Feeds:
Wpisy
Komentarze

Mija pierwszy tydzień mojego urlopu w Polsce, czas więc na krótkie podsumowanie. Dzisiaj kilka słów na temat Warszawy widzianej „od kuchni”. W stolicy najbardziej brakuje mi niedrogich knajpek, w których można by zjeść przyzwoite śniadanie wcześnie rano, np. o siódmej. W Nowym Jorku prawie na każdym rogu jest mała knajpka, sklepik w stylu bodega czy choćby przenośna budka, gdzie od szóstej rano można kupić kawę, bułkę (najczęściej bagel z masłem, dżemem lub serkiem) albo jakieś śniadaniowe ciastko, za sumę nie wyższą niż 2-3 dol., do 5 w przypadku bardziej konkretnych śniadań złożonych z jajek serwowanych na dowolny sposób, kiełbasek, etc.

Akurat jeśli chodzi o śniadania na mieście, w Warszawie wybór jest niestety bardzo skromny. Oczywiście zawsze można wykupić śniadanie w hotelu, w którym się człowiek zatrzymał, za „jedyne” 15 euro, ale sama z reguły z tej opcji nie korzystam, bo po pierwsze – nie lubię jadać w hotelach, po drugie – 15 euro za śniadanie wydaje mi się ceną mocno wygórowaną, a po trzecie – lubię rano wyjść z hotelu i obserwować, jak żyje miasto. Poza śniadaniem hotelowym istnieją opcje takie, jak Dworzec Centralny (odpada z wiadomych względów), piekarnie (odpada, bo jak się tę bułkę już kupi, wypadałoby ją też czymś popić oraz gdzieś przysiąść, żeby ją zjeść), sieć MacDonalds czy Coffee Heaven oraz restauracje, które serwują śniadania od ósmej rano.

W tym roku skończyło się na śniadaniu w Atrio (Jana Pawła II 23) ze względu na bliskość hotelu, w którym się zatrzymałam. Restauracja jest otwierana o ósmej rano i oferuje spory wybór zestawów śniadaniowych, takich jak śniadanie polskie, amerykańskie, czy angielskie w cenie od 17 do 26 PLN (kawa lub herbata dodatkowo). Wybrałam śniadanie polskie (twarożek, bułki i jajecznica) i słusznie, bo wszystko było smaczne, świeże, a porcja taka w sam raz. Przy poprzednich wizytach w Warszawie zdarzało mi się jeść śniadania w kawiarni Szparka przy Placu Trzech Krzyży oraz u Bliklego.

Jak człowiek to śniadanie już gdzieś zje, to oczywiście później nie ma już problemu z innymi posiłkami, bo wybór jest naprawdę duży. W tym roku odwiedziłam moją ulubioną Pierogarnię na Bednarskiej, gdzie przepyszne pierogi razem z zupą i surówką można zjeść za jedyne 14 PLN (wybrałam pierogi diavolo – na ostro, z mięsem), restaurację Pod Samsonem na Freta (świetne dania kuchni polskiej i żydowskiej, miła obsługa oraz bardzo niewygórowane jak na tę część miasta ceny), oferującą doskonałe dania kuchni greckiej restaurację Meltemi na Drawskiej oraz jedno nowe miejsce – Bierhalle w galerii Arkadia przy Jana Pawła II.

Do Bierhalle wybraliśmy ze znajomymi w poniedziałek, a w poniedziałki Bierhalle oferuje tanie piwo – 5 PLN za 0,4 l, zamiast normalnej ceny 7 PLN. Wybraliśmy się tam co prawda nie ze względu na tanie piwo, ale po prostu żeby coś zjeść, natomiast już na miejscu okazało się, że 90% klientów przychodzi tam ze względu na piwo właśnie. Miejsce trudno nazwać kameralnym, jest dość głośno i dym papierosowy wciska się wszędzie, ale plusy jednak biorą górę nad minusami. W Bierhalle jest duży wybór piwa warzonego na miejscu, dania – tradycyjna kuchnia polsko-niemiecka, a porcje – ogromne.

