupełnie inaczej niż w Europie czy Kanadzie. Im szybciej człowiek przestanie szukać tutaj małej europejskiej wygody z zabezpieczeniami socjalnymi itp., tym szybciej przejdzie do działania. A po to się tutaj przyjeżdża.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Jeśli komuś słowo ‚macho’ kojarzy się  z kulturą latynoską lub południowoeuropejską, to może powinien zrewidować poglądy i poszukać na naszym własnym polskim podwórku albo za bliską granicą. Bo ani się nie obejrzeliśmy, jak na naszej pszenno-buraczanej glebie wyrósł specjalny gatunek wschodnioeuropejskiego macho-polityka.

Pierwszy był Andrzej Lepper, który jakiś czas temu „zabłysnął” intelektem komentując na konferencji prasowej przypadek swojego kolegi z Samoobrony i eurodeputowanego Bogdana G. oskarżonego o gwałt na belgijskiej prostytutce – „Nie wiedziałem, że prostytutkę można zgwałcić”.

Według aktu oskarżenia pijanemu posłowi G. „żądze wypełzły na twarz” i zapragnął je zaspokoić w ramionach pewnej damy lekkich obyczajów. Nic w tym nie byłoby dziwnego, bo jakby nie było, jest to najstarszy zawód świata i pan G. nie jest ani pierwszym ani ostatnim, któremu taki pomysł przyszedł do głowy. Ale nasz poseł nie chciał „tego” robić w prezerwatywie i kiedy owa dama odmówiła usługi, po prostu ją zgwałcił. A tak na europejskich salonach spraw się nie załatwia. Natomiast przewodniczący Lepper widocznie uznał, że kobieta lekkich obyczajów praw żadnych nie posiada, zwłaszcza jeśli ma do czynienia z polskim eurodeputowanym, do tego posłem Samoobrony i protegowanym pana Leppera, stąd ten mało subtelny komentarz.

A w tym tygodniu do klubu wschodnioeuropejskich macho-polityków dołączył nie byle kto, bo sam prezydent Rosji batiuszka Putin, który z wdziękiem niedźwiedzia syberyjskiego pochwalił wyczyny oskarżonego o gwałt prezydenta Izraela – „Dziesięć kobiet zgwałcił! Wszyscy mu zazdrościmy!”. (Dla przypomnienia: prokuratura zarzuca prezydentowi Kacawowi m.in. gwałt i molestowanie seksualne, on sam zaś zaprzecza tym oskarżeniom.)

Putin wygłosił ten komentarz podczas rozmowy z  goszczącym w Rosji premierem Izraela Ehudem Olmertem. Podobno Putin myślał, że mikrofony były wyłączone, ale był w błędzie i ten „żart” podchwyciły rosyjskie dzienniki Kommiersant i Izwiestja, a za nimi prasa światowa.

Nie trzeba tu żadnych wojujących feministek ani sufrażystek, aby stwierdzić, że w przy tej okazji sposób Putinowi coś zaczęło wystawać…  Czy przypadkiem nie słoma z wylakierowanych butów?

Do następnego razu!
Agnieszka

http://serwisy.gazeta.pl/metro/1,75932,3694145.html

Read Full Post »

Błogosławiony niech będzie Internet, w którym nie tylko „śpiewać każdy może”, ale każdy  może też na tym lepszym lub gorszym śpiewaniu zarobić parę groszy, o ile oczywiście w miarę sprawnie posługuje się językiem angielskim.

Najnowszy amerykański pomysł na robienie kasy w Internecie to serwis www.PayPerPost.com, którego autorzy – wstępnie zabezpieczywszy sobie kilka milionów finansowania venture capital – sprzedają usługę polegającą na tym, że reklamodawcy mogą sobie kupować pseudo-bezstronne wpisy w blogach.

Innymi słowy, firma Nike lub Adidas może zaproponować honorarium w wysokości 5  dolarów (suma do ustalenia) za każdy wpis w blogu, w którym autor pozytywnie wyrazi się o butach sportowych jej produkcji. Czyli ja (oczywiście gdybym była o te 10 cm wyższa), mogłabym zamieścić w blogu swoje zdjęcie, na którym wbijajam piłkę do kosza  w butach Nike na nogach. I w komentarzu mogłabym od niechcenia wspomnieć, że buty sportowe Nike są najwygodniejsze na świecie i że po jednym założeniu zniknął mi nawet odcisk na małym palcu u lewej nogi.  I za te usługę skasowałabym odpowiednie honorarium.

Następnego zaś dnia mogłabym – równie bezstronnie i od niechcenia – wspomnieć, że po wczorajszym intensywnym treningu koszykówki jedyną rzeczą, która może mnie postawić na nogi, jest kawa Starbucks, najlepiej marki Cafe Verona. I za tę jakże bezstronną i niewinną wzmiankę skasowałabym kolejne honorarium.

Czy jest w tym coś złego? Dlaczego się czepiam? Otoż czepiam się dlatego, że gdzieś tam drobnym drukiem firma PayPerPost.com informuje, że nikt nie ma obowiązku zaznaczać, że jego tekst w blogu jest płatnym tekstem reklamowym. Czyli mamy tutaj do czynienia z takim małym internetowym „Truman Show”, w którym jedni wierzą, że czytają obiektywne opinie na jakiś temat, inni natomiast bez mrugnięcia okiem biorą kasę za wyrażanie takich „bezstronnych” opinii. Ale kto wie, może rzeczywiście wszystko jest już na sprzedaż?

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Bo śpiewać każdy może

… trochę lepiej lub gorzej. Ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi.

Korciło mnie strasznie, aby przytoczyć ten cytat z piosenki Stuhra właśnie  w kontekście pisania o blogosferze – niekoniecznie polskiej, ale w ogóle jakiejkolwiek. Nie bierzcie mi tego za złe – blogi to znakomita sprawa, bo są tematy, które  zanim trafią do głównego nurtu mediów, najpierw zostają gruntownie rozpracowane w blogach. Tu w Stanach właśnie w blogach zdemaskowano kilka istotnych wpadek politycznych czy dziennikarskich, takich jak np.  gafa Dana Rathera ze stacji CBS, który zaprezentował na antenie sfałszowane dokumenty dotyczące służby wojskowej prezydenta Busha.

Nie ulega wątpliwości, że obecny prezydent USA to wytrawny dekownik, który wojnę wietnamską przesiedział bezpiecznie na głębokiej prowincji, a do swojej jednostki Gwardii Narodowej zgłaszał się jedynie po to, aby leczyć zęby. Niemniej jednak Rather popełnił niewybaczalny błąd opierając swój raport na sfałszowanych dokumentach.

Ale blogi to miecz obosieczny. Praktycznie każdy, kto jest szczęśliwym posiadaczem komputera i podłączenia do Internetu, z dnia na dzien może stać się pisarzem, dziennikarzem, albo ekspertem od czegoś tam, bo przecież publikuje. Nic nie szkodzi, że publikuje sam siebie, z łaski któregoś z kolei darmowego blogowego serwisu, że klawiaturę obsługuje jednym palcem, a i z ortografią bywa trochę na bakier. Ważne, że publikuje.  Wiara w moc słowa drukowanego niewiele się zmieniła od czasów Gutenberga.

Kto mi zabroni założyć blog na temat odnawialnych źródeł energii albo życia seksualnego orangutanów, nawet jeśli są to tematy, o których pojęcie mam raczej blade? Mogę to zrobić choćby jutro! A jeszcze lepiej – mogę najpierw „wygooglować” parę gorących tematów, sprawdzić, które się najlepiej sprzedają w sieci reklamowej i gotowe!

Do tego blogi pozwalają elegancko rozprawić się z wszystkimi ewentualnymi wrogami z życia niewirtualnego, którzy jako jeszcze nie zblogowani żyją w słodkiej nieświadomości i nie mają bladego pojęcia,  że ktoś przyprawia im w Internecie ‚gembe’.

W taki oto sposób powstaje nie tyle blogowa sieć, co sieczka, w której coraz trudniej wyłowić rzeczy wartościowe. I konia z rzędem temu, kto wie, jak się przed tym bronić. Póki co, dodaję do listy ulubionych różne blogi z sensem, pisane przez ludzi, którzy nie podają się za ekspertów od czegokolwiek. A sama nie zakładam blogu o orangutanach.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W Stanach po 11 września atmosfera zdecydowanie nie sprzyja ochronie wolności osobistych. W atmosferze lekkiej histerii i ogólnej nagonki trwa polowanie na terrorystów, zarówno tych prawdziwych jak i tych urojonych.  Dzięki zgrabnej manipulacji mediami z tzw. main stream obecnej administracji udało się wywołać atmosferę strachu, w której panuje zasada, aby siedzieć cicho i nie wychylać się, jeśli nie chce się zostać uznanym za wroga narodu amerykańskiego.

