Wszyscy mamy jeszcze świeżo w pamięci sceny sprzed trzech lat, kiedy to huragany „Katrina” i „Rita” spustoszyły Nowy Orlean i sporą część Luizjany. Blisko 30 tysięcy ludzi stłoczonych w zupełnie nieprzystosowanej do tego celu hali Louisiana Superdome. Ludzie umierający na wózkach inwalidzkich. Zalane miasto, zwłoki na ulicach – wszystko przy kompromitującym braku reakcji i nieudolności agencji miejskich, stanowych i federalnych, ale za to w obecności kamer telewizyjnych.
Archive for the ‘Psy, koty i ludzie’ Category
Czekając na Gustava
Posted in Psy, koty i ludzie, Salon, Życie w USA, tagged ewakuacja Nowego Orleanu, huragan Gustav, Nowy Orlean, sztorm stulecia on 2008/08/31| 2 Komentarze »
Złodzieje psów
Posted in Nowy Jork, Psy, koty i ludzie, Salon, Życie w USA, tagged najlepszy przyjaciel czlowieka, pies on 2008/04/24| 12 Komentarzy »
Trzeba być strasznym skurczybykiem, żeby komuś ukraść psa. Do tego małego i chorego. W mojej okolicy na drzewach i słupach od wczoraj wiszą ulotki, rozklejane przez zrozpaczonego właściciela oferującego 1000 dolarów nagrody za odnalezienie psa: jego miniaturowy pudel wyrwał się zza płotu przed dom, aby porozkoszować się kilkoma minutami wolności w wiosennym słońcu i jak najdalej od smyczy. Przypadkowo – a może i nie – na ulicy zatrzymał się przejeżdżający samochód, wybiegła z niego baba-złodziejka, złapała psa i po chwili nie było już śladu ani po samochodzie, ani po psie.
Pies a sprawa polska
Posted in Nowy Jork, Polska, Psy, koty i ludzie, Salon, Społeczeństwo on 2007/08/18| 4 Komentarze »
W komedii When Harry Met Sally jest scena, w której Sally dzieli się z Harrym zamiarem studiowania w Nowym Jorku. Harry komentuje to tak – a jeśli zakończysz życie „po nowojorsku” – jak ludzie, których śmierci nikt nie zauważy i których zwłoki zostaną odnalezione po dwóch tygodniach? (Finally you die in one of those New York deaths which nobody notices for two weeks until the smell drifts into the hallway.) Może dlatego czasem mam wrażenie, że pies czy kot jest dla wielu w tym mieście odtrutką na samotność i brak rodziny. Zresztą nowojorczycy mają lekkiego bzika nie tylko na punkcie psów czy kotów, ale także innych udomowionych zwierzaków – świnek morskich, oswojonych szczurów i czego tam jeszcze.
W Polsce, zwłaszcza na wsi, pies to tylko pies – stworzenie niższego rzędu, podległe człowiekowi, o które owszem, należy dbać do pewnych granic – aby nie zdechło z głodu czy zimna, które jednak powinno znać swoje miejsce w hierarchii gospodarstwa domowego. Po polsku mówi się, że pies ma swojego „pana”, „panią”, „właściciela”. W angielszczyźnie, oprócz neutralnego owner czyli właściciel, chętnie są używane określenia w rodzaju mommy, daddy i parents, jak w pewnym ogłoszeniu prasowym, kóre niedawno czytałam – pets and their parents are invited…

Niedawno znalazłam na YouTube przedstawiony poniżej filmik na temat gadających psów, a dokładniej – na temat psów wydających dźwięki, które przy odrobinie wyobraźni można uznać za słowa lub nawet pełne zdania (po angielsku oczywiście). Takie, jak I want my mama…
Podczas ostatniego pobytu w Polsce ktoś zbeształ mnie za to, że na wizytę u weterynarza dla naszych dwóch psiaków wydałam 650 dolarów (część tej sumy to wydatki nie do uniknięcia, takie jak obowiązkowe szczepienia, natomiast reszta – to drobne psie luksusy w rodzaju drogiej szczepionki Revolution, Lean Treats oraz różne takie). Niestety, takie są tutaj ceny za uslugi tego rodzaju, a targowanie się z doktorem – także weterynarzem – póki co do moich zwyczajów nie należy .
Takie pieniądze wydaję na psy, a gdzieś tam ludzie głodują… Pytanie niby na miejscu, warto by się jednak zastanowić, dlaczego podobne pytania rzadko wywołuje informacja, że ktoś kupił auto za 40 tys. dolarów albo pojechał na 2-tygodniową wycieczkę do Indii. Wychodzi na to, że łatwiej zapłakać nad głodem w Afryce słysząc o kilkuset dolarach „zmarnowanych” na psa, niż o kilkudziesięciu tysiącach wydanych na Mercedesa.
Do następnego razu!
Agnieszka
Prawdziwa historia kota z Queensu
Posted in Nowy Jork, Psy, koty i ludzie, Salon, Życie w USA on 2007/04/14| 3 Komentarze »
Moje psy mają swoje ulubione i od dawna wydeptane dróżki. To, czy dróżka zalicza się do ulubionych, zależy przede wszystkim od miękkości trawy oraz liczby drzew i zardzewiałych hydrantów ulicznych. Po wyjściu z domu najpierw idziemy tą samą ulicą z trawnikiem idealnie nadającym się do obsikania, po czym w zależności od pogody i nastroju – bardziej mojego niż psiego, choć zdarzają się dni, że pozwalam psom wybrać trasę – skręcamy albo w lewo, albo w prawo. Drogi na wprost nie wybieramy prawie nigdy, bo Joey – mniejszy i bardziej wrażliwy – nie lubi hałasu, skrzyżowań i ruchliwych ulic.
Droga w prawo oznacza spacer krótszy i trochę mniej urozmaicony, ale za to bardziej refleksyjny: jesienią – sterty opadłych liści ze stuletnich drzew i wydrążone dynie na progach domów, wiosną – kwitnące azalie i magnolie. To właśnie tutaj od czasu do czasu zamieniam kilka słów ze starszym panem, którego „babusia przyjechała od Polski,” i który jak dziecko cieszy się tym, że ma okazję powiedzieć parę słów po polsku, choćby o pogodzie lub wyższości polskiej kiełbasy nad amerykańskim sausage.
Droga w lewo – to więcej atrakcji, choćby takich, jak dobrze z nami zaprzyjazniony duży czarny pies za wysokim płotem, zza którego od czasu do czasu próbuje nas obsikać, a także szkoła i plac zabaw. Właśnie na tamtej ulicy parę tygodni temu zobaczyłam przyczepione do drzewa ogłoszenie:
Zaginął kot. Stary i chory. Jeśli ktoś go znalazł, proszę zadzwonić pod numer 718-xxx-xxxx.
Ogłoszeń tego typu widzę każdego roku co najmniej kilkanaście – prawie zawsze wydrukowane w kilkunastu egzemplarzach na kolorowej drukarce, z dołączonym zeskanowanym zdjęciem zaginionego zwierzaka. To o starym chorym kocie przyciągnęło moja uwagę chyba jedynie dlatego, że było jakby z zupełnie innej epoki – napisane drżącą ręką na wydartej z zeszytu w kratkę kartce, każdy egzemplarz nie skopiowany, a starannie przepisany. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do glowy było to, że właściciel (lub właścicielka) tego starego i chorego kota sam jest w niewiele lepszym stanie. Ale cóż, w Nowym Jorku każdego miesiąca zwierzaków giną setki – zle zapięta obróżka, nie domknięta brama, wypuszczona z ręki smycz i nieszczęście gotowe. Smutne historie, które rzadko kończą się happy endem.
Wszystko to działo się parę tygodni temu, i o historii zaginionego kota z sąsiedztwa prawie już zapomniałam. Do dzisiaj. Dzisiaj zupełnie przypadkiem otworzyłam lokalną gazetkę The Queens Courier, którą czytam nie częściej niż raz lub dwa razy w roku, i natrafiłam tam na list o następującej treści:
W niedzielę 18 marca zabrałam swoją starą i bardzo chorą kotkę do weterynarza przy Woodhaven Blvd. Bałam się, że trzeba ją będzie uśpić, ale doktor postanowił dać jej antybiotyki, w nadziei, że da się ją jeszcze uratować. Po wizycie zawinęłam ją w koc, aby było jej wygodnie, włożyłam do klatki, a klatkę położyłam na wózek, aby przyciągnąć go do domu.
Niestety, klatka nie była dobrze zamknięta i nie zauważyłam, kiedy moja kotka z niej wypadła. Byłam zrozpaczona, głośno wołałam jej imię, wróciłam tą samą drogą i przez kilka godzin zaglądałam pod każdy zaparkowany samochód. Niestety, bezskutecznie. Nie pozostało mi nic innego, jak powiesić ogłoszenia na drzewach w nadziei, że może ktoś ją znalazł.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie pani Julia i powiedziała mi, że znalazła moją kotkę i że zabrała ją do szpitala weterynaryjnego na leczenie. A potem zobaczyła moje ogłoszenie na drzewie i w ten oto sposób moja staruszka wróciła do mnie! Pani Julia nie chciała nawet zwrotu pieniędzy, które wydała na weterynarza. Są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie.
Kotka jest z powrotem u mnie, ciągle chora, ale jest pod dobrą opieką i dzięki pomocy tej szlachetnej osoby ma szansę przeżyć.
Myrna
Do następnego razu!
Agnieszka
Pieski żywot
Posted in Nowy Jork, Podróże, Psy, koty i ludzie, Salon on 2007/02/14| 2 Komentarze »
Jak każdego roku w lutym, przyjechało ich do Nowego Jorku ponad dwa tysiące. Wszystkie piękne, eleganckie, pełne wdzięku i od wczesnej młodości przyzwyczajone do pieszczot i podziwu. Niestremowane blyskami flesza, rozpieszczone do granic przyzwoitości i przewyższające klasą swoich „opiekunów”. We wszystkich rozmiarach i kolorach. Przyjechały do Nowego Jorku z całych Stanów, aby wziąć udział w dwudniowej imprezie odbywającej się tutaj już od ponad 130 lat.

Owczarek staroangielski (Old English Sheepdog)

Collie

Owczarek niemiecki (German Shepherd)

Polski owczarek nizinny (Polish Lowland Sheepdog)
Mam na myśli psie piękności uczestniczące Westminster Kennel Club Dog Show w Nowym Jorku, czyli najbardziej prestiżowej corocznej wystawie psów rasowych. Wystawa odbywała się – już po raz 131. – w dniach 12-13 lutego w Madison Square Garden. Zgodnie z klasyfikacją American Kennel Club oceniano w niej psy w siedmiu grupach ras:
- sporting group
- hound group (psy myśliwskie)
- working group (psy obronne i pociągowe)
- terrier group (teriery)
- toy group (małe pieski „do towarzystwa” typu shih-tzu)
- herding group (psy pasterskie), w tym polski owczarek nizinny – jedyna polska rasa uznawana przez AKC
- nonsporting group
Miałam okazję być na drugim dniu wystawy i jej uroczystym zakończeniu wczoraj wieczorem, kiedy tradycyjnie przyznany został tytuł Best in Show – nacenniejsza z wszystkich psich nagród. W tym roku dostał ją 6-letni spaniel o imieniu James, który po tym konkursie przechodzi na zasłużoną emeryturę.
Do następnego razu!
Agnieszka