Po wejściu Polski do Unii Europejskiej polskie media i elity polityczne mniej lub bardziej konsekwentnie zaczęły dzielić emigrantów na „emigrację A” i „emigrację B”, że posłużę się tutaj znaną analogią. Emigracja A – to ludzie, którzy wyjechali z kraju w ciągu ostatnich trzech lat, głównie do Wielkiej Brytanii i Irlandii, a więc w większości urodzeni po stanie wojennym i nie pamietający kolejek, kartek na mięso ani półek sklepowych wypełnionych octem i groszkiem konserwowym. Emigracja B – to cała reszta, łącznie z solidarnościową emigracją lat 80-tych w Stanach Zjednoczonych.
O względy emigracji A zabiegają polscy politycy, hołubią ją media, fotografując przy piwie w irlandzkich pubach i przy smażeniu hamburgerów, robiąc wywiady i opisując, jak fajnie Polacy radzą sobie w Londynie oraz Dublinie. Nic zatem dziwnego, że przed październikowymi wyborami na Wyspach Brytyjskich trwała intensywna kampania wyborcza, w której politycy prześcigali się w pomysłach, jak by tu jak najwięcej ludzi ściągnąć na swoje spotkania i zachęcić do przełknięcia jak największego kawałka wyborczej kiełbasy.
Parę tygodni temu Gazeta rozpisywała się na temat przedwyborczej Bitwy o Anglię, w której stawką miały być głosy polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii i Irlandii. No cóż, nie da się ukryć, że bitwy o Chicago ani o Nowy Jork nie było. Emigracja B, ta w USA i Kanadzie, jest mniej fotogeniczna, żeby nie powiedzieć „szpetna”, przynajmniej w rozumieniu polskich polityków i mediów, bo w dużej mierze złożona z ludzi, którzy osiemnaście lat skończyli dość dawno temu i którzy pamiętają zarówno stan wojenny, jak i upadek komunizmu w Polsce. Jeśli się cokolwiek o tej emigracji pisze, to głównie w kontekście zacofania i zaściankowości, tak jakby Polonia amerykańska żyła na innej planecie albo w XIX wieku.
Ostatnimi czasy mało kto emigruje z Polski za Ocean, bo drogo, daleko, a na dodatek trudno o wizę do Stanów, że nie wspomnę już o tym, że bliższe ciału funciaki niż dolary. Nic zatem dziwnego, że średnia wieku polskich emigrantów w USA rośnie w zastraszającym tempie. Twarz nam blednie, włos nam rzednie, psują się nam zęby przednie…
Przewodniczący różnych partii politycznych nawet nie próbowali w Stanach rozkręcać jakiejkolwiek kampanii wyborczej. Jedyna partia, która się tutaj w ogóle pokazała, to PiS, który – jak wszystkim wiadomo – wygrał wybory jedynie w Stanach, i to niebagatelną przewagą 67 procent głosów. Platforma zmobilizowała się jedynie do wystosowania protestu do Państwowej Komisji Wyborczej w sprawie wykorzystania przez PiS jakiegoś koncertu zorganizowany dla Polonii w Chicago do prowadzenia kampanii wyborczej. Natomiast z tego, co mi wiadomo, ani Tusk, ani nikt z jego najbliższych współpracowników w Nowym Jorku ani w Chicago nogi nie postawił.
Uchowaj mnie Boże od wypowiadania się w jakimkolwiek imieniu innym niż moje własne, a w imieniu Polonii amerykańskiej w szczególności, bo to stwór wielogłowy, białostocko-nowosądecko-warszawski i choćby z tego wzgledu zadziorny i trudny do zdefiniowania. Myślę jednak, że to, jak polska emigracja w Stanach jest traktowana przez polskich polityków, w dużym stopniu tłumaczy, dlaczego Polacy w USA w przytłaczającej większości głosowali na PiS. Głosując na partię Kaczyńskich, szpetna emigracja B „zemściła się” na elitach, które dawno temu spisały ją na straty, żeby nie powiedzieć – olały. O tym się nie mówi ani nie pisze, bo to taki niemodny temat, natomiast pojawiają się już dyżurne teksty, w których Polaków w Stanach przedstawia się jako kiełbasożernych tępaków zjednoczonych pod sztandarem Radyja (my są już Amerykany… i głosujemy na PiS).
Powiem tylko tyle – w „województwie chicagowskim” wygrała partia, której jako jedynej zależało, aby tutaj wygrać. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Związkowi Radzieckiemu.
Do następnego razu!
Agnieszka



