galleryoftheabsurd.com

Zrodlo: http://galleryoftheabsurd.typepad.com/14/2005/07/a_break_from_go.html

W tej sytuacji nie powinno dziwić, że sąd w Nowym Jorku skazał na 28 miesięcy więzienia Lynn Stewart – 67-letnią prawniczkę znaną ze swoich dość radykalnych lewicowych poglądów, która jako adwokat broniła klientów w różnych niepopularnych procesach, a często też reprezentowala biednych jako obrońca z urzędu. Sama została oskarżona o ‚umożliwianie kontaktów z organizacją terrorystyczną’. Prokuratura domagała się dla niej nawet 30 lat więzienia.

Nie ulega wątpliwości, że jej klient – szejk Omar Abdel-Rahman – na pewno niewiniątkiem nie jest. W 1995 r. został skazany za udział w spiskach terrorystycznych w USA, m.in. planowanie pierwszego zamachu na nowojorskie World Trade Center w 1993 r.

Natomiast jeśli chodzi o winy Lynn Stewart, to sprawa jest już o wiele bardziej zagmatwana. Panuje powszechna opinia, że był to proces pokazowy, w którym chodziło przede wszystkim o odstraszenie innych prawników od ewentualnego występowania w imienu osób oskarżonych o terroryzm. Czyżby w tym przypadku wina okazała  się zaraźliwa?

Wcześniej były już przypadki tłumaczy arabskiego i kapelanów wojskowych, oskarżanych o pomoc terrorystom na podstawie raczej wątłego materiału dowodowego. Stewart jest pierwszym prawnikiem oskarżonym o pomaganie terrorystom, ale wątpię, czy ostatnim.

Do następnego razu!
Agnieszka

http://tvp.pl/124,20061017408700.strona

Read Full Post »

Wygląda na to, że powyższy tytuł nie jest tak bez sensu, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało.  I nie mam bynajmniej zamiaru nawiązywać do bardzo nagłośnionej w mediach amerykańskich wpadki Mela sprzed kilku tygodni, kiedy to ten popularny aktor, reżyser i producent filmowy mocno się wielu środowiskom naraził, nie tyle swoją jazdą po pijaku, co antysemicką tyradą zaraz po.

Otóż doszły mnie właśnie słuchy, że trwają pertraktacje w sprawie zaangażowania Gibsona do zagrania roli Jana III Sobieskiego w filmie na temat odsieczy wiedeńskiej z 1683 roku, w której to nasz król kochany nie tylko dobrze dał Turkom w tyłek, ale i wybawił Europę od niebezpieczeństwa muzułmańskiego potopu (nawet jeśli dla Polski nic konkretnego z tego nie wynikło, jak to w często w naszej historii bywało).

Polski biznesmen Mariusz Białek zamierza wyprodukować najdroższy film w historii polskiej kinematografii – za jedyne 120 mln zł, bijąc na głowę nie najlepsze  (ale za to bardzo drogie) „Quo Vadis” Kawalerowicza. Główną rolę i reżyserię zaproponowano podobno właśnie Melowi Gibsonowi, który w filmie miałby zagrać króla Jana III Sobieskiego.

„Starcie cywilizacji islamskiej z chrześcijańską, a do niego doszło przecież także w 1683 r. pod Wiedniem, jest ostatnio tematem bardzo gorącym i nadzwyczaj aktualnym. Dzisiejsza Europa ma problem ze znalezieniem wspólnego mianownika. Ten film pokazuje, że jest nim chrześcijaństwo. Przesłaniem filmu jest to, że my, Europejczycy, potrafimy się zjednoczyć” – tłumaczy Białek.

Z biznesowego punktu widzenia pomysł jest ciekawy, ale jeśli do realizacji tego filmu dojdzie, już widzę te tłumy „protestantów” przed polskimi ambasadami od Trypolisu po Karachi. Tak więc może  dla dobra wspólnego lepiej byłoby sobie ten kinematograficzny sen o Polsce od morza do morza po prostu odpuścić?

Do następnego razu!
Agnieszka

http://serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34169,3666485.html

Read Full Post »