Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2007

Wiele się ostatnio u nas dzieje. Gawiedź żyje głównie plotami, więc zdjęcia i karykatury Britney Spears to istna kopalnia złota dla wszystkich plotkarskich czasopism i ploto-portali w rodzaju TMZ.com czy Daily Mail. Nie dość, że jej były małżonek Kevine Federline do tego stopnia zapałał ojcowską miłością do swoich pociech, że wytoczył byłej żonie proces o wyłączne prawa rodzicielskie (w razie czego, będzie miał z czego skubnąć na alimenty, bo jak ostatnio ujawniono, dochody Britney oscylują w przedziale 700-800 tys. dolarów miesięcznie, nawet kiedy nie koncertuje i nie nagrywa), to gwiazda popełniła ostatnio kilka ciężkich grzechów przeciwko zasadom dobrego gustu, ubierając się na przyklad tak:

Niestety, błędów w rodzaju niechlujnego stroju w Ameryce się łatwo nie wybacza i owocują one potem takimi oto karykaturami „przed” i „po”,  jak ta poniżej z Gallery of the Absurd:

Mam wrażenie, że im wyżej się w Ameryce zajdzie, tym łatwiej z tych wyżyn spaść na pysk prosto w paszczę hien, i Britney jest tego dobitnym, ale nie pierwszym i zapewne też nie ostatnim przykładem. Wielu gwiazdom czy gwiazdeczkom zdarza się zostać przyłapanym na mniejszych czy większych faux-pas, ale dawno nie widziałam takiej gorliwości w śledzeniu każdego ruchu gwiazdy, takiego obsesyjnego wręcz fotografowania pośladków czy podwianej przez wiatr spódnicy. Biedna bogata Britney nie może wyjść do sklepu ani do restauracji bez ciągnięcia za sobą ogona w postaci kilkudziesięciu żądnych sensacji paparazzi z przygotowanymi do akcji teleobiektywami.

Z innych wiadomości – bardzo pro-rodzinny i bardzo antygejowski republikański senator Larry Craig został ostatnio przyłapany na próbie poderwania faceta w publicznej toalecie na lotnisku. Niestety, podrywany facet okazał się policjantem w przebraniu, który w owej toalecie zajmował się tropieniem objawów nieprzyzwoitego zachowania, moralnej zgnilizny i innych wrzodów na zdrowym ciele narodu amerykańskiego.

Karierze senatora nie wróży to najlepiej, i zastanowić się tylko należy, dlaczego tego typu wpadki najczęściej przytrafiają się wzorowym ojcom rodzin i zagorzałym stróżom moralności. No cóż – dura sex, sed sex!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Pytanie było następujące – dlaczego tak wielu Amerykanów nie jest w stanie zlokalizować na mapie własnego kraju? To bardzo podchwytliwe i niewątpliwie pełne podtekstów i dwuznaczności pytanie padło w konkursie Miss Teen USA 2007, a odpowiedź – taka, jak na załączonym obrazku, z Miss South Carolina w roli głównej:)

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Łapią dzieciaka, oblewają benzyną i podpalają. Chłopak ma pięć lat, lubi grać w piłkę, ale jaka to różnica. Jest przecież wojna, a dzieciak jest z rodziny sunnickiej, a może szyickiej, a może jest Kurdem. Jak wojna to wojna. Dzieciak wrzeszczy i sam próbuje na sobie ugasić ogień, który wypala mu wargi i powieki. Po paru minutach przybiega ktoś dorosły i gasi ogień.

Ktoś dzieciaka odwozi na pogotowie, gdzie mogą zrobić niewiele oprócz uratowania mu życia. Aż tyle albo tylko tyle. Bo jest szpital w Bagdadzie, a nie na East New York, gdzie robienie cudów i wyciąganie kul z mózgu to chleb powszedni. Nie piszę – „na Manhattanie”, bo tam postrzelonych i rozwalonych zdecydowanie mniej niż na East New York, więc pewnie nie mają aż takiej wprawy (przez kilka lat mieszkałam w odległości mniej więcej pięciu przecznic od granicy East NY, więc wiem co nieco na ten temat).

Od dłuższego czasu konsekwentnie omijam wszelkie raporty z wojny w Iraku, zarówno te, o  cywilnych ofiarach wojny, jak i te o powracających do Stanów weteranach, którzy strzelają sobie w łeb nie doczekawszy wizyty u wojskowego psychiatry.  Tego reportażu na CNN.com po prostu nie dało się ominąć, i to nie tylko dlatego, że link był na głównej stronie.

Nie do końca rozumiem, dlaczego historia tego chłopca bardziej ścina krew w żyłach niz dziesiątki artykułów prasowych na temat wojny w Iraku, w których prawie codziennie czyta się o setkach ofiar.  Może dlatego, że w momencie, kiedy wymieniono jego imię, przestał być anonimową ofiarą, victim of sectarian violence, jak to się elegancko nazywa w dziennikarskim żargonie.

Historia zaokrągla szkielety do zera.
Tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Czyja niewidzialna ręka wieczorową porą grzebie w Wikipedii i edytuje wpisy? Okazuje się, że takich niewidzialnych rąk jest wiele, łącznie z CIA, partiami politycznymi i korporacjami w rodzaju Wal-Mart czy Exxon. Dzięki programowi opracowanemu przez pewnego studenta można porównać ponad pięć milionów zmian wniesionych do Wikipedii w ciągu ostatnich pięciu lat z publicznie dostępną bazą adresów IP. WikiScanner Virgila Griffitha jest dostępny w Internecie pod adresem wikiscanner.virgil.gr

Tutaj garść pikantnych poprawek do Wikipedii różnego autorstwa wyłapanych przez pismo Wired:

  • ACLU uzupełnia biografię papieża Benedykta XVI o informację, że do funkcji papieża należy „molestowanie młodych chłopców i poniżanie kobiet„.
  • Exxon uważa, że wyciek ropy z tankowca Exxon Valdez miał minimalny wpływ na środowisko naturalne i wręcz przyczynił się do zwiększonych połowów łososia. Czyli – żadnej katastrofy ekologicznej nie było, a rybka lubi pływać. Najchętniej w ropie z tankowca.
  • Informacja, że średnie stawki dla pracowników sieci Wal-Mart są o 20% niższe niż stawki w innych sieciach handlowych, została zastąpiona wpisem, że przeciętne płace w WalMart są dwa razy wyższe od płacy minimalnej.  Jak wiadomo, the glass can be half-empty or half-full, a punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Autor poprawki – Wal-Mart.
  • Ambasada izraelska w Waszyngtonie dyskretnie usuwa z artykułu o wojnie w Libanie w 2006r.  wzmiankę o Palestyńczykach, którzy zginęli w strefie Gazy w wyniku ataku artylerii izraelskiej.
  • Korporacja Subway uzupełnia artykuł na swój temat o informację, że oferowane w menu kanapki są pyszne…  Pańskie oko konia tuczy, a nie zupa czy kanapka.

Trudno ocenić, jak długo te i inne „rewelacje” utrzymały się w Wikipedii, ale powinien to wziąć pod uwagę każdy uczeń (i nie daj Boże dziennikarz), który Wikipedię uznaje za wiarygodne zródło wiedzy.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Ten oto cytat z George’a Bernarda Shawa (w oryginale „The 100% American is 99% idiot”)  telewizja PBS obrała sobie na motto strony internetowej  programu The Anti-Americans (A Hate/Love Relationship), który ma zostać wyemitowany 27 sierpnia czyli w przyszły poniedziałek. W Nowym Jorku program będzie pokazywany o godz. 10 wieczorem EST na kanale 13.

Mówiąc w wielkim skrócie, chodzi o anty-amerykańskie stereotypy rozpowszechnione w Europie, tyle przynajmniej można wywnioskować na podstawie kilku klipów. W tej chwili na YouTube jest w tej chwili co najmniej z dziesięć klipów z tego programu, tutaj mała próbka:

Opinie Europejczyków na temat Amerykanów:

Co Polacy myślą o wizach do USA (skróconą wersję tego klipa pierwszy wygrzebał w sieci Tomek Łysakowski):

Polska grupa „Sexy Texas”:

Z komentarzem powstrzymam się do momentu, jak obejrzę program. 

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W komedii When Harry Met Sally jest scena, w której Sally dzieli się z Harrym zamiarem studiowania w Nowym Jorku. Harry komentuje to tak – a jeśli zakończysz życie „po nowojorsku” – jak ludzie, których śmierci nikt nie zauważy i których zwłoki zostaną odnalezione po dwóch tygodniach? (Finally you die in one of those New York deaths which nobody notices for two weeks until the smell drifts into the hallway.) Może dlatego czasem mam wrażenie, że pies czy kot jest dla wielu w tym mieście odtrutką na samotność i brak rodziny. Zresztą nowojorczycy mają lekkiego bzika nie tylko na punkcie psów czy kotów, ale także innych udomowionych zwierzaków – świnek morskich, oswojonych szczurów i czego tam jeszcze.

W Polsce, zwłaszcza na wsi, pies to tylko pies – stworzenie niższego rzędu, podległe człowiekowi, o które owszem, należy dbać do pewnych granic – aby nie zdechło z głodu czy zimna, które jednak powinno znać swoje miejsce w hierarchii gospodarstwa domowego. Po polsku mówi się, że pies ma swojego „pana”, „panią”, „właściciela”. W angielszczyźnie, oprócz neutralnego owner czyli właściciel, chętnie są używane określenia w rodzaju mommy, daddy i parents, jak w pewnym ogłoszeniu prasowym, kóre niedawno czytałam – pets and their parents are invited…

pieski.jpg

Niedawno znalazłam na YouTube przedstawiony poniżej filmik na temat gadających psów, a dokładniej – na temat psów wydających dźwięki, które przy odrobinie wyobraźni można uznać za słowa lub nawet pełne zdania (po angielsku oczywiście). Takie, jak I want my mama

Podczas ostatniego pobytu w Polsce ktoś zbeształ mnie za to, że na wizytę u weterynarza dla naszych dwóch psiaków wydałam 650 dolarów (część tej sumy to wydatki nie do uniknięcia, takie jak obowiązkowe szczepienia, natomiast reszta – to drobne psie luksusy w rodzaju drogiej szczepionki Revolution, Lean Treats oraz różne takie). Niestety, takie są tutaj ceny za uslugi tego rodzaju, a targowanie się z doktorem – także weterynarzem – póki co do moich zwyczajów nie należy .

Takie pieniądze wydaję na psy, a gdzieś tam ludzie głodują… Pytanie niby na miejscu, warto by się jednak zastanowić, dlaczego podobne pytania rzadko wywołuje informacja, że ktoś kupił auto za 40 tys. dolarów albo pojechał na 2-tygodniową wycieczkę do Indii. Wychodzi na to, że łatwiej zapłakać nad głodem w Afryce słysząc o kilkuset dolarach „zmarnowanych” na psa, niż o kilkudziesięciu tysiącach wydanych na Mercedesa.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Dzisiaj dalszy ciąg notatek z urlopu w Polsce (choć niekoniecznie na temat tytułowej Łodzi), a w nim parę słów o tym, czego w Polsce nie ma, czego jest pod dostatkiem oraz jakie głupie amerykańskie zwyczaje z powodzeniem przyjęły się na nadwiślańskim gruncie.

Wybrzeże
Zdecydowanie nie ma w Polsce gwarancji na letnią pogodę. O ile w Nowym Jorku lipiec i sierpień są pod tym względem całkowicie przewidywalne i jedyna niewiadoma to liczba dni, kiedy bez włączonego klimatyzatora absolutnie nie da się przespać nocy, to pogoda nad Bałtykiem bywa w lipcu kapryśna i nieprzewidywalna.

Pół biedy, jeśli człowiek jedzie na dwa tygodnie co najmniej – wtedy zawsze jest szansa, że złapie chociaż kilka dni słońca. Gorzej z krótkimi wyjazdami, bo co tu robić w Helu na Helu jeśli od rana do wieczora leje bez opamiętania? A na Hel mamy przeznaczone tylko trzy dni? Pozostaje któryś z barów przy głównej ulicy, gdzie można sobie taką barową pogodę przesiedzieć w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Pecunia non olet
Pytanie: gdzie w Polsce 1 euro jest warte tyle samo co 1 PLN? Odpowiedź: w toaletach publicznych we wszystkich większych miastach. Polskie babcie klozetowe wprowadziły interesujący przelicznik za swoje usługi – jeden złoty (w porywach do złoty pięćdziesiąt) = jedno euro. Jak zagraniczny turysta nie ma polskich drobnych, zawsze może zapłacić za tę usługę w euro.

Sprawa płatnych toalet w Polsce fascynuje mnie od pewnego czasu i nie wiem czy bardziej to smutne czy śmieszne. Na najmarniejszym dworcu autobusowym w Pcimiu Dolnym nadal trzeba płacić za toaletę. Co ciekawe, wiele toalet jest tak przemyślnie skonstruowanych, że babcia klozetowa (oraz częściej dziadek klozetowy) ma swoje „biuro” w środku między toaletą damską a męską, tak że nawet mysz się nie prześlizgnie nie zauważona.

Babć klozetowych i płatnych toalet jest w Polsce na pewno pod dostatkiem. A szczytem oszczędności wykazuje się pewna renomowana restauracja w Warszawie, która opłaty za korzystanie z toalety pobiera także od własnych klientów, kórzy wcześniej zjedli tam obiad za nie najmniejsze wcale pieniądze.

Amerykańska moda na przesiadywanie w shopping mall
Nowe centra handlowe rosną jak grzyby po deszczu (Złote Tarasy w Warszawie, Manufaktura w Łodzi etc.) – to dobrze. Młodzi ludzie przesiadują w nich od rana do wieczora – to już gorzej. Nigdy nie mogłam zrozumieć mentalności Amerykanów, traktujących swoje shopping mall jako miejsca spędzania wolnego czasu i wymieniających zakupy jako jedno ze swoich hobby. W wolny dzień idzie się tam z samego rana, pochodzi trochę po sklepach, kupi coś albo i nie, potem posiedzi trochę na ławce, a godziny mijają jedna za drugą. Ponieważ na miejscu są też różnego rodzaju niedrogie restauracje, można w ten sposób spędzić cały dzień.

Teraz widzę, że ta moda trafiła także do Polski. Grupy młodzieży błąkają się po tych shopping malls bez większego celu, zaś wielu młodzieńców wzorem swoich amerykańskich kolegów dumnie prezentuje spodnie z krokiem na wysokości kolan.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Gdzie byłam, jak mnie nie było? Ano, w wielu super ciekawych miejscach po tej lepszej, czyli europejskiej, stronie Oceanu. Od wielu lat swoje skromne amerykańskie urlopy konsekwentnie spędzam w Polsce – chroniczny problem nie do końca odciętej polskiej pępowiny zapewne – ewentualnie w miejscach, które można odwiedzić w drodze do Polski (w Paryżu, Londynie, Sztokholmie). Wychodzi więc na to, że wszystkie drogi prowadzą do Łodzi, lub dalej na zachód czyli do samego Sieradza. Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu / Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu…

Wróciłam do Stanów jakiś miesiąc temu, ale nie pisałam, bo mi się nie chciało, albo dokładniej – bo nie miałam siły. Trudno jest kogokolwiek przekonać, że rzecz, o której zaraz napiszę, nie jest tylko wymysłem osobników cierpiących na pospolite lenistwo. Oto człek budzi się rano i czuje się tak, jakby po nim walec przejechał. Tak i jeszcze pięć razy gorzej. Niewiele pomaga to, że śpi 10 godzin na dobę i nie robi nic poza rzeczami absolutnie niezbędnymi do życia. Nie da się tego opisać słowem „zmęczenie”, bo to trochę tak tak, jakby tsunami określić mianem fali.

Mam na myśli chroniczne zmęczenie (chronic fatigue) spowodowane chemią lub radioterapią, albo kombinacją jednego i drugiego. Nawet jeśli od terapii minęło killka lat, „to” nagle zwala się na głowę w najmniej oczekiwanym momencie i całkowicie paraliżuje życie. Trwa tydzień albo miesiąc, po czym mija tak samo szybko, jak się pojawiło. A potem jest kilka tygodni (albo daj Boże miesięcy) spokoju – aż do następnego epizodu. Sprawa została szeroko opisana w wielu czasopismach medycznych, ale lekarstwa póki co nie znaleziono, więc jedyne, co pozostaje, to po prostu przeczekać, przespać, przeleżeć.

Tyle tytułem wyjaśnień, teraz czas na obiecaną dawno temu kontynuację opisu mniej lub bardziej optymistycznych wrażeń z Polski.

Polskie drogi
Polska jest krajem psów konających przy trasach szybkiego ruchu. Nie mogę sobie wybić z głowy obrazu potrąconego przez samochód kundla, który dogorywał przy trasie Łódź-Warszawa. Widziałam go tylko kątem oka, nie dłużej niż przez sekundę, ale wystarczyło. Otwarte zlamanie, psia mordka skrzywiona w bólu nie do wytrzymania. Jeszcze żył, na swoje nieszczęście chyba, ale pozostałe tego typu przypadki to po prostu kupa krwawego futra, która kiedyś była czyimś psem albo kotem. Tego typu scen widziałam dużo, zdecydowanie za dużo jak na cywilizowany kraj w centrum Europy.

Dlaczego Polacy nie przyswoili sobie zwyczaju zamykania furtek i bram, przynajmniej wtedy, kiedy mieszkają przy ruchliwych drogach i mają w domu zwierzaki? Polecam lekturę Małego Księcia, może przypomni komuś, że „jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło”. Bo w Polsce po prostu wzrusza się ramionami i mówi, że „samochód psa mi przejechał, bo wiesz, u nas coraz większy ruch.” Tak jakby to obowiązkiem psa było uważanie na ruch uliczny i przechodzenie przez jezdnię na przejściu dla pieszych.

Zresztą w Polsce do stworzeń oswojonych, które napotkać można przy drogach szybkiego ruchu, a za które nikt nie chce wziąć odpowiedzialności, należą nie tylko rozjechane psy i koty. Są też mówiące z akcentem i zdecydowanie zbyt mocno opalone dziewczyny w wieku od lat 15 do – no właśnie, kto to wie jakiego?

W mieście Łodzi
Prababka Rozalia o Łodzi nigdy nie mówiła inaczej niż „miasto Łódź”. Nigdy nie jeździła do Łodzi, zawsze – do „miasta Łodzi”. Koszyki pełne jajek, masła i innych wiejskich smakołyków ładowała na plecy zaraz po północy, żeby dojść do odległej o cztery kilometry stacji kolejowej i zdążyć na pierwszy poranny pociąg, do miasta Łodzi wlaśnie. Grób prababki ostatnio mocno ucierpiał z powodu wichury, która połamała na cmentarzu wiele drzew, natomiast miasto Łódź zmieniło się nie do poznania (a może nie do Poznania…)

Wraz ze zgonem nieboszczki PRL minęła moda na anioł dzieweczki, co to w łódzkich fabrykach „przędły jedwabne niteczki”, więc Łódź zeszła na boczny tor przemian i inwestycji, wlekąc się w ogonie neo-kapitalistycznego postępu, za Warszawą, Krakowem czy Poznaniem. Wysokie bezrobocie i stan ogólnego przygnębienia.

Z tym większą przyjemnością donoszę, że ostatnio zaczęło się to zmieniać. Łódź rozwija się jak szalona, z prząśniczkami albo i bez. Powstają nowe osiedla i inwestycje w rodzaju Manufaktury, która na mordę bije wszelkie amerykańskie shopping malls, że nie wspomnę o warszawskich Złotych Tarasach. Manufaktura powstała na terenach, których właścielem był niejaki Izrael Poznański i na których Wajda kręcił Ziemię Obiecaną. Tereny starej fabryki przekształcono w centrum handlowo-rozrywkowe nie z tej ziemi. Sklepy, restauracje, bezpłatny tramwaj, którym można dojechać do Placu Wolności (kto miasto Łódź trochę zna, wie, że to nie aż tak daleko, ale dobre i to.) W Manufakturze godziny mijają jak minuty, że nie wspomnę o tym, co się dzieje z naszymi wymienionymi na złotówki marnymi dolarami. Jak woda, proszę Państwa, jak woda…

Prababka w najbliższych tygodniach dostanie nowy grobowiec, w miejsce tego zniszczonego przez wichurę, a w Łodzi wreszcie coś się dzieje. Tak więc obydwie – prababka i jej ukochane miasto – dziarskim krokiem podążają sobie do Europy. Jednym słowem – postęp.

Media
Nie da się tego czytać ani oglądać. Ani tych z lewa, ani tych z prawa. Rozróżnienie między informacją a komentarzem nie istnieje, na głównych stronach tzw. opiniotwórczych wydawnictw zamieszcza się mało dowcipne karykatury prawdziwych lub urojonych wrogów politycznych, w artykułach wstępnych swobodnie szafuje się epitetami z rodzaju tych rynsztokowych lub rynsztokowatych. Akurat podczas mojego pobytu w Polsce Wprost(ak) opublikował osławiony fotomontaż Angeli Merkel z cyckami i doczepionymi do tych cycków braćmi Kaczyńskimi. Chyba jednak już wolę pruderyjne Stany, gdzie goły cycek raczej nie ma racji bytu, chyba że w pornografii lub podręczniku medycyny.

C.d.n.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »