Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2007

Nie ma lepszej Wielkanocy niż w Nowym Jorku. Jak powszechnie wiadomo, miasto nasze jest znane na świecie jako Wielkie Jajko i tylko osoby niedoinformowane nazywają je Wielkim Jabłkiem, co przecież nie ma nic wspólnego ani z Wielkanocą, ani w ogóle z niczym sensownym. Wielkanoc w Nowym Jorku zaczyna się już w niedzielę rano, a kończy dopiero w niedzielę wieczorem, tak więc na obżeranie się jajami na twardo, szynką od Kiszki i makowcem z Rzeszowskiej na Greenpoincie mamy caluteńki dzień.

Jajek nie musimy wcale malować ani obgotowywać w burakach, łupinach cebuli ani innych niszczących manicure odpadkach, bo wystarczy nabyć drogą kupna plastikowe „koszulki” we wzorki za jedyne 3 dolary za komplet. Koszulkę taką naciąga się na ugotowane jajko, jajko kładzie się na łyżkę, zanurza na 5 sekund we wrzątku i voilà – mamy pisanki, jakich najstarsza góralka nie wyprodukuje nawet gdyby cały mendel obgotowała w wywarze buraczanym i pazurami drapała wzorki od samego Wielkiego Czwartku.

Nie ma także potrzeby robienia świątecznych porządków. Ponieważ Święta Wielkanocne trwają tutaj jeden dzień, możemy sobie to niewdzięczne zajęcie z czystym sumieniem odpuścić. Zamiast sprzątania możemy sobie usiąść wygodnie przed telewizorem i obejrzeć powtórkę z programu American Idol, który jak wiadomo jest najlepszym rozrywkowym show na całej kuli ziemskiej (może z wyjątkiem Iranu i Korei Południowej, ale ich opinią nie będziemy się przejmować).

No i najważniejsza sprawa – w poniedziałek możemy wyjść na ulicę bez obawy, że jakiś dowcipniś wyleje nam na głowę z II piętra wiadro wody i zniszczy ubranie dry clean only z Saks Fifth Ave.  O lanym poniedziałku i Dyngusie przeciętny Amerykanin nie słyszał, może z wyjątkiem tych, ktorzy w jakiś poniedziałek wielkanocny zapuścili się wieczorową porą na ulice Greenpointu.

A do napisania powyższych herezji natchnął mnie Jan Latus, który w swoim ostatnim artykule  pt. „Jakie tu Święta…” napisał tak:

(…) Już od kilkunastu lat obserwuję swoiste podejście Polaków w Ameryce do dwóch najważniejszych świąt w chrześcijaństwie: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia. Te religijne przeżycia są – i to zawsze! – łączone z naszą polskością, wspomnieniami rodzinnymi, a nawet – towarzyszącymi obchodom kiedyś w kraju okolicznościowymi programami telewizyjnymi.

Idą święta i zawsze słyszę: – Ech, co tutaj za święta. W ogóle się nie czuje tych świąt! Święta to były w Polsce. Tam była atmosfera.  (…)

No cóż, Wielkanoc to okazja świętowania tylko dla tych ludzi, którzy wierzą, że Chrystus zmartwychwstał. Kto w tym wielokulturowym społeczeństwie nie podziela tej wiary, obchodzi inne święta. Nie łączy się więc Wielkanoc, jak w Polsce, z pospolitym ruszeniem wszystkich bez wyjątku Polaków do kościoła, ze święconką, do spowiedzi, na mszę. Polaków zjednoczonych tymi samymi jajami na twardo, szynką na śniadanie i Loską na ekranie.

Tak, do pewnego stopnia jesteśmy w świętowaniu osamotnieni, to znaczy świętujących nie jest 300, ale, powiedzmy, 50 milionów. Moim zdaniem to dużo.

Nie pozostaje więc nic innego, jak uszanować jedyny ważny, a więc – religijny aspekt świat. Nikt nam nie broni pościć, wyłączać muzyki, wyspowiadać się, a na śniadanie – zjeść to, co nakazuje nasza, przywieziona tu tradycja.

Wszystkim, którzy tutaj od czasu do czasu zaglądają, życzę więc Wesołych Świąt Wielkanocnych – obchodzonych tradycyjnie po polsku czy po „ichniemu” czyli po amerykańsku. Aby były zdrowe i szczęśliwe!

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

W poprzednim komentarzu na temat spraw finansowych ustaliliśmy z grubsza, że przeciętny biedak amerykański rzadko staje przed dylematem, czy stać go na zjedzenie hamburgera, jako że w porównaniu z Europą żywność w Stanach Zjednoczonych jest tania, a nawet bardzo tania. Liczę się z protestami, ale mimo to upieram się przy powyższym stwierdzeniu i zaznaczam, że chodzi mi  o podstawowe artykuły spożywcze dostępne w pierwszym lepszym supersamie, czyli pomidory za 1,99 dol. za funt (a w chińskim sklepie na rogu jeszcze taniej), a nie te organiczne z sieci Whole Foods, które kosztują trzy razy więcej, i o kurczaka Perdue, a nie homary z farszem z krabów.  Problem, co włożyć do garnka, jest w Stanach zjawiskiem marginalnym i dotyczy bardzo niewielkiej grupy ludzi.

Podobnie rzecz się ma z inną sprawą z poprzednio zacytowanej przeze mnie (na pewno tendencyjnej, ale mimo to chyba poprawnej statystycznie) „listy osiągnięć” amerykańskiego biedaka, czyli dostępnością dachu nad głową. Rzadko słyszy się tu o sytuacjach, gdzie sześciosobowa rodzina musiałaby mieszkać w jednym pokoju z kuchnią i wychodkiem na podwórku, co w Polsce nadal jeszcze się zdarza, zwłaszcza na wsi. Inna rzecz, że wyrażenia „własny dom” można użyć także w odniesieniu do baraku usytuowanego w trailer park w którymś ze stanów o łagodniejszym klimacie, takich jak np. Floryda.

Czy jednak to, że w Stanach Zjednoczonych brak dachu nad głową albo głód fizyczny dotyczy bardzo niewielkiego procenta mieszkańców, oznacza, że większości Amerykanów powodzi się doskonale? Dla zachowania balansu w opisie amerykańskich realiów, tutaj kolejna porcja danych statystycznych, z których wyłania się nieco inny obraz:

  • Ustalony przez rząd USA próg ubóstwa na 2007 r. wynosi od $10.210 rocznego dochodu brutto dla jednej osoby, do $20.650 dla 4-osobowej rodziny (Hawaje i Alaska mają nieco wyższe limity).
  • W 2005 r. poniżej tego federalnie ustalonego progu ubóstwa żyło w USA 12,6% mieszkańców, czyli 37 mln osób. W przypadku dzieci poniżej 18. roku życia wskaznik ten był sporo wyższy i wynosił aż 17,6%.
  • W 2005 r. 15,9% mieszkańców USA (ponad 46 mln osób) nie miało ubezpieczenia zdrowotnego. (U.S. Census Bureau)

Teraz zastanówmy się nad tym, jak się ma federalny prog ubóstwa do tzw. living wage czyli kwoty potrzebnej na normalne (nie za bardzo rozrzutne, ale wystarczające) utrzymanie w różnych częściach Stanów Zjednoczonych. Skorzystałam z kalkulatora living wage dla dzielnicy, w której mieszkam (Queens, NY)  i oto wyniki:

1 osoba dorosła 1 osoba dorosła,
1 dziecko
2 osoby dorosłe 2 osoby dorosłe,
1 dziecko
2 osoby dorosłe,
2 dzieci
Miesięczne koszty utrzymania
Jedzenie $156 $273 $335 $452 $570
Opieka nad dzieckiem (Child Care) $0 $411 $0 $411 $823
Medyczne $86 $225 $225 $266 $307
Mieszkanie $940 $1.133 $1.003 $1.133 $1.133
Transport $127 $127 $127 $127 $127
Inne wydatki $414 $531 $505 $599 $643
Wymagany dochód mies. (netto) $1.723 $2.701 $2.196 $2.989 $3.603
Wymagany dochód roczny (netto) $20.675 $32.414 $26.351 $35.866 $43.232
Podatki
Payroll tax $1.932 $3.029 $2.463 $3.352 $4.040
Podatek stanowy $933 $1.463 $1.189 $1.619 $1.951
Podatek federalny $1.718 $2.693 $2.189 $2.979 $3.591
Wymagany dochód roczny (brutto – Gross Annual Income) $25.258 $39,599 $32.192 $43.816 $52.814

Jednym słowem twierdzenie, że bieda w USA zaczyna się przy dochodach poniżej 10 tys. dolarów dochodu brutto (w przypadku jednej osoby) można spokojnie między bajki włożyć. Sama nie wyobrażam sobie, jak za taką sumę można przeżyć w Nowym Jorku, jeśli opłaca się własne mieszkanie (czynsz lub spłata pożyczki).

Każdy zresztą może sobie zrobić własne wyliczenia przy pomocy tego kalkulatora i zastanowić się, na ile są one zgodne ze stanem realnym. Ja chcę zwrócić uwagę na jedną kategorię – wydatki medyczne. Budżet w wys. 86 dol. na osobę jest wystarczający, jeśli nasz pracodawca zapewnia ubezpieczenie medyczne. Natomiast jeśli jesteśmy w grupie 46 milionów nieubezpieczonych Amerykanów, wykupienie ubezpieczenia na wolnym rynku w Nowym Jorku będzie nas kosztować średnio 300-600 500-1200 dol. miesięcznie dla jednej osoby. I to tylko pod warunkiem, że nie mamy pre-existing condition czyli wcześniejszej diagnozy poważnej choroby, albo że mamy kontynuację ubezpieczenia. A gdzie opłaty za szkołę dla dzieci, jesli chce się je wysłać do trochę lepszej, prywatnej (w niektórych dzielnicach to absolutna konieczność)? Nie wszystko da się sfinansować z kategorii „Inne wydatki”.

W przypadku ochrony zdrowia, zawsze istnieje jeszcze rozwiązanie alternatywne – nie zawracać sobie głowy ubezpieczeniami, nie pić, nie palić, żyć zdrowo i regularnie modlić się o zdrowie dla siebie i rodziny. Jeśli jednak ta metoda okaże się nieskuteczna i nie daj Boże wylądujemy w szpitalu, nie pomogą nam nawet trzy telewizory i dwie mikrofalówki.

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

Zgodnie z zapowiedzią, czas na kolejny odcinek z cyklu „Porozmawiajmy o pieniądzach”. Czy w Ameryce można klepać biedę? Czy jest w ogóle sens mówić o biedzie w kontekście najbogatszego kraju świata, jakim są Stany Zjednoczone, gdzie dochód narodowy na głowę mieszkańca wynosi ponad 41 tys. dolarów i jest trzeci na świecie, po Luksemburgu i Norwegii?  Dla porównania Polska z niespełna 13 tys. dolarów plasuje się na 49. miejscu, za Czechami, Estonią i Trynidadem. A skoro już upieramy się przy temacie amerykańskiej biedy, to jak najlepiej wytłumaczyć różnicę między biedą amerykańską, a na przykład tą naszą, polską?

W tym momencie trudno nie przywołać mi sceny z popularnego programu publicystycznego 20/20 emitowanego przez telewizję ABC. Otóż w czasie realizacji programu dziennikarz postanawia zadać kilka podstawowych pytań facetowi, który czeka na datki żywnościowe pod jednym z nowojorskich kościołów.

– Czy uważasz, że jesteś biedny?
– Tak, ledwie wiążę koniec z koncem.
– Czy w takim razie mogę Ci zadać kilka pytań?
– Nie ma sprawy, pytaj.
– Czy masz samochód?
– Tak, mam,  bo niby jak żona ma dojechać do pracy z Bronxu na Brooklyn?
– A czy masz w domu telewizor? Kolorowy?
– Co to za głupie pytanie? Czy w ogóle jest ktoś  Stanach, kto nie ma kolorowego telewizora? Oczywiście, że mam!
– A masz kuchenkę mikrofoalową?
– No, pewnie…

A teraz parę  liczb ze spisu powszechnego w 2002r., z którego wynika, że 35 mln Amerykanów czyli ponad 10% żyje w biedzie.

  • 46% gospodarstw domowych uznawanych za biedne posiada własny dom lub mieszkanie. Przeciętny dom biednej rodziny składa się z 3 sypialni z pełną łazienką i dodatkową toaletą, garażu, oraz werandy lub patio.
  • 76% biednych gospodarstw domowych posiada klimatyzację. Dla porównania, 30 lat temu zaledwie 36% amerykańskich gospodarstw domowych korzystało z tego luksusu.
  • Przeciętny biedny Amerykanin ma do dyspozycji więcej przestrzeni mieszkalnej niż przeciętny (nie biedny!) mieszkaniec Paryża, Londynu, Wiednia, Aten czy wielu innych europejskich miast. 
  • Blisko trzy czwarte ubogich gospodarstw domowych ma samochód, a 30% – dwa.
  • 97% ubogich amerykańskich gospodarstw domowych ma telewizor kolorowy. Ponad połowa – dwa lub więcej.
  • 78% ma odtwarzacz VCR lub DVD, 62% korzysta z telewizji kablowej lub satelitarnej.
  • 73% biednych gospodarstw ma kuchenki mikrofalowe, ponad połowa – systemy stereo, a jedna trzecia – zmywarkę do naczyn. Zródło: http://www.heritage.org/Research/Welfare/bg1713.cfm

Do następnego razu!
Agnieszka

Read Full Post »

« Newer Posts