Przed wizytą w Bierhalle najlepiej się dobrze przegłodzić, inaczej można mieć poważne problemy z pochłonięciem oferowanych przez restaurację porcji golonki czy kiełbasy z rusztu. Ja zdecydowałam się na tortillę z kurczakiem, choć zamawianie nad Wisłą dań kuchni meksykańskiej bywa loterią, raz się uda, raz nie. Tortilla była OK, nie przesadzono w niej z przyprawami, jednak pewne wątpliwości wzbudziła obecność na talerzu przecieru pomidorowego (nie sosu, ale właśnie przecieru). Moim zdaniem Bierhalle to fajne miejsce przede wszystkim ze względu na dobre piwo i atmosferę, ale jeśli ktoś zdecyduje się tam coś zjeść, a nie jest wegetarianinem, też nie pożałuje.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

A było tak, jak widać na zdjęciach poniżej, czyli nie najgorzej. Była to dla mnie pierwsza okazja do przetestowania mojego kupionego tydzień temu Canona PowerShot G9. Z aparatu jestem zadowolna, z własnych umiejętności jego obsługi – trochę mniej, ale nie od razu Kraków zbudowano, a jak na pierwszą sesję zdjęciowa poszło i tak nieźle. Z tego, co udało mi się na ten temat przeczytać, nie jest to aparat dla profesjonalistów, ale solidny aparat do codziennego fotografowania, może nawet więcej, bo oferuje możliwość zapisywania zdjęć w formacie „RAW”, a nie tylko JPG jak poprzednia wersja, i parę innych bardziej zaawansowanych opcji.

IMG_0304

IMG_0305

Jedna z bardziej interesujących (i na pewno najgłośniejszych) grup na Paradzie składała się z kawalkady kilkunastu motocykli, w większości z załogą dwuosobową.

IMG_0354

Nie mogło zabraknąć flag amerykańskich

IMG_0339

IMG_0298

… oraz laureatek lokalnych konkursów Miss Polonia.

IMG_0277

Małe krakowianki są z natury bardzo fotogeniczne,

IMG_0290

… podobnie jak krakowianki trochę starsze. Sądząc po reakcji męskiej części publiczności, firma Vigo zaprezentowała się wyjątkowo pozytywnie i dolary do Polski popłyną terez szerokim strumieniem.

IMG_0249

Piwo Żywiec (i Okocim) zaznacza swoją obecność na Paradzie, a tym bardziej – po niej.

IMG_0244

Tylko kawka? A gdzie pyfko?

IMG_0220

Z przodu kuchenka, z tyłu łazienka – „Nowy Dziennik” dzieli platformę z firmą prawniczą BB Nomberg.

IMG_0103

Panowie z TV Polonia trzymają ostry dyżur na Paradzie.

Aparat jest przede wszystkim szybki, ostrość ustawia się błyskawicznie, przynajmniej w porównaniu z moim poprzednim Sony Cybershot, którym na wystawie psów zdarzyło mi się sfotografować co najwyżej… psie ogony. Do tego ma solidny zoom optyczny (obiektyw 35-210 mm) i dużo opcji zarówno automatycznych, jak i manualnych. I jest niewielki – dla mnie jest to istotne, bo nie będę ciągnąć ze sobą ciężkiego sprzętu. Ten aparat nie tylko robi dobre zdjęcia, ale bez problemu mieści się w damskiej torebce, co też nie jest bez znaczenia.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Rymu nie dokończę, bo dawno temu postanowiłam, że nie będę tutaj używać wyrazów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite, nawet jeśli czasem trudno się w porę ugryźć w język. Zwłaszcza, kiedy się czyta niektóre informacje na temat USA serwowane czytelnikom przez polskie media. Mała próbka z wczorajszego wydania Gazety Wyborczej„Ostrzeżenie przed huraganem w Nowym Jorku, 9-metrowe fale mogą zalać miasto”:

Nowy Jork musi być przygotowany na atak potężnego huraganu, który spowoduje zalanie części Manhattanu i innych rejonów miasta – ostrzegł sekretarz ds. bezpieczeństwa krajowego Michael Chertoff.

Zdaniem meteorologów, nowojorskiej metropolii grozi atak huraganu o szybkości wiatru powyżej 200 km/godz, który spowoduje powstanie fal o wysokości 9 metrów.

Z kolei portal Wiadomosci24 wie jeszcze dokładniej, że „Nowemu Jorkowi grozi zalanie – nadciąga 7-metrowa fala”

Jak można zaobserwować na stronie internetowej amerykańskiego departamentu NOAA (National Oceanic & Atmospheric Administration), Nowemu Jorkowi i okolicom może grozić w ciągu najbliższych kilkunastu godzin kataklizm!

Hmm… wczoraj trochę popadało. Dzisiaj od rana to samo, musiałam nawet zabrać ze sobą parasol (a parasoli nie cierpię, chyba że plażowe), ale żeby potężny huragan i 7-metrowe fale? I to niby już za parę godzin, bo ta notatka prasowa była opublikowana wczoraj? Mieszkam jakieś 25 minut od wybrzeża Atlantyku, wiec wolałabym wiedzieć co mnie czeka, zwłaszcza że mam na utrzymaniu dwa psiaki, które panicznie boją się grzmotów i błyskawic…

Obie wiadomości oparte są na wyrwanej z kontekstu informacji o jakiejś konferencji prasowej, na której Department of Homeland Security przypomniał, że Nowy Jork powinien być przygotowany do huraganu czy innego kataklizmu. Ale tak samo przecież przypomina się o gotowości policji i wojska do ewentualnego ataku terrorystycznego.

Sezon huraganów trwa na amerykańskim wybrzeżu Atlantyku od czerwca do października listopada i w tym czasie Stany nawiedza od kilkunastu do kilkudziesięcu huraganów o większej lub mniejszej sile, z których każdy otrzymuje własne imię (wbrew powszechnej opinii niekoniecznie żeńskie) zaczynając od pierwszej litery alfabetu. „Potężny huragan” i „fale” raz na ileś tam lat może się zdarzyć w każdym z amerykańskich miast położonych nad Oceanem, i Nowy Jork nie jest pod tym względem wyjątkiem. Zdarzyło się w Nowym Orleanie dwa lata temu, może się zdarzyć i tutaj.

Nie zapominajmy jednak, że amerykańskie służby meteorologiczne w większości przypadków są w stanie prawie bezbłędnie obliczyć trasę i siłę nadchodzącego huraganu, aby dać ludziom czas na ewakuację. Może trudno o tym pamiętać mając w pamięci dantejskie sceny z Nowego Orleanu po Katrinie, ale przed Katriną też było wiadomo, że do Nowego Orleanu zbliża się potężny huragan. To nie służby meteorologiczne zawaliły sprawę, ale FEMA i władze miasta, które po prostu nie były w stanie przeprowadzić sprawnej ewakuacji wszystkich mieszkańców pozbawionych własnego środka transportu albo chcących pozostać w swoich domach.

Prawdopodobieństwo huraganu w Nowym Jorku nie jest dzisiaj większe niż roku temu, jaki więc sens ma opatrywanie informacji na ten temat pseudo-sensacyjnym tytułami? To zapewne pozostanie słodką tajemnicą redaktorów odpowiedzialnych za działy informacyjne (osobiście podejrzewam, że ma to co nieco do czynienia z tzw. oglądalnością stron). Wiadomosci24 można jeszcze rozgrzeszyć – w końcu jest to serwis, gdzie jeszcze wczoraj wiadomością dnia było to, że „Dorota i Tomek zdecydowali się żyć w czystości aż do ślubu” – ale Wyborcza niech się wstydzi.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Wygląda na to, że wielu ludzi w Stanach jak ognia boi się ewentualnej amnestii dla nielegalnych imigrantów. Mimo że słowo „amnestia” bezpośrednio nie pojawiało się w obecnym projekcie reformy imigracyjnej, niektórzy tak właśnie interpretowali proponowane zmiany – ustawa przewidywała bowiem drogę do legalizacji pobytu (a w przyszłości – do obywatelstwa) dla 12 milionów imigrantów, którzy w tej chwili przebywają w Stanach nielegalnie.

Niestety, reforma utknęła w Senacie, a właściwie została zablokowana. Zwolennicy projektu próbowali wprowadzić go na szybką ścieżkę legislacyjną ograniczającą czas debaty i umożliwiającą ostateczne głosowanie w ciągu najbliższych tygodni. Nie udało im się tego planu zrealizować i chociaż nie oznacza to jeszcze, że sprawa przepadła z kretesem, to jednak nie wiadomo, kiedy powróci do porządku obrad.

Nie rozumiem, dlaczego w ogóle ktoś mówił tutaj o amnestii, a może raczej straszył amnestią. Samo słowo „amnestia” sugeruje coś za nic, a proponowany w ustawie proces ubiegania się o zieloną kartę miał być obwarowany dziesiątkami warunków, takich jak kara pieniężna w wysokości 5 tys. dolarów, dobra znajomość angielskiego, konieczność powrotu do kraju pochodzenia oczekiwanie tam na rozpatrzenie sprawy – w sumie cały proces miałby trwać 13 lat! Tak więc na pewno nie można tutaj mówić o podawaniu komuś obywatelstwa na tacy.

Natomiast twierdzenie, że Stany Zjednoczone nie powinny zezwolić na legalizację pobytu tej grupy imigrantów, jest zwykłym chowaniem głowy w piasek. „Nielegalni” już tutaj są i raczej trudno liczyć na to, że wyjadą stąd dobrowolnie, a żaden trzeźwo myślący polityk nie pokusiłby się na zaproponowanie, aby deportować 12 milionów ludzi, nawet jeślie takie byłyby oczekiwania konserwatywnej części elektoratu. A skoro deportacja nie wchodzi w grę (jeśli nie liczyć symbolicznych „łapanek”, które urząd imigracyjny urządza od czasu do czasu) to jaka pozostaje alternatywa? Przymykanie oczu i udawanie, że nie ma problemu?

Prawda jest taka, że ludzie ci są na tyle wtopieni w gospodarkę amerykańską, zwłaszcza w wielkich aglomeracjach miejskich takich jak Nowy Jork, że trudno wyobrazić sobie normalne funkcjonowanie miasta bez ich udziału. Nie trafia do mnie argument, że nielegalni emigranci ponoszą winę za niskie stawki wynagrodzenia w niektórych dziedzinach – nie zapominajmy o wpływie globalizacji i eksportu amerykańskich miejsc pracy do krajów, gdzie za taką samą pracę płaci się jedną czwartą amerykańskiej stawki. Wie o tym każdy, kto czasem dzwoni do swojego, amerykańskiego przecież, banku, a rozmawia z kimś na drugiej półkuli.

Nie jestem też przekonana, że amnestia imigracyjna zwiększyłaby obciążenie wątłej amerykańskiej sieci zabezpieczeń socjalnych. Ludzie, którzy tutaj przebywają nielegalnie, i tak korzystają z amerykańskich szpitali i szkół, ale często nie składają rozliczeń podatkowych, bo boją się pozostawiania jakichkolwiek urzędowych śladów swojej obecności tutaj. Otwarcie drogi do legalnego pobytu mogłoby tę sytuację zmienić.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Nie ma lepszej Wielkanocy niż w Nowym Jorku. Jak powszechnie wiadomo, miasto nasze jest znane na świecie jako Wielkie Jajko i tylko osoby niedoinformowane nazywają je Wielkim Jabłkiem, co przecież nie ma nic wspólnego ani z Wielkanocą, ani w ogóle z niczym sensownym. Wielkanoc w Nowym Jorku zaczyna się już w niedzielę rano, a kończy dopiero w niedzielę wieczorem, tak więc na obżeranie się jajami na twardo, szynką od Kiszki i makowcem z Rzeszowskiej na Greenpoincie mamy caluteńki dzień.

Jajek nie musimy wcale malować ani obgotowywać w burakach, łupinach cebuli ani innych niszczących manicure odpadkach, bo wystarczy nabyć drogą kupna plastikowe „koszulki” we wzorki za jedyne 3 dolary za komplet. Koszulkę taką naciąga się na ugotowane jajko, jajko kładzie się na łyżkę, zanurza na 5 sekund we wrzątku i voilà – mamy pisanki, jakich najstarsza góralka nie wyprodukuje nawet gdyby cały mendel obgotowała w wywarze buraczanym i pazurami drapała wzorki od samego Wielkiego Czwartku.

Nie ma także potrzeby robienia świątecznych porządków. Ponieważ Święta Wielkanocne trwają tutaj jeden dzień, możemy sobie to niewdzięczne zajęcie z czystym sumieniem odpuścić. Zamiast sprzątania możemy sobie usiąść wygodnie przed telewizorem i obejrzeć powtórkę z programu American Idol, który jak wiadomo jest najlepszym rozrywkowym show na całej kuli ziemskiej (może z wyjątkiem Iranu i Korei Południowej, ale ich opinią nie będziemy się przejmować).

No i najważniejsza sprawa – w poniedziałek możemy wyjść na ulicę bez obawy, że jakiś dowcipniś wyleje nam na głowę z II piętra wiadro wody i zniszczy ubranie dry clean only z Saks Fifth Ave.  O lanym poniedziałku i Dyngusie przeciętny Amerykanin nie słyszał, może z wyjątkiem tych, ktorzy w jakiś poniedziałek wielkanocny zapuścili się wieczorową porą na ulice Greenpointu.

A do napisania powyższych herezji natchnął mnie Jan Latus, który w swoim ostatnim artykule  pt. „Jakie tu Święta…” napisał tak:

(…) Już od kilkunastu lat obserwuję swoiste podejście Polaków w Ameryce do dwóch najważniejszych świąt w chrześcijaństwie: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia. Te religijne przeżycia są – i to zawsze! – łączone z naszą polskością, wspomnieniami rodzinnymi, a nawet – towarzyszącymi obchodom kiedyś w kraju okolicznościowymi programami telewizyjnymi.

Idą święta i zawsze słyszę: – Ech, co tutaj za święta. W ogóle się nie czuje tych świąt! Święta to były w Polsce. Tam była atmosfera.  (…)

No cóż, Wielkanoc to okazja świętowania tylko dla tych ludzi, którzy wierzą, że Chrystus zmartwychwstał. Kto w tym wielokulturowym społeczeństwie nie podziela tej wiary, obchodzi inne święta. Nie łączy się więc Wielkanoc, jak w Polsce, z pospolitym ruszeniem wszystkich bez wyjątku Polaków do kościoła, ze święconką, do spowiedzi, na mszę. Polaków zjednoczonych tymi samymi jajami na twardo, szynką na śniadanie i Loską na ekranie.

Tak, do pewnego stopnia jesteśmy w świętowaniu osamotnieni, to znaczy świętujących nie jest 300, ale, powiedzmy, 50 milionów. Moim zdaniem to dużo.

Nie pozostaje więc nic innego, jak uszanować jedyny ważny, a więc – religijny aspekt świat. Nikt nam nie broni pościć, wyłączać muzyki, wyspowiadać się, a na śniadanie – zjeść to, co nakazuje nasza, przywieziona tu tradycja.

Wszystkim, którzy tutaj od czasu do czasu zaglądają, życzę więc Wesołych Świąt Wielkanocnych – obchodzonych tradycyjnie po polsku czy po „ichniemu” czyli po amerykańsku. Aby były zdrowe i szczęśliwe!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »