Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Kultura’ Category

Bilety na wczorajsze przedstawienie La Bohème w Metropolitan musieliśmy oddać w dobre ręce. Od kilku dni kaszlę, prycham, kicham i smarkam bez umiaru. Pójście do opery w takim stanie byłoby pozbawione sensu, tym bardziej, że każdy szanujący się meloman za poważne przestępstwo uznaje pokasływanie w operze.

la_boheme.jpg
Fot. Winnie Klotz, Metropolitan Opera

Miałam nadzieję, że przynajmniej M. skorzysta i obejrzy przedstawienie. Owszem, założył krawat i marynarkę i wziął ze sobą obydwa bilety w nadziei, że ten niewykorzystany – czyli mój – po prostu odsprzeda komuś przed operą, zwłaszcza że biletów na to przedstawienie nie można było dostać od dobrych paru tygodni. Ale kiedy stanął przed kasą, podszedł do niego elegancko ubrany stulatek (OK, przesadzam, ale tak wynikało z opisu) i poprosił go o odsprzedanie obu biletów (pewnie  w pobliżu czekała równie elegancko ubrana stulatka). 

M. twierdzi, że zrobiło mu się żal dziadka, tak więc wrócił do domu bez biletów, ale za to z 80 dolarami w kieszeni.  Ja zaś twierdzę, że nie chciało mu się o północy wracać metrem z Manhattanu na Queens…

Pocieszam się tym, że akurat to przedstawienie La Bohème w reżyserii Franco Zefirelliego widziałam już dwa razy i że ktoś inny (para sympatycznych stulatków?) spędził miły wieczór w towarzystwie Mimi i Rodolfo. Ale ten śnieg – śniegu szkoda najbardziej! W III akcie jest niesamowity moment, kiedy na scenie zaczyna padać śnieg. W połączeniu z bardzo realistycznym odtworzeniem scenerii XIX-wiecznego Paryża (brukowane ulice, mosty, parki i tawerny) robi to magiczne wrażenie.

Następne bilety do Met mamy na połowę lutego – na Oniegina. Mam nadzieję, że zdążę wyzdrowieć.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W naszym instytucie na UW wykładał profesor, który nie tylko nie był zwolennikiem sztuki nowoczesnej, ale który wręcz określał dzieła artystów współczesnych mianem „bohomazów”. Profesor mawiał, że prawdziwego artystę poznać można po tym, że umie narysować konia. Anegdotę tę przytoczyła podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce moja przyjaciółka, bo choć sama byłam „nausznym” świadkiem kilku innych złotych myśli profesora G., akurat tej nie pamiętałam.


www.zeszytykomiksowe.org

Ta historia przypomniała mi się podczas ostatniego lotu z Okęcia do Nowego Jorku. Na tę 9-godzinną podróż zaopatrzyłam się w polskie lektury, wśród nich – wyróżnioną nagrodą Nike powieść Doroty Masłowskiej „Paw królowej”. Będąc zamkniętym w tubie żelastwa na wysokości kilku tysięcy metrów człowiek może się zmusić do przeczytania każdej książki, nawet jeśli w trakcie lektury nie daj Boże stwierdzi, że jest beznadziejna. Jaka jest bowiem alternatywa – zamawianie jednego drinka po drugim? Obserwowanie chrapiących sąsiadów? Lektura LOT-owskiego „Kalejdoskopu” sprzed dwóch miesięcy? Niestety, nie należę do szczęśliwców, którzy w samolocie zasypiają snem kamiennym, a budzą się dopiero w miejscu przeznaczenia.

W tym momencie pragnę zaznaczyć, że twórczość Masłowskiej nie jest mi obca, bo wcześniej przeczytałam „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” i wiedziałam z grubsza, w co się pakuję, zabierając ze sobą „Pawia” na lot transatlantycki. Lektura rozpoczęła się obiecująco – sprawna i niebanalna zabawa słowem, a w konstrukcji  zdań czuło się  hip-hopowy rytm. Opisy Pitz Patrycji i Retro Stanisława plus refren o piosence sfinansowanej z funduszy Unii Europejskiej sprawiły, że zaczęłam się śmiać na głos, pewnie ku lekkiemu przerażeniu współpasażerów.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby „Paw” był kilkunastostronicowym opowiadaniem – człowiek poczytałby trochę, trochę by się pośmiał i już. Tu jednak mamy do czynienia z powieścią i im bardziej zagłębiałam się w tej lekturze, tym bardziej zaczynałam się zastanawiać, o co tu właściwie chodzi. O lingwistyczną zabawę polszczyzną, eksperymenty słowne lub poszukiwanie czystej formy? Pewnie oberwie mi się od zwolenników Masłowskiej, ale w „Pawiu” treści praktycznie nie ma żadnej, a bohaterowie pojawiają się w powieści chyba jedynie po to, aby usprawiedliwić kontynuację hip-hopowej nowomowy. Wyłuskiwanie z „Pawia” jakiejś akcji czy fabuły to prawdziwa droga przez mękę i sama co chwila łapałam się na tym, że wracam do poprzednich stron, żeby zrozumieć, o czym jest mowa.

Literackie objawienie, manifest pokolenia dwudziestoparolatków, satyra na współczesną Polskę, krytycy rozpływający się w superlatywach  – ja to wszystko rozumiem, ale tak naprawdę chciałabym wiedzieć, czy cudowne dziecko polskiej literatury Masłowska Dorota… umie opisać konia. Jest mi wszystko jedno, jakiego – może być wyścigowy koń arabski, koń roboczy ciągnący pług gdzieś na Podbeskidziu, stara szkapa albo nawet koń z łękami.  Bo chociaż koń jaki jest, każdy widzi, to prawdziwego pisarza poznać można po tym, że potrafi konia opisać!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